Page Not Found - Forum Akademickie

Błąd 404 - Strona o podanym adresie nie istnieje



¯ycie akademickie

Weekendowe ucieczki

akimi pobudkami kieruj± siê studenci, wracaj±cy w ka¿dy weekend do swoich domów gdzie¶ na prowincji, do miasteczek i wsi, gdzie czasem nie ma nawet kina?
Ma³gorzata Pawe³czyk

Zapyta³am studentów (tzw. doje¿d¿aj±cych, kontynuuj±cych naukê poza miejscem zamieszkania) z ró¿nych, odleg³ych od siebie o¶rodków akademickich: przysz³ych polonistów z Uniwersytetu Marii Curie-Sk³odowskiej, psychologów z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu i prawników z Uniwersytetu £ódzkiego, dlaczego w ka¿dy pi±tek planowo i systematycznie pakuj± swoje plecaki i ca³ymi zastêpami pod±¿aj± w wyznaczonym kierunku? Wygl±da to jak pospolite ruszenie. Kierunek: Dworzec G³ówny PKP/PKS. Marsz! Zastanowi³o mnie, jakimi pobudkami kieruj± siê studenci, wracaj±cy w ka¿dy weekend do swoich domów gdzie¶ na prowincji. Prowincji, której wachlarz propozycji nierzadko pozbawiony jest nawet oferty kinowej. Co wiêcej, do niedawna ci m³odzi ludzie, jeszcze wówczas liceali¶ci, zarzekali siê, ¿e do tej „zapyzia³ej dziury” bêd± wracaæ tylko na ¶wiêta, tak dla przyzwoito¶ci. Studencka rzeczywisto¶æ skorygowa³a pierwotny zamiar.

Po co wiêc ci±g³a ucieczka do tych wszystkich ma³ych miast i miasteczek, du¿ych wsi i jakich¶ zapomnianych wioseczek? Tego typu pytania zadaj± zarówno nieco zdziwieni wyk³adowcy, którzy nauczeni do¶wiadczeniem nawet nie planuj± popo³udniowych zajêæ w pi±tki, jak i postêpowi, zatroskani rodzice (bo przecie¿ jedyn± nadziej± na rozwój jest du¿e miasto wielkich mo¿liwo¶ci). Pyta te¿ m³odsze rodzeñstwo, odliczaj±ce godziny do legalnej ucieczki w doros³o¶æ, i pytaj± przyjaciele ze szkolnej ³awy, którym nie dane by³o, z zaniechania czy te¿ braku ¶rodków, wyjechaæ z miejsc dzieciñstwa i wspomnieñ.

Zdawaæ by siê mog³o, ¿e w³a¶nie weekendy, wolne od nat³oku zajêæ, wyk³adów i æwiczeñ, s± wprost wymarzonym czasem na bieganie po galeriach, wystawach, teatrach, kinach, filharmoniach, koncertach... Na wszystko to, czego w takich ilo¶ciach ju¿ nigdy wiêcej byæ mo¿e nie bêdzie. Szkoda tylko, ¿e u¶wiadomienie tego przychodzi o piêæ lat za pó¼no. Kiedy z dyplomem w d³oni m³ody cz³owiek musi zderzyæ siê z ma³o uduchowion± rzeczywisto¶ci±, w której sztuka, wed³ug obowi±zuj±cych norm spo³ecznych, nie ma racji bytu. Odpowiedzi studentów okaza³y siê zaskakuj±co zbie¿ne.

BRAK PIENIÊDZY I WYGODA

To najczêstszy powód, jaki podaj± studenci. Nie powinno to zreszt± dziwiæ, bior±c pod uwagê ogólnie znany fakt, ¿e za stypendialne fundusze m³ody cz³owiek, z du¿ym prawdopodobieñstwem, ¶wiata nie podbije. Ka¿dy za¶ wyjazd do domu rokuje spore nadzieje na otrzymanie tzw. paczki ¿ywno¶ciowej, która z za³o¿enia powinna wystarczyæ na nastêpne piêæ dni akademickiej „zsy³ki”. Nie bez znaczenia jest równie¿ funkcjonuj±ca pralka automatyczna, która przy aktywnym udziale niezast±pionej mamy wypierze zaleg³o¶ci z ca³ego tygodnia.

