Chcê siê wypowiedzieæ na temat jêzyka, którego u¿ywa siê w ¶rodowisku akademickim i - co nie mniej istotne - którego powinno siê w nim u¿ywaæ; rzecz jasna, w zale¿no¶ci od tego, kto mówi, do kogo mówi, kiedy mówi itd. W ten sposób wskazania te mog± pe³niæ w jakim¶ stopniu funkcjê praktycznego poradnika dla tych, którzy chcieliby, ale jeszcze nie potrafi± poprawnie rozmawiaæ „jak akademik z akademikiem”. Trzeba jednak ju¿ na wstêpie wyra¼nie powiedzieæ, ¿e tego typu „poradnik” nie jest w stanie zast±piæ nauki, któr± siê otrzymuje, funkcjonuj±c przez wiele lat w tym ¶rodowisku, przechodz±c przy okazji szczeble kariery akademickiej; na ka¿dym z nich czego¶ nowego mo¿na siê dowiedzieæ. Nawet wówczas, gdy ju¿ nie ma czego „przechodziæ” (w takiej ma³o komfortowej sytuacji znajduje siê oczywi¶cie profesor zwyczajny), mo¿na jeszcze podj±æ trud wspinania siê po szczeblach kariery administracyjnej (do rektora w³±cznie) i to jest tak¿e niez³a „szko³a” jêzyka akademickiego. Dodam jeszcze tylko, ¿e ograniczam siê tutaj do trzech rodzajów wypowiedzi, tj. oracji, konwersacji i dyskusji, ale jest ich wiêcej.
Jak wiele innych okre¶leñ akademickich, termin oracje wywodzi siê z jêzyka ³aciñskiego i oznacza, a w ka¿dym razie tradycyjnie oznacza³, uroczyste i podnios³e mowy, wyg³aszane zarówno przy nadzwyczajnych, jak i zwyczajnych okazjach. Dla akademickiego „oratora” z powo³ania w³a¶ciwie ka¿da okazja mo¿e wydawaæ siê dobr± sposobno¶ci±, aby popisaæ siê swoj± sztuk±. Je¶li zdecydowa³em siê wzi±æ s³owo „orator” w cudzys³ów, to nie dlatego, ¿e jego sztuce czego¶ istotnego brakuje, lecz dlatego, ¿e nie zawsze liczy siê on z czasem, cierpliwo¶ci± i wyrozumia³o¶ci± tych, na których j± szlifuje. Tak czy inaczej, gdzie¶ musi j± doskonaliæ i bez owego oszlifowania nie dostanie przepustki na uczelniane salony. Dobrze widziane jest, je¶li zachowa w niej pewne elementy tradycji lub chocia¿by jej zewnêtrzne znamiona w postaci wplatanych tu i ówdzie zwrotów ³aciñskich. Nie¼le odbierane jest wzbogacanie jej o akcenty osobiste - byle tylko z nimi nie przesadzi³ (np. opowiadaj±c w³asn± biografiê). Ostatecznie jednak wszystko zale¿y od okazji do wyg³aszania tych mów. Z tego punktu widzenia mo¿na wyró¿niæ m.in. oracje: otwarcia, zamkniêcia, honoris causa oraz oracje z racji.
