Polemiki

Dwuznaczny urok rankingu

We wrześniowym numerze „Polityki” (nr 40) M. Czubaj przedstawił raport o kryzysie polskiego szkolnictwa wyższego na podstawie wyników rankingu światowego, opracowanego w Uniwersytecie Jiao Tong w Szanghaju.
Grzegorz Racki

Fot. Stefan Ciechan Tylko dwa polskie uniwersytety, UW i UJ, znalazły się w „Top 500 World Universities”, i to w czwartej setce. Artykuł wywołał duże poruszenie i polemiki („Polityka”, nr 44), co uwidaczniało się już w trakcie wystąpień z okazji inauguracji roku akademickiego 2004/05. Zasady klasyfikowania uniwersytetów zostały jednak nakreślone bardzo lakonicznie i w dodatku nieudolnie, a już nic nie wspomniano o metodologicznych ułomnościach owej listy najlepszych uczelni (a piszą o tym wyraźnie autorzy „Academic Ranking of World Universities - 2004”; http://ed.sjtu.edu.cn/rank/ 2004/2004Main.htm).

Brak wiarygodnych kryteriów

Otóż każdy z pięciu ocenianych wskaźników w większym lub mniejszym stopniu faworyzuje nauki przyrodnicze kosztem nauk społecznych, a zwłaszcza humanistycznych. Przy tworzeniu rankingu uczelni o profilu społeczno-humanistycznym słusznie nie uwzględniano w ogóle liczby artykułów w „Nature” i „Science”, gdyż taka problematyka w zasadzie tam nie gości. Spoza zakresu nauk przyrodniczych noblistami mogą być tylko ekonomiści. Przy korzystaniu z filadelfijskich indeksów cytowań ISI też ograniczono się do obszaru podrzędnie uwzględnionych nauk społecznych: wykorzystano rankingi 250 najczęściej cytowanych badaczy (a nie prac - jak podał autor) w 21 dziedzinach (HiCi) i liczbę zarejestrowanych publikacji (a nie cytowań!) w czasopismach z tzw. listy filadelfijskiej („ISI master journals”). W tej pierwszej kategorii na liście najbardziej uznanych badaczy z dziedziny nauk społecznych jest wielu psychologów i psychiatrów, choć ISI wyróżnia osobno taką dziedzinę. Należy jednak podkreślić za autorami rankingu, że nie dopracowano się dotąd bardziej wiarygodnych kryteriów statystyczno-porównawczych w skali międzynarodowej, a szczególnie brakuje ich w humanistyce. Nic dziwnego, że sens rankingu może być kwestionowany. Komentując niezbyt dobre wyniki uczelni z Indii, P. Balaram („Current Science”, nr 86/10, 2004) podkreślił, że według jego subiektywnej opinii szczególnie przypadkowa jest pozycja mniej renomowanych uczelni, choć nie czołówki uniwersyteckiej z USA i Anglii.

Tradycyjna struktura

Istotnie, o tak kalkulowanym „prestiżu” większości uczelni faktycznie zadecydowały osiągnięcia niektórych zespołów, przede wszystkim z kręgu nauk biologiczno-medycznych, a w dalszej kolejności - z fizyki i chemii. Z kolei większości innych wydziałów mogłoby w ogóle nie być, bo w zasadzie nie miały szansy na odegranie jakiejkolwiek roli. I tak np. Uniwersytet Jagielloński „punktował” w kategorii HiCi dzięki obecności prof. Ryszarda Gryglewskiego z Katedry Farmakologii Collegium Medicum wśród najczęściej cytowanych farmakologów. Notabene, drugi (i zarazem ostatni) tak wyróżniony badacz z polskiej instytucji (biochemik prof. Grzegorz Grynkiewicz) nie pracuje w szkolnictwie wyższym tylko w Instytucie Farmaceutycznym w Warszawie... To właśnie dziedziny biomedycyny, takie jak biochemia, biologia molekularna czy genetyka, są traktowane jako wiodące i najbardziej perspektywiczne w nauce światowej XXI wieku (por. tematyka lansowana w „Nature” i „Science”).

Tymczasem w Polsce - w spadku po poprzednim systemie - mamy wciąż mocno tradycyjną strukturę nauki nie tylko uniwersyteckiej. Ale nie tylko my. Rosja i Chiny też wypadły słabo w uniwersyteckim rankingu 35 państw obecnych w „Top 500 World Universities” (odpowiednio 17 i 19 pozycja; Polska - 31-32 razem z Grecją). Z Czech odnotowano tylko praski Uniwersytet Karola w końcówce listy.

Ośrodek pomocy społecznej

Te krytyczne uwagi wskazują na sporą dwuznaczność rankingu z Szanghaju, zwłaszcza w obliczu realiów polskiego szkolnictwa wyższego, ale nie negują postawionej diagnozy o jego generalnie żałosnej kondycji. Rzecz jasna, wciąż utrzymująca się zasadnicza różnica w poziomie finansowania i wyposażeniu aparaturowym wyklucza szybsze odrobienie dystansu do nauki światowej. Aby jednak poradzić sobie np. ze skostnieniem personalnym na drodze rotacji kadry, musi dojść do wymiany pokoleń profesorskich na myślące mniej socjalistycznie. Dziś uczelnia spełnia wciąż częściowo rolę ośrodka pomocy społecznej.

Z jedną opinią z raportu „Polityki” nie zgadzam się jednak zupełnie: habilitacja nie musi być hamulcem rozwoju naukowego. Nie trzeba tworzyć żadnego (cytuję) „akademickiego gniota”, zwłaszcza w fizyce, gdyż wystarczy do tego kilka tematycznie zbliżonych artykułów w klasowych periodykach. A habilitację będzie można i należy znieść dopiero po radykalnym podniesieniu poziomu doktoratów - przede wszystkim w wyniku upublicznienia całego przewodu przez jego przeprowadzanie poza macierzystym ośrodkiem, jak proponowali niedawno prof. L. Malicki i prof. S. Nawrocki („Sprawy Nauki”, nr 9/02).

Prof. dr hab. Grzegorz Racki, geolog, paleontolog, jest kierownikiem Katedry Stratygrafii Ekosystemowej UŚ.