Esej prof. Marka Kusia Pu³apki popularyzacji („FA” 1/04) razi jednostronno¶ci± i my¶leniem ¿yczeniowym. Winê za „fa³szywy obraz nauki w spo³eczeñstwie” ponosz± nie szukaj±ce sensacji media ani te¿ nastawieni konsumpcyjnie odbiorcy, lecz niekompetencja uczonych, którzy w przyt³aczaj±cej wiêkszo¶ci nie potrafi± ciekawie mówiæ o swojej pracy.
Dla pisz±cego te s³owa publicystyka popularnonaukowa jest od blisko 15 lat podstawowym ¼ród³em utrzymania. W sumie by³o to ok. 300 artyku³ów w ponad 40 pismach, kiedy¶ m.in. w „Przegl±dzie Technicznym”, dzienniku „¯ycie” i „Sprawach Nauki”, ostatnio w „Gazecie Wyborczej” oraz „Wiedzy i ¯yciu”. Ponadto, niedawno pozna³em smak „nieoczekiwanej zamiany miejsc”, gdy moje w³asne badania z zakresu filozofii ekologii i techniki, sta³y siê przedmiotem popularyzacji na ³amach „Forum Akademickiego”, w artykule Proekologiczny kompromis Mariusza Karwowskiego („FA” 1/04). By³o to szalenie interesuj±ce do¶wiadczenie.
Generalnie, muszê stwierdziæ, ¿e prof. Ku¶ w swoim eseju ¼le formu³uje cele popularyzacji i bije siê przede wszystkim w cudze piersi. Na ile siê orientujê, jest to w¶ród naukowców postawa typowa, wynikaj±ca z roszczeniowego nastawienia do dziennikarza przychodz±cego na rozmowê. Dziennikarz zbyt czêsto traktowany jest jak osobisty rzecznik prasowy lub asystent zobowi±zany wzbogacaæ dorobek naukowy pryncypa³a. Akademicki patriarchalizm ¼le znosi fakt istnienia niezale¿nej prasy i wolno¶ci s³owa. Wyra¿a siê to przede wszystkim w mniej lub bardziej natrêtnych ¿±daniach autoryzacji tekstu.
Kwestia autoryzacji artyku³ów popularnonaukowych skupia, jak w soczewce, kluczowe zagadnienia popularyzacji, wiêc pozwolê sobie umie¶ciæ ten problem w centrum niniejszych rozwa¿añ.
Naprawdê rzadko zdarza siê spotkaæ uczonego, dla którego standardy prawa prasowego s± czym¶ naturalnym. Zwykle trzeba t³umaczyæ, ¿e autoryzacja przys³uguje tylko wywiadom i tekstom sponsorowanym. Niektórzy jednak nie chc± s³uchaæ. Pouczaj±cym przyk³adem mo¿e byæ przypadek pewnego profesora, który ¶wie¿o po powrocie z USA o autoryzacji ani siê zaj±kn±³, ale gdy spotka³em siê z nim piêæ lat pó¼niej, odmowa autoryzacji skoñczy³a siê awantur± i zapewnieniami, ¿e „nigdy wiêcej rozmów” ani ze mn±, ani z gazet±, któr± aktualnie reprezentowa³em.
Najuprzejmiejsz± form± nalegania na autoryzacjê tekstu s± sugestie w rodzaju: „ka¿dy mo¿e siê pomyliæ, wiêc...” Pomiñmy tu fakt, ¿e zasada ograniczonego zaufania jest trudna do przyjêcia w stosunkach miêdzy d¿entelmenami. Nie wypada zak³adaæ z góry, ¿e rozmówca jest niekompetentnym nieudacznikiem. Problem jest jednak znacznie g³êbszy, gdy¿ bardzo wielu, mo¿e nawet wiêkszo¶æ dziennikarzy przed takim argumentem ustêpuje. Czasem nie czuj± siê zbyt pewnie w materii, o której przysz³o im pisaæ, czêsto za¶ po prostu chc± mieæ ¶wiêty spokój, dobre kontakty i bezpieczn± „podk³adkê”, któr± zapewnia autoryzacja.
W zamian jednak cierpi skuteczno¶æ popularyzacji. Dlaczego? Bo z dziennikarzy zostaje zdjêta odpowiedzialno¶æ za to, co pisz± i jak pisz±. Wystarczy umówiæ siê na rozmowê, podstawiæ uczonemu „sitko” pod nos, potem spisaæ z ta¶my, przekazaæ do autoryzacji i mo¿na drukowaæ bez obaw, ¿e naczelny siê przyczepi. Je¶li za¶ przyczepi± siê czytelnicy, to ciê¿ar t³umaczeñ spada na uczonego. W tym systemie popularyzacji dziennikarz jest niemal bezwolnym golemem.