Takimi powtarzaj±cymi siê co roku oracjami otwarcia s± mowy wyg³aszane na inauguracjê roku akademickiego. Wystêpuje w nich pewna wariantowo¶æ, ale jej skala nie jest wielka. Zawsze jej pierwsz± i najwa¿niejsz± czê¶æ stanowi przemówienie Jego Magnificencji Rektora, które równie¿ ma swoje sta³e punkty. Z regu³y, na pocz±tku mamy w nim uroczyste po¿egnanie Szanownych Zmar³ych, w kolejno¶ci od profesorów do osób bez naukowych stopni, które koñczy chwila „skupienia i zadumy”. Pó¼niej, czasami jednak wcze¶niej, przed Zmar³ymi, pojawia siê „gor±ce” (ewentualnie „gor±ce i serdeczne”) powitanie Szanownych Zebranych, w tym szczególnie „gor±ce” Szanownych Zaproszonych Go¶ci. W kolejno¶ci witania tych ostatnich, koniecznie wymienionych z imienia, nazwiska i stanowiska, ¶cieraj± siê ró¿ne „szko³y” - jedna z nich opowiada siê za pañstwem (i wówczas urzêdnicy i politycy otrzymuj± pierwszeñstwo), inna natomiast za Ko¶cio³em (przyznaje ona oczywi¶cie palmê pierwszeñstwa duchowieñstwu). Jeszcze inna miesza to wszystko i wówczas ani jedni, ani drudzy nie powinni siê czuæ ura¿eni (chocia¿ mo¿e byæ tak, ¿e obra¿± siê i jedni, i drudzy). Dawniej, to jest w czasach komunizmu (nazwanego w jego schy³kowym okresie „realnym socjalizmem), wszystko by³o du¿o prostsze i oczywiste. Najpierw sz³a „polityka” (w kolejno¶ci: od partii rz±dz±cej, poprzez partie j± wspieraj±ce, do partii, o których mo¿na by³o tyle tylko powiedzieæ, ¿e istniej±), pó¼niej w³adze administracyjne (te¿ oczywi¶cie wed³ug partyjnego klucza), jeszcze pó¼niej zaproszeni rektorzy i pomniejsi przedstawiciele innych uczelni, a na koñcu niewymieniana ju¿ personalnie ca³a reszta, ale bez duchowieñstwa, dla którego miejsce przewidziano w ko¶ciele. Dzisiaj nie jest to ju¿ takie proste i zdarzaj± siê „protokolarne zgrzyty” (bo niejednokrotnie trudno powiedzieæ, czy partia jeszcze wczoraj rz±dz±ca, nie jest ju¿ dzi¶ parti± „kanapow±”).
Dobrze, je¶li w rektorskiej oracji znajdzie siê wiele s³ów mi³ych i poprawiaj±cych samopoczucie Szanownych Zebranych - w rodzaju: „uplasowali¶my siê na czo³owym miejscu w kraju”, „osi±gnêli¶my znacz±ce sukcesy zagraniczne”, „otrzymali¶my znacz±ce wyró¿nienia”, „przewidujemy odczuwalne podwy¿ki uposa¿eñ”, „mamy oddanych przyjació³” itp. Gorzej, je¶li oracja „nafaszerowana” jest liczbami, których przecie¿ i tak nikt ze s³uchaczy nie jest w stanie na bie¿±co skonfrontowaæ ze swoim portfelem i koñczy siê zwrotami w rodzaju: „niestety”, „trzeba siê liczyæ z...” itp. Najgorsze wra¿enie jednak oracja robi wówczas, gdy wiele jest w niej historycznych reminiscencji, ogólnikowych obietnic oraz mniej lub bardziej czytelnych personalnych „wycieczek”. Tak czy inaczej, ka¿da z nich koñczy siê formu³±: „QUOD BONUM FELIX FAUSTUM FORTUNATUM QUE SIT”.
Dalszym ci±giem rektorskiej oracji otwarcia jest wyst±pienie przedstawiciela studentów. Z regu³y jest ono du¿o skromniejsze ni¿ mowa JM Rektora, i to zarówno w tre¶ci, jak i w formie. Bywa oczywi¶cie i tak, ¿e za oracjê mo¿na j± uznaæ wy³±cznie przez grzeczno¶æ lub dostojno¶æ chwili i miejsca. Samorodne talenty oratorskie zdarzaj± siê jednak od czasu do czasu równie¿ w tej grupie akademickiej spo³eczno¶ci i taki student lub studentka, poza wdziêkiem osobistym, potrafi± niekiedy w krótkim czasie, który przyznany im zosta³ przez organizatorów uroczystej inauguracji roku akademickiego, b³ysn±æ jakim¶ zrêcznym zwrotem lub w³asnym przemy¶leniem.
