Kiedy w 1859 roku ukaza³o siê wiekopomne dzie³o Karola Darwina O powstawaniu gatunków, nikt, ³±cznie z autorem, nie zadawa³ sobie zapewne pytania, co teoria doboru naturalnego ma do zaoferowania zwyczajnym ludziom? Innymi s³owy, czy mo¿e pomóc w ustaleniu, do jakich celów warto d±¿yæ. Dzi¶ sta³o siê to mo¿liwe za spraw± nowej i stale rozwijaj±cej siê dziedziny naukowej, która w pewnym stopniu spe³ni³a nadziejê na powstanie nowej nauki o umy¶le. Jest ni± psychologia ewolucyjna, która ³±cz±c psychologiê i biologiê ewolucyjn± prze³amuje stereotypy my¶lowe, analizuje ludzkie zachowania z punktu widzenia neodarwinowskiego paradygmatu.
Gor±cym jej orêdownikiem jest Robert Wright. Próbuje on udowodniæ proroczy pogl±d Darwina, ¿e psychologia zostanie oparta na nowych podstawach. Analizuje biologiczne uwarunkowania zachowañ w³a¶ciwych homo sapiens, jego my¶li i emocji. Jak podkre¶la, jednym z jego celów by³o znalezienie praktycznych zastosowañ psychologii ewolucyjnej. Przede wszystkim jednak chcia³ ukazaæ jej podstawowe zasady: to, jak kunsztownie teoria doboru naturalnego, we wspó³czesnym rozumieniu, ukazuje zarys ludzkiej psychiki. Pisze we wstêpie, ¿e ksi±¿ka, która odnosi siê do kwestii ¿ycia codziennego, nosi miejscami znamiona poradnika. Wielu tych cech jednak jej zabraknie. Jej kilkuset stron nie wype³niaj± zwiêz³e rady i pokrzepiaj±ce zapewnienia. Darwinowski pogl±d na ¶wiat nie upro¶ci waszego ¿ycia, pod pewnymi wzglêdami je skomplikuje, ukazuj±c w jaskrawy sposób moralnie w±tpliwe zachowania, do których mamy sk³onno¶æ, a których dwuznaczny charakter ewolucja sprytnie przed nami ukry³a. Tych nielicznych, wra¿liwych i podnosz±cych na duchu zaleceñ, które potrafiê odnale¼æ w nowym darwinowskim paradygmacie, jest nieporównywalnie mniej ni¿ trudnych i kosztownych kompromisów, dylematów i zagadek, jakie nam proponuje.
Po ksi±¿kê mog± siêgn±æ zarówno przedstawiciele rozlicznych dziedzin nauki, jak i mi³o¶nicy biografii. Jej autor, prezentuj±c darwinowski punkt widzenia, pos³u¿y³ siê Darwinem jako eksperymentem. Poszczególne rozdzia³y ksi±¿ki ukazuj± wydarzenia z jego ¿ycia i pogl±dy naukowe. Jego my¶li, uczucia i zachowanie pos³u¿y³y do zilustrowania zasad psychologii ewolucyjnej. Ich ¼ród³em jest napisana w 1876 r. autobiografia Darwina. Tak wiêc dowiadujemy siê, ¿e zaplanowano dla niego karierê lekarza, zgodnie z tradycj± rodzinn±. Jednak tego planu nigdy nie zrealizowa³. Karol, miast chodziæ na wyk³ady z anatomii, wola³ wyp³ywaæ z rybakami na po³ów ostryg, by nastêpnie przeprowadzaæ na nich sekcje czy braæ lekcje wypychania zwierz±t. Gdy Darwin senior spostrzeg³, i¿ syn schodzi z wytyczonej drogi, zasugerowa³ mu karierê duchownego. A wszystko dlatego, ¿e obawia³ siê, by syn nie sta³ siê „rozpró¿niaczonym sportowcem, na co siê wówczas zanosi³o”. I choæ ojciec Darwina nie wierzy³ w Boga, a jego syn nie wyró¿nia³ siê szczególn± pobo¿no¶ci±, Karol odby³ w Uniwersytecie Cambridge studia przygotowuj±ce go do stanu duchownego. Uleg³ niniejszym namowom ojca, który