Mam nadziejê, ¿e nie bêdzie wielkim nietaktem, je¶li ponarzekam tutaj na to niezdrowe „rozpieszczenie” dorastaj±cej m³odzie¿y, na brak nak³adanych na ni± obowi±zków i wymagañ, co w konsekwencji musi prowadziæ do jej bezradno¶ci w nowych warunkach studenckiego ¿ycia. Chcê tu byæ jak najdalsza od suchego moralizatorstwa, ale faktem jest, ¿e m³ody cz³owiek nie potrafi - przynajmniej na I roku, a znam to z w³asnego do¶wiadczenia - gospodarowaæ pieniêdzmi, dzieliæ racjonalnie, pamiêtaj±c na pocz±tku miesi±ca o trzydziestu, a nie trzech dniach, które musi prze¿yæ. Nie my¶li te¿ o kupieniu myd³a czy pasty do zêbów, bo przecie¿ takie rzeczy zawsze same pojawia³y siê w domu, ot tak, jak za spraw± czarodziejskiej ró¿d¿ki. I nagle zaczyna dziwiæ, ¿e ta magia nie ma ju¿ racji bytu w skromnym, akademickim przybytku. To niby sprawy b³ahe, nawet ¶mieszne, ale z nich sk³ada siê nasza codzienno¶æ. W³a¶nie po ni± studenci, zw³aszcza pierwszych lat, je¿d¿± do domu. Przecie¿ konieczne jest uzupe³nienie luk dnia powszedniego, by móc ¿yæ choæ przez piêæ przydzia³owych studenckich lat, w tej cudownej „niezno¶nej lekko¶ci bytu”.

STARZY, DOBRZY PRZYJACIELE

Niezwykle silnym magnesem, przyci±gaj±cym studentów w rodzinne strony, jest czekaj±ca mi³o¶æ ich ¿ycia (wzglêdnie mi³o¶æ „kilku chwil”). Ten argument t³umacz±cy cotygodniowe powroty jest bezsprzeczny i, rzecz jasna, nie podlegaj±cy dyskusji. Szczê¶cie zakochanych to sprawa fundamentalna i ¿adna okoliczno¶æ, a tym bardziej wyjazd na studia jednej ze stron zainteresowanych nie jest w stanie tego zak³óciæ. Gorzej, je¶li wyprawy do domu powodowane s± odrzuceniem, nieprzystosowaniem czy te¿ ca³kowit± ignorancj± nowo poznanego ¶rodowiska. A wbrew pozorom zdarza siê to czêsto i w wiêkszo¶ci przypadków studentom tzw. przyjezdnym, którym nie udaje siê dostaæ do zamkniêtych klik tworzonych przez kolegów mieszkaj±cych na sta³e w o¶rodkach akademickich. Ci znaj± dobrze zarówno miasto (dla pozosta³ych jeszcze nieodgadnione, mo¿e nawet trochê straszne?), jak i siebie nawzajem: z liceum, z jednej ulicy, z koncertu, knajpy, imprezy...

Zatem „przyjezdnym” jest i ³atwiej, i przyjemniej wróciæ do starych, sprawdzonych przyjació³ i piwa w jedynym pubie, jaki funkcjonuje w mie¶cie. Takie s± w³a¶nie ma³e miasteczka. I jak tu do nich nie wracaæ?

ANONIMOWO¦Æ

Nie wszystkim ona przeszkadza, nie wszyscy j± dostrzegaj±, ale dla wiêkszo¶ci jest trudna do zniesienia, bywa i niemo¿liwa do zaakceptowania. £atwo wyobraziæ sobie, jak student wraca co pi±tek do domu, na wpó³ uszczê¶liwiony czu³ym przyjêciem, na wpó³ zrezygnowany i zawiedziony studenck± anonimowo¶ci±, której niespodziewanie sta³ siê czê¶ci±. Mieszkaj±c w akademiku zostaje zalany fal± podobnych mu „braci” i „sióstr”. Nie ma ju¿ swojego pokoju-azylu, swojego biurka, magnetofonu, którym niepodzielnie w³ada³, a który teraz zaw³adn±³ nim, bo muzyka techno, obsesyjnie s³uchana przez s±siada, wywo³uje u niego mordercze my¶li. K³adzie siê wiêc do ³ó¿ka, jedynej przestrzeni, nad któr± teoretycznie panuje, zamyka oczy i zamiast wytchnienia znajduje pod powiekami obraz, który przyt³acza go jeszcze bardziej. Bo widzi nad sufitem i pod pod³og±, zza lewej ¶ciany i zza prawej, takich samych ludzi, le¿±cych na identycznych ³ó¿kach, przykrytych jednakowymi kocami, w podobnych, powykrêcanych pozycjach. Od tej chwili zaczyna nazywaæ siê Józefem K., CZ£OWIEKIEM KA¯DYM.

