Akademickie dyskusje maj± - podobnie jak oracje i konwersacje - ró¿n± rangê, ró¿ny przebieg i ró¿ne efekty. W ka¿dym jednak przypadku z za³o¿enia ich cel jest podobny, to znaczy - nie chodzi w nich jedynie, jak w oracjach, o pochwa³ê kogo¶ lub czego¶, ani te¿, jak w konwersacjach, o sam± wymianê zdañ, lecz generalnie rzecz bior±c - o doj¶cie do wspólnego stanowiska lub przynajmniej ustalenie ró¿nicy stanowisk. Od tych dyskusji, które s³u¿yæ maj± rozwojowi ludzi nauki i samej nauce, oczekuje siê, ¿e po pierwsze bêd± one mia³y charakter naukowy, a po drugie akademicki. A zatem po kolei.
Dyskusje naukowe mog± pojawiæ siê oczywi¶cie w ró¿nych miejscach zwi±zanych z ¿yciem akademickim - zarówno na jakim¶ spotkaniu naukowym, jak i korytarzowym. To, gdzie siê odbywaj±, ma jednak istotne znaczenie dla ich przebiegu i efektów. Do osi±gniêcia bowiem wymienionych wy¿ej generalnych celów potrzeba nie tylko têgich i otwartych g³ów, ale tak¿e dostojnego audytorium, które swoj± obecno¶ci± mobilizuje te g³owy do intensywnego wysi³ku i sk³ania do starannego wa¿enia s³ów i argumentów. Potrzebna jest równie¿ odpowiednia atmosfera i oprawa - taka na przyk³ad, jak± maj± tchn±ce dostojno¶ci± i powag± mury starych uczelni europejskich. Najwa¿niejsi s± jednak uczestnicy tych dyskusji.
Musz± o tym pamiêtaæ organizatorzy uczelnianych kongresów i konferencji naukowych. Aby na takich spotkaniach mog³o dochodziæ do dyskusji naukowych, a nie towarzyskich pogawêdek czy prawienia sobie wy³±cznie komplementów, powinni do nich zaprosiæ nie tylko osoby znane i uznawane w swojej dyscyplinie za autorytety, ale tak¿e takie, które nie bêd± obawia³y siê nara¿enia na szwank swojego nazwiska wyg³aszaj±c kontrowersyjne pogl±dy. Wskazane jest równie¿, aby wziê³o w nich udzia³ trochê naukowego „narybku”, to znaczy osób nie maj±cych ani specjalnego autorytetu, ani nawet bardzo oryginalnych przekonañ, maj±cych jednak tyle osobistej odwagi, aby stawiaæ k³opotliwe pytania i „przypieraæ do muru” zarówno autorytety, jak i „orygina³ów”. Taka mieszanka rutyny z m³odzieñcz± ¶wie¿o¶ci±, do¶wiadczenia z pewn± niefrasobliwo¶ci±, wywa¿enia ró¿nych racji ze sk³onno¶ci± do postawienia wszystkiego na „jedn± racjê”, przynajmniej teoretycznie powinna przynie¶æ korzy¶ci wszystkim stronom. „Rutyniarzy” mo¿e sk³oniæ do ponownego przejrzenia „inwentarza” argumentów (i dokonania korekt), „orygina³ów” do zastanowienia siê nad s³ab± stron± swojego odkrycia, natomiast „narybek” mo¿e albo utwierdziæ w przekonaniu, ¿e w nauce zawsze mo¿na i nale¿y pytaæ, albo te¿ wyprowadziæ go z przekonania, ¿e ka¿de pytanie ma sens lub przynajmniej mo¿na oczekiwaæ, i¿ znajdzie na nie sensowne odpowiedzi.
W praktyce jest z tym oczywi¶cie ró¿nie. Nie jest bynajmniej czym¶ wyj±tkowym, ¿e autorytety s± ju¿ zmêczone lub znudzone czêstym udzia³em w dyskusjach i albo nie znajduj± si³y, albo te¿ chêci do podejmowania w nich wa¿nych i naukowo powa¿nych tematów. Niekoniecznie musi to oznaczaæ, ¿e zastêpuj± je opowiadaniem anegdot lub w³asnej biografii (bywa, ¿e interesuj±cej i daj±cej sporo do my¶lenia), jednak prawie zawsze oznacza to, ¿e sytuuj± siê mniej lub bardziej poza generalnym tematem takiego spotkania. Od czasu do czasu zdarza siê, ¿e ich wyst±pienia s± w ogóle poza tematem. W swoich licznych konferencyjnych „wêdrówkach” s³ysza³em takie wyst±pienia, które sprawia³y wra¿enie jakby by³y przygotowane na zupe³nie inne spotkanie. Nie mo¿na zreszt± wykluczyæ, ¿e na tym innym spotkaniu by³y przedstawione, a tutaj jedynie zosta³y powtórzone. Spotyka³em na nich równie¿ takich naukowych orygina³ów, którzy z uporem maniaka powtarzali od wielu lat te same tezy, mimo ¿e ju¿ dosyæ dawno wykazano, i¿ albo nie s± one zbyt „oryginalne”, albo te¿ posiadaj± zbyt wiele s³abych stron, by znale¼æ naukowe uznanie. Z kolei z naukow± m³odzie¿± na spotkaniach tych bywa tak, ¿e albo jest ona onie¶mielona obecno¶ci± „rutyniarzy” i „orygina³ów” i milczy jak zaklêta, albo te¿ zaczyna swoje wyst±pienia od zwrotów w rodzaju: „jak pan profesor powiedzia³”, „je¶li mo¿na zapytaæ”, „zgadzam siê z twierdzeniem pana profesora i chcia³bym dodaæ” itp.
W takich dyskusjach sporo zale¿y równie¿ od ich tematu. Tematy b³ahe lub okazjonalne, na przyk³ad „rocznicowe”, raczej nie sprzyjaj± dyskusjom naukowym. Jednak nie jest to regu³±, zdarza siê bowiem, ¿e temat „taki sobie”, ale uczestnicy dyskusji nie bior± go zbyt dos³ownie lub te¿ tak go zinterpretuj±, i¿ dyskusja jest i na poziomie, i do rzeczy. Lepiej jednak nie zmuszaæ dyskutantów do takiej gimnastyki i po prostu zaproponowaæ im temat dopasowany nie do okazji, lecz do aktualnych problemów badawczych. Generalnie rzecz bior±c, nie powinien on byæ sformu³owany zbyt ogólnikowo, bo mo¿e byæ odczytany na tak ró¿ne sposoby, ¿e ka¿dy z dyskutantów bêdzie mówi³ o czym¶ innym. Nie powinien byæ jednak zbyt szczegó³owy, bo bêdzie trudno znale¼æ do dyskusji autentycznych specjalistów, rzecz jasna, poza gronem swoich najbli¿szych kolegów i wspó³pracowników. Nie powinien byæ równie¿ tematem „wielokrotnego u¿ycia”, bo tyle razy ju¿ by³ dyskutowany, ¿e kompetentne grono osób jest nim znu¿one lub te¿ na tyle dobrze zorientowane w tym, co maj± w nim do powiedzenia ich przyjaciele, koledzy i adwersarze, i¿ nie da siê ich namówiæ do udzia³u w takiej dyskusji. Na pytanie: jaki zatem on powinien byæ? - nie ma, niestety, jednej dobrej odpowiedzi. Z ca³± pewno¶ci± powinien on byæ po³±czeniem ogólno¶ci i szczegó³owo¶ci, tradycyjno¶ci i oryginalno¶ci, i w ka¿dym przypadku organizator naukowego spotkania musi dopasowaæ swoje si³y do zamiarów. S± to jednak oczywisto¶ci.
Za³ó¿my, ¿e organizatorom spotkania uda³o siê spe³niæ wszystkie warunki zapewniaj±ce naukowo¶æ prowadzonych na nim dyskusji i jej uczestnikom pozostaje ju¿ tylko zadbaæ o to, aby by³y one akademickie. Wbrew obiegowym opiniom nie oznacza to, ¿e jest to dyskusja na jaki¶ wydumany lub - co na jedno wychodzi - oderwany od rzeczywisto¶ci problem. Nie oznacza to równie¿, a przynajmniej nie powinno oznaczaæ, ¿e jest to dyskusja osób mówi±cych hermetycznym jêzykiem, zrozumia³ym zaledwie dla kilku „wtajemniczonych” osób. Oznacza to natomiast, ¿e ma ona swój porz±dek, by nie powiedzieæ - rytua³, swoich pierwszo- i drugoplanowych bohaterów, a nawet swoj± terminologiê, niekoniecznie zrozumia³± dla postronnych obserwatorów akademickiego ¿ycia. I tak, prowadz±cy j± nazywany jest - w zale¿no¶ci od rangi dyskusji - moderatorem (z ³ac. ten, kto pow¶ci±ga) lub przewodnicz±cym, a jej uczestnicy zwyczajowo zwracaj± siê do niego: „panie przewodnicz±cy”. Z kolei grupa dyskutantów nazywana jest panelem lub sekcj±. Pierwsza z nich sytuowana jest wy¿ej w akademickiej hierarchii ni¿ druga. Dla kogo¶ nieobytego z realiami akademickimi mo¿e to siê wydawaæ niepotrzebnym komplikowaniem sprawy. Dopiero wziêcie udzia³u w takiej akademickiej dyskusji przekonuje, ¿e okre¶lenia te s± jak najbardziej na miejscu. Na przyk³ad moderator to nie tylko osoba, która - jak przewodnicz±cy - dba g³ównie o to, by wszyscy zapisani w programie spotkania mogli powiedzieæ to, z czym zg³osili siê do dyskusji, ale tak¿e osoba, która w odpowiednim momencie odbiera g³os tym, którzy chcieliby powiedzieæ du¿o wiêcej, ale niekoniecznie na dyskutowany temat. Dla porz±dku dodam, ¿e angielski termin „panel” oznacza grupê specjalistów prowadz±cych publiczn± dyskusjê.
Trzymaj±c siê akademickiego porz±dku takiej dyskusji, jej prowadz±cy mówi zwykle kilka mi³ych s³ów pod adresem organizatorów lub uczestników, a niejednokrotnie jednych i drugich - oczywi¶cie, ¿e znamienici, wybitni, ¿e zechc± wnie¶æ co¶ istotnego do problemu itp. Je¶li wprowadzeniem do dyskusji bêdzie referat, to rzecz jasna szczególnie mi³e s³owa kieruje on pod adresem jego autora, chyba ¿e jest to osoba tak wybitna, ceniona i powszechnie znana, ¿e przypominanie jej zas³ug by³oby nietaktem. W udzielaniu g³osu uczestnikom takiej dyskusji obowi±zuje równie¿ akademicka kolejno¶æ, a wiêc najpierw profesorowie - szanowni go¶cie, pó¼niej profesorowie miejscowi, jeszcze pó¼niej doktorzy itd. Zreszt± dyskutanci zwykle j± znaj± i przestrzegaj±, a wyrwanie siê kogo¶ przed szereg stawia pod znakiem zapytania akademickie obycie takiej osoby.
Zabieraj±cy g³os w tej dyskusji czasami równie¿ mówi± mi³e s³owa pod adresem organizatorów spotkania. Przechodz±c do meritum zwykle staraj± siê mówiæ „na temat”, co oczywi¶cie nie wyklucza „wycieczek” poza temat oraz odwo³añ do osi±gniêæ w³asnych lub wspó³pracowników i kolegów. U znanego i uznanego profesora niekiedy tych drugich jest nawet wiêcej ni¿ pierwszych, ze zrozumia³ych dla pozosta³ych uczestników tego spotkania wzglêdów. Taki profesor mo¿e równie¿ mówiæ dosyæ prostym jêzykiem, a przynajmniej na tyle zrozumia³ym, ¿e nie potrzeba go t³umaczyæ specjalistom z dziedzin pokrewnych. Sprawa jest du¿o bardziej z³o¿ona wówczas, gdy zaczynaj± nim mówiæ osoby na tak zwanym dorobku naukowym. Ich nieskomplikowany jêzyk mo¿e bowiem rodziæ podejrzenie, ¿e maj± równie¿ niezbyt skomplikowane my¶li lub, co gorsze, lekcewa¿± kompetencje jêzykowe pozosta³ych uczestników dyskusji. W komplikowaniu swojego jêzyka nie powinny one jednak przesadzaæ, bo to z kolei mo¿e rodziæ przypuszczenie, i¿ nie tylko niejasno mówi±, ale i niejasno my¶l±.
W dyskusjach takich nie nale¿y oczywi¶cie mówiæ rzeczy banalnych lub powszechnie znanych, a je¶li ju¿ o tych ostatnich trzeba z jakich¶ wzglêdów powiedzieæ, to koniecznie powinno to byæ poprzedzone zwrotami w rodzaju: „jak powszechnie wiadomo”, „jak pañstwo doskonale siê orientuj±” itp. Mo¿na natomiast, a nawet nale¿y, tonowaæ apodyktyczno¶æ formu³owanych tez, wniosków i ocen. Przydatne tutaj s± zw³aszcza takie zwroty, jak: „moim zdaniem”, „w moim przekonaniu”, „z punktu widzenia” itp. Spraw± dyskusyjn± jest u¿ywanie zwrotów w rodzaju: „wydaje siê”, „byæ mo¿e”, „mam wra¿enie” itp. Mog± ich oczywi¶cie u¿ywaæ osoby nie maj±ce ugruntowanej pozycji naukowej. Nie jest jednak ju¿ takie pewne, czy ma na nie ¶rodowiskowe przyzwolenie znany i uznany profesor, bo w koñcu kto powinien co¶ wiedzieæ na pewno w danej dziedzinie wiedzy?
W finalnej czê¶ci prowadz±cy dyskusje zwykle podkre¶laj±, ¿e by³y one konstruktywne (chocia¿by tylko sprowadza³y siê do jeszcze wyra¼niejszego zarysowania ró¿nicy stanowisk), dziêki nim nauka siê wzbogaci³a (chocia¿by tylko o kolejne pytania i w±tpliwo¶ci), a m³odzie¿ akademicka mog³a siê z nich sporo nauczyæ (chocia¿by tylko sztuki uwa¿nego s³uchania i notowania tego, co maj± do powiedzenia ich profesorowie). Tak przynajmniej wygl±da i wygl±daæ powinna klasyczna dyskusja akademicka.
Od dyskusji klasycznej odró¿niæ nale¿y dyskusjê polemiczn±, te¿ oczywi¶cie akademick±, ale rz±dz±c± siê innymi regu³ami i przebiegaj±c± w odmiennej atmosferze. Przede wszystkim jednak jej uczestnikami musz± byæ osoby o sporym temperamencie polemicznym, ale niekoniecznie dbaj±ce o akademickie konwenanse i uprzejmo¶ci. Nie oznacza to, ¿e swojego wyst±pienia nie mog± zacz±æ od jakich¶ konwencjonalnych zwrotów i grzeczno¶ci, w rodzaju: „szanowny przedmówca”, „jak ³askawie zechcia³ powiedzieæ pan profesor” itp. Zwykle dosyæ szybko jednak przechodz± do rzeczy, czyli próby wykazania, ¿e w tym, co przedmówca powiedzia³, nie ma zbyt wiele logiki, racji, ¶cis³o¶ci, a czasami nawet pospolitego zdrowego rozs±dku. Trzeba jednak dodaæ, ¿e ostatni z tych zarzutów pojawia siê rzadko i to zwykle w postaci mocno zawoalowanej, bo ma³o kto chcia³by uchodziæ za impertynenta.
Temperatura takich dyskusji jest niejednokrotnie wysoka, a g³owy ich uczestników rozpalone do przys³owiowej „czerwono¶ci”. Jednak uczelnia to nie karczma czy parlament i ma³o kiedy taka dyskusja przeradza siê w pospolit± awanturê, z tak charakterystycznymi dla niej epitetami, ubli¿aniem oponentom, czy te¿ traktowaniem ich tak, jakby z ich poczytalno¶ci± by³o co¶ nie w porz±dku. Nawet wówczas, gdy w akademickiej dyskusji polemicznej antagoni¶ci „bior± siê za g³owy”, to nie robi± tego dos³ownie, lecz za pomoc± s³ów, które ich adwersarz powinien d³ugo pamiêtaæ (i „prze¿uwaæ” je w samotno¶ci).
Jakie to s± s³owa? Rzecz jasna, nie podam tutaj ich zestawu. Mogê jedynie powiedzieæ, ¿e w ka¿dym przypadku zale¿± one nie tylko od ¶rodowiskowych zwyczajów, ale tak¿e od tego, na co s± wra¿liwi konkretni oponenci. Jednemu wystarczy powiedzieæ, ¿e nie mo¿na z nim prowadziæ powa¿nej dyskusji, innemu natomiast trzeba wykazaæ, ¿e ani nie potrafi dyskutowaæ, ani te¿ nie warto z nim dyskutowaæ.
Wed³ug jednych „na szczê¶cie”, wed³ug innych „ca³a szkoda”, ¿e w ¶rodowisku akademickim takie ostre polemiczne dyskusje s± rzadko¶ci±. Czêste natomiast s± dyskusje grzeczno¶ciowe. Wbrew opiniom „polemistów z urodzenia” (w spo³eczno¶ci akademickiej wystêpuje taka kategoria osób), nie s± one zwyk³± strat± czasu, lecz daj± wymierne efekty - takie chocia¿by, jak pog³êbianie akademickiej integracji czy lepsze poznanie siê uczestników tych dyskusji. Ich tematyka nie jest a¿ tak istotna, z góry bowiem wiadomo, kto i co w niej mo¿e i powinien powiedzieæ. Je¶li zatem okazj± do takiej dyskusji jest wyst±pienie profesora, to rzecz jasna jego najbli¿si wspó³pracownicy nie powiedz±, ¿e by³o interesuj±ce, bo mog³oby to rodziæ podejrzenie, ¿e by³o nudne. A tym bardziej nie powiedz±, ¿e by³o na poziomie, bo by³oby to tak, jakby ¿aba podstawia³a nogê tam, gdzie kuj± konie. Mog± natomiast ¶mia³o powiedzieæ, ¿e by³o inspiruj±ce, a jeszcze lepiej, ¿e sporo siê z niego nauczyli, bo od inspirowania i nauczania jest w³a¶nie ich profesor. W ¿adnym przypadku nie powinni przy tym dawaæ do zrozumienia, ¿e to, co im profesor powiedzia³, ju¿ kilkakrotnie s³yszeli albo te¿ mogli przeczytaæ w dziele jakiego¶ innego profesora. Nie powinni te¿ milczeæ, bo mog³oby to rodziæ podejrzenie, ¿e albo niczego nie zrozumieli, albo odwrotnie, dobrze wszystko zrozumieli, ale ca³kowicie siê z tym nie zgadzaj±.
Zupe³nie inaczej to wygl±da, gdy okazj± do grzeczno¶ciowych dyskusji jest wyst±pienie którego¶ z m³odszych kolegów doktora. Mo¿e on oczywi¶cie wówczas powiedzieæ, ¿e nie wszystko mu siê w tym wyst±pieniu podoba³o, ale raczej nie powinien sugerowaæ, ¿e generalnie „kolega magister” nie jest na poziomie, bo jako m³odszy ma prawo byæ na ni¿szym poziomie. Szczególnie jednak powa¿nym zgrzytem by³oby sugerowanie mu, ¿e ca³e jego wyst±pienie jest jednym wielkim nieporozumieniem, bo nie tylko przekre¶la³oby to szanse na w miarê poprawne stosunki z dzisiaj jeszcze „koleg± magistrem”, a w przysz³o¶ci byæ mo¿e panem profesorem, ale tak¿e stawia³oby to w dwuznacznej sytuacji g³ównego organizatora dyskusji, a przynajmniej zmusza³oby go do t³umaczenia siê, dlaczego dopu¶ci³ do takiego wyst±pienia. Poza tym, od generalnych ocen jest oczywi¶cie profesor, a nie doktor, czy tym bardziej magister. Natomiast ¶mia³o mo¿e doktor podkre¶liæ z³o¿ono¶æ podjêtego przez „kolegê magistra” tematu, zasugerowaæ mu inn± mo¿liwo¶æ jego ujêcia, wskazaæ na trudno¶ci ze znalezieniem do niego odpowiedniej literatury, a nawet odes³aæ go do opracowania, którego najwyra¼niej tamten nie mia³ w rêku, albo te¿ mia³, ale z nim siê nie zapozna³ - w przeciwnym razie nie wyg³asza³by takich niedorzeczno¶ci. Tê ostatni± uwagê powinien jednak zachowaæ dla siebie, je¶li dyskusja grzeczno¶ciowa nie ma przerodziæ siê w polemiczn±.
Od wszystkich wymienionych wy¿ej typów akademickich dyskusji odró¿niæ trzeba dyskusje pozorne. Ich cech± charakterystyczn± jest to, ¿e nie daj± korzy¶ci nikomu. Pojawia siê w tej sytuacji pytanie: dlaczego s± prowadzone? Gdybym zna³ w miarê bezdyskusyjn± odpowied¼ na nie, moje ¿ycie akademickie by³oby z ca³± pewno¶ci± du¿o ³atwiejsze. Zamiast zatem g³owiæ siê nad okoliczno¶ciami, które sprawiaj±, ¿e dyskusje takie mia³y, maj± i zapewne jeszcze d³ugo bêd± mia³y miejsce w uczelniach, chcia³bym parê zdañ powiedzieæ na temat ich uczestników.
Bez w±tpienia, ich podpor± s± osoby, które posiadaj± wybitne uzdolnienia do wyg³aszania mów na ka¿dy temat, niekoniecznie jednak musz± znaæ siê na którymkolwiek z nich. Nie bez znaczenia jest równie¿ to, ¿e s± one odporne na mniej lub bardziej otwarcie okazywane oznaki znu¿enia, na przyk³ad w formie ziewania, zniecierpliwienia (spogl±danie na zegarek), czy irytacji (nerwowe ruchy) ze strony pozosta³ych uczestników takich dyskusji. Bardzo pomocna w sztuce mówienia dla mówienia jest umiejêtno¶æ w³±czenia siê do dyskusji w momencie, gdy inni jej uczestnicy albo nie zd±¿yli siê jeszcze przygotowaæ, albo te¿ jeszcze siê nie zdecydowali na zabranie g³osu. Moment taki pojawia siê prawie na ka¿dym seminarium czy konferencji. Wie o tym dobrze „¿elazny dyskutant” i zaczyna swoje wyst±pienie zanim cokolwiek powiedz± inni, a odebranie mu g³osu wymaga prawdziwej sztuki konwersacji; je¶li w ogóle mo¿na nazwaæ konwersacj± rozmowê z kim¶, kto nie reaguje na to, co siê do niego mówi. Je¶li jeszcze do tego dyskutant jest profesorem lub przynajmniej opanowa³ „profesorski” sposób mówienia ani „w temacie”, ani „obok tematu”, to albo nie wypada mu odbieraæ g³osu, albo te¿ nie wiadomo, czy ju¿ nale¿a³oby mu go odebraæ. Jest to zreszt± sytuacja jeszcze w miarê komfortowa i stosunkowo ³atwa do wybrniêcia dla pozosta³ych uczestników spotkania. Mog± oni bowiem w tym czasie zaj±æ siê czym¶ zupe³nie innym ni¿ wys³uchiwanie „¿elaznego dyskutanta”.
Jednak takie demonstracje, jak ostentacyjne czytanie gazety podczas parlamentarnych dyskusji, w uczelni raczej nie s± dobrze widziane. W znacznie trudniejszej sytuacji znajduj± siê oni wówczas, gdy w gronie dyskutantów nie ma nikogo, kto chcia³by i potrafi³ mówiæ tak, aby w gruncie rzeczy niczego nie powiedzieæ „na temat”, a jednak powiedzieæ, co trzeba, bo po to w³a¶nie dyskutanci siê zebrali, aby co¶ „przedyskutowaæ” - na przyk³ad rozprawê na stopieñ naukowy, która z nauk± nie ma za wiele wspólnego, ale za to ma promotora, z którym trzeba siê liczyæ. Co mog± wówczas powiedzieæ? Gdybym na to pytanie odpowiedzia³ jasno i jednoznacznie, to byæ mo¿e nie zosta³bym jeszcze objêty ¶rodowiskow± anatem±, ale raczej nie przys³u¿y³bym siê presti¿owi ¶rodowiska. Powiem zatem krótko i ogólnie: prawie u ka¿dego kandydata do awansu naukowego mo¿na znale¼æ „okoliczno¶ci ³agodz±ce” i je¶li ju¿ nie mo¿na podj±æ merytorycznej dyskusji nad jego osi±gniêciami naukowymi, to zawsze mo¿na porozmawiaæ o tych okoliczno¶ciach.
Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu.
Pierwsza wersja tego tekstu zamieszczona zosta³a w monografii autora Excellentia Universitas. Szkice o Uniwersytecie, Poznañ 1995.