Kolejnym oratorem jest, a przynajmniej powinna byæ, osoba wyg³aszaj±ca wyk³ad inauguracyjny. Oczekiwania wobec niej s± spore, zwyczajowo do wykonania tego zadania zaprasza siê bowiem profesora, który ma spore do¶wiadczenie akademickie. W tej grupie oratorów równie¿ ¶cieraj± siê ró¿ne „szko³y”. Zwolennicy tradycjonalizmu uwa¿aj±, ¿e je¶li ju¿ maj± wyg³osiæ wyk³ad wobec licznego, a jednocze¶nie Dostojnego Audytorium, to trzeba powiedzieæ co¶ bardzo m±drego i najlepiej na temat, w którym czuj± siê specjalistami. Z kolei zwolennicy „modernizmu” opowiadaj± siê raczej za mówieniem zrozumia³ym równie¿ dla niespecjalistów. Jest jeszcze grupa tak zwanych postmodernistów, którzy mog± mówiæ praktycznie na ka¿dy temat, u¿ywaj±c przy tym s³ów „wytrychów. Je¶li wyk³ad nie jest zbyt nudny i d³ugi, to przynajmniej czê¶æ Szanownych Zaproszonych ma okazjê wys³uchaæ w dobrym nastroju oracji ¶piewanej, czyli zwyczajowego Gaudeamus, a nawet wzi±æ udzia³ w jej wykonaniu. Niestety, z moich wieloletnich obserwacji wynika, ¿e z roku na rok chêtnych jest coraz mniej. Ca³e szczê¶cie, ¿e w finale inauguracji pojawia siê chór akademicki, który mo¿e ich w tym wyrêczyæ (i ukryæ to, i¿ samo poruszanie ustami nie oznacza jeszcze ¶piewania).
Z oracjami inauguruj±cymi rok akademicki na szczeblu ogólnouczelnianym w ¿aden sposób nie mog± siê równaæ oracje wyg³aszane przy innych okazjach, jak na przyk³ad otwarcie konferencji naukowych. Nie mo¿na nawet powiedzieæ, ¿e to ju¿ nie tej rangi oratorzy bior± w nich udzia³, bo niejednokrotnie s± to tej samej lub podobnej rangi cz³onkowie spo³eczno¶ci akademickiej (rektorzy, dziekani, dyrektorzy...). Nie ma tu oczywi¶cie oprawy, która towarzyszy tamtym uroczysto¶ciom - wo¼nych wprowadzaj±cych Dostojny Senat (przystrojony w togi, birety, rektorskie i dziekañskie ³añcuchy), t³umu przejêtych chwil± studentów i zwyk³ych ciekawskich. Oracje pojawiaj±ce siê na ni¿szych szczeblach ¿ycia akademickiego mog± sprawiaæ wra¿enie, ¿e wyg³aszaj±cym je brakuje motywacji do zaprezentowania kunsztu. Zapewne wra¿enie to nie jest ca³kowicie mylne, jednak najistotniejsz± przyczynê ich skromno¶ci widzê w prozaicznym braku czasu. Bo przecie¿ uczestnicy konferencji naukowej „na temat...” nie po to zjechali siê z ró¿nych czê¶ci kraju, a niekiedy równie¿ ¶wiata, aby wys³uchiwaæ mów nie ca³kiem na temat (je¶li mo¿na uznaæ, i¿ „nie na temat” jest zwyczajowe prawienie im w tych oracjach komplementów).