reprezentowa³ popularny wówczas pogl±d, i¿ zoologia, któr± pasjonowa³ siê m³ody Karol, i teologia to dwie strony medalu. Je¶li wszystkie ¿yj±ce stworzenia by³y dzie³em Boga, zg³êbienie tego, w jaki sposób zosta³y zaprojektowane, oznacza³o studiowanie boskiego geniuszu. (...) W praktycznym sensie z teologii naturalnej wynika³o to, ¿e wiejski duchowny móg³ bez poczucia winy po¶wiêcaæ wiêkszo¶æ czasu na badanie przyrody i pisanie o niej. Darwinowi nie dane by³o jednak skupiæ siê na modlitwie. Niebawem po zakoñczeniu studiów przyj±³ posadê przyrodnika i wyruszy³ w d³ug± podró¿ na okrêcie „Beagle”. A ci±g dalszy przeszed³ do historii...
(ami)
Robert Wright, Moralne zwierzê. Dlaczego jeste¶my tacy, a nie inni: Psychologia ewolucyjna a ¿ycie codzienne, t³um. Hanna Jankowska, Wydawnictwo Prószyñski i S-ka, Warszawa 2004, seria: Na ¦cie¿kach Nauki.
Ksi±¿ek omawiaj±cych naturê kobiet i mê¿czyzn ukaza³o siê ostatnio bardzo du¿o. Anne Campbell nada³a swojej tytu³ Jej niezale¿ny umys³ i opatrzy³a go prowokuj±cym znakiem zapytania. To dobry chwyt marketingowy, bo zachêca do siêgniêcia po tê pracê zarówno feministki, jak i czytelników „tradycyjnie” pojmuj±cych rolê i pozycjê kobiet i mê¿czyzn. Od razu pojawiaj± siê dalsze pytania: jak niezale¿ny umys³, to od czego? Od stereotypowych wzorców? Od wp³ywów innych, tu: mê¿czyzn? Od biologii i wszystkiego, co z ni± zwi±zane? Od determinacji w³asnej p³ci? A je¶li zale¿ny, to czy ca³kowicie? Sam tytu³ bardzo d³ugo wydawa³ mi siê niew³a¶ciwy, przez u¿ycie zaimka „jej”. Mo¿e rzeczywi¶cie analizy mia³y dotyczyæ g³ównie kobiet, ale w zasadzie tyle samo napisano o naturze kobiet, co mê¿czyzn. Trudno w koñcu pisaæ o p³ci piêknej w oderwaniu od tej „brzydszej”. Taki by³ w koñcu cel autorki - pokazaæ, jak i co wp³ywa na zachowanie i my¶lenie kobiet.
Ale dlaczego wydawca napisa³, ¿e ksi±¿ka burzy stereotypy w postrzeganiu ró¿nic miêdzy mê¿czyzn± a kobiet±? Moim zdaniem, Campbell niczego nie burzy, ale w³a¶nie pokazuje, ¿e te stereotypy maj± podstawy. Bo choæ du¿o tu o agresji kobiet, które wed³ug stereotypów s± ma³o agresywne, autorka i tak dowodzi, ¿e we wszelkich kulturach liczba przestêpstw pope³nianych przez kobiety jest o wiele mniejsza. Campbell po prostu wyja¶nia, sk±d wziê³o siê tradycyjne postrzeganie kobiet i jakie ma ono pod³o¿e. Jej ksi±¿ka, wbrew pogl±dom feministek, pokazuje, ¿e kobietom przeznaczone jest macierzyñstwo i lepiej im w monogamicznych zwi±zkach. Dla mê¿czyzn za to lepsza jest poligamia i to normalne, ¿e mniej od kobiet zajmuj± siê dzieæmi. Tyle z natury i psychologii ewolucyjnej, bo to wcale nie znaczy, ¿e tak jest dobrze i ¿e autorka popiera taki stan rzeczy. Nie trzeba byæ feministk±, jakkolwiek pojmowany jest feminizm (autorka przedstawia ró¿ne jego typy i powtarza pogl±d, ¿e tyle jest rodzajów feminizmu, ile feministek), by to dostrzegaæ. Ale tak naprawdê nie chodzi o polemikê z jakimikolwiek pogl±dami. Chodzi o to, by pokazaæ i wyja¶niæ pewne zachowania kobiet i mê¿czyzn z punktu widzenia psychologii ewolucyjnej.
Jednym z najbardziej interesuj±cych zagadnieñ jest wspominana agresja w¶ród kobiet. Ma ona zapewniæ im samym i ich dzieciom przetrwanie lub po prostu lepsze warunki ¿ycia. Najczê¶ciej agresja ta musi przybieraæ ³agodniejsze formy od agresji w¶ród mê¿czyzn - d³ugi okres wychowywania dzieci zmusza³ kobiety do podejmowania mniejszego ryzyka, bo dzieci pozbawione matki mia³y mniejsze szanse na prze¿ycie. St±d jednymi z ³agodniejszych form rywalizacji s± plotkowanie i obra¿anie konkurentki. Ale je¿eli chodzi o walkê o mê¿czyznê tam, gdzie wystêpuje deficyt dobrych partii, agresja w¶ród kobiet mo¿e przybieraæ bardzo ostre formy. Kobiety z biednych ¶rodowisk, w których g³ównym ¼ród³em dochodu jest przestêpczo¶æ, musz± zaciekle walczyæ o partnera, który przynajmniej na jaki¶ czas zapewni im ¶rodki do ¿ycia. A takich jest tam niewielu. Campbell przytacza przera¿aj±ce opowiadania dziewczyn, które w takich rozgrywkach bra³y udzia³.
Mimo ogólnych podobieñstw miêdzy kobietami, ka¿da jest inna. Maj± na to wp³yw trzy wymienione przez autorkê ¼ród³a: czynniki genetyczne, ró¿nice do¶wiadczeñ ¿yciowych i kultura, w której kobieta ¿yje.
Wszystkie tego typu ksi±¿ki s± bardzo interesuj±ce, o ile nie robi siê z wyg³aszanych w nich teorii powszechnych i obowi±zuj±cych praw. Oprócz determinuj±cej nas p³ci, mamy przecie¿ jeszcze rozum i sumienie.
Justyna Jakubczyk
Anne Campbell, Jej niezale¿ny umys³. Psychologia ewolucyjna kobiet, t³um. Joanna Kantor-Martynuska, Wydawnictwo literackie, Kraków 2004.
Ksi±¿ek o Ameryce mamy ostatnio dostatek. Przede wszystkim s± to jednak t³umaczenia, a przy tym najczê¶ciej pozycje, które wyros³y na fali obsesji antyamerykañskiej, jaka ogarnê³a Europê. Ta ksi±¿ka ró¿ni siê od innych tym, ¿e autork± jest Polka, a ¿adnych uprzedzeñ tu nie znajdziemy. Czy w takim razie dostali¶my do r±k tekst, który pozwoli nam zrozumieæ Amerykê? W±tpiê.
O czym pisze Sarnacka-Mahoney? O religijnej dezorientacji Amerykanów, którzy zmieniaj± ko¶ció³, gdy odkryj±, ¿e inny ma atrakcyjniejsz± ofertê zajêæ popo³udniowych dla dzieci. O wielkich fortunach i biedzie, emigrowaniu posad do Azji, czêstych bankructwach i nieoszczêdnym ¿yciu, gonitwie za pieni±dzem i manifestowaniu swojego statusu (znamy to doskonale). O emigrantach, dziêki którym w wielu regionach nie brakuje r±k do pracy fizycznej. O legionach azjatyckich in¿ynierów, maj±cych dostêp do najwy¿szych technologii, które wyp³ywaj± potem do Chin i Korei. O podkopanym zaufaniu Amerykanów do mediów, fatalnych efektach koncentracji radia i TV. O przepracowanych Amerykanach, którzy nie bior± urlopów, maj± niedobry system ubezpieczeñ emerytalnych i zdrowotnych. Ciekawie pisze o m³odym pokoleniu i szkole. O debacie na temat zadawania prac domowych, o zamykaniu szkó³ katolickich, które maj± wy¿szy poziom ni¿ komunalne. O Szekspirze, który siê zdezaktualizowa³ i znikn±³ z listy lektur.
Cich± bohaterk± tej ksi±¿ki jest polityczna poprawno¶æ, króluj±ca w amerykañskiej sferze publicznej. Autorka pokazuje, jak ideologia ta wiedzie do demonta¿u interesu wspólnego na rzecz interesów poszczególnych grup, dowodzi na przyk³adach, ¿e ma ona zgubny wp³yw na wszystko: od armii po czytelnictwo ksi±¿ek. Efektem jest likwidacja kultury narodowej przez kosmopolityczne amerykañskie elity, które lekko odrzuci³y fundament angloprotestancki.
Podtytu³ ksi±¿ki odnosi siê do ¿ycia zawodowego Amerykanów, którzy zachwiali proporcje miêdzy prac± a rodzin±. Eksploatuj±c siê zawodowo zaniedbali wychowanie dzieci i warto¶ci rodzinne. Byæ mo¿e dziêki temu w³a¶nie gospodarka amerykañska nie ma sobie równych, ale trzeba zapytaæ o koszty. Tendencja ta zaczyna siê odwracaæ, mija moda na wy¶cig szczurów. Wielu m³odych Amerykanów woli mniej pracowaæ, ograniczyæ niepotrzebn± konsumpcjê, korzystaæ z ¿ycia.
Autorka wynurza siê ze swoim peryskopem w ró¿nych miejscach: pisze o wojnie, rodzinie, handlu i mieszkaniach, o Indianach i Polonii. Podaje mnóstwo danych, przytacza rankingi i wyniki sonda¿y. Przywo³uje opinie prasowych komentatorów i autorów ksi±¿ek publicystycznych o ró¿nych problemach Ameryki. Nie jest to trudne, bo ka¿da kwestia ma w Ameryce co najmniej jedn± ksi±¿kê. Wiele rozdzia³ów to w³a¶nie omówienia takich pozycji. Autorka wy¿ywa siê w przytaczaniu i zestawianiu opinii ekspertów, komentowaniu ich, podwa¿aniu, uogólnianiu. Przedstawia problemy ogólnokrajowe, takie, które przyci±gnê³y uwagê mediów. Niestety, nie pochyla siê nad tematami lokalnymi, marginalnymi, które sama by odkry³a. A to by³oby najciekawsze. Jej ksi±¿ka to obraz Ameryki zapo¶redniczony przez media, stworzony przy biurku, uogólniony, wiêc pozbawiony szczegó³ów. Publicystyka, a nie ¿ycie, jest podstaw± tego tekstu. W ten sposób gubi siê istotna prawda o opisywanym kraju. Efektem medialnego zapo¶redniczenia portretu Ameryki jest te¿ dominuj±cy w rozwa¿aniach, a w³a¶ciwy mediom, czarny ton. Otrzymujemy obraz zbyt pesymistyczny i zbyt ogólny.
(fig)
Eliza Sarnacka-Mahoney, Amerykañski peryskop. USA na progu nowej rewolucji, Wydawnictwo Qlco, Warszawa 2004.
Dialogi o sztuce Zbigniewa Taranienki, krytyka sztuki i literatury, o dziwo nie s± pozycj± przeznaczon± tylko dla malarzy, plastyków i ludzi „z bran¿y”. Picasso powiedzia³, ¿e obraz zaczyna istnieæ w momencie zobaczenia go przez innych. Potrzebny jest odbiorca, który w jakiej¶ mierze staje siê wspó³kreatorem. Dialogi s± adresowane zatem do twórców i wspó³twórców dzie³a sztuki.
Ksi±¿ka jest zbiorem wywiadów z profesorami warszawskiej Akademii Sztuk Piêknych, a co najbardziej interesuj±ce - nienale¿±cymi do jednego pokolenia, m.in.: Józefem Szajn±, Stefanem Gierowskim, Janem Tarasinem, Teres± P±gowsk±. Rozmowy s± zró¿nicowane i zindywidualizowane, ale nie mog³o byæ inaczej, skoro twórczo¶æ ich autorów niebezpiecznie nawet do siebie porównywaæ, tak jest odmienna. Bogus³aw Szwacz, pierwszy z rozmówców Taranienki, uwa¿a na przyk³ad, ¿e sztuka wspó³czesna uleg³a degradacji, poniewa¿ zablokowana zosta³a ludzka wyobra¼nia, pobudzana od wieków wytworami mistrzów przesz³o¶ci. Obwinia o to g³ównie Marcela Duchampa, który, wed³ug Szwacza, dobrze wiedzia³, ¿e nigdy nie dorówna Rembrandtowi i dlatego postanowi³ odgrodziæ siê od jego twórczo¶ci „parawanem z parafilozoficznych doktryn”. Zreszt± Szwacz wiêkszo¶æ wspó³czesnych artystów XX w. okre¶la mianem ignorantów, pozbawionych wyobra¼ni twórczej. Eugeniusz Markowski mówi natomiast, ¿e choæ jego sztuka jest jak±¶ odmian± realizmu, pasjonuje go Malewicz i Duchamp w³a¶nie, który, jego zdaniem, poszerzy³ mo¿liwo¶ci sztuki, podkre¶laj±c, ¿e cz³owiek nie tylko egzystuje na ¶wiecie, ale jeszcze co¶ w nim znaczy.
I na ukazaniu tego typu odmienno¶ci opiera siê, z jednej strony, zamys³ Taranienki. Istnieje jednak i strona druga, która ³±czy wszystkich rozmówców, a jest ni± chêæ przekazania d³ugoletnich do¶wiadczeñ nastêpnym pokoleniom artystów. Wypowiedzi profesorów maj± zatem charakter osobisty, czêsto silnie emocjonalny, jak wówczas, gdy Taranienko pyta, czym jest dla nich malarstwo. Szajna odpowiada, ¿e to wstrzymanie czasu, odciskanie w³asnego ¶ladu, zatrzymanie starzenia siê. Dla P±gowskiej to zapis samego siebie - najbardziej intymny, prawie wstydliwy.
Taranienko pyta te¿ swoich rozmówców o najwa¿niejsze tre¶ci w sztuce i sposoby ich odczytywania, o zwi±zki miêdzy malarstwem a muzyk± i tajemnicê, która zawsze stoi za sztuk±. Pyta o rolê i funkcjê malarstwa, wspó³czesnego i niegdysiejszego, o „¿ycie” malowanych postaci poza obrazem i chwile ³aski u artysty, jak w improwizacji romantycznej.
Dialogi s± równie¿ prób± odkrycia momentu, w którym powstaje dzie³o sztuki. Jest to oczywi¶cie próba bez szans na powodzenie, co nie umniejsza bynajmniej warto¶ci rozmów, których celem w³a¶ciwym jest przecie¿ samo podjêcie dialogu - zag³êbionego w tajemnice twórczo¶ci artystycznej.
Wywiady, mimo ¿e przeprowadzane pod koniec lat 70., w latach 80. i 90., mo¿na zaliczyæ do cyklu „rozmów na nowy wiek”, bo prócz oczywistych powodów, zawieraj± tak¿e poka¼ny ³adunek prawdziwych m±dro¶ci ¿yciowych, czasem prostych, ale nie zawsze u¶wiadomionych. Jan Tarasin mówi na przyk³ad, jakby na marginesie rozwa¿añ o malarstwie, o m³odym cz³owieku, któremu wydaje siê, ¿e mo¿e dokonaæ wszystkiego, a który dopiero wiele lat pó¼niej orientuje siê, ¿e zawsze jest na co¶ skazany, ¿e nosi w sobie wyrok. Je¶li ów cz³owiek go przyjmie, mniej siê bêdzie szamota³, zacznie siê ze sob± zgadzaæ, a nawet dostrze¿e w tym satysfakcjê.
Ma³gorzata Pawe³czyk
Zbigniew Taranienko, Dialogi o sztuce. 100 lat Akademii Sztuk Piêknych w Warszawie, pañstwowy instytut wydawniczy, akademia sztuk piêknych, Warszawa 2004.
Ksi±¿ki opisuj±ce procesy warsztatowe zwi±zane z powstaniem dzie³a zwartego lub samodzielnego tekstu z rzadka interesuj± specjalistów ró¿nych dziedzin. A szkoda, gdy¿ przyjrzenie siê przynajmniej wybranym zagadnieniom stwarza potencjalnemu autorowi mo¿liwo¶æ ¶wiadomego, choæ technicznego panowania nad tekstem. O tym m.in. w swojej najnowszej ksi±¿ce przypomina Janusz Dunin, profesor WSHE w £odzi, znany z licznych prac po¶wiêconych m.in. historii publikacji, edytorstwu czy literaturze popularnej.
Studia o komunikacji spo³ecznej stanowi± kontaminacjê wcze¶niej opublikowanych, a tak¿e nowych artyku³ów ujêtych w cztery oddzielne krêgi tematyczne. Pierwszy z nich dotyczy - nazwijmy to - techniki pisania, która, niestety, jest bardzo czêsto zaniedbywana przez wspó³czesnych autorów (czasem wynika to po prostu ze s³abej wiedzy na ten temat). Drugi prezentuje ró¿norodne aspekty zwi±zane z kultur± popularn± (m.in. warsztat bibliograficzny oraz biblioteczny jej badacza czy rozwój tematów religijnego i wojennego w literaturze tandetnej; polecam rozdzia³ Karta pocztowa - perspektywa ksiêgoznawcza i literacka). W czê¶ci trzeciej Dunin porusza problem kwestii narodowych w kulturze. Jak z lektury wynika, nasza wiedza winna byæ wci±¿ uzupe³niana, gdy¿ to, co zwiemy „narodowo¶ci± mediów” w naszych czasach wymaga dobrego rozpoznania w historii. Ca³o¶æ zamyka rozdzia³ po¶wiêcony felietonowi, gdzie oprócz czê¶ci stricte teoretycznej, autor zamie¶ci³ równie¿ kilka w³asnych felietonów.
W swojej refleksji chcia³abym odnie¶æ siê do dwóch kwestii. Dunin, pisz±c „o komunikacji s³owem pisanym”, zwróci³ uwagê na kilka podstawowych spraw. Wydawa³oby siê, ¿e s± one tak banalne, i¿ nie warto nawet o nich wspominaæ, lecz gdy dobrze przyjrzymy siê ró¿nym tekstom, problem warsztatu nabiera ogromnego znaczenia. Tym bardziej ¿e dotycz± one nie tylko pisz±cego, lecz i czytaj±cego (a mo¿e jego najbardziej?). Przyk³adem mo¿e byæ z pozoru niewinnie wygl±daj±ca sprawa przypisów. Z jednej strony nadaj± one tekstowi znamiona naukowo¶ci, z drugiej za¶ mog± byæ wrêcz balastem dla odbiorcy. Dunin nie pomin±³ równie¿ kwestii etyki mediów oraz sprawy dostêpu do wszystkich prac naukowych (co jest nader istotne w chwili, gdy chcemy walczyæ o uczciwo¶æ w ¶rodowisku uniwersyteckim).
O ile tê czê¶æ ksi±¿ki przeczyta³am z satysfakcj± i polecam j± specjalistom ró¿nych dziedzin, o tyle rozdzia³ po¶wiêcony felietonowi jako gatunkowi prasowemu przyjê³am z pewn± ostro¿no¶ci±. Rozbudzi³o j± we mnie twierdzenie, i¿ z definicji s³ownikowych zasadniczo niczego nie dowiemy siê o felietonie jako gatunku publicystycznym. Postanowi³am sprawdziæ i, niestety, muszê zaprzeczyæ, poniewa¿ w S³owniku terminów literackich (pod red. J. S³awiñskiego) znajduje siê definicja autorstwa M. G³owiñskiego. Co prawda nie jest rozbudowana, lecz wymienia podstawowe cechy gatunkowe. Zgadzam siê z Duninem, ¿e trudno zbudowaæ definicjê w pe³ni zadowalaj±c± ka¿dego z badaczy. Jego artyku³ jest chyba najwymowniejszym tego przyk³adem (moim zdaniem, g³ównie adresowanym do studentów).
Ksi±¿ka Dunina zas³uguje na uwagê. Przedstawione w niej rozwa¿ania pokazuj± odbiorcy, jak czêsto nie dostrzega siê spraw uznawanych przez ogó³ za ma³o ciekawe. Dunin udowodni³, i¿ badanie literatury popularnej stanowi wyzwanie dla nauki, bo wa¿ne jest nie tylko to, co ¶ni siê filozofom, lecz i to, czym ¿yj± zwykli ludzie w ¶wiecie codziennych spraw.
Monika Szab³owska
Janusz Dunin, Studia o komunikacji spo³ecznej, Wy¯sza Szko£a Humanistyczno-Ekonomiczna w £odzi, £ód¼ 2004.
Gdyby w konkursie audiotele albo w sondzie ulicznej zadaæ pytanie, jaki jest narodowy sport Polaków, idê o zak³ad, ¿e wiêkszo¶æ uczestników bez g³êbszego zastanowienia s±dzi³aby, ¿e chodzi o pi³kê no¿n±. Byæ mo¿e niektórzy wskazaliby jeszcze skoki narciarskie. Trzeba jednak przyznaæ, ¿e podstawa tych odpowiedzi by³aby dosyæ w±t³a. Przecie¿ ani liczba kibiców na trybunach, ani tym bardziej telewizyjna popularno¶æ danej dyscypliny nie predestynuje jej do miana sportu narodowego. Pi³kê no¿n± wymy¶lili Brytyjczycy, skoki narciarskie - norwescy górale. Podobnie jest z d¿udo, opartym na regu³ach stworzonych w Japonii, czy z bu³garskimi zapasami. Nawet wielokrotnie mniejszy od Polski i wci±¿ podleg³y Kraj Basków potrafi³ stworzyæ pelotê - masowo uprawian± na Pó³wyspie Iberyjskim, na po³udniu Francji i w Ameryce £aciñskiej.
A my, czy mo¿emy siê czym¶ pochwaliæ? Niestety, chyba tylko sukcesami w sportach wymy¶lonych przez innych. Lipoñski pisze wprost o „zignorowanym dziedzictwie”. Có¿, sport nigdy nie by³ pieszczochem tradycji. Od zarania dziejów kultem otaczano utwory muzyczne, literackie, dzie³a malarskie, sport nie do koñca traktuj±c jako element kultury. Z kolei, gdy pojawi³a siê szansa zaistnienia na ¶wiatowej arenie z palantem, wystarczy³ jeden szyderczy artyku³ w opiniotwórczym tygodniku, by zrezygnowano z promocji tej dyscypliny. S³owo „palant” sta³o siê synonimem osobnika têpego niczym kij do wybijania pi³ki. Dzi¶ mo¿na jedynie zastanawiaæ siê, czy nie pochopnie i czy s³usznie typowa polska gra sta³a siê publicznym po¶miewiskiem. Obserwuj±c, jak wielk± popularno¶ci± cieszy siê w Ameryce baseball - jakby nie by³o, udoskonalona forma palanta - nale¿a³oby siê nad tym g³êboko zastanowiæ. Zreszt± podobnych zabaw mieli¶my dziesi±tki, o czym ¶wiadczy choæby zamieszczony na koñcu ksi±¿ki s³ownik. Klipa, do³ki, cecha, czoromaj, patriotka - czy kto¶ dzi¶ jeszcze je pamiêta?
Lipoñski, autor Encyklopedii sportów ¶wiata, w której opisa³ prawie trzy tysi±ce konkurencji, proponuje pracê u podstaw. Niech nauczyciele wychowania fizycznego porzuc± suche metodyczne wskazówki i zajm± siê wreszcie wpajaniem kultury fizycznej - zdaje siê krzyczeæ niezmordowany badacz sportów regionalnych, k³ad±c wyra¼ny nacisk na „kulturê”. Esencj± powinno byæ osadzenie danej gry w rodzimej lub obcej tradycji kulturowej, budowa ¶wiadomo¶ci, ¿e w³asne spo³eczeñstwo potrafi takie gry, dziêki swemu dynamizmowi kulturowemu, wytwarzaæ i jednocze¶nie doceniaæ podobne zdolno¶ci innych spo³eczeñstw. W ten sposób, sugeruje autor, mo¿na pobudziæ kulturow± to¿samo¶æ, która niesiona bêdzie z pokolenia na pokolenie. Trudne zadanie? Pewnie, je¶li ministerialne zalecenia id± w kierunku... nauki tañców ludowych, a takich, którzy potrafi± wzi±æ sprawy w swoje rêce, jest niewielu. I to w kraju, gdzie funkcjonuje osiem AWF-ów.
Lipoñski nie przecenia zbytnio roli tradycyjnych sportów i gier w kulturze narodowej. Nawo³uje jedynie, by obok wielkiego nurtu sportów miêdzynarodowych szanowaæ choæby wê¿sz±, ale w³asn± stru¿kê tradycji rodzinnych.
Je¶li kto¶, skuszony tytu³em, oczekiwaæ bêdzie g³êbokiej rozprawy na temat rochwista i palanta, powinien mile siê rozczarowaæ. To jedynie s³owa-klucze, nie stanowi±ce podstawy merytorycznej. Autor nie skupia na nich ca³ej uwagi. Prowadzi za to do¶æ wnikliw± analizê rozwoju i zaniku regionalnych gier, nawi±zuj±c te¿ do oryginalno¶ci jêzyka sportu, bliskiego religii stadionowego rytua³u, wreszcie do folkloru kibiców. Koñczy wa¿nym przes³aniem do „si³ spo³ecznych i centrów politycznych”, by choæ z czê¶ci jego sugestii skorzysta³y, je¶li maj± na wzglêdzie tworzenie regionalnego dziedzictwa kulturowego w zjednoczonej Europie.
(karma)
Wojciech Lipoñski, Rochwist i palant. Studium etnologiczne dawnych polskich sportów i gier ruchowych na tle tradycji europejskiej, Wydawnictwo Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu, Poznañ 2004, seria: Monografie.