¯ycie cz³owieka pe³ne jest paradoksów. Z pewno¶ci± za jeden z nich nale¿y uznaæ to, ¿e indywidualizm, wolno¶æ jednostki, jej podmiotowo¶æ, sta³y siê mo¿liwe dopiero w spo³eczeñstwie... masowym. Jednak to nie do koñca prawda. Wystarczy pój¶æ do bankomatu po gotówkê, zrobiæ zakupy za pomoc± karty kredytowej, uruchomiæ komputer i przekonaæ siê, ¿e tacy wolni wcale nie jeste¶my. Bo za ka¿dym razem trzeba podaæ swój kod dostêpu, z³o¿yæ podpis i zrzec siê tej quasi-wolno¶ci na rzecz systemu. Tym samym zostawiæ w nim trwa³y ¶lad, przez co mo¿emy byæ bez przerwy kontrolowani. Jeste¶my wiêc naraz i wolni, i zniewoleni.
Ta schizofrenia - i to te¿ paradoks - jest po czê¶ci efektem ewolucji. Doszli¶my do momentu, w którym nasze ¿ycie wyznaczaj± liczba i zasiêg powi±zañ w globalnej sieci. Nie wierzycie? Zapytajcie przypadkow± osobê o to, co jest dzi¶ niezbêdne przy szukaniu pracy. Z prawdopodobieñstwem granicz±cym z pewno¶ci± mo¿na za³o¿yæ, ¿e bez wahania wymieni koneksje. A gdyby napotkanym przechodniem by³ Edwin Bendyk, dziennikarz i publicysta „Polityki”, odpar³by: usytuowanie w sieci. Nie przejmujcie siê, wprawdzie trochê inaczej brzmi, ale to samo. Na szczê¶cie i niestety zarazem, znajomo¶ci to tylko jeden aspekt, bêd±cy elementem ca³ego systemu. Oprócz tego s± jeszcze przypadkowe spotkania, wiêzy krwi, przyja¼ñ, wspólna wiara, rywalizacja, wrogo¶æ, wymiana i wspó³praca gospodarcza, a nawet wspó³zawodnictwo militarne. Bendyk s³usznie zauwa¿a, ¿e w takiej pajêczynie trudno o wskazanie konkretnego centrum decyzyjnego. Jego rolê pe³ni± wêz³y sieci i ka¿dy z nas jest w dodatku jednym z nich. Na takim te¿ schemacie buduje strukturê swojej ksi±¿ki. Siedemna¶cie esejów-wêz³ów, poprzedzonych trochê przyd³ugim prologiem, pokazuje drogê od zarania spo³eczeñstwa sieciowego a¿ po... koniec cz³owieka?
Tak, ¿yjemy w ¶wiecie opl±tanym gêst± pajêczyn±. Internet wprawdzie pomóg³ jej w znacz±cy sposób siê rozrosn±æ, ale nie by³ czynnikiem sprawczym. Powsta³a ju¿ wieki temu, gdy Kolumb, Magellan zaczêli swoimi statkami ³±czyæ odleg³e czê¶ci ¶wiata niewidzialnymi, ale jak¿e silnymi niæmi. Dzisiejsze spo³eczeñstwo sieciowe, m.in. dziêki SMS-om, jest tylko wy¿sz± form± tamtego ¶wiata. Nie by³oby nas 6 miliardów, gdyby nie bezlik po³±czeñ, przep³ywów i wymian ¿ywno¶ci, energii, technologii, pieniêdzy sk³adaj±cych siê na wspó³czesn± ¶wiatow± sieæ - konstatuje Bendyk. I jeszcze jedno. Si³a tych uk³adów nie p³ynie wcale z samej struktury systemu, z tego, w jakim kto znajduje siê miejscu w hierarchii. Jak doskonale pokaza³a afera Rywina, prawdziwa potêga tkwi w aktach komunikacji miêdzy uczestnikami ¿ycia publicznego, podczas których ludzie dochodz± do porozumienia, wymieniaj± dobra i idee, próbuj± wywrzeæ wp³yw na adwersarza i go zdominowaæ. Nasze podobieñstwo do Neo, jednego z bohaterów Matrixa, jest zaskakuj±ce. Pracujemy dla Systemu, budujemy go, jeste¶my na jego us³ugach, by w gruncie rzeczy kontestowaæ nie tyle nasz± w nim obecno¶æ, co sam System, a nawet dzia³aæ na jego szkodê.
Autor ¶wiadomie nawi±zuje do kinowego hitu. W moim przekonaniu, dla niego Matrix jest systemem w miarê prostym, podzielonym na to, co realne i wirtualne, w którym ka¿dy znajduje swoje miejsce i rolê. Przeciwstawia mu jednak o wiele bli¿szy rzeczywisto¶ci ¶wiat skomplikowanych powi±zañ, zapl±tany w pajêczynê uk³adów, zale¿no¶ci. Odnale¼æ siê w tym labiryncie jest niezwykle trudno. Jedyne pocieszenie w tym, ¿e spo³eczeñstwo i jego instytucje, z pañstwem na czele, istniej± tylko tak d³ugo, jak d³ugo s± postrzegane jako ca³o¶ci. Gdy wra¿enie to s³abnie, konstrukcja sypie siê jak domek z kart. Tak sta³o siê z imperium sowieckim, Afganistanem czy ostatnio z Irakiem. Tylko czy to mo¿e byæ pocieszenie?
(karma)
Edwin Bendyk, Antymatrix. Cz³owiek w labiryncie sieci, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004.
Gdy mia³em piêtna¶cie lat, zamierza³em zostaæ archeologiem. Znakomicie pamiêtam spotkanie w „Jó¼wiczówce”, podczas którego Jan Gurba stara³ siê u¶wiadomiæ mi, co mnie czeka, je¶li wybiorê tê profesjê. Nie uwierzy³em mu i archeologiem nie zosta³em. Nadal jednak z zainteresowaniem ¶ledzê poczynania archeologów. Maj± szczê¶cie, bo w przeciwieñstwie do innych dyscyplin badawczych niemal ka¿da ich praca przynosi odkrycie.
Z zainteresowaniem siêgn±³em po ksi±¿kê o do¶æ rozbudowanym, barokowym tytule. Autor najbardziej sensacyjnych odkryæ archeologicznych na wschodzie Polski opisuje badania „od kuchni”. Ju¿ pocz±tek jest niez³y. Przyjazd do Hrubieszowa i nocleg u wojskowych. Pierwszego dnia z rana g³owy okaza³y siê byæ jeszcze bardziej kwadratowe. Na szczê¶cie, na wybranym do eksploracji polu dostrzeg³em w bru¼dzie wyszczerzony ku mnie grzebieñ z III wieku. Autor podsumowuje: w pierwszych minutach dokonali¶my jednego z najwspanialszych odkryæ dla polskiej archeologii.
Andrzej Kokowski zgrabnie przedstawia historiê badañ i odkryæ w Mas³omêczu. Najpierw tylko domostwa, osada. Po pierwszych zachwytach, przesta³o to byæ satysfakcjonuj±ce, a szef badañ nadal nie wiedzia³, z kim ma do czynienia. Po paru latach para badaczy, która lubi³a oddalaæ siê od reszty grupy, by w spokoju prowadziæ „prace”, przybieg³a w ostatnich promieniach dnia do bazy niezwykle podniecona. Natrafiono na pierwszy grób. Podniecenie udzieli³o siê wszystkim cz³onkom ekipy. Kokowski konkluduje: to by³a pierwsza z kilkunastu para, która narodzi³a siê pod moj± szczê¶liw± rêk±; podczas badañ w Mas³omêczu, ma siê rozumieæ.
Potem badania ruszy³y ca³± par±. Nieznane wcze¶niej formy pochówku, coraz cenniejsze znaleziska - najpierw szklane paciorki (to we wspomnianym pierwszym grobie), potem zapinka w kszta³cie kaczki (mia³a swój niebagatelny udzia³ w promowaniu badañ, jako emblemat wydrukowany na podstawce do piwa) i w koñcu... z³oto! Aby nie budziæ niepotrzebnych sensacji w okolicy, zw³aszcza nie kusiæ z³odziei, a jako¶ zaspokoiæ ciekawo¶æ wiejskich dzieci, które nieustannie towarzyszy³y archeologom, wymy¶lono nazwê francuski br±z, który b³yszczy bardziej.
Autor wiele - wiêkszo¶æ (!), bo to przecie¿ Rzecz o przyja¼ni - miejsca po¶wiêca ciep³ym relacjom towarzyskim z lokalnym ¶rodowiskiem. Aby mechanizmy dobrze dzia³a³y, wymaga³y smarowania, do czego s³u¿y³y „³zy czarnoziemu”, które w miarê wzrostu znaczenia i s³awy odkryæ w Kotlinie Hrubieszowskiej zyska³y nazwê „s³ynnej Mas³omêckiej” - bezakcyzowej, na co dzieñ s³u¿±cej tak¿e jako „zmiêkczacz do kie³basy”. Nieraz w opowie¶ci natrafiamy na takie sytuacje: póki co cukier chodzi³ jak nale¿y, albo o jednej z kierowniczek wykopalisk, której czêsto trafia³a siê szalona jazda rowerem do Czerniszyna, w trakcie pracy oczywi¶cie, bo ch³opakom zabrak³o na wieczór wódeczno¶ci.
Jan Gurba, którego wspomnia³em na pocz±tku, mia³ swój udzia³ w rozs³awieniu mas³omêckich badañ. Kokowski wspomina, ¿e to on zwróci³ mu uwagê na to, ¿e o pracach, ich wynikach trzeba mówiæ i pokazywaæ je - mówi±c krótko: popularyzowaæ, promowaæ! Wtedy w „Jó¼wiczówce” nie bardzo uwierzy³em prof. Gurbie (wówczas doktorowi), ¿e archeologia to nie tylko kopanie, ale przede wszystkim - czy móg³ to mówiæ serio!? - alkohol i uganianie siê za wiejskimi dziewczynami. Mo¿e gdyby ta ksi±¿ka ukaza³a siê ju¿ wtedy, by³bym dzi¶ archeologiem...
Piotr Kieraciñski
Andrzej Kokowski, Rzecz o przyja¼ni, czyli æwieræ wieku z archeologi± w Mas³omêczu (tylko dla doros³ych), Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Sk£odowskiej, Lublin 2004.
Praca m³odej pani archeolog - stypendystki Ryszarda Kapu¶ciñskiego - uczonej, a zarazem publicystki, w³±cza siê w nurt badañ nad kultur± prowadzonych przez pryzmat ¿ycia codziennego oraz stosunków panuj±cych miêdzy lud¼mi. Jest to nowe podej¶cie badaczy, którzy wychodz±c poza wielk± historiê i kulturê szukaj± prawdy o czasie minionym. Szukaj± jej na ulicach, w domach, a tak¿e, jak dowodzi ksi±¿ka Krzemiñskiej - w alkowach. Publikacja dowodzi, i¿ taki sposób poznawania historii mo¿e byæ fascynuj±cy, a przyjemno¶æ p³yn±ca z lektury nie k³óci siê z fachowo¶ci± i rzetelno¶ci± badawcz±.
Za³o¿eniem pracy jest przedstawienie sfery uczuæ staro¿ytnych Egipcjan, odtworzenie charakteru ³±cz±cych ich zwi±zków. Autorka postanowi³a oddaæ prawdê o mi³o¶ci rodzicielskiej i ma³¿eñskiej, legalnej i zakazanej, boskiej i plugawej. Zwa¿ywszy na ubóstwo zachowanych dokumentów, jak i pewn± pow¶ci±gliwo¶æ staro¿ytnych w mówieniu o sprawach osobistych, zadanie, którego podjê³a siê autorka, nie by³o ³atwe, wysz³a jednak z trudno¶ci obronn± rêk±.
Ksi±¿ka posiada uporz±dkowany i logiczny uk³ad. Sk³ada siê z o¶miu rozdzia³ów, poruszaj±cych odrêbne aspekty mi³o¶ci staro¿ytnych. Na przyk³ad w czê¶ci zatytu³owanej Kogo kochali Egipcjanie? poznajemy rozleg³± panoramê stosunków miêdzyludzkich. S³owo „mi³o¶æ” jest pretekstem do snucia wywodów na temat ¿ycia w rodzinie, relacji miêdzy kobietami i mê¿czyznami, podej¶cia do osób starszych, zwierzchników, a nawet bogów. Obok spostrze¿eñ na temat codziennej egzystencji Egipcjan otrzymujemy gar¶æ ciekawostek, które urozmaicaj± lekturê i czyni± j± pasjonuj±c±.
Kolejne rozdzia³y, zawieraj±ce analizê motywu mi³o¶ci w pie¶niach i innych tekstach, przynosz± jeszcze wiêcej ciekawych spostrze¿eñ. Na podstawie tekstów ¼ród³owych Krzemiñska pisze o podej¶ciu Egipcjan do kobiet, pokazuje, jakie obowi±zki mieli przedstawiciele obu p³ci. Ciekawe okazuj± siê spostrze¿enia na temat traktowania zdrady i stosunków pozama³¿eñskich.
Szczególnie interesuj±ca wydaje siê analiza symboli mi³o¶ci dokonana przez autorkê. Uderza pomys³owo¶æ i delikatno¶æ Egipcjan w mówieniu o mi³o¶ci i seksie. Bogactwo symboli obna¿a wspó³czesn± trywialno¶æ, z jak± czêsto mówi siê o sferze uczuæ. Rodz± siê pytania: Czy nasze spo³eczeñstwo jest istotnie bardziej zaawansowane cywilizacyjnie? Czy¿ to nie my jeste¶my wiêkszymi barbarzyñcami?
Krzemiñska nie zaniedbuje jak¿e ciekawego (zw³aszcza dla kobiet) tematu toalety, jakiej poddawali siê kochankowie przed schadzk±. Dowiadujemy siê, ¿e Egipcjanie zwracali ogromn± uwagê na wygl±d zewnêtrzny. Dbali o swe cia³a, lubili piêkne ubrania, które oprócz ochrony i okrycia stanowi³y wa¿ny sygna³ o pozycji spo³ecznej w³a¶ciciela. Okazuje siê równie¿, ¿e makija¿ oczu, tak charakterystyczny dla staro¿ytnych mieszkañców doliny Nilu, nie wynika³ wy³±cznie z chêci upiêkszenia. W trudnym klimacie Egipcjanie chronili swój wzrok przed chorobami spowodowanymi mocnym promieniowaniem s³onecznym nak³adaj±c na oczy ró¿ne ma¶ci i lecznicze specyfiki.
Podobnych ciekawostek jest w ksi±¿ce mnóstwo. Jak widaæ, mi³o¶æ mo¿e byæ arcyciekawym tematem, nie ograniczaj±cym siê jedynie do poetyckich westchnieñ. Warto siêgn±æ po tê ksi±¿kê. Dodatkowym atutem jest staranne wydanie i adekwatne do tematu, ciekawe ilustracje.
Beata Maj
Agnieszka Krzemiñska, Mi³o¶æ w staro¿ytnym Egipcie, Pañstwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2004, seria: Rodowody Cywilizacji.
Moja lektura ksi±¿ki zasadniczo zale¿y od trzech czynników: potrzeby, przygotowania i nastroju. Wiem, ¿e niestosownie jest ujawniaæ czynnik emocjonalny przy omawianiu dzie³a, ale tak ju¿ jest i chyba autora powinien cieszyæ fakt, i¿ pobudza mnie nie tylko do refleksji, ale i odczucia. Nazwisko i prace Doroty Heck nie s± mi obce, zatem z przyjemno¶ci± siêgnê³am po jej najnowsz± ksi±¿kê. Przyjemno¶æ do¶æ szybko przerodzi³a siê w zak³opotanie. Lekturê bowiem rozpoczê³am od odautorskiego s³owa wstêpnego: Wymarzony adresat tej ksi±¿ki - to cz³owiek m³ody, przekorny i dysponuj±cy wolnym czasem (czy istniej± takie osoby? czy m³odo¶æ i czas na lektury nadobowi±zkowe nie wykluczaj± siê wzajemnie? czy buntownicy ¶lêcz± w bibliotekach?). Na szczê¶cie w zakoñczeniu autorka podkre¶li³a: Nie próbujê dyktowaæ swoich preferencji. Na szczê¶cie, gdy¿ nie by³oby mi dane tej ksi±¿ki przeczytaæ. Nie jestem projektowanym przez autorkê odbiorc±, ale chcia³abym przedstawiæ tê ksi±¿kê na forum szerszym i podzieliæ siê refleksj± zrodzon± po jej odczytaniu.
Ca³o¶æ sk³ada siê z dziewiêciu (ostatni nazwany jest apendyksem), samodzielnych artyku³ów, co daje czytelnikowi du¿± swobodê w poznaniu zagadnieñ prezentowanych przez autorkê (wiêkszo¶æ z nich by³a ju¿ wcze¶niej drukowana lub stanowi zmienion± formê wyg³oszonych wyk³adów). Wszystkie one odnosz± siê do zasadniczego problemu, jakim jest najnowsza metodologia badañ teoretycznoliterackich. Heck pokazuje bowiem nie tyle dzie³o, ile mo¿liwo¶ci jego odczytania we wspó³czesnym ¶wiecie. Autorka przedstawia m.im.: relacjê pomiêdzy literatur± a prawd±, etyzm w badaniach literackich, pojêcie historycyzmu - a zatem najistotniejsze zagadnienia dla teoretyka zajmuj±cego siê literatur± XX (i chyba ju¿ XXI) w. Swobodnie opisuje i charakteryzuje stanowiska poszczególnych badaczy i szkó³. Przywo³ane metodologie nie s± zawieszone w bycie i niebycie uniwersyteckich dysput. Heck przek³ada teoriê na praktykê. Egzemplifikacja jest sposobem na „oswojenie” m³odego odbiorcy z omawianymi zagadnieniami. Kilka artyku³ów autorka po¶wiêci³a prezentacji twórczo¶ci poszczególnych pisarzy-my¶licieli (Witkacy, Parnicki, Vincenz, Eliot, Lichaczow). Intryguje przede wszystkim metod± opisu zale¿n± od przyjêtej przez autorkê perspektywy. Uwa¿am za ¶wietny artyku³ o Witkacym i jego zwi±zku z czasopismem Jerzego Brauna „Zet” (a wszystko to opatrzone zosta³o pytaniem: czy Witkacy by³ konserwatyst±?; prawda, ¿e to inspiruj±ce, zw³aszcza w konfrontacji z przyjêtym sposobem przedstawiania autora Nienasycenia?), jak i szkic rozpatruj±cy zbie¿no¶æ my¶li Vincenza i Eliota, która sta³a siê punktem wyj¶cia do samodzielnych uwag autorki.
Dorota Heck da³a czytelnikowi do rêki ksi±¿kê wa¿n± i potrzebn±. Sama okre¶li³a siê mianem intruza, który sporz±dzi³ dziennik swojej podró¿y po - ¶mia³o dodam - labiryncie wspó³czesnych my¶li oraz pogl±dów. Czy autorka pokona³a Minotaura? Chyba nie, bo nie by³o to jej celem. D±¿y³a do opisu i u¶wiadomienia. Czy osi±gnie zamiar? O to nale¿y spytaæ zbuntowanego mola ksi±¿kowego. I ¿yczê autorce ze szczerego serca - bo Itinerariusz bardzo mi siê spodoba³ - aby m³ody buntownik w³ada³ nie tylko jêzykiem angielskim, ale by by³ obyty równie¿ z terminologi± naukow± w szerokim znaczeniu tego s³owa. Bo aby poznaæ, trzeba zrozumieæ. Aby zrozumieæ, trzeba poznaæ.
Monika Szab³owska
Dorota Heck, Itinerariusz intruza. Od Witkacego do postmoderny a la polonaise, Wydawnictwo GAJT, Wroc³aw 2004.
Peter Vardy w swojej ksi±¿ce Krótko o filozofii Boga pisze, ¿e argumenty za istnieniem Boga wynikaj± z za³o¿eñ, które osoby wierz±ce przyjmuj±, a niewierz±ce odrzucaj±. Ale nie tylko miêdzy wierz±cymi i niewierz±cymi tocz± siê dyskusje. Wiele pogl±dów dotyczy samej istoty Boga. Pojawiaj± siê dwa pytania: co to znaczy, ¿e Bóg istnieje oraz co sprawia, ¿e zdanie Bóg istnieje jest prawdziwe? Kategoria prawdy jest bardzo wa¿na w pojmowaniu Boga. Autor omawia wiêc dwie podstawowe teorie prawdy i jako kontekst filozoficzny dyskusji na temat Boga przedstawia pogl±dy Platona i Arystotelesa, które wywar³y wp³yw na Ojców Ko¶cio³a.
Vardy uwa¿a, ¿e do rozwa¿añ o istocie Boga potrzebne jest zrozumienie samego sensu s³owa Bóg. Tego wyja¶nienia brakuje wiêkszo¶ci prac filozoficznych i teologicznych. Ró¿ne modele Boga s± zale¿ne od dwóch stanowisk wobec wiary: realizmu i antyrealizmu (³±cz±ce siê tak¿e z pojêciem prawdy). Realistami s± ci, którzy twierdz±, ¿e s³owo „Bóg” odnosi siê do prostej, ponadczasowej substancji lub Boga odwiecznego i cierpi±cego. W ujêciu antyrealistycznym Bóg istnieje w obrêbie formy ¿ycia spo³eczno¶ci ludzi wierz±cych. Modele Boga wp³ywaj± m.in. na pojêcie Jego wszechmocy. Wed³ug realistów, Bóg mo¿e uczyniæ wszystko, co jest absolutnie mo¿liwe albo te¿ posiada wszelkie z punktu widzenia logiki w³adze. Zgodnie z koncepcj± antyrealistyczn±, moc w³a¶ciwa jest ka¿demu z nas, je¶li tylko po¶wiêcimy siê innym.
Autor nie chce dawaæ „w³a¶ciwej” odpowiedzi na pytania o istotê Boga. Chce pomóc w zastanowieniu siê nad sensem jego istnienia. I rzeczywi¶cie stroni od bezpo¶rednich wskazówek. Jedynie sposób argumentowania mo¿e zdradzaæ pogl±dy autora. Zwraca jednak uwagê na to, ¿e zazwyczaj wszyscy uznaj± tylko swoje przekonania za s³uszne. Ka¿da grupa religijna s±dzi, ¿e tylko ona jest w posiadaniu prawdy. Moim zdaniem, wojny religijne s± na to najlepszym dowodem. Ale i filozofowie, i teolodzy zastrzegaj± sobie patent na prawdê. Tymczasem ka¿dy realista filozoficzny powinien przyj±æ, ¿e mo¿e siê myliæ. Inaczej jest w przypadku antyrealistów - ich definicja g³osi, ¿e prawda jest s³uszna w obrêbie danej formy ¿ycia.
Trudno jednak zdobyæ dowody, dlaczego Bóg powinien byæ pojmowany tak, a nie inaczej. Ludzie niechêtnie mówi± o swoich do¶wiadczeniach religijnych. Obawiaj± siê o¶mieszenia i drwin. Autor, za Caroline Franks Davies, wymienia kilka rodzajów prób podwa¿enia do¶wiadczenia religijnego: 1) zwi±zane z opisem, czyli wskazuj±ce na sprzeczno¶ci w koncepcji Boga, 2) zwi±zane z podmiotem, czyli podwa¿eniem wiarygodno¶ci osoby maj±cej do¶wiadczenie religijne, 3) zwi±zane z przedmiotem do¶wiadczenia i jego nieprawdopodobieñstwem itp.
Ksi±¿ka przedstawia g³ówne cechy kluczowych dyskusji na temat rzeczywisto¶ci Boga i tego, jak nale¿y Go rozumieæ. Prosty i precyzyjny opis poparty ciekawymi przyk³adami pomaga zrozumieæ tre¶æ nie tylko teologom i filozofom. Podsumowania rozdzia³ów porz±dkuj± wiedzê czytelnika. Vardy doda³ te¿ pytania pod rozdzia³ami, które przypominaj± podrêcznikowe repetytoria. S± nieraz bardziej sprawdzeniem wiedzy ni¿, zgodnie z nag³ówkiem, „do rozwa¿enia”. Ale czêsto pomagaj± przenie¶æ siê z p³aszczyzny rozwa¿añ teoretycznych do przemy¶lenia w³asnej wiary i sformu³owania swojej koncepcji Boga. Modele Boga prowokuj± tak¿e pytania, które brzmi± do¶æ zabawnie: Je¶li Bóg wie, ¿e jutro na ¶niadanie bêdziesz jad³ p³atki kukurydziane, czy masz wolno¶æ wybrania zamiast tego grzanki?
Ma³gorzata Pawe³czyk
Peter Vardy, Krótko o filozofii Boga, t³um. Beata Majczyna, Wydawnictwo WAM, Kraków 2004, seria: Krótko o..