Ta my¶l staje siê mêcz±ca, wiêc ¿eby choæ na trzy dni przestaæ byæ jedynie czê¶ci± akademickiej wspólnoty, anonimowy student pakuje plecak i wraca w rodzinne, nie pozbawione indywidualno¶ci strony.

POZYCJA ZAGWARANTOWANA

Jeszcze w liceum przysz³y student przez cztery lata walczy³ o swoj± pozycjê w „stadzie”. Z pierwszaka-kota wyrós³ na KOGO¦: przewodnicz±cego, skarbnika, rzecznika praw ucznia, przywódcê grupy, klasowego klowna, klasowego indywidualistê, romantyka, æpuna, „matkê Teresê”. Obojêtnie. Wa¿ne, ¿e jego cechy charakterystyczne zosta³y ju¿ dobrze poznane, a miejsce w hierarchii grupy zagwarantowane raz na zawsze. I naraz, w nowo zastanej studenckiej rzeczywisto¶ci, ten ca³y porz±dek traci na swojej wa¿no¶ci, a dawna pozycja nie ma szans na zaistnienie w równie mocnej, jak kiedy¶, postaci.

Z czasem zazwyczaj wszystko to mija, zw³aszcza je¶li ma siê przyjemno¶æ (dla niektórych, co prawda, w±tpliw±) mieszkaæ w akademiku. Wówczas „towarzysze z przydzia³u” zanalizuj± cechy charakterystyczne studenta dog³êbniej ni¿by pierwotnie sobie tego ¿yczy³ (co zreszt± mo¿e byæ kolejnym powodem weekendowych ucieczek). Ale to nastêpuje potem. Najpierw m³ody cz³owiek postanawia odbudowaæ swój autorytet, dawn± pozycjê w nowym ¶rodowisku. Czêsto te zmagania koñcz± siê niepowodzeniem. Stare, wypróbowane sztuczki okazuj± siê kabotyñskim nieporozumieniem, a st±d najkrótsza droga do zdobycia plakietki nudziarza. Student traci pewno¶æ siebie i aby j± odbudowaæ wyje¿d¿a do siebie na prowincjê, gdzie odzyskuje grunt pod nogami. Powraca miano przewodnicz±cego, przywódcy, indywidualisty, romantyka... Panuje nad sytuacj± przez ca³y pi±tek, sobotê, niedzielê. I tak a¿ do poniedzia³ku.

OBOWI¡ZKI JEDYNAKA

Te z kolei dotycz± tylko niewielkiej czê¶ci studenckiej spo³eczno¶ci, g³ównie pochodz±cej ze wsi. Jeden ze studentów - jedynak, wiêc dziedzic niepodzielny - przedstawi³ mi sprawê w jak najczarniejszych barwach. Rodzice wymuszaj± na nim cotygodniowe powroty do domu, ¿eby przez weekend nadrobi³ zaleg³± pracê w polu i przy gospodarstwie. A i wówczas traktowany jest jak syn marnotrawny, który dla kaprysu przez piêæ dni w tygodniu zabawia siê w studiowanie. Zabawia siê, gdy¿ proces kszta³cenia powy¿ej szko³y zawodowej uznawany jest w jego stronach za niczym nieusprawiedliwion± stratê czasu i przejaw m³odzieñczej g³upoty.

Dla jedynaka jest to mêka tym wiêksza, ¿e studiuje ze ¶wiadomo¶ci± podjêtej za niego decyzji. Wie, ¿e za kilka lat bêdzie musia³ wróciæ na swoj± „wie¶ spokojn±, wie¶ weso³±” i przej±æ gospodarstwo od starzej±cych siê rodziców, co gorsza oczekuj±cych wdziêczno¶ci za pozostawiony maj±tek. Mama studenta, z którym rozmawia³am, od dziecka powtarza mu strofkê, która w koñcu sta³a siê refrenem jego ¿ycia: Pan na w³o¶ciach, to KTO¦, syneczku. Jeszcze wspomnisz moje s³owa!