Du¿o skromniejsze ni¿ akademickie oracje otwarcia s± równie¿ z regu³y oracje zamkniêcia. Okazji do ich wyg³oszenia jest zwykle mniej ni¿ tych pierwszych. Wprawdzie nale¿y do akademickiej tradycji zarówno uroczyste rozpoczêcie, jak i ukoñczenie studiów, ale zwykle tak zwane absolutorium, czyli „zwolnienie” (oczywi¶cie - ³acina), nie ma charakteru ogólnouczelnianego, lecz odbywa siê oddzielnie dla poszczególnych kierunków lub grupy pokrewnych kierunków studiów. Próbuje siê przy tej okazji przywróciæ tradycjê przebierania absolwentów w togi i birety, ale w sytuacji, gdy jego koszty obci±¿aj± zwykle chudy bud¿et studenta, chêtnych do udzia³u w tym przedsiêwziêciu nie ma zbyt wielu - nie licz±c uczelni niepublicznych, w których, tak czy inaczej, trzeba za wszystko zap³aciæ. Nie chodzi zreszt± tylko o sam± oprawê. Je¶li bowiem przy takich okazjach student dok³adniej ws³ucha siê w to, co mu maj± do powiedzenia jego rektorzy, dziekani czy dyrektorzy instytutów (niestety, zwykle ju¿ tylko w randze „pro”, „wice” lub „ds.”), to dowie siê, ¿e lata uczelnianej beztroski ma ju¿ za sob± i teraz „powinien”, „musi”, „oczekuje siê od niego”, „pok³ada siê w nim nadzieje” itd. Krótko mówi±c, trzeba wzi±æ siê do prawdziwej pracy, a to nie zawsze jest tak przyjemne, jak studia.
Znacznie skromniejsze s± z regu³y równie¿ oracje wyg³aszane z okazji zamkniêcia wa¿nego spotkania naukowego: kongresu, konferencji naukowej itp. Zdarza siê zreszt±, ¿e albo organizatorzy takich spotkañ w ogóle ich nie przewidzieli w programie, albo te¿ znajduj± siê one w nim, ale nie ma ich specjalnie do kogo wyg³osiæ, bo wiêkszo¶æ uczestników lub najwa¿niejsi z nich rozjechali siê ju¿ do innych obowi±zków. Je¶li jednak ma je kto i do kogo wyg³osiæ, to trzeba pamiêtaæ o tym, aby by³y one krótkie (d³ugich wyst±pieñ uczestnicy nas³uchali siê w trakcie roboczej czê¶ci tych spotkañ) oraz aby trzyma³y siê zwyczajowego scenariusza, a w ten wpisane powinny byæ przede wszystkim podziêkowania, podziêkowania i jeszcze raz podziêkowania: uczestnikom za interesuj±ce i wzbogacaj±ce naukê wyst±pienia, organizatorom za sprawn± organizacjê, gospodarzom za go¶cinê itd. Je¶li oracjê tak± wyg³asza kto¶ z organizatorów spotkania, to dobrze by³oby, aby zapowiedzia³ publikacjê materia³ów konferencyjnych - lub przynajmniej obieca³, i¿ podjête zostan± takie starania - i broñ Bo¿e nie doda³, ¿e za wynik tych starañ nie mo¿e rêczyæ (bo co to by³by za organizator, który czego¶ nie potrafi zorganizowaæ?). Publikacja taka mo¿e siê przydaæ nie tylko do rozliczenia kosztów udzia³u w spotkaniu, ale tak¿e przy ewentualnych awansach, nie mówi±c ju¿ o takim drobiazgu, jak upowszechnianie wyników prowadzonych przez jej autora badañ.
Specjaln± kategoriê stanowi± oracje wyg³aszane z okazji nadania tytu³u doktora honoris causa. Stoi za nimi jeszcze ¶redniowieczna tradycja, która nakazuje, aby mia³y one odpowiedni± oprawê, uczestników, procedurê, oraz - co tu du¿o mówiæ - uczelniê, bo przecie¿ nie ka¿d± staæ na to, aby go nadawaæ, a doktorat nie ka¿dej uczelni znaczy co¶ w ¶rodowisku akademickim. Je¶li ju¿ jednak wszystkie te warunki mog± byæ spe³nione, to pozostaje rozejrzeæ siê za w³a¶ciwym kandydatem. Niestety, nie ma tutaj ani uniwersalnego przepisu, ani nawet wyra¼nie ukszta³towanych „szkó³”. Rzecz jasna, w ka¿dym przypadku musi to byæ kto¶ Dostojny, Czcigodny, Wielce Szanowany, ale dla jednych oznacza to ¦wiatowej S³awy Profesora, dla innych ¦wiatowej S³awy Polityka, a dla jeszcze innych po prostu Wielkiego Cz³owieka, Uczonego, Artystê, Humanistê. Nie s± to ani jednoznaczne kryteria, ani te¿ na tyle sprawdzone, by wyklucza³y mo¿liwo¶æ, ¿e s³awa i wielko¶æ z czasem „nieco” przyblakn±. Nie bêdê jednak tutaj przywo³ywa³ przyk³adów, bo mog³oby to sugerowaæ dwuznaczno¶æ akademickiego „honoris”, a tak - generalnie rzecz bior±c - nie jest.
