¯ubrzy wiek i taki¿ sta¿ w popularyzowaniu nauki upowa¿niaj± mnie do reakcji na artyku³ Konrada T. Lewandowskiego Popularyzatorski analfabetyzm w majowym numerze „FA”.
Na samym pocz±tku uwaga formalna. Tekst prof. Marka Kusia Pu³apki popularyzacji („FA” 1/04), z którym autor zaciekle polemizuje, to referat wyg³oszony na konferencji FNP w pa¼dzierniku ubieg³ego roku, a konferencja po¶wiêcona by³a medializacji nauki. Trochê inny temat ni¿ popularyzacja, jakkolwiek z ni± zwi±zany, a zarówno referenci, jak dyskutanci sporo o niej wtedy mówili.
Uwagi merytoryczne mam dwie. Pierwsza odnosi siê do sprawy autoryzowania tekstów. Konrad Lewandowski piêtnuje (z odcieniem pogardy) obyczaj domagania siê autoryzacji, rozpowszechniony, jego zdaniem, w ¶rodowisku naukowym, uznaj±c to za istotn± przeszkodê w nowoczesnym uprawianiu popularyzacji przez nie-uczonych, ergo przez dziennikarzy. I powo³uje siê na to, ¿e w prawie prasowym nie zapisano obowi±zku autoryzacji.
Przez kilkadziesi±t lat zajmowania siê nauk± w radio i w prasie oraz czasopismach, k³opoty z autoryzacj± mia³am dwa, mo¿e trzy razy, i to polegaj±ce na nieporozumieniu, a nie z³ej woli moich uczonych partnerów. Chwali³am siê czasem tym, ¿e bardzo wielu ludzi, z którymi przeprowadza³am wywiady, przy po¿egnaniu z rewerencj± wypowiada³o formu³kê: „Mam zupe³ne zaufanie, proszê z tym zrobiæ, co pani uzna za w³a¶ciwe”.
Syta ju¿ jestem tego rodzaju chwa³y, ale teraz czê¶ciej ni¿ dawniej sama zabiegam o przeczytanie wywiadu i skorygowanie ewentualnych nadmiernych uproszczeñ lub nie¶cis³o¶ci. Nigdy nie by³o mi to ciê¿arem ani nie krêpowa³o moich s±dów o przedmiocie rozmowy. Zalecam kolegom autoryzowanie wywiadów i dyskusji, dla ich w³asnego dobra, to w konsekwencji redukuje opinie przytaczane przez pana Lewandowskiego, ¿e dziennikarz nieuchronnie zwulgaryzuje, pominie istotê rzeczy, wykrzywi proporcje dla sensacji, za któr±, zdaniem uczonych, przypisywanym im przez autora artyku³u, goni na o¶lep. Radzê te¿ przestaæ pisaæ o tym w kontek¶cie problemów popularyzacji nauki, gdy¿ rozwa¿anie kto bardziej nie umie popularyzowaæ - badacze czy dziennikarze - jest doprawdy tematem zastêpczym. ¯ubrze do¶wiadczenie upewni³o mnie w tym, ¿e dla dziennikarza pisz±cego - radio i telewizja maj±, naturalnie, inne wymagania - jest zupe³nie bez znaczenia, czy uczony, którego zainteresowania oraz osi±gniêcia chce opisaæ, umie je atrakcyjnie przedstawiæ, czy nie. Koñcowy efekt zale¿y wy³±cznie od dziennikarza i zazwyczaj spotyka siê z wdziêczno¶ci± rozmówcy, upewnionego co do w³asnych zdolno¶ci popularyzatorskich. Biorê odpowiedzialno¶æ za odrobinê cynizmu w tym wyznaniu, ale te¿ i za ka¿dy koñcowy rezultat moich wieloletnich dziennikarskich poczynañ.
Uwaga druga dotyczy sprawy rzeczywi¶cie wa¿nej i aktualnej, tj. publicystyki naukowej, jak zwyk³o siê okre¶laæ przekazy medialne zawieraj±ce opinie na temat stanu badañ, ich organizacji, finansowania, funkcjonowania szkó³ wy¿szych, kondycji ¶rodowiska akademickiego etc. Nie ma jej w telewizji ani w radio, w gazetach pisuj± o tym nieliczni dziennikarze, podobnie jak w czasopismach ogólnokulturalnych; „FA” jest tu wyj±tkiem.
W przypadku artyku³ów autorskich nie wyobra¿am sobie autoryzacji w dos³ownym rozumieniu, tj. ingerencji przedstawiciela ¶wiata nauki w tekst dziennikarza. Nie zdarzy³o mi siê nigdy nic podobnego, a bywa³o, ¿e po napisaniu przedstawia³am fragment albo nawet ca³o¶æ temu, od kogo mia³am informacje o temacie. Stosunków dziennikarza ze ¶rodowiskiem, którego sprawami i nim samym siê zajmuje, nie podobna, nawet ex post, tj. na podstawie licznych do¶wiadczeñ, skodyfikowaæ. Rz±dz± nim - i tego nale¿y strzec - zwyczajne zasady przyzwoito¶ci, ¿eby nie u¿ywaæ wiêkszych s³ów.
Publicystyka naukowa jest, prawda, trudniejsza ni¿ publicystyka dotycz±ca innych sfer ¿ycia zbiorowego, dlatego ¿e publicysta zajmuj±cy siê nauk± korzysta z bardziej ograniczonych ¼róde³ informacji. S± nimi osoby nale¿±ce do wspólnoty stosunkowo niewielkiej (w porównaniu ze ¶wiatem biznesu np.), o silnych wiêziach korporacyjnych i rozwiniêtej stanowej solidarno¶ci. Konsekwentne tropienie zjawisk negatywnych w tym ¶rodowisku grozi rozej¶ciem siê dróg publicysty i popularyzatora nauki, zatem konieczno¶ci± rezygnacji z jednej z nich, kiedy ten sam cz³owiek zajmuje siê popularyzacj± i publicystyk±. Nie musi siê tak dziaæ, je¶li publicysta potrafi rozpoznaæ autentyczne autorytety i do nich siê odwo³ywaæ. Wspieranie takich autorytetów uwa¿am za niezwykle wa¿ne i pal±co pilne zadanie publicystów naukowych. I znów, odwo³uj±c siê do w³asnego do¶wiadczenia, powiem, ¿e nie jest to bardzo trudne, choæ sfera nauki, jak inne, uleg³a znacznej erozji moralnej, do czego jej elity wstydliwie nie kwapi± siê przyznaæ. Nam dziennikarzom sytuacja taka przysparza tematów, z których wszak¿e cieszyæ siê nie wypada.
Dla publicystyki naukowej nie trzeba rezygnowaæ z popularyzacji kierunków, wyników i osi±gniêæ badawczych. Uwa¿am, ¿e ³±czenie tych nurtów jest wzajemnie p³odne. Nowa, choæ akurat w nauce nowa najmniej, sytuacja ¶ci¶lejszych kontaktów i wspó³pracy miêdzynarodowej stanowi dla popularyzatorów o¿ywczy oddech, a uczonych rozmówców, jak s±dzê, zobowi±zuje do wiêkszej dla nich przychylno¶ci.
Zaiste, szkoda czasu na wypominanie anachronicznych i nader powszednich grzechów, lepiej pielêgnowaæ cnoty daj±ce perspektywê. Z powodów ogólnocywilizacyjnych relacja badacz - dziennikarz upro¶ci³a siê znacznie. W wie¿y z ko¶ci s³oniowej ma³o kto spo¶ród pierwszych chce czekaæ a¿ media do niego siê wdrapi±, te za¶ powinny z tego faktu umieæ korzystaæ, „wie¿y” wszak¿e nie lekcewa¿±c i nie kontentuj±c siê tylko tymi, co chodz± po gumnie.