Niewykluczone jest równie¿ to, ¿e ów student, w niedalekiej przysz³o¶ci, z ojcowsk± stanowczo¶ci±, nie znosz±c± sprzeciwu, te¿ narzuci wybór ¿yciowej drogi swoim dzieciom, a te z kolei swoim i tak w nieskoñczono¶æ.

MARAZM. OGÓLNE ODRÊTWIENIE. SCEPTYCYZM M£ODEGO POKOLENIA

Te has³a nie mog± napawaæ optymizmem. Zbyt du¿a czê¶æ studentów przyje¿d¿a do domu, gdy¿ nie widzi sensu robienia CZEGOKOLWIEK innego, wysilania siê dla zaspokojenia chocia¿by g³odu intelektualno-kulturalnego.

Jeden ze studentów powiedzia³ mi: Umówmy siê, dzisiaj studia to nie rozrywka dla elity intelektualnej, ale spêd ludzi, w¶ród których nietrudno spotkaæ dresiarza. Ja siê po prostu wycofujê... To smutne rozwi±zanie. Smutne, bo wyp³ywa z dwóch ¼róde³: z lenistwa (niczym nieusprawiedliwionego) i z niezgody na zastan± rzeczywisto¶æ (w pe³ni usprawiedliwion±, z której jednak nic nie wynika). Najbardziej przygnêbiaj±ce jest jednak to, ¿e studenci, którzy kieruj± siê takimi pobudkami, wyje¿d¿aj±c co weekend do domu s± z ca³ej tej „braci” lud¼mi najbardziej twórczymi, najbardziej barwnymi, inteligentnymi. Oczywi¶cie, upraszczam to bardzo, ale wydaje siê, ¿e nasza niechciana wspó³czesno¶æ hamuje aktywno¶æ zbyt wielu warto¶ciowym umys³om.

SENTYMENT

Mieszkam w jednym z ma³ych miasteczek na do¶æ ubogim ¦l±sku. (...) Teraz jestem na I roku wyj±tkowego kierunku (tylko 15 osób na roku), w wyj±tkowej uczelni w Krakowie. I co? W pi±tek idê na zajêcia z plecakiem, by jak najszybciej i jak najd³u¿ej byæ w domu. ¯yjê od weekendu do weekendu, bo tu - w domu - czujê siê najlepiej. Kraków to piêkne miasto, ale nigdy nie by³o mi tak obce, jak teraz, gdy mieszkam tu piêæ dni w tygodniu, z piêcioletni± perspektyw±. Chodzê do kina, na wystawy i wyk³ady w muzeach. Ale czego¶ mi brak... W soboty rano odbywam po swoim mie¶cie zakupowo-sentymentalny spacer. I za ka¿dym razem co¶ nowego tu znajdê! Zwyczajnie ¿al mi tych miast, których my - ambitni m³odzi - siê wstydzimy. ¯al mi, bo w koñcu ta ich pozorna ma³o¶æ by³a czê¶ci± naszych .¶wiatozdobywczych” ambicji.

Ten list przeczyta³am w jednym z numerów „Wysokich Obcasów” (sobotnim dodatku „Gazety Wyborczej” z 7 marca br.). Od razu wyda³ mi siê niezwykle szczery i trafny w swojej wymowie. Pomy¶la³am wówczas, ¿e gdyby ci wszyscy m³odzi-ambitni zaczêli bezpowrotnie opuszczaæ prowincjonalne mie¶ciny, obumar³aby ca³a nieska¿ona „wielkomiejsko¶ci±” Polska. Przez kilka lat jeszcze by siê starza³a, a potem sukcesywnie po¿erana by³aby przez „du¿e miasta wielkich mo¿liwo¶ci”. I nast±pi³by nieodwo³alny koniec „weekendowych ucieczek”! Zdaje siê, ¿e studenci intuicyjnie kieruj± siê zasad± zachowania przys³owiowej równowagi w przyrodzie.

Page Not Found - Forum Akademickie

Błąd 404 - Strona o podanym adresie nie istnieje