Przyjmijmy zatem, ¿e wszystkie wstêpne warunki zosta³y spe³nione i mo¿na przyst±piæ do ceremonii nadania tytu³u. Rozpoczyna j± wprowadzenie do odpowiednio dostojnej sali przez wo¼nych senatu Dostojnych Go¶ci i Gospodarzy - w³adz rektorskich i dziekañskich, profesury, promotora doktoratu i samego zainteresowanego tytu³em. Rzecz jasna, ka¿dego z nich w odpowiednim stroju i z odpowiednimi symbolami w³adzy. Na tym tle zainteresowany wygl±da dosyæ skromnie, bo ubrany jest w togê i biret zwyczajnego doktora. Akademicka tradycja mówi jednak, ¿e tak w³a¶nie powinien wygl±daæ.
W kolejnym punkcie ceremonii nastêpuje wyg³oszenie orationes doctores honoris causa (te¿ w odpowiedniej kolejno¶ci). Czê¶æ z nich wyg³aszana jest po ³acinie, natomiast pozosta³e w jêzyku gospodarzy, promotora lub kandydata. Nie ma to jednak a¿ tak wielkiego znaczenia, wszyscy mówi± bowiem w gruncie rzeczy to samo, to znaczy, ¿e Szanowny, Wielce Szanowny i Dostojny Kandydat do tego tytu³u jest Wybitny, Wyj±tkowy, Ca³kowicie Oddany Sprawie... (tutaj nastêpuje wskazanie podstawowych sfer jego aktywno¶ci). G³ówny problem wyg³aszaj±cych oracje nie polega na tym, aby przypadkiem nie powiedzieæ o jakich¶ jego s³abo¶ciach czy niedoskona³o¶ciach, lecz na tym, aby nie powtarzaæ tego, co ju¿ powiedzieli przedmówcy (jest to jednak z regu³y nieuniknione).
Do ceremonia³u nale¿y równie¿ wyk³ad wyg³oszony przez Doctora Honoris Causa. Je¶li jest nim profesor, to wyk³ad powinien mieæ wszystkie znamiona oratorskiej sztuki profesorskiej, je¶li natomiast przemawia polityk czy cz³owiek sztuki, to oracja powinna mieæ znamiona uprawianej przez nich profesji. Jak to wygl±da w praktyce, mo¿na siê przekonaæ uczestnicz±c bezpo¶rednio w takiej ceremonii, bo w opublikowanych pó¼niej tekstach zwykle nie ma ju¿ (z ró¿nych wzglêdów) tych wszystkich „smaczków”, które pojawi³y siê w wyst±pieniu na ¿ywo. Niezale¿nie jednak od tego, jak wyk³ad faktycznie wygl±da³, Doctor Honoris Causa wyg³asza (niejednokrotnie z pewnym za¿enowaniem) zwyczajowe podziêkowania za zaszczyty, które go spotka³y, a czasami nawet próbuje „prostowaæ” to i owo z przypisywanych mu zas³ug i osi±gniêæ lub przynajmniej rozpisaæ je czê¶ciowo na swoich uczniów i wspó³pracowników. Uczestnicy tej ceremonii zwykle dobrze rozumiej± te grzeczno¶ciowe gesty i nie bior± ich na serio.
Pewne podobieñstwo z tymi ceremoniami wykazuj± spotkania organizowane z okazji jubileuszy („...lecia”) wybitnych i zas³u¿onych dla uczelni osób. Jest w nich mo¿e nieco mniej dekoracyjno¶ci (ich uczestnicy wystêpuj± „po cywilnemu”) oraz wznios³o¶ci (zdarza siê, ¿e brakuje na nich akademickiego chóru), wiêcej natomiast codzienno¶ci (zwykle mówi siê tam ojczystym jêzykiem). Najwa¿niejsza jest jednak nie oprawa, lecz to, co siê mówi o Szanownym Jubilacie. A mówi siê o nim mniej wiêcej to samo, co o doktorze honoris causa, a wiêc: ¿e ma wybitne dokonania (naukowe, dydaktyczne, organizacyjne...), ¿e wniós³ do nauki i ¿ycia uczelni trwa³e warto¶ci, ¿e ma wiernych przyjació³, kolegów, uczniów i wspó³pracowników itd. Dobrze widziane jest, gdy Jubilat co¶ nieco¶ z tego wszystkiego sprostuje lub przynajmniej u¶ci¶li i oczywi¶cie podziêkuje wszystkim, którzy byli przy nim zarówno wówczas, gdy dopiero wspina³ siê po stopniach kariery naukowej, jak i wówczas, gdy ju¿ osi±gn±³ jej szczyty. Ile to go kosztowa³o, najlepiej wie jego najbli¿sza rodzina i zwykle jest ona obecna nie tylko w¶ród osób zgromadzonych na takiej uroczysto¶ci, ale tak¿e w jego jubileuszowej oracji.
Ni¿ej w akademickiej hierarchii sytuuje siê grupa oracji wyg³aszanych z innych okazji ni¿ wy¿ej wymienione. Znajduj± siê w¶ród nich m.in. oracje wyg³aszane z racji nadania stopnia naukowego - doktora lub doktora habilitowanego. Skala mo¿liwo¶ci jest tutaj znaczna: od lapidarnego i zagadkowego „dziêkujê”, po szerokie rozwiniêcie tej jak najbardziej s³usznej formu³y. Mo¿na np. oddzielnie podziêkowaæ promotorowi, recenzentom, dziekanowi lub dyrektorowi instytutu, cz³onkom rady naukowej nadaj±cej ten stopieñ, rodzinie, a przy okazji zapewniæ o swoich zobowi±zaniach na przysz³o¶æ, z³o¿yæ deklaracjê dalszej systematycznej pracy naukowej itd.
W tej grupie znajduj± siê równie¿ oracje z racji meritum, czyli przedmiotu sprawy. Mog± one, a nawet powinny, dotyczyæ spraw merytorycznych, zw³aszcza gdy w grê wchodzi ocena rozprawy i dorobku naukowego na kolejny stopieñ akademicki. W praktyce jest z tym oczywi¶cie ró¿nie i nie mo¿na nawet powiedzieæ, ¿e oratorzy mówi± od rzeczy, bo dla jako¶ci pracy naukowej nie jest ca³kowicie bez znaczenia na przyk³ad u¿ywana terminologia. Co najwy¿ej mo¿na powiedzieæ, ¿e drobiazgowi w swych wywodach oratorzy bywaj± pewnym utrapieniem dla pozosta³ych cz³onków gremiów nadaj±cych te stopnie, nie tylko bowiem zabieraj± im wiêcej czasu ni¿ to jest konieczne, ale tak¿e zmuszaj± ich do uwa¿nego s³uchania. A czasami i to nie wystarczy, aby s³uchacze mogli siê zorientowaæ, o co dok³adnie oratorom chodzi - przecie¿ nie zawsze o to, ¿e nie powo³ali siê na ich autorytet.
Te oracje „¶lizgaj±ce siê” po poboczach sprawy, mimo pewnych podobieñstw, ró¿ni± siê od oracji bez racji. Ostatnie z nich stanowi± jednak temat tak obszerny, ¿e mo¿na by³oby mu po¶wiêciæ niejedn± monografiê. Powiem zatem krótko, ¿e nie chodzi w nich ani o meritum, ani nawet o jakie¶ pobocza, lecz o zwyczajn± ludzk± potrzebê powiedzenia czego¶ w sposób zgrabny i dowcipny, a jeszcze lepiej b³yskotliwy, oraz z mniej lub bardziej przejrzystymi aluzjami pod adresem rzeczywistych lub potencjalnych oponentów.
Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu.