Wielow±tkowe dyskusje, sprowokowane przez egzaminy maturalne, jakkolwiek wa¿ne, tylko cz±stkowo odnosz± siê do jako¶ci przygotowania kandydatów na studia. To, ¿e z niektórymi sk³adnikami tych egzaminów mo¿na sobie poradziæ w trybie kupna, jest oczywi¶cie bulwersuj±ce, ale nie rozstrzyga jeszcze o s³abo¶ci szkolnictwa.
O tej s³abo¶ci móg³by natomiast za¶wiadczyæ, powiedzmy, dyskusyjny stan wiedzy i umiejêtno¶ci znacznej, je¶li nie przewa¿aj±cej, czê¶ci absolwentów liceów, czyli w istocie: finalistów ca³ej edukacji szkolnej. A ta wiedza oraz te umiejêtno¶ci stanowi± fundament, na którym opiera siê kszta³cenie w szko³ach wy¿szych. Otó¿ wygl±da na to, ¿e nie jest to fundament solidny, miejscami bywa nawet bardzo kruchy i w d³ugim rejestrze k³opotów szkolnictwa wy¿szego jest to k³opot byæ mo¿e podstawowy.
Tego nie widaæ zapewne w tych instytutach, gdzie kandydaci zg³aszaj± siê t³umnie i mo¿na wybieraæ najlepszych spo¶ród nich, a przynajmniej takich, którzy umiej± i wiedz± to, co powinni. Tacy nadal s±, chocia¿ nie wiadomo, czy to, co potrafi±, nie wynika z uczenia siê ponad ofertê i wymagania szkó³. Natomiast tam, gdzie kandydatów jest niewielu - a tak¿e czêsto na studiach zaocznych - amplituda umiejêtno¶ci jest du¿a. Luki tworz± w nich gêste sito.
Na ogó³ kiepsko prezentuje siê wiedza matematyczna oraz jej po¶rednie nastêpstwa: logika, porz±dek my¶lenia, wnioskowanie. Poza absolwentami szkó³ o profilu matematyczno-fizycznym, stosunek do matematyki jest czêsto taki, jak do pisma klinowego. W maturalnej hierarchii matematyka zosta³a spostponowana i to, z czym radzi sobie obecnie przeciêtny maturzysta, to nawet nie s± rachunki, a jedynie obs³uga kalkulatora.
Trudno wyobraziæ sobie przysz³ego pracownika nauki w jakiejkolwiek dziedzinie z tak± matematyczn± (¶cis³±) niewiedz±, to jasne, ale przede wszystkim nie bardzo wiadomo, jak kto¶ taki ma poradziæ sobie w praktyce zawodowej, a nawet w normalnym ¿yciu. No i jest tak¿e dylemat dydaktyczny: jak wobec tego realizowaæ programy kszta³cenia akademickiego? Zak³adaæ zerow± znajomo¶æ matematyki, wystawiaj±c tym samym do wiatru najlepszych (no bo co to bêd± wówczas za studia?), czy nie ogl±daæ siê na niewiedzê i wtedy po roku, dwóch uchowa siê na studiach mniejszo¶æ?
Jednocze¶nie, wraz z pojawieniem siê na studiach m³odzie¿y komputerowo-telewizyjnej, nastawionej na krótkie, wartkie i powierzchowne relacje, zintensyfikowa³y siê trudno¶ci w czytaniu oraz w pisaniu. Wieloletnia, licha egzekucja obowi±zku lekturowego, powi±zana z mozaikowym odbiorem telewizji oraz z niesekwencyjnym charakterem przekazów elektronicznych, sprawia, ¿e powinno¶æ czytania d³u