Aktualności
Sprawy nauki
22 Maja
Źródło: archiwum prywatne
Opublikowano: 2025-05-22

O współpracy promotora z doktorantem i nie tylko

Ewaluacja szkół doktorskich, finansowanie i możliwe formy wsparcia, status doktoranta na uczelni, opieka promotorska – to główne tematy, o których dyskutowano podczas III Ogólnopolskiej Konferencji Szkół Doktorskich w Krakowie. Patronem medialnym było „Forum Akademickie”.

To jedno z najważniejszych wydarzeń dla osób zarządzających szkołami doktorskimi w Polsce. Dwa lata temu odbywało się w Łodzi, przed rokiem w Warszawie, a po raz trzeci uczestnicy konferencji spotkali się w kwietniu w Krakowie. W tegorocznej edycji wzięło udział blisko 170 osób. Najbardziej gorącym tematem była rozpoczęta już jakiś czas temu, a przeprowadzana po raz pierwszy ewaluacja szkół doktorskich.

– Gościliśmy przedstawicieli Komisji Ewaluacji Nauki, od których dostaliśmy zapewnienie, że głównym celem nie jest „polowanie na czarownice”, a zweryfikowanie, jak funkcjonują szkoły doktorskie. Nie chodzi więc o to, by wyłonić najlepszych czy najsłabszych, lecz zobaczyć, jak działają te jednostki – mówi dr hab. Ilona Świątek-Barylska, przewodnicząca organizującego konferencję Ogólnopolskiego Porozumienia Szkół Doktorskich.

Nie istnieje „one best way”

Pierwsze szkoły doktorskie powstały w 2019 roku, zastępując dotychczasowy system studiów doktoranckich (III stopnia). Do ich utworzenia uprawnione są jedynie podmioty z kategorią co najmniej B+. Przy formowaniu tych jednostek przyjęto różne rozwiązania organizacyjne. Jedna duża szkoła doktorska działa np. na Politechnice Wrocławskiej, Politechnice Warszawskiej czy na Uniwersytecie Szczecińskim. Z kolei m.in. Uniwersytet Jagielloński, Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Łódzki, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu czy Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu wybrały model kilku dziedzinowych szkół doktorskich w obrębie jednej uczelni.

– Nie ma „one best way”, jeśli chodzi o szkoły doktorskie. Wypracowano różne formy ich funkcjonowania i o ile poprzedni model kształcenia charakteryzował się niewielkim, kilkunastoprocentowym wskaźnikiem sukcesu, a więc nadanymi stopniami doktora, o tyle skuteczność pierwszego rocznika szkoły doktorskiej jest już na poziomie prawie 50%. To zauważalna różnica między starym a nowym systemem – przyznaje Świątek-Barylska.

W tej chwili działają 163 szkoły doktorskie, w których kształci się około 17,4 tys. doktorantów. W październiku ub.r. rozpoczęła się pierwsza ocena jakości kształcenia tych jednostek. Na pierwszy ogień poszło piętnaście szkół, następne czekają na swoją kolej. Prof. Filip M. Szymański, przewodniczący KEN, zapowiadał na łamach FA, że premierowa ewaluacja ma się zakończyć do 2029 roku.

Jak to zwykle przy okazji nowości bywa, nie brakuje pytań i wątpliwości. Z ankiet wypełnionych na prośbę OPSD przez przedstawicieli 46 szkół doktorskich wynika, że 40% respondentów uznaje ewaluację za przydatną, choć nie zawsze będącą skutecznym mechanizmem oceny szkół doktorskich. Największe komplikacje uczestnicy badania mają z kryterium II, tj. sposobem weryfikacji efektów uczenia się dla kwalifikacji na poziomie 8 PRK.

– Musimy udowodnić, że to czego i jak nauczamy pozwala na zrealizowanie założonych efektów kształcenia na określonym poziomie. Z jednej strony jest dużo elastyczności, jeśli chodzi o sprawdzenie realizacji tego kryterium, z drugiej – nie do końca jednoznaczny jest sposób, w jaki należy dokonać weryfikacji – przyznaje Świątek-Barylska.

Na konferencji zwracano uwagę na ogrom dokumentacji, którą trzeba przygotować. To zadanie wyjątkowo absorbujące. Część szkół dostaje duże wsparcie ze strony swoich władz, inne są pozostawione same sobie. Te pierwsze uzyskały i dodatkowe fundusze na przygotowanie, i dodatkowy personel. Są więc w komfortowej sytuacji. Inne muszą radzić sobie tak, jak do tej pory. W takich warunkach trudno przygotować się dobrze i na czas. Największe wątpliwości budzi to, czy nakład pracy będzie miał odniesienie do uzyskanego efektu końcowego. Być może to tylko efekt nowości, ale i tak tych wątpliwości nie należy lekceważyć.

– Myślę, że proces ewaluacji, bez względu na to, o jakim poziomie kształcenia mówimy, jest obarczony elementem niepewności. My też tego doświadczamy. Szkoły doktorskie są stosunkowo nowymi podmiotami, a ponieważ osoby z zewnątrz nie zawsze mają pełny wgląd w sposób ich funkcjonowania, rodzą się w nas pytania, jak będzie przebiegać ewaluacja oraz jakie oczekiwania postawią ewaluatorzy – twierdzi dyrektorka Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych Uniwersytetu Łódzkiego.

Traktują doktoranta jak obowiązek

Podczas krakowskiej konferencji wiele uwagi poświęcono też relacji promotorskiej. Aż 80% ankietowanych przyznało, że w ich instytucji nie funkcjonuje żadna forma „kontraktu” między promotorem a doktorantem. Nie chodzi tu o formalny dokument, lecz zestaw wspólnie ustalonych zasad i dobrych praktyk, które mają sprzyjać wzajemnemu zrozumieniu. Tymczasem to właśnie przejrzystość oczekiwań i jakość tej relacji w dużej mierze decydują o powodzeniu procesu przygotowania dysertacji.

– Część kadry akademickiej jeszcze nie przestawiła się ze „starych” studiów doktoranckich. Traktują doktoranta jak obowiązek, który w najlepszym razie realizuje się niejako przy okazji innych zadań. Kluczowe jest więc zbudowanie relacji z doktorantem, bo ma ona kluczowy wpływ na przygotowanie rozprawy w terminie – podkreśla Świątek-Barylska.

Jak dodaje, w tym zakresie największy problem to niereagowanie promotora na brak zaangażowania czy opóźnienie realizacji zadań przez doktoranta. Dla części promotorów procedury w szkołach doktorskich to jedynie zbędna administracja. Pytania od dyrektorów szkół czy dziekanów kwitują krótkim: „wszystko OK”. Niekiedy problem wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy doktorant zwraca się z prośbą o przedłużenie terminu złożenia rozprawy, bo okazuje się, że jest ona niegotowa. Wcześniejsze sygnały o postępach w przygotowaniu doktoratu nie odzwierciedlały więc stanu faktycznego. W ankietach aż 63% osób odpowiedzialnych za szkoły doktorskie wskazywało na tę kwestię.

– Jak zatem zachęcić profesorów, którzy są świadomi swojej wysokiej pozycji na uczelni, do tego, aby rzetelnie podchodzili do obowiązków i by można było w porę zareagować na niedociągnięcia po stronie doktoranta? – zastanawia się Ilona Swiątek-Barylska i sugeruje: – Budowanie kultury współpracy to zadanie dla promotorów, doktorantów i pracowników administracji. Zadanie, które wymaga czasu i zaangażowania także ze strony wydziałów, na których zatrudnieni są promotorzy.

W ramach sesji poświęconej temu tematowi pojawił się pomysł narzędzia do zarządzania przebiegiem procesu przygotowania rozpraw doktorskich. PhDHeathCheck działa jak uliczny sygnalizator, tyle że ma więcej kolorów – zielony oznacza, że wszystko idzie zgodnie z planem i należy utrzymać tempo pracy; niebieski nakazuje być uważnym, bo pojawiają się pewne problemy; żółty alarmuje o konieczności pomocy; fioletowy sugeruje podjęcie pilnych działań, aby wszystko wróciło na właściwe tory; czerwony to informacja, że pomyślna realizacja rozprawy wydaje się już nieosiągalna. Takie rozwiązanie pozwoliłoby dziekanom czy dyrektorom szkół doktorskich na systematyczne monitorowanie przebiegu całego procesu. Ale i tu nie obyłoby się bez czynnika ludzkiego – feedback musiałby pochodzić od promotorów, bo to oni wiedzą, na jakim etapie jest rozprawa.

Jeszcze inny aspekt kulejącej relacji promotor–doktorant to często niewłączanie tego drugiego w życie katedry, instytutu, zakładu. Zanim powstały szkoły doktorskie, kształcenie na tym poziomie odbywało się na wydziałach. Doktorant był więc „nasz”. Teraz dla niektórych akademików doktoranci przynależą już jedynie do szkoły doktorskiej. Ale to przecież tylko część prawdy. Z jednej strony, owszem, przygotowują rozprawę i uczestniczą w procesie dydaktycznym w szkole doktorskiej, ale z drugiej – mają promotora na wydziale, prowadzą tam zajęcia, a w naukach eksperymentalnych również badania. Stanowią więc, mówiąc górnolotnie, dobro wspólne uczelni, a bardziej przyziemnie – stoją na dwóch nogach. Tymczasem wcale nierzadkie są sytuacje, że doktorant nie ma swojego miejsca na wydziale, brakuje mu poczucia bycia częścią wspólnoty akademickiej. Do kogo więc naprawdę „należy”?

– W tym względzie to promotor musi wykazać aktywność. Jeżeli nie zaprasza na zebrania katedry, jeżeli nie mówi: „Słuchaj, tu jest ciekawa konferencja, a tu interesujące seminarium, chodź, włącz się do tego”, to nic się nie zadzieje. Owszem, uczelnia może dać sygnał promotorom, że doktoranci są też wasi, ale aktywność leży zdecydowanie po stronie promotorów – nie ma wątpliwości Ilona Świątek-Barylska.

Kim jest doktorant i ile kosztuje?

Określenie miejsca doktoranta na uczelni wiąże się z innym poruszanym na konferencji tematem. Od dłuższego czasu toczy się batalia o uregulowanie statusu tej grupy. Kim w zasadzie są – już pracownikami czy jeszcze studentami? A jeśli mieliby być pracownikami, to szkół doktorskich czy wydziałów i jakie wynagrodzenie miałoby im przysługiwać? Pytań nie brakuje.

Moja rozmówczyni wylicza, że same stypendia dla jednego doktoranta kosztują w czteroletnim okresie około ćwierć miliona zł. Do tego dochodzą jeszcze środki, które szkoły doktorskie inwestują w badania, wyjazdy konferencyjne, publikacje, dydaktykę… Państwo ponosi zatem spore koszty z tym związane, a jednocześnie liczba doktorantów na 1000 mieszkańców jest w Polsce jedną z najmniejszych w całej Unii Europejskiej. Co ważne, zmalała istotnie (prawie trzykrotnie) po wprowadzeniu szkół doktorskich.

– Mamy mało doktorantów, ich kształcenie jest dość drogie, a z drugiej strony wiadomo, że innowacyjność gospodarki jest ściśle skorelowana z liczbą osób doktoryzujących się. To przecież oni powinni wiedzę, którą zdobywają, dostarczać do otoczenia gospodarczego, nie tylko do biznesu, ale też do instytucji B+R. Do tego wszystkiego dochodzi luka pokoleniowa, za chwilę będziemy mieć samodzielnych pracowników naukowych, a nie będzie młodych adeptów. To, czego najbardziej brakuje, to jasnego przekazu od ministerstwa, jaka jest strategia państwa w kształceniu doktorantów, dokąd zmierzamy – mówi Świątek-Barylska.

Zauważa, że przy malejącej liczbie doktorantów, systematycznie rośnie odsetek obcokrajowców w tej grupie – w 2018 roku stanowili oni 4,7% ogółu, teraz już 13,2%. I dodaje, że ten trend byłby mniej niepokojący – sprzyja różnym perspektywom, wymianie wiedzy – gdyby udało się przyciągać również kandydatów z Europy.

– Być może jest tak, że my inwestujemy pieniądze w doktorantów międzynarodowych po to, by oni wrócili do siebie i byli ambasadorami kształcenia w Polsce – zastanawia się szefowa Ogólnopolskiego Porozumienia Szkół Doktorskich.

To inicjatywa, która powstała zaraz na początku funkcjonowania szkół doktorskich w 2019 roku. Wtedy była tylko ustawa i… nic poza tym. Nikt na dobrą sprawę nie wiedział, jak organizować nowe podmioty. Z potrzeby wymiany doświadczeń zrodził się pomysł spotkania online. Wzięło w nim udział 26 osób. Głód wiedzy z czasem stawał się coraz większy, dołączali kolejni zarządzający szkołami doktorskimi i w 2022 roku postanowiono sformalizować te działania. Obecnie OPSD skupia 46 uczelni, na których funkcjonuje ponad 40% wszystkich szkół doktorskich, kształcących blisko połowę ogółu doktorantów.

Porozumienie pełni dziś jeszcze jedną ważną rolę – buduje pomost między szkołami doktorskimi a ministerstwem. O ile Krajowa Reprezentacja Doktorantów ma umocowanie w ustawie, o tyle dla osób kierujących szkołami doktorskimi jedyną w zasadzie reprezentację w rozmowach z MNiSW stanowi właśnie OPSD.

– Zależałoby nam, żeby mieć większą siłę głosu, bo w tym ogólnym obrazie są doktoranci, ale nie ma szkół doktorskich jako podmiotu. Mamy nadzieję, że nowelizując ustawę ministerstwo weźmie pod uwagę i nas jako interesariuszy. Liczymy, że w niedalekiej przyszłości powstanie zespół do spraw funkcjonowania szkół doktorskich. To dla nas bardzo ważne, by móc uczestniczyć w pracach nad rozwiązaniami, które później wdrażamy – kończy Ilona Świątek-Barylska.

Mariusz Karwowski

Dyskusja (61 komentarzy)
  • ~Zaangażowany 15.06.2026 13:21

    Artykuł jest ograniczony i skupia się na tym, aby dać promotorom narzędzia do szybszego reagowania na niedociągnięcia po stronie doktoranta. Szkoda, że nie ma absolutnie żadnej w praktyce realnej formy kontroli promotorów, tego że doktorant czasami czeka miesiącami aż Łaskawca raczy sprawdzić jego doktorat. Przypomnę, że promotor jest władzą ostateczną w karierze doktoranta bo nie ma możliwości obrony bez jego poparcia nawet jeśli badania zrobisz, pracę napiszesz. Teoretycznie można napisać skargę - zazwyczaj do kolegi promotora.
    Ten system jest nie do reformy, on jest do zamknięcia i zbudowania od nowa inaczej będziemy zmieniać to 100 lat.

  • ~PŻ 25.05.2025 12:24

    Do: ~Marcin Przewloka 23.05.2025 09:32. Panie Marcinie, przeczytałem pana dyskusję z ~Grześ, ~AMO i ~Nika . Jest wśród części badaczy nie zrozumiała dla mnie opinia, że to wszystko, co nie jest wdrażane, nie jest nauką. A jakie wnioski wyciągają ze swoich rozważań logicznych? Na przykład, zaliczają pseudo naukowe badania Marksa i Engelsa do badań podstawowych, pisze pan AMO, cytuję: „Pisze Pan o takich badaczach badań podstawowych z ekonomii jak Marks czy Engels?” Po pierwsze, nie pisał pan Marcin o tych osobach. Po drugie, nie ich pseudo nauka a jej, podkreślę, WDROŻENIE przez ideologów (Lenin, Stalin, Mao i inni) doprowadziło do nieudanej próby zbudowania komunizmu. Wdrożenie było krwawe, bo zarówno normalni ludzie jak i, o czym świadczy historia nauki w krajach, czasowo objętych tą ideologią, przyzwoici naukowcy, stawiali temu wdrożeniu opór.
    Pan ~AMO 24.05.2025 11:01 pisze, cytuję: „Pan o badania kosmosu, to Aztekowie byli pierwsi i jak skończyli. Dziś ich nie ma.” Ja mogę to samo powiedzieć i o ideologii komunistycznej – prawie nikt już jej nie uprawia. Pozostało na świecie kilka państw, w których jeszcze ta ideologia wbijana ludziom do głowy.
    Nauka wygląda jak drzewo sosna. Pnie się do góry, a te dolne gałęzie, które są obecnie mało użyteczne lub niepotrzebne, zanikają. Jak popatrzeć wstecz, wiele osiągnieć, obecnie nazywanych wdrożeniowymi, które kiedyś były przełomowe, można oglądać jedynie w muzeach techniki lub u kolekcjonerów. Przytoczę tylko kilka – gramofon, telefon. A co z wynikami badań podstawowych? Geometria znana z czasów starożytnej Grecji stosowana do dzisiaj. Tak samo algebra wraz z liczbą zero – Arabowie. Prawa Newtona, równania Maxwella, oraz odkrycia kilkudziesięciu laureatów nagrody Nobla z mechaniki kwantowej. Podobnie w innych dziedzinach, na przykład, pasteryzacja, szczepionki i wiele innych.
    Czym różnią się badania podstawowe i wdrożeniowe. Na część poznawczą zarówno w jednym, jak i drugim przypadku potrzebne są pieniądze. W przypadku badań podstawowych wykonałem i na tym koniec. Na wdrożenie w firmie potrzebna jest dodatkowa kasa. A wynalazca musi mieć sporo czasu na współpracę z firmą podczas wdrażania. Dać kasę może firma, samodzielnie lub w kooperacji z państwem (obecnie NCBiR oraz planowane NCBS). Drobne wdrożenie –mała kasa, wystarczy firma + NCBiR. Duże – potrzebne zaangażowanie dużej korporacji. A ona ma swój pion badawczy i nie interesują ich cudze rozwiązania. Stąd pozostają jedynie możliwości udoskonalenia „sznurków”.

  • ~Były doktorant 23.05.2025 12:39

    Zachęcam do wyrzucania z uczelni promotorów aktywnie działających na szkodę doktorantów. Patologia w postaci wiernych orzy*pasów, ciągniętych za sobą przez wybitne jednostki powinna znać swoje miejsce i nie podejmować się "promowania" doktoratów. Co do mojego byłego, złośliwego "promotora", mam wątpliwości, czy chociaz wlasny doktorat napisał sam. Załamanie nerwowe przeszłam na własną prośbę - nie sądziłam, że uczelnia może tolerować aż takie zachowania. Wydaje mi się, że musiałby mnie pobić albo zgwałcić, ale koniecznie przy ludziach, żeby ponieść jakąkolwiek karę - bo wszystkie konsekwencje jego dzialań ponoszę i będę ponosić jąa. Miejcie trochę wstydu, panowie profesorowie. Jak nie chcecie kogoś promować, to nie promujcie, ale nie utrudniajcie odejścia...

    • ~Ghh 24.05.2025 11:16

      Brawo za głos krytyczny. Już tłumaczę dlaczego tak jest. W Polsce po transformacji ustrowej nie było lustracji kadry. Ci którzy mieli parcie na karierę i szkło należeli do partii komunistycznej i byli jawnymi lub niejawnymi współpracownikami bezpieki. Komuna na uczelniach montowała idiotów i nieudaczników życiowych z awansów społecznych. To mi powiedział historyk doktor pracujący na uczelni i w IPN. Nie muszę pisać że inteligencja zawsze emigrowała zagranicę a w dużej mierze została wymordowana podczas wojny i w kraju zostawali najsłabsi. Chroniczne niedofinansowanie nauki przez polityków. Rozkradane uczelni przez kliki i rodzinki spowodowały że do pracy na uczelni brano najwierniejszych żeby nie było zagrożeniem dla rodzinnych biznesów profesorów albo nie zauważyli jak się rozkrada środki publiczne. Stary dziadek zazdrości ci tego że jesteś młoda, masz potencjał znasz języki bo to był idiota wylansowany przez kogoś innego na uczelni. Prawdopodobnie pochodzi z rodziny chlopskiej wiejskiej. Pochodzenia nie oszukasz. Dlatego nie mam żadnego szacunku zwłaszcza w Polsce do nauczycieli jakichkolwiek bo jako nastolatek widziałem że niestety nie nadawali się do tego zawodu lub poszli z musu bo innej pracy nie mieli . Jeśli chodzi o polski system bezprawia i sądy to chyba na potrzeby wyzysku korporacji jest ciężko udowodnić zjawisko mobbingu gdzie kolwiek.Procesy sądowe są uwłaczające godności osobistej osoby pokrzywdzonej aby na koniec dostać śmieszne finansowe odszkodowanie. Od czego jest w tym kraju PIP. Dziewczyno rób zagranicą doktorat. Maja współpracę z przemyśle będziesz mieć umowę o pracę ubezpieczenie zdrowotne. Może ktoś dalej ciebie poprowadzi.

      • ~Fhrhj 24.05.2025 13:01

        Jeszcze jeden ważny wątek poruszyłas. Moim zdaniem profesura belwederska powinna zostać zniesiona. Powstała ona po to aby mieć do śmierci zaklepany etat na uczelni i wtedy nic już robić nie trzeba. Osiągnięcia kadry, książki artykuły powinny być lustrowane pod kątem plagiatów. Tak samo prace dyplomowe. I mam na myśli dokonania naukowe z ery schyłku komuny do lat 2010 kiedy wyprowadzono systemy antyplagiatowe. Ale gdyby tak się stało wyszła by katastrofa i kompromitacja państwa polskiego. Bo w Polsce prawo respektuje się na papierze. A sądy i prokuratura są od zamykania takich spraw. Wtedy politycy mieli by duży problem skąd brać do współpracy nauczycieli akademickich aby używać ich autorytetów naukowych do realizacji swoich celów aby w telewizji tłumaczyć ciemnocie dlaczego wprowadzają swoje zmiany. Żyjemy w chorym kraju gdzie wszystko jest ułożone na odwrót. Ps. Jeśli chodzi o mobbingi to z uczelni nie tylko się pozbywano zdolnych ludzi, doktorantów, a także praktyków adiunktów, żeby nie zrobili habilitacji wtedy kiedy wyprowadzono łatwiejsze habilitacje.

        • ~~Były doktorant 24.05.2025 18:26

          Zrobiłam doktorat szybko po odejsciu z tamtego miejsca. Próbuję działać dalej. To, co tu przeczytałam, podniosło mnie na duchu. Czyli sobie tego nie wymyśliłam, może faktycznie to nie była moja wina... taka zmiana, kiedy musisz uciec dość daleko, żeby nigdy cię nie złapali, łamie życie i rozpoczyna proces zdefiniowania całego siebie na nowo, co moze byc rozwojowe, ale nie kiedy dzieje sie pod przymusem. Dziękuję za te słowa.

          • ~Cghd 24.05.2025 20:02

            Cieszę się i gratuluję że osiągnęłaś swoje cele zawodowe i życiowe. Najgorzej jest wtedy jak w system wchodzi młoda naiwna osoba która nie potrafiła ocenić sytuację. I to właśnie z takich osób robi się kozła ofiarnego oraz w sowieckim stylu osobę z problemami psychicznymi. A to jest nieprawda. Mi się wydaje że w Polsce pracuje dużo cwaniaków którzy nic nie potrafią praktycznego i boją się o własne stołki biznesy i interesy że ktoś może być lepszy, że ktoś wytknie komuś idiotyzm lub wynajdzie jakies machlojki i przekręty. Takie osoby budują swój autorytet o mobbing i zastraszanie bo w środku są puste. Bądź dumna z siebie że nie dałaś się nikomu oraz że jakiś stary leśny dziadek bal się studentki. To znaczy wiesz kto pracuje na uczelni? Bał się twojego potencjału. Niestety twój problem polegał na tym że nie miałaś poparcia kogoś ważnego na uczelni lub nie byłaś czyjąś córką. Wtedy wszyscy ciebie by szanowali. To pokazuje feudalny mental Polaków. W moim przypadku jak opowiadałem obcokrajowcom o moich przebojach to nidowierzali i pytali się mnie czy idioci pracują na państwej uczelni w Polsce. Bac się studenta. Serio.

  • ~Inny 23.05.2025 02:08

    Byłem na specyficznych zaocznych zagranicznych studiach doktoranckich. W zasadzie, musiałem odbębnić formalne obowiązkowe zajęcia za granicą. Badania robiłem w Polsce. Za granicą były konsultacje, bez źadnej ingerencji w proces badań. Najciekawszy był dla mnie udział w zagranicznych seminariach i kontakt z ludźmi. Taki proces zmuszał mnie do intensywnej pracy, aby dokonać wszystko w formalnym czasie. Obrona na zagranicznej uczelni dała mi dużą satysfakcję, bo byla olbrzymia liczba profesoròw i zainteresowanych moim doktoratem Jeden z recenzentów, oczytał swoją recenzję, potem powiedział, że jego recdnzja jest fałszywa, bo się pomylił, nie zauważając, że jego model obliczeniowy nie spełniał ciekawszego ujęcia mojej pracy jak i danych z eksperymentu, których w szczegółach nie podałem ze względu na interes gospodarczy i udane wdrożanie w Polsce. Uważam, że to podstawowa rzecz, aby doktorat był powiązany z wdrożeniem w gospodarkę, nawet częściowo albo przy okazji. Inaczej frustracja w nauce wzrośnie, bo liczą się pseudo osiągnięcia w ilości publikacjii., nikomu niepotrzebne tony tomów habilitacji

    • ~Jfvj 24.05.2025 10:59

      Nikt nie chce współpracować na zachodzie z polskimi nauczycielami akademickimi bo wiedzą że to teoretycy którzy nic nie potrafią praktycznego. Nigdzie nie pracowali w przemyśle lub biznesie a ich wiedza utkwiła na etapie PRLu. Współpraca z zachodem polega na napisaniu co najwyżej artykułu lub książki pokonferencyjnej. Jedynie młodych by wzięli ze znajomością języków obcych. Na UWr pracowala profesorka i miała dobre chęci w stosunku do swojego doktorantka, perełka. Chciała mu pomóc dostać staż zagranicą, plaszczyla się na callach bo w młodości jeździła i pracowała zagranicą więc ja znali. Efekt był taki że zagranicą woleli wziąć na dłuższy staż absolwenta Cambridge czy Oxford a nie nikomu nieznanego z czegokolwiek UWr. Nie muszę pisać o selekcji negatywnej kadry po transformacji i gdzie się ulokowali tajni współpracownicy UB i SB i ich dzieci w większości przypadków. Wrocław miasto i kolebaka kolegium tumunamum oraz rodziny Vateusza z biskupem Bulba. I oto Polska powiatowa wita. Takie kadry akademickie i takie elity intelektualne Polski powiatowej z postsowiecka mentalnością.

      • ~. 24.05.2025 12:15

        Jeśli tylko pozwalają na to finanse, doktoranci powinni sami poznawać ludzi na konferencjach. Oprócz wiedzy, równie ważne są umiejętności miękkie, o ile potencjalny znajomy z zagranicy nie jest socjopatą, ale na takich szkoda czasu. Wyjazdy na staże można realizowane w ramach Eramsus+ (w trakcie doktoratu i po zakończeniukształcenia) i z mojego doświadczenia, obcokrajowcy bardzo chętnie przyjmują polskich doktorantów, jeśli wcześniej mieli okazję ich poznać i porozmawiać.
        A staż z Erasmusa może być zalążkiem przyszłego postdoca, jeśli doktorant udowodni swoją wartość. Doktoranci z UK i innych państw "zachodnich" często jeżdżą na konferencje i po prostu są znani, albo jako konkretne osoby, albo jako doktoranci konkretnego promotora. Mając wybór pracownika, każdy prędzej zatrudni kogoś, kogo choć raz widział na oczy lub zna z opowiadań, niż zupełnie nieznaną osobę.

        • ~Fhh 24.05.2025 20:14

          Mój drogi panie w Polsce raczej radzę trzymać się z daleka od karier naukowych. Przy braku dobrego finansowania, współpracy z przemysłem i biznesu oraz braku etatów dla młodych ludzi dać sobie z tym spokój. W niektórych dyscyplinach nie warto mieć dr bo zawodowo do niczego się nie przydaje. Lepiej wydać kasę i czas na praktyczne kursy zawodowe i uzyskanie praktycznych umiejętności. Doktoraty wymyślono aby mieć darmowa siłę roboczą. Większość profesorów z niektórych dyscyplin masowo kształci sobie doktorantów do swoich karier. W większości przypadków bierze się przeciętne osoby na doktoraty bo takie osoby jak się obronią w ogóle czy będą na uczelni czy poza nią nie zrobią zadnej i jakiejkolwiek kariery.

    • ~Marcin Przewloka 23.05.2025 09:32

      @Inny

      Pisze Pan, "Uważam, że to podstawowa rzecz, aby doktorat był powiązany z wdrożeniem w gospodarkę".

      Prosze Pana, jakich "wdrożeniem w gospodarkę" oczekuje Pan od studentow, ktorzy studiuja jezyki swiata, na przyklad takie, ktore juz nie istnieja? Albo studiuja historie. Co maja wdrozyc doktoranci, ktorzy badaja etnografie albo inne aspekty kultury? Doktoranci psychologii albo matematyki? Jakich wdrozen oczekiwac od doktorantow badajacych kosmos? Czy wszyscy doktoranci CERN nie powinni otrzymac stopnia doktora, poniewaz nic z ich badan nie zostalo natychmiast wdrozone w gospodarce? A ci doktoranci, ktorzy badaja podstawowe mechanizmy dzialajace w przyrodzie, na poziomie molekularnym, komorkowym, organizmalnym?

      Czy nie czytal Pan ksiazki "Krotka historia czasu"? Nie ogladal programow telewizyjnych Briana Coxa o wszechswiecie? Albo tych o przyrodzie, prezentowanych przez Davida Attenborough? To wszystko powstalo bez "wdrożen w gospodarkę". Te wdrozenia przyjda pozniej, niezaleznie, a u wiekszosci ludzi chec poznania swiata nie jest napedzania potrzeba wdrozen, tylko zwyczajna ciekawoscia. I ta zwykla ciekawosc to wlasnie sila napedowa badan naukowych.

      • ~Grześ 24.05.2025 20:16

        To przykre, że dyskredytuje pan w wielu swoich komentarzach badania stosowane. To przykre, że pan bada komórki nowotworowe tylko dla zaspokojenia własnej ciekawości (badania podstawowe) a nie ukierunkowuje tych badań na zastosowania: mechanizmy blokujące, leki ... (badania stosowane). Ciekawe na jakiej podstawie pan twierdzi, że "u wiekszosci ludzi chec poznania swiata nie jest napedzania potrzeba wdrozen, tylko zwyczajna ciekawoscia. I ta zwykla ciekawosc to wlasnie sila napedowa badan naukowych"?

        • ~Marcin Przewloka 24.05.2025 23:15

          @Grześ

          Prosze Pana, prosze wskazac na jakies moje komentarze, ktore "dyskredytują badania stosowane". Skad dokladnie ten wniosek?

          W moich komentarzach wskazuje na mechanizm, ktory prowadzi do wprowadzania innowacji technologicznych w zycie. Staram sie podkreslic fakt, ze wszystkie one oryginalnie biora sie z wynikow badan podstawowych (prawde mowiac czuje sie dosyc nieswojo, ze o takich rzeczach nalezy przypominac na Forum Akademickim).
          Wydaje mi sie, ze w Polsce potrzeba prowadzenia badan stosowanych jest zakorzeniona dosyc gleboko w spoleczenstwie. Przydaloby sie zapewne wiecej pieniedzy na ten cel, ale instytuty i struktury dla prowadzenia takich badan istnieja. Mysle, ze ci zaangazowani w ten rodzaj badan beda w stanie powiedziec wiecej na temat, czego im trzeba.

          Tylko teraz skad biora sie mysli, ktore prowadza do wnioskow takich, jak ten: "Uważam, że to podstawowa rzecz, aby doktorat był powiązany z wdrożeniem w gospodarkę"? Wystarczy uzmyslowic sobie, na przyklad, jakie na uczelniach wyzszych, takich jak uniwersytety, istnieja wydzialy. Wydzial Archeologii, Biologii, Filozofii, Neofilologii, Polonistyki,... i pare innych. Jak mozna oczekiwac od doktorantow prowadzacych badania na tych wydzialach, ze ich "doktoraty beda powiązane z wdrożeniem w gospodarkę"? Moze mi Pan to wyjasnic?

          Skoro wspomnial Pan o moich badaniach, szczegolnie w kontekscie biologii nowotworow, mam pytania do Pana: prosze podac JEDEN przyklad terapii rakowej, ktora nie zostala oryginalnie wypracowana z badan podstawowych. Ktorej korzenie nie siegaja badan podstawowych. Bardzo chetnie do przedyskutuje.

          Nie moge odpowiedziec na wszysytkie pytania, ale odnosnie ciekawosci, to prosze spojrzec w nagrody Nobla rozdane w przeciagu ostatnich 10 czy 20 lat, i prosze spojrzec, skad sie braly pytania, ktore doprowadzily do odkryc nagrodzonych tymi Noblami.

      • ~AMO 24.05.2025 03:14

        Pan pisze, że wdrożenia przyjdą później.

        Pisze Pan o takich badaczach badań podstawowych z ekonomii jak Marks czy Engels?

        A może o wierszykach Szymborskiej ? że przyjdzie czas i je wdrożą w gospodarkę

        Niech wszyscy robią badana podstawowe, przyjdzie czas, że kosmici je wdrożą.

        Ja Panu proponuję aby Pan badał taki temat:

        Dlaczego kukułka kuka i jak często i co z tego wynika.

        • ~Marcin Przewloka 24.05.2025 10:43

          @AMO

          Rzeczywiscie, istnieja badania podstawowe w ekonomii.
          I jestem pewien, ze na temat "wierszykow Szymborskiej" ludzie tez robia doktoraty.
          Pytaniami o kukulce nalezaloby natomiast zainteresowac ornitologow, byc moze juz sporo wiadomo o kukaniu.

          Tymczasem swiat zadziwia sie najnowszymi zdjeciami z teleskopu Webba, ktore moga pomoc rozwiazac szereg zagadek w temacie ewolucji wszechswiata. Nie sadze, zeby z tego bylo jakas natychmiastowe "wdrozenie".

          No niestety, tak chyba zawsze bylo, i tak jest teraz: niektorzy patrza w gwiazdy i pytaja "jak", "kiedy", "dlaczego", "co z tego", a inni sa zainteresowani udoskonalaniem sznurka do snopowiazalki. Co kto woli.

          • ~AMO 24.05.2025 11:01

            Tak wszelki teorie to badania podstawowe, co zdziwiony. Wszakże to jest zgodne z definicją nauki jaką Pan podaje.
            implementacja badań podstawowych Engelsa i Marka skończyła się jak skończyła.
            Pan o badania kosmosu, to Aztekowie byli pierwsi i jak skończyli. Dziś ich nie ma.
            Sznurek od snopowiązałek podniósł wydajność w rolnictwie jak i inne tego typu wynalazki, a Pan by tylko badania podstawowe jak Aztecy i by Pan nie przeżył.

            • ~sdf 25.05.2025 23:52

              Przepiękne. Aztekowie wyginęli, bo badali kosmos. Badania podstawowe są złe, bo Marks i Engels. Jakość dyskusji na Forum trochę jakby ostatnio spadła. Z czego i za co chcesz robić wdrożenia bez dobrych badań podstawowych? Skończy się innowacyjnym waflem suchym oraz równie innowacyjną drabiną. Tak, to przykłady wdrożeń z NCBiR.

            • ~Marcin Przewloka 24.05.2025 14:40

              @AMO

              Mysle, ze powienien Pan/Pani zaczac porzadna miedzynarodowa akcje informacyjna, zeby przestrzec naukowcow pracujacych na wszystkich uniwersytetach swiata, i wytlumaczyc ze ich koniec jest bliski - niedlugo wszyscy oni skoncza jak Aztekowie

              • ~AMO 24.05.2025 15:11

                W PRL 40 lat badań podstawowych, teraz 35 lat po 89 roku, a wzrost gospodarczy Polski w ostatnich latach nie dzięki badanom podstawowym.

                Trzeba być komunistą naukowym tak jak Pan i budować światłą przyszłość (komunizm) w oparciu o padania podstawowe.

                Takich utrwalaczy władzy właśnie PAN potrzebuje, ale niekoniecznie społeczeństwo polskie.

                • ~Marcin Przewloka 24.05.2025 18:02

                  @AMO

                  'AMO' brzmi jak 'kk' ze swoimi odniesieniami PRLu, ktore sa w tym temacie absolutnie i calkowicie nieistotne.

                  Straszny komunizm musi panowac w nauce wszystkich krajow Europy Zachodniej, bo tam wszedzie u podstaw badan na uczelniach leza badania podstawowe.

                  • ~Nika 25.05.2025 09:09

                    A propos badań stosowanych i podstawowych polecam lekturę
                    https://pubs.acs.org/doi/10.1021/acsnano.0c02181
                    oraz cytowanej tam publikacji nr 1.
                    Mnie badania stosowane przypominają artykuł nr 1. Pytanie czy to jest uprawianie nauki - bez negowania faktu, że takie eksperymenty mogą poskutkować zastosowaniami?

                    • ~Marcin Przewloka 25.05.2025 09:59

                      @Nika

                      No wiec mi sie wydaje, ze zadaniem nauki jest odkrywanie nowego. Czy to sie przelozy na aplikacje, a jesli tak to kiedy, jest to sprawa drugorzedowa.
                      Kierunki badana, cele dlugofalowe, powinny byc ambitne, ale w nauce nie wszystko idzie, jak bysmy chcieli. Nowe wyniki potrafia nasze plany przekierowac na inne tory. Dlatego wydaje mi sie, ze badania takie, jak opisane w tych artykulach 'ACS Nano', tez sa jak najbardziej wartosciowe, poniewaz domyslam sie, ze odkrywaja cos nowego.
                      Pamietajmy, ze te nowe wielkie odkrycia stoja na barkach tysiecy mniejszych odkryc. One moga, ale wcale nie musza prowadzic do natychmiastowych wdrozen.

                      Niezaleznie od tego istnieja instytuty badawcze, albo dzialy badawcze w firmach, ktore sa sponsorowane bezposrednio przez przemysl, ktorych zadaniem jest udoskonalanie na potrzeby otrzymania lepszego produktu. Przy okazji tej pracy tez oczywiscie mozna odkryc cos nowego, ale to nie jest dla nich priorytet. Oczywiste jest ze takie badania sa bardzo potrzebne, ale one zwykle nie dzieja sie na uczelniach czy w instytutach, ktore nakierowane sa na badania podstawowe.

                      • ~Nika 26.05.2025 18:43

                        Mnie też się tak wydaje. Ale na uczelniach wygrywa inna opcja. Zresztą, wymyśleć albo odkryć coś nowego potrafi bardzo niewielki ułamek ludzkości. I niewiele większy (o ile w ogóle) ułamek ludzi uprawiających naukę na uczelniach. I żeby nie było - ja też chyba już żadnego przełomowego odkrycia nie dokonam, ale było fajnie całe życie się uczyć.

                        • ~Marcin Przewloka 26.05.2025 23:35

                          @Nika

                          To nie jest tak, ze "wymyśleć albo odkryć coś nowego potrafi bardzo niewielki ułamek ludzkości". Naukowcy, jesli prowadza badania poprawnie, odkrywaja nowe rzeczy bardzo czesto. Czy te ich odkrycia sa na miare Nobla? Tego nikt nie przewidzi, ale tez tych Nobli jest bardzo niewiele, prawda? Niewiele odkryc zalapie sie na Nobla, ale odkryc, ktore przesuwaja granice rozumienia tego, co i jak dziala na swiecie, jest calkiem sporo.
                          Wazne, zeby zadawac ambitne, ciekawe pytania, i prowadzic badania rzetelnie, w sposob zgodny z metoda naukowa. To juz wystarczy, zeby nauka posuwala sie do przodu. I na tym tle, od czasu do czasu, mamy czasem naprawde duze odkrycia.

                          We all stand on the shoulders of giants. :-)

  • ~Jan. W. 22.05.2025 20:21

    Część doktorantów udaje, że coś robi, promotorzy i rady to przyklepują (no bo jak sprawdzić postęp, skoro nic nie ma oprócz deklaracji). U nas na Wydziale znam 4 z podobno 50 doktorantów. Bo są ponoć w SD.
    I tak to się toczy. W dokumentacji pewnie wygląda lepiej, bo kto nie chce dobrze wypaść.
    Jedyne sensowne wyjście to więcej asystentury (ale to nie jest korzystne że względu na subwencję).
    A w opisie z oceny może dobre wnioski są, ale gdzie jakieś recepty?

  • ~Rs 22.05.2025 19:08

    Mniej spotkań i konferencji, a więcej pracy naukowej

  • ~MattNMR 22.05.2025 18:39

    Cieszmy się (a raczej cieszcie się Promotorzy), że po obronie doktoratu nie dostajemy szabli (jak w Finlandii) bo w Polsce drastycznie zmniejszylaby się populacja promotorów xD

    • ~Sfrustrowana 23.05.2025 10:29

      Haha dokładnie! Moja promotor miała mnie w dupie przez cały mój doktorat, podobnie jak koleżankę, która rok po mnie się dostała na doktorat (co prawda jeszcze stare studia doktoranckie, ale u nas akurat poza nazwą i zmniejszeniem liczby doktorantów i zwiększeniem stypendiów to nic się nie zmieniło). Gdyby nie nasz promotor pomocniczy, który odwalał za nią całą robotę, to byśmy nie wiedziały w którą stronę się obrócić, zwłaszcza na początku.
      Uważam, że receptą na poprawę tego stanu rzeczy nie jest zachęcanie promotorów a porządny odsiew licznych plew w całej kadrze profesorskiej. Tytuły wyjechane na cudzych plecach i siedzą takie nieroby na stołkach a cała Katedra robi ich robotę.

      • ~Były doktorat 24.05.2025 18:40

        Popieram.. i jakby to nie zabrzmiało, zazdroszczę. Mój były "promotor" nawet tego rodzaju oczekiwań nie był w stanie spełnić ("oby tylko nie przeszkadzał"). Jak się zorientowałam w sytuacji, ZABRONIŁ MI odejść (bo mógł, od niego zależała też moja praca zawodowa). Bez pracy, ale z godnością skończyłam. Nie mowiąc o licznych oszustwach, ktorych bylam swiadkiem lub podmiotem (ktos zapomnial ze sie umowil, albo zapomnial kto zebrał materiał, albo wzial próbki, zrobil doktorat, rozliczył grant i zapomniał, skad je wział). Gdzie jest miejsce takich "profesorów"? ...

    • ~Samouk 22.05.2025 23:32

      Mój promotor nawet nie wiem, czy przeczytał moją pracę doktorską. Otrzymał ode mnie gotowiec, a potem była już tylko obrona. Jak słyszę, o tych wszystkich szkołach doktorskich, rozbudowanym systemie i czasie na to poświęconym, który można by inaczej spożytkować to się dziwię. Ja byłem zdeterminowanym samoukiem i to wystarczyło.

  • ~wiecznie_młoda 22.05.2025 14:17

    Perspektywa z samego dołu nauki, czyli młodej doktorantki. Przez dwa lata stypendium wynosiło trochę ponad 2000 na rękę i to już po inflacji 2022. Nie wystarczało tego nawet, żeby opłacić kawalerkę w dużym mieście. Albo wesprze cię rodzina, albo idź do pracy, albo zostaje głód. Doktorat jest dla zamożnych. Na uczelni ze statusem badawczym pracy badawczej nie ma. Tyrałam na drobnych zleceniach, pomagając w zadaniach grantowych niezwiązanych z moim doktoratem, żeby przeżyć, aż w końcu poszłam do biznesu. Taka oto reforma. A jeść coś trzeba. Rynek pracy zweryfikował mnie pozytywnie: mam wiedzę, umiejętności i kompetencje. Poradzę sobie. Jednak w mojej dyscyplinie, jak chce się pracować badawczo w Polsce, to zostaje tylko uczelnia. Polski sektor biznesowy nie jest chłonny wobec wysoko wykwalifikowanych specjalistów, zostają więc Niemcy. Na zagranicznej uczelni nauczyłam się metod i technik, o których nasza szkoła doktorska nawet nie wspomniała, że istnieją. Zajęcia tu są bardzo wprowadzające, do prawdziwej pracy badawczej nie przygotowują. Gdybym polegała na tym, co daje szkoła, nie miałabym żadnych szans na postdoca.
    O każde dofinansowanie w szkole trzeba walczyć w drodze konkursu. Walczyć, bo konkurs jest otwierany raz w roku i zamykany po miesiącu z powodu wyczerpania środków. Współczynnik sukcesu - parę procent. Miejsca do pracy na uczelni nie ma. Ani biurka, ani krzesła, nic. Kawę sobie kup w automacie, doktorancie, bo nawet nie jesteś pracownikiem. A że spośród wszystkich doktorantów w Polsce szansę na dostanie Preludium NCN ma jedynie ok. 2% już nie wspomnę. Nie możemy na uczelnię liczyć. Moi zagraniczni znajomi od razu dostają PhD offer: jakie fundusze są dla nich zarezerwowane na badania terenowe, konferencje, OA itd. Integracja z katedrą czy grupą badawczą, którą kieruje promotor. My dostajemy jedynie kopa od promotora. I tak, nie ma jasnych procedur, co robić w sytuacji konfliktu z promotorem poza dziwnymi spojrzeniami i sugestią, że to spowoduje tylko więcej problemów.
    Prawie połowa czasu spędzonego na doktoracie to nieustanne wypełnianie tabelek i oświadczeń: że się nie skradło tych 200 zł i że się naprawdę wyjechało na tę prestiżową konferencję. I do wszystkiego po pięć podpisów z pieczątką, raporty i sprawozdania, bo inaczej się nie da. Bo ewaluacja? Bo doktorant potrzebny tylko do prowadzenia zajęć, ogarniania administracji i rozliczania wysoko punktowanych publikacji? A pracownikiem nie jest, na L4 nie pójdzie.
    Najgłośniej krzyczą starsi Koledzy z pokolenia milenialsów. Są w stanie zjeść takiego młodego doktoranta, bo „za moich czasów było gorzej” i on śmie mieć tyle samo/więcej na rękę, co asystent z doktoratem. Wolicie, żeby nam zabrali, czy żeby wam w końcu dali uczciwe wynagrodzenie? Was traktowano źle, to i nas trzeba? Gdzie jest wasza pozycja polityczna? Za waszych czasów przynajmniej mieszkania były tańsze, profesor zarabiał 3 pensje minimalne, a ze stypendium Ministra/FNP można było odłożyć na mieszkanie. A wiecie, że to stypendium Ministra wynosi tyle samo, co w 2014, a średnia cena za m2 mikrokawalerki jest o 2,5 razy wyższa? Wszyscy zżymają się, że postulatów środowiska naukowego nikt nie szanuje w Polsce. A może trochę solidarności nie zaszkodzi, drodzy naukowcy.

    • ~Anna 24.05.2025 12:54

      Paniusiu asystent na uczelni w latach 90-tych dostawał płacę, która nie wystarczała na zapłacenie rachunków i jedzenie, o mieszkaniu to mógł sobie pomarzyć. Jak chciał mieć lepiej to musiał podejmować pracę na drugi etat. Nie opowiadaj bajek jak to obecnie doktorant ma ciężko. Zajęć nie prowadzi - góra jedna grupa ćwiczeniowa, stypendium dostaje, konkursów dla młodych od metra. Kiedyś asystent miał 260 godzin zajęć dydaktycznych, do wykonania pracę w laboratorium a poza tym miał zrobić doktorat. Nikogo nie obchodziło jak go zrobi, nie zdążył w terminie to won. A kierownikom nie zależało na tym, żeby asystent doktorat napisał. Grantów nie było. Literaturę szukało się w czasopismach drukowanych nie w internecie. Więc nie opowiadaj jak macie ciężko tylko rusz tyłek do roboty!!!

      • ~wiecznie_młoda 24.05.2025 22:00

        Anno, po pierwsze w mojej wypowiedzi jest mowa o latach po wejściu Polski do UE. Nie o transformacji podczas której wszyscy, również asystenci, dostali po tyłku. Czy Ty naprawdę porównałaś Polskę lat 90. do 2025? Dobrze, że nie do czasów Jaruzelskiego. Piszesz „[asystent miał] płacę, która nie wystarczała na zapłacenie rachunków i jedzenie, o mieszkaniu to mógł sobie pomarzyć”. Płaciłam za wynajem 2400 i media, dostając stypendium trochę ponad 2000. „Jak chciał mieć lepiej to musiał podejmować pracę na drugi etat”. Ty patrz, znowu się nic nie zmieniło, wystarczy przeczytać mój komentarz. FA to nie fejsbuk.

        Po drugie, nikt od asystenta nie wymagał robienia nauki na poziomie światowym. A już tym bardziej z tego nie rozliczał. Mało kto wiedział co to jest Impact Factor, a na wielu uczelniach nie było nawet wykupionego dostępu do czasopism. Większość publikowała wyłącznie lokalnie. Taka oto nauka. Dzisiaj to się zmienia i my, doktoranci szkół doktorskich, jesteśmy pierwszym pokoleniem, od którego się wymaga impaktfaktorów i osiągnięć międzynarodowych. Nie zachęcaj mnie do pracy (cytat: rusz tyłek do roboty), bo ja swoje robię i są z tego efekty. Tym bardziej mam czelność twierdzić, że do wyników na poziomie światowym trzeba mieć poza talentem jeszcze pieniądze i zespół. Doktorant z UW nie ma nawet w przybliżeniu takiego wsparcia co doktorant z ETH Zurich, nie mówiąc już o stypendium czy wewnętrznym finansowaniu projektów.
        Po trzecie, ty konkurowałaś najwyżej z ludźmi z kilku innych uczelni. Ja konkuruję z całym Zachodem, bo świat się zmienił. Z Zachodem, gdzie doktorant traktowany jest jako inwestycja wzmacniająca zespół badawczy, jako przyszły współpracownik w trakcie szkolenia, a nie jak osoba do pomiatania. Z Zachodem, który ma o wiele lepsze zasoby, laboratoria i wybitne zespoły badawcze. A u nas nawet bardzo dobry dr hab. nie stworzy wymarzonego zespołu za bieda-pieniądze z grantu NCN. O ile go wygra.
        Współczuję Ci, jeśli przeszłaś przez ten etap w latach 90., ale pora się obudzić i przestać równać ludzi w dół. 21. gospodarka świata powinna mieć własną naukę tym bardziej, że jej model gospodarczy już się wyczerpuje.

        • ~fv 24.05.2025 23:12

          W Polsce nie ma transparentności, nie ma wsparcia, nie ma pieniędzy na nic (to tylko bajki są powtarzane) nie ma współpracy, nie ma pracy zespołowej. To jak coś można osignac? Moim zdaniem największym problemem jest mentalność i zerowa świadomość społeczna. Ale mnie to nie dziwi, w bogatych krajach nauczyciele jacykolwiek są elita, maja dobre pensje, rządy finansują im darmowe studia kursy dokształcające. A w Polsce plac sobie sam za wszystko. Politykom zależy na tym aby wyhodować sobie społeczeństwo 500 plus, socjalistyczne nie chcą kumatych ludzi. Czemu Pani nie zrobi doktoratu albo Post doc na zachodzie ? To jest nieba a ziemia. W niektórych dyscyplinach Polska nauka może konkurować z krajami trzeciego świata. Jest młoda i zna języki, niech jedzie w świat. Polski dawno nie ma jako samodzielnego bytu gospodarczego i politycznego. Bedzie tylko żałować ze utkwiła za grosze na etacie na jakieś uczelni z 800 miejsca listy szanghajskiej, co najwyżej Warsaw w nazwie może być rozpoznawalne zagranica jako nazwa stolicy kraju nic więcej.

          • ~wiecznie_młoda 25.05.2025 16:09

            Do ~fv. Dlaczego Pan(-i) pozostał(-a) w Polsce? Jakie są pozytywne aspekty tej decyzji? Myślę o postdocu za granicą. Doktorat robiłam u nas, bo uwierzyłam w bajki o reformach, szkołach doktorskich i stypendiach. Młodzieńcza naiwność xD Państwo kształci doktorantów, żeby bardziej kumaci wyjechali na Zachód. Zostaną tu tacy, co sobie na rynku pracy nie poradzą albo tacy co się boją wyjazdu.

            • ~Cbnkg 25.05.2025 23:12

              Gratulacje dla Pani że się odważyła. Moja koleżanka była mobbingowana bo miała patenty krajowe i zagraniczne. Wylądowała na Cambridge. Tak młodość, naiwność i brak obycia spowodowal że niektórzy ludzie mieli takie historie. Ja mam pytanie po co niektórzy zawracają gitarę na doktoraty komus.. ktoś marnuje na to parę lat a potem ma dziwne historie z promotorem czy obrona? Jak jakiś sabotaż. Również dzieci doktoratów w niektórych dyscyplinach nie mają lekko. Jak się na uczelni nie lubią między sobą czyjs ojciec wersus jego współpracownicy. Chłopak pisał 7 lat doktorat bo promotor ciągle wybrzydzał. Był bardzo rzetelny i skrupulatny. Nie warto robić doktoratu przy nizach demograficznych. Będą zwolnienia i redukcję raczej. Uważam że niektóre uczelnie prywatne będą upadać albo łączyć się z innymi. W mniejszych miejscowościach będą wygaszane lub zamykane publiczne jednostki na korzyść dla uczelni większych miastach.

  • ~to 22.05.2025 13:42

    Promotor dostaje wynagrodzenie dopiero po obronie doktoranta, czyli po 5 latach. Ciekawe czy jak promotor powie w swojej elektrowni czy spółdzielni, że zapłaci rachunek dopiero, jak dostanie honorarium, to mu uwierzą. OPSD, to po prostu kpina z ludzi.

    • ~KB 22.05.2025 21:56

      Niektórym promotorom to i te finalne pieniądze po obronie się nie należą. Poniżej już wspomniano o aspekcie budowania zespołu i jak działa nauka. Dodam jeszcze, że promotor za opiekę nad doktorantem dostaje godziny, które zalicza się do pensum, a jak bardziej chce go wykorzystać to po prostu wyśle go jeszcze aby prowadził za niego zajęcia.

      Nie spotkałem jeszcze promotora, który byłby "stratny" na doktorancie.

      • ~to 23.05.2025 12:15

        To jakaś bzdura. Nie ma żadnych godzin do pensum za pracę z doktorantem. Kiedy to było? Chyba w zeszłym stuleciu? Tak samo z prowadzeniem zajęć za promotora.

        • ~sdf 23.05.2025 20:58

          Zależy od uczelni. U nas od lat było 15 godzin na rok, od niedawna jest 30 godzin. Z prowadzeniem zajęć się nie spotkałem.

        • ~KB 23.05.2025 12:54

          W 2025 roku na jednej z największych uczelni technicznych w Polsce. 30h/doktoranta

      • ~Mareczek 23.05.2025 09:01

        Aż dreszcz wstrętu przejmuje, gdy się to czyta: profesor dostaje pieniądze porównywalne z tygodniową koparkowego albo z 2 weekendami taksówkarza za po przyjemność przyswojenia i poprawienia opus magnum orczyka, którego zgodnie z obłędnym trendem do nadprodukcji doktorów utwierdza się w przekonaniu, że jest badaczem. I za co panie takie piniądze, za co co??

        • ~KB 23.05.2025 12:53

          Bo się nie nadaje do niczego innego. Dlatego zamiast wziąć się za uczciwą pracę na koparce siedzi na uczelni.

    • ~Rafal Kucharski 22.05.2025 14:29

      Promotorem może być samodzielny, a więc ktoś kto powinien mieć własną grupę a o jej sile (w poważnej nauce) stanowi czynnik ludzki, a więc doktoranci. Tak więc promotor, jako lider zespołu dostaje 'wynagrodzenie' w formie nowych członków zespołu, do prowadzenia badań. Jego zespół (i dorobek zespołowy) rośnie dzięki doktorantom. To nawet więcej niż wynagrodzenie i motywacja - doktorant to podstawowe narzędzie robienia nauki.

      • ~opw 23.05.2025 09:00

        To było na poważnie? Wynagrodzeniem za pracę jest śwaidomość że ma się kim kierować? Jeśli tak, prosze mi podpowiedzieć jak taką saidomością zapłącić ratę kredytu hipotecznego.

    • ~JK 22.05.2025 14:28

      Po 4 latach teoretycznie. Ale jak wiadomo jest to wynagrodzenia symboliczne.

  • ~KB 22.05.2025 12:40

    Fajnie brzmią hasła, że kształcenie doktorant jest drogie oraz "ćwierć miliona w cyklu czteroletnim". Z tym, że to ćwierć miliona to 60000 rocznie, czyli 15000 EUR (1250 EUR/miesiąc). Powiedziałbym, że wykształcenie doktoranta w Polsce jest relatywnie tanie, a przez to ilość chętnych nie powala.

    • ~Rafał Kucharski 22.05.2025 14:31

      Ale doktoraty 'na serio' są współfinansowane przez NCN - wtedy do tego 1/4miliona dokłada się NCN (60k rocznie x 3lata). Wtedy zaczyna to być może nie konkurencyjne względem PhD na zachodzie, ale już atrakcyjne.

      • ~KB 22.05.2025 15:59

        60k brutto brutto. Rzadko zresztą spotykam się z taką stawką, częściej to są kwoty rzędu 2000-3000/miesiąc. Niemniej, w 2025 "nie opłaca" się iść na doktorat bez projektu. Zwłaszcza, że można iść sobie na lajtowy doktorat wdrożeniowy, gdzie stypendium ze szkoły doktorskiej + gwarantowane pieniądze na badania i konferencje ma się za przyjechanie na jeden dzień w tygodniu (i to nie zawsze).

  • ~fdvgre 22.05.2025 11:54

    moze czas oferowac umowy o prace doktorantom ? to jest praca jak kazda inna, placic im skladki, a nie darmowa sila robocza jak w afryce

    • ~Marcin Przewloka 22.05.2025 19:23

      @fdvgre

      Nie moge sie odniesc do porownania (cyt.) "jak w afryce", bo nie znam zasad robienia doktoratu w zadnym kraju afrykanskim, ale traktowanie doktorantow jak studentow to nie jest cos nowego, czy dzialajacego tylko w Polsce.
      Chyba we wszystkich krajach anglosaskich doktorat robi sie bedac studentem, otrzymujac stypendium, nie bedac zatrudnionym. Oczywiscie, moga byc i inne modele traktowania doktorantow, ale nieposiadanie umowy o prace nie jest czyms z definicji zlym czy blokujacym kariere.

      • ~Odpowiedz 23.05.2025 14:12

        Z założenia brak umowy o pracę nie jest czymś złym, w praktyce już tak. Szczególnie w naszych warunkach. Jeśli kończę studia z wyróżnieniem, jestem ambitny i mam na szali iść do pracy i po 2-3 latach ustatkować się (ślub, mieszkanie, rodzina) i piąć się w korporacyjnej hierarchii , a z drugiej strony mam iść na uczelnię na doktorat, na 6-7 lat bez umowy o pracę ze stypendium z ncn 3600 do 4700 (może na 5tym roku wybłagam stanowisko technika, bo już skończyło się stypendium - przypominam dobry student z już 5 letnim doświadczeniem) to o czym my mówimy? Jak mają iść do nauki DOBRE osoby, a nie tylko osoby, które nie znalazły pracy w swojej branży? Jak nauka ma być konkurencyjna? I nawet nie chcę czytać o misji :) z traktowaniem doktoranta jak studenta spotkałam się tylko w miejscach gdzie zaraz po B.sc ktoś szedł na doktorat lub trwał on 3 lata, no i w Polsce.

        • ~Marcin Przewloka 23.05.2025 15:24

          @Odpowiedz

          Tak, no wiec to jest zawsze problem z potencjalnym przeniesieniem na inny grunt pewnych zasad, ktore dzialaja gdzie indziej. To sie wcale nie musi udac, bo lokalne warunki zawsze sa troche inne.

          Jedyne, co chcialem powiedziec, to ze bycie PhD studentem z definicji nie musi byc zlym rozwiazaniem.
          Na przyklad w Stanach studenci robia doktoraty dlugo, po 5-7 lat, i ciagle funkcjonuja jakos studenci. Dopiero potem wchodza w "strefe zatrudnienia", czy to do firm, czy do jakiejs instutucji naukowej/akademickiej. Przez ten caly czas zarabiaja raczej malo. I mowie tutaj o rzeczywistosci, czyli praktyce, nie o "potencjalnych rozwiazaniach".
          Tak wiec jest to kwestia systemu.

          Wydaje mi sie, ze w Europie w wiekszosci miejsc doktoranci sa zatrudniani na etacie. Z wyjatkiem Wielkiej Brytanii, oczywiscie.

    • ~Alien 22.05.2025 12:18

      Raczej uczelnie bronią się przed nadmiarem etatów, zwłaszcza w obecnych czasach, w których jest coraz mniej studentów.

  • ~Mgr inż. 22.05.2025 11:02

    Tak, doktorant (w określonych sytuacjach) to powinien być PRACOWNIK na umowie o pracę. Jeśli realizowany przez niego projekt wymaga codziennej obecności w Jednostce i przez to nie ma on innego „głównego” zatrudnienia. Dotyczy biologów, chemików, biotechnologów i pewnie wielu innych pracujących w laboratoriach. Nie dotyczy lekarzy na stażu, prawników itp., którzy pracują, a doktorat realizują po godzinach. I mają takie samo stypendium (!!!).
    Proszę też wziąć się za NCNy, bo teraz jest błąd w założeniu. Kto pozwala pisać projekty dla doktoranta w 4 LETNICH OPUSACH i nawciskać tam Tasków, które realnie nie są do zrobienia w 4 lata? gdzie od realnego uruchomienia projektu mija minimum 4 miesiące, a od napisania pracy do obrony przez formalności też 4-6 Miesięcy, NIE MA OPCJI by zdążyć w 4 lata do obrony. Pora się obudzić i zacząć realnie myśleć, bo znam sporo osób WPROST oszukanych, które godziły się na 4 lata szkoły doktorskiej (bez umowy o pracę), a nie 6. Bez mieszkania, bez możliwości kredytu i nadal z łatką studenta w wieku 30 lat, ale promotorzy nadal myślą, że doktorat można robić po 6-8 lat. Nie te czasy.

    • ~Anna 24.05.2025 12:59

      Doktorat mógł robić 6-8 lat ASYSTENT któremu na barki zwalano dydaktykę 260 godzin, często dokładano dodatkowe godziny, pracę laboratoryjną całodniową a doktorat miał pisać po godzinach!!!
      Chcesz pisać doktorat to zajmuj się pisaniem dostajesz dosyć czasu na to - niczego innego od Ciebie się nie wymaga. Nie opowiadaj o fakturach o zamówieniach od tego są działy na uczelniach. A o grant można wystąpić mając wyniki a nie z pustostanem.

      • ~Do Anna 25.05.2025 19:00

        Nie wiem do jak zamierzchłych czasów się cofasz, ale ja porównuję obecnych 40 latków do 30, a to i tak jest przepaść.
        Nie wymaga? Ale rozumiesz, że wymaga? Realizacji grantu, a często grant za kilka milionów realizuje doktorant i promotor i student? :) bo tak wspaniale są pisane granty? Bo nie ma chętnych na postodoka to lepiej ich nie wpisywać? Wiesz, że taki doktorant NIE MA UMOWY o pracę, a musi być codziennie W PRACY? I robić doświadczenia, nie tylko do pracy, ale te zaplanowane w grancie?
        Naprawdę działy? Pani z administracji mi wybierze mikroskop? Dobierze odpowiednie obiektyw? Przetestuje na naszym materiale? Zrobi ODPOWIEDNI opis do oferty? Czy może zamówi komorę laminarną o odpowiednich parametrach? To Ci wyjaśnię, że właśnie to robią doktoranci po dołączeniu do nowego projektu.
        Ostatniego zdania nie rozumiem, ale miło mi poinformować, że są granty dla badaczy wracający zza granicy, granty na otwarcie labu i jesteś w BŁĘDZIE, że nie zaczyna się nowych projektów na nowe tematy.

    • ~Mk 22.05.2025 19:50

      Opusa można przedłużyć o rok za zgodą kierownika jednostki (formalność), a o dłużej za zgodą NCN (też formalność z reguły). Dlatego dużo bardziej wolę składać wniosek w edycji czerwcowej, bo w przypadku sukcesu (początek grantu w styczniu), jest akurat pół roku na rekrutację kandydata, który zaczyna w październiku i trzeba wydłużyć grant tylko o 9 mies. Natomiast przy grudniowej edycji opusa konieczne jest wydłużanie o 1,5 roku i angażowanie NCNu. Tak czy inaczej, od razu wiadomo, że przedłużyć trzeba będzie.

      • ~Mgr inż. 23.05.2025 13:16

        Tak, tylko patrzymy na to z dwóch perspektyw. Rozumiem, ze nie jest problemem przedłużenie grantu, ale doktoratu życiowo już często tak. Stypendium w grancie należy rozpisać na 4 lata (wymogi szkoły doktorskiej), czyli od dnia uruchomienia grantu są zadania badawcze do realizacji, a zakup i „uruchomienie” linii komórkowych czy zwierzęcych i przetarg na nie zajmuje z rok. A, więc norma. Grant z czerwca, od października przychodzi doktorant i … ma zmarnowane 25% czasu, który ma na badania, bo przez wakacje nic się nie udało załatwić. Przychodzi do zespołu, a nie ma jeszcze odczynników, nie ma materiału,, a w ogłoszeniu do szkoły było, że będzie robił to i to i ma na to 4 lata. W propozycji tematu też. I później jest przedłużanie doktoratu, bo realnie swoje rzeczy zaczął po ponad roku i proszenie się o etat (bo po 4 latach skończyło się stypendium). Za to taka osoba ma dużo nowych umiejętności z robieniem zamówień, ofert, pilnowaniem faktur, opisywaniem ich itp, tylko problem jest taki, że nie na to się pisała. Jeśli Pan/Pani jest w stanie planować to z głową i uwzględniać te przesunięcia to super, ale NIESTETY nie jest to standardem i powinno się o tym mówić.

  • ~Zbig 22.05.2025 10:03

    Może by tak zacząć godziwie opłacać pracę promotora?