![]() |
| W³odzimierz Trzebiatowski |
Zaraz za progiem mieszkania w warszawskim bloku po pierwszych sylabach powitania odezwa³y mi siê w pamiêci zdania Stanis³awa Vincenza z tomu Barwinkowy wianek: Jak w dziele sztuki motywy czy spod smutnej gwiazdy, czy radosnej, korzeniem z Lechistanu, z Armenii czy ze Stambu³u, u¶miecha³y siê, zatapia³y u¶miechem, wspiera³y siê, spaja³y siê, gra³y razem.
Zobaczy³am na ¶cianach fotografie czarnow³osych panów w tu¿urkach, grupek z dzieæmi u kolan mamy w d³ugiej sukni i zaczê³a siê opowie¶æ o ormiañskiej rodzinie we Lwowie, o uczonych krewnych w powojennym Wroc³awiu, o przedwojennym ¿oliborskim muzykowaniu i o Powstaniu Warszawskim. S³ucha³am matki, pani Kazimiery Sylwin, z domu Rogalskiej, i córki, pani Zofii Sylwin, która u mamy zgromadzi³a wszystkie te zdjêcia i wiele innych rodzinnych pami±tek, która dba o to, by domowe tradycje ¿y³y nadal. Wspomnienia przeskakiwa³y od osoby do osoby, od jednego wa¿nego zdarzenia do nastêpnego, od ocen najbardziej osobistych do uogólnieñ historycznych - czasem z pogwa³ceniem chronologii. Daje siê przecie¿ te wielobarwne motywy sple¶æ w ca³o¶æ typow± dla miejsca i czasu poszczególnych biografii.
Po k±dzieli jest tradycja naukowa. Pradziadek Longin Feigel, uczestnik Powstania Styczniowego, by³ pó¼niej asystentem Ericha Kocha, odkrywcy pr±tków gru¼licy. Zmar³ na „galopuj±ce suchoty”. Jego ¿ona, Ormianka czystej krwi (Bohosiewiczówna), wnios³a we wianie mnóstwo ormiañsko-lwowskich krewnych oraz koligatów, po¶ród których byli: profesor fizyki Andrzej Poloñczyk i Bogus³awa z Je¿owskich Trzebiatowska, wybitny chemik-organik. Wraz z mê¿em W³odzimierzem byli twórcami szko³y naukowej we Wroc³awiu, gdzie do dzisiaj pracuje ich intelektualne potomstwo, a ¿yj± legendy o tym, jak pani profesor w „pionierskich” czasach zwozi³a do swego zak³adu aparaturê z ró¿nych miejsc Dolnego ¦l±ska, wystawiaj±c rachunki ministerstwu. Znaj±cy parantele uczonej przypisuj± jej energiê i temperament domieszce krwi ormiañskiej. Zaanga¿owani oboje po stronie przemian, dzia³ali na polu organizacji nauki - profesor Trzebiatowski by³ prezesem PAN w latach siedemdziesi±tych. Pani Kazimiera Sylwin bywa³a w ich domu, odwiedzaj±c swoj± matkê, mieszkaj±c± we Wroc³awiu u drugiej córki-bli¼niaczki. Pamiêta rozmowy o chemii i o „sprawach akademickich” toczone w gronie kolegów i uczniów profesorskiej pary.
- Powoli ród naukowców zacz±³ siê przemieniaæ w ród artystów - to zdanie matka i córka wypowiedzia³y unisono (okre¶lenie bardzo tutaj stosowne). Wnuczka profesora Feigla, Helena Ottawowa, by³a pianistk±. Sporo koncertowa³a, po czym za³o¿y³a szko³ê muzyczn±. Pani Kazimiera wskazuje wisz±ce na ¶cianie zdjêcie budynku z ozdobnym szyldem w perspektywie lwowskiej uliczki, a ja przypominam sobie, ¿e do tej szko³y je¼dzili z wyk³adami z Warszawy Henryk Melcer i Karol Stromenger, wybitni muzycy oraz pedagodzy swojej epoki. Uczy³ tam tak¿e Wac³aw Kochañski, znany skrzypek, pó¼niej profesor warszawskiej Akademii Muzycznej.
Babcia mojej gospodyni zapocz±tkowa³a artystyczn± tradycjê rodziny, od razu na wysokim poziomie. W przedmowie do jej ksi±¿ki Lwy spod ratusza s³uchaj± muzyki Wojciech Dzieduszycki napisa³: Po raz pierwszy s³ysza³em Helenê Ottawow± graj±c± Jana Sebastiana Bacha. Bodaj¿e w kwietniu 1928 roku - na uroczystym koncercie Bachowskim, prowadzonym przez Adama So³tysa z udzia³em po³±czonych chórów i orkiestr Konserwatorium, Teatru Miejskiego i Polskiego Towarzystwa Muzycznego. Na ten wspania³y koncert, zapowiadany wiele tygodni wcze¶niej, przyjecha³em specjalnie ze wsi do Lwowa z moj± matk±, wielk± mi³o¶niczk± dobrej muzyki.
Córka pianistki Zofia (po niej nosi imiê Zosia Sylwin) razem z mê¿em, sêdzi± Janem Rogalskim - oboje absolwenci lwowskiego konserwatorium - co wieczór grywali na cztery rêce w salonie warszawskiej s³u¿bowej willi, gdzie zawsze by³ dobry fortepian (ostatni zrabowali sowieccy ¿o³nierze w 1945 roku), a bli¼niaczki s³ucha³y w dziecinnym pokoju na piêtrze.
By³y bardzo podobne do siebie. Podczas ceremonii chrztu ksi±dz kilkakroæ dopytywa³, której jakie daæ imiê, za co dziewczynki nie mog³y byæ odpowiedzialne. Pó¼niej wszak¿e korzysta³y z sytuacji. W roku 1939 Helena (w domu zwana Hal±) zda³a ustn± maturê za swoj± siostrê, co d³ugo pozostawa³o tajemnic±. Znane natomiast ca³ej rozga³êzionej rodzinie by³y k³opoty z zachowaniem panien Rogalskich w szkole, dok±d raz po raz wzywano ich ojca, proponuj±c, by przeniós³ córki do innego zak³adu.
Hala zosta³a pielêgniark± z presti¿owym dyplomem „uczelni rockefellerowskiej”, jak to z uznaniem okre¶la Kazimiera, dodaj±c, ¿e siostra po wojnie bywa³a prze³o¿on± albo naczeln± pielêgniarek w szpitalach i sanatoriach ró¿nych miast Polski.
Muzykalne by³y obie, ale nie mog³y ¶piewaæ z powodu bardzo powiêkszonych migda³ów. Po operacji, w dwunastym roku ¿ycia, Kazimiera ju¿ my¶la³a o po¶wiêceniu siê wokalistyce. Posz³a do konserwatorium w Krakowie, do klasy Ady Sari, u której pó¼niej pobiera³a lekcje prywatnie. Wiele razy wystêpowa³a w radio - katowickim, krakowskim, wroc³awskim i warszawskim. Nieraz akompaniowa³ jej W³adys³aw Szpilman. Za zaszczyt uwa¿a ¶piewanie kolêd - w uk³adzie Jana Maklakiewicza - pod batut± Andrzeja Panufnika. Maklakiewicz, wówczas dyrektor Filharmonii Warszawskiej, „wybra³ j± z chóru” do partii solowych.
Pani Kazimiera po wojnie wysz³a za m±¿. Z mê¿em i trójk± dzieci przenios³a siê do Warszawy, a tam spotka³a na ulicy profesora Zbigniewa Sojê, dyrektora chóru filharmonii, który kaza³ jej zg³osiæ siê natychmiast. ¦piewa³a dwadzie¶cia sze¶æ lat.
Ojciec Zosi, ju¿ nie¿yj±cy in¿ynier architekt, by³ tak¿e bardzo muzykalny. Najstarszy z jej rodzeñstwa Jacek skoñczy³ Akademiê Muzyczn± w Warszawie i ma w³asn± agencjê promuj±c± polsk± twórczo¶æ za granic±. Starsza siostra „zrobi³a” trzy wydzia³y: pedagogiczny, dyrygentury i skrzypiec. Prawie æwieræ wieku mieszka w Meksyku i pracuje w ka¿dym z tych kierunków, choæ matka zwykle nazywa j± skrzypaczk±. Dorastaj±ca jej córka Sophie piêknie ¶piewa, na¶laduj±c w tym babciê, a chcia³aby studiowaæ w warszawskiej szkole teatralnej.
Najm³odsza z trójki dzieci pani Kazimiery, Zosia, od dwudziestu o¶miu lat pracuje w Polskim Radio, organizuj±c koncerty, s³u¿±c muzyce wielkim znawstwem i ofiarno¶ci±.
Z akademickiego w±tku tradycji zosta³o poczucie powinno¶ci pedagogicznych oraz ¶wiadomo¶æ, ¿e takie dziedzictwo zobowi±zuje do pielêgnowania podstawowych cnót, jak uczciwo¶æ, pracowito¶æ, odwaga, m±dro¶æ pomna¿ana upartym trudem. Aura lwowskiej wielonarodowo¶ci sprawia, ¿e wszystko to nie ci±¿y, lecz raduje, mo¿e zgo³a uszczê¶liwia.
Zofia i Jan Rogalscy podczas wojny zarabiali t³umaczeniem z niemieckiego, pracuj±c po ca³ych nocach. Kazimiera piek³a torty na sprzeda¿ - nieraz dwadzie¶cia w ci±gu doby. Jaros³aw Iwaszkiewicz zapisa³ chwa³ê tortu makowego, upamiêtniaj±c jej kulinarne dzie³o (niestety, anonimowo). Nie wystarcza³o jednak na ¿ycie i trzeba by³o sprzedaæ pami±tkowy mi¶nieñski serwis; by³o to mo¿liwe legalnie, w komisowym sklepie, na pocz±tku okupacji. Resztê cennych przedmiotów z rodzinnego domu Niemcy po prostu zabrali.
Od pocz±tku pani Sylwin by³a ¿o³nierzem AK. Kilkakrotnie aresztowana, trafi³a z ³apanki ulicznej na Pawiak, sk±d, jak siê dowiedzia³a, pods³uchuj±c rozmowê stra¿ników (niemiecki zna³a ¶wietnie), miano j± wywie¼æ do domu publicznego dla ¿o³nierzy pod Wiedniem. Wyskoczy³a z poci±gu, gdy siê zatrzyma³ w Krakowie i na prze³aj przez perony dobieg³a do innego, jad±cego z powrotem do Warszawy. Mia³a przy sobie pieni±dze, które siostra dostarczy³a jej do wiêzienia przez polskiego agenta - pomog³y odwróciæ uwagê eskorty.
W powstaniu dos³u¿y³a siê stopnia podporucznika. Wysz³a z ostatniej placówki kana³ami. Dla córki jej wojenne prze¿ycia s± zobowi±zuj±cym wzorem, który trzeba na¶ladowaæ w innych okoliczno¶ciach, przemieniæ na powszedni heroizm pilnowania podstawowych rozeznañ, co dobre, co z³e. Sama pani Kazimiera, kiedy pytam o ¼ród³a jej postawy wobec spraw najwa¿niejszych, wskazuje dom. „Dobry dom” lwowski, gdzie panowa³a równowaga miêdzy mi³o¶ci± do dzieci i tym, co rodzice pragnêli im daæ, a wymaganiami stawianymi wyra¼nie i jednoznacznie. Matka by³a religijna, bez dewocji, z przewag± dobrych uczuæ nad sk³onno¶ci± do medytacji. Posy³a³a córki do szko³y sióstr zmartwychwstanek i nauczy³a modliæ siê do Matki Bo¿ej, której wielka figura, w aureoli ¶wiate³, sta³a na tarasie klasztoru, a widoczna by³a z okna ¿oliborskiego domu Rogalskich. Miêdzy zaufaniem do Opatrzno¶ci a w³asnym trudem wk³adanym w rozwi±zywanie ¿yciowych problemów albo wychodzenie z opresji tak¿e panowa³a równowaga.
Moja m³odsza rozmówczyni, opowiadaj±c o swoim dziecinnym domu, kilka razy z naciskiem powtórzy³a, ¿e matka by³a zawsze „strasznie zapracowana”, wobec tego ona i rodzeñstwo, maj±c swobodê, musieli dobrze wiedzieæ, co wolno, co nale¿y, czego powinni siê wstydziæ, z czego t³umaczyæ. Trzy tomy ojcowskich opowiadañ Syberiada (pisane z autopsji) pokaza³y im inny odcieñ codziennej heroicznej walki o przetrwanie i ocalenie sensu istnienia.
Pani Zosia przed³u¿a gorliwie to, co zapamiêta³a - wielkie rodzinno-przyjacielskie spotkania przy ró¿nych okazjach. Opowiadano wtedy o dawnych przyja¼niach, np. babci Ottawowej z Arturem Rubinsteinem, który w jej lwowskim domu zajada³ siê pierogami. Dzisiaj wracaj± raz po raz przygody wojenne, bez tonów martyrologicznych, z akcentem na to, ¿e ich bohaterowie nie mieli w±tpliwo¶ci, co zrobiæ w niebezpieczeñstwie i ¿e siê uda³o z niego wyj¶æ. Wiele w tym zawsze zabawnych momentów.
Najm³odsza z muzycznego rodu koñczy nasze spotkanie kategorycznym stwierdzeniem: - Teraz jest potrzebna innego rodzaju walka. Walka o kulturê. Kulturê artystyczn±, kulturê ¿ycia, kulturê s³owa, kulturê domu...