Lecz dobrze, rozpatrzmy modelow± sytuacjê, w której ca³kowicie ubezw³asnowolnieni publicy¶ci jak pszczo³y robotnice obs³uguj± uczonego niby królow± roju, przekazuj±c na zewn±trz tylko to, co królowa pozwoli i kiedy pozwoli.
Szczerze mówi±c, taki system móg³by dobrze funkcjonowaæ, gdyby wszyscy uczeni byli kompetentnymi popularyzatorami nauki. W zdecydowanej wiêkszo¶ci jednak nie s± i nie chc± siê do tego przyznaæ. Powszechnie przyjmuje siê milcz±ce za³o¿enie, ¿e umiejêtno¶æ popularyzacji zyskuje siê razem z tytu³ami przed nazwiskiem. W³a¶ciwie to zwrot „milcz±ce za³o¿enie” jest eufemizmem, w praktyce zachodzi tu brak jakiejkolwiek refleksji nad sposobem popularyzacji przedmiotu i wyników swych badañ.
Norm± i regu³± jest nastawienie, ¿e teksty popularyzatorskie s± czê¶ci± w³asnego dorobku naukowego. To b³±d, bo stanowi± one dorobek publicysty popularnonaukowego. Z pierwszego b³êdu wynika jednak drugi, bo je¶li tekst stanowi czê¶æ dorobku naukowego, to musi podlegaæ krytyce naukowej i fachowemu warto¶ciowaniu. Artyku³ musi zatem, w przekonaniu uczonego, byæ maksymalnie ¶cis³y, zawieraæ jak najprecyzyjniejsze przedstawienie wyników i metod swojej pracy, jak pisze prof. Ku¶. Rezultatem jest faszerowanie tekstów popularnych terminami fachowymi oraz asekuranckimi sformu³owaniami, w rodzaju: „wydaje siê prawdopodobne, i¿...” To wszystko sprawia, ¿e artyku³ popularny przestaje byæ popularnym. Zwykle mamy do czynienia z mniej lub bardziej pokracznymi hybrydami artyku³ów fachowych i popularnych. Na przyk³ad, tre¶æ jest profesjonalna, a „popularno¶æ” maj± zapewniæ u¿yte w tek¶cie kolokwializmy... Wynika to m.in. st±d, ¿e naukowiec zwyczajnie boi siê, ¿e koledzy po fachu wytkn± mu nie¶cis³o¶ci.
Proszê siê potem nie dziwiæ, ¿e czytelnicy wzruszaj± ramionami i pytaj±, czemu to wszystko s³u¿y (bo skoro nie jest ciekawe, niech przynajmniej bêdzie z tego inny po¿ytek!), za¶ redakcje rezygnuj± z lansowania „nudziarzy”. Dziennikarze nie s± bez winy, bo id± na ³atwiznê, ale naukowcy skwapliwie ich w tê stronê popychaj±. Obie strony nawzajem blokuj± sobie rozwój kompetencji popularyzatorskich.
Z takimi oto pogl±dami musia³em niedawno stan±æ po drugiej stronie barykady, przyjmuj±c wizytê red. Karwowskiego. Autoryzacji nie ¿±da³em, mimo to tekst przed drukiem dosta³em. Rzecz jasna, sam bym go napisa³ inaczej, ale zrezygnowa³em z wprowadzania poprawek, uznaj±c prawo Mariusza Karwowskiego do w³asnego sposobu widzenia przedmiotu moich badañ. Co wiêcej, nie poprawi³em nawet drobnych przejêzyczeñ we w³asnych wypowiedziach, wychodz±c z za³o¿enia, ¿e spontaniczno¶æ jêzyka w tek¶cie popularyzatorskim ma wiêksze znaczenie od perfekcyjnej ¶cis³o¶ci. Oczywi¶cie, liczê, ¿e nikt rozs±dny nie bêdzie dokonywa³ fachowej krytyki moich koncepcji, znaj±c je z drugiej rêki, czyli z tekstu popularnego...
Czym wiêc jest popularyzacja nauki w swej istocie? Zabaw±, proszê pañstwa! Intryguj±c± zabaw±, która uczy i przekazuje idee, ale przede wszystkim jest jednak zabaw±. Jak pokazuje historia nauki, uczeni, którzy potrafi± bawiæ siê sw± prac±, bywaj± znacznie bardziej twórczy od tych, dla których istnieje tylko „mozolne przesuwanie granic poznania” i „wytê¿ona s³u¿ba dla dobra ludzko¶ci”. Kto potrafi³by dzi¶ pokazaæ jêzyk jak Albert Einstein? Jak wiele odkryæ wziê³o swój pocz±tek od zabawnych metafor i porównañ, snutych daleko poza granicami dyskursywnego wywodu? Jab³ko Newtona, winda Einsteina, ma³py Kekulego... Przyk³ady mo¿na mno¿yæ.
Nale¿ê do pokolenia wychowanego na „Sondzie” ¶wiêtej pamiêci redaktorów Kamiñskiego i Kurka. Czy ktokolwiek z pamiêtaj±cych ten wspania³y program TV mo¿e powiedzieæ, ¿e mia³o tam miejsce drobiazgowe „u¶ci¶lanie”? By³y za to zabawne scenki odgrywane przez redaktorów i mnóstwo efektownych eksperymentów, które dzi¶ mo¿na ogl±daæ na pokazach w ramach „Festiwalu Nauki”. Ale ju¿ nie w TVP, bo na takie programy nie ma sponsorów.
Niegdy¶ do moich rozmówców zwraca³em siê z pro¶b±: „Proszê wymy¶liæ metaforê ilustruj±c± istotê zagadnienia”. Musia³em z tego zrezygnowaæ, bo reakcj± by³o ca³kowite niezrozumienie, prowadz±ce do zignorowania pro¶by. Teraz staram siê takie metafory wymy¶laæ sam, ale wymaga to przynajmniej podstawowej orientacji w problematyce, o której mowa. Kiedy nie mogê tego zrobiæ, a naukowiec mi nie pomo¿e, trzeba z tematu zrezygnowaæ. Dotyczy to szczególnie wspó³czesnej matematyki i fizyki. Gdyby nie t³umaczenia tekstów zachodnich scientific writers, ca³e po³acie wspó³czesnej nauki by³yby w Polsce poza zasiêgiem popularyzacji.
Popularyzacja nauki ma swoje regu³y, które trzeba poznaæ i na tej podstawie wypracowywaæ sobie indywidualny warsztat. Sam wci±¿ siê tego uczê. S±dzê, ¿e podstawy popularyzacji nale¿a³oby wyk³adaæ przez jeden semestr na ostatnim roku studiów. Mo¿e dziêki temu dyskusje podczas autoryzacji artyku³u popularnonaukowego przesta³yby uparcie zamieniaæ siê w warsztaty dziennikarskie dla pocz±tkuj±cych. Przyznajê, ¿e dla mnie to jest g³ówny motyw odmowy autoryzacji - p³ac± mi wszak za tekst, nie za dokszta³canie luminarza nauki.
Dalszym skutkiem tej niewiedzy jest brak orientacji, jakich informacji potrzebuje dziennikarz. Na pewno nie jest to kronika towarzyska instytutu ani serwituty wobec dziekana. To kolejne ¼ród³o nieporozumieñ.
S± ró¿ni naukowcy i ró¿ni dziennikarze, to prawda. Generalnie jednak naukowcom brakuje umiejêtno¶ci „pozadyskursywnego” mówienia o przedmiocie swej pracy, a dziennikarzom odwagi, by ich do tego nak³aniaæ. Dlatego jest jak jest i coraz gorzej, bo tendencje te w polskich warunkach napêdzaj± jedna drug±.
Na to wszystko nak³ada siê proces tworzenia cywilizacji informacyjnej, którego jednym z przejawów jest rosn±ca skrótowo¶æ przekazu. Kiedy zaczyna³em karierê niezale¿nego publicysty, typowe artyku³y popularnonaukowe liczy³y 10-15 stron maszynopisu, dzi¶ norm± s± 3 strony. Wymaga to wypracowywania wci±¿ nowych ujêæ i „chwytów” na przedstawienie tematu. Sprowadzanie wszystkiego do „pogoni za sensacj±” jest daleko id±cym uproszczeniem i ¶wiadczy o g³êbokiej nieznajomo¶ci realiów, np. zasady prezentacji tzw. newsów, która bywa doprowadzana do przesady, ale stanowi warunek konieczny druku.
Poza wynios³ego kap³ana nauki, który wobec popularyzacji zg³asza szereg pryncypialnych pretensji, przemilczaj±c w³asne u³omno¶ci, jest nie do przyjêcia. Tym bardziej, kiedy idzie to w parze ze zwyk³ym lekcewa¿eniem inteligencji odbiorcy, co w eseju prof. Marka Kusia wyra¿a zdanie: Przecie¿ ka¿dy widzi, ¿e odtwarzacz wyprodukowa³a firma Sony, a nie jaki¶ tam fizyk. Jako publicysta popularnonaukowy oczekujê od naukowca wspó³pracy (odpowiadania na e-maile!) i uszanowania niezale¿no¶ci. Je¿eli bêdê potrzebowa³ guru, to siê zapiszê do sekty.
Konrad T. Lewandowski jest absolwentem Politechniki Warszawskiej i doktorem filozofii Uniwersytetu Kardyna³a Stefana Wyszyñskiego, hobbystycznie pisuje literaturê SF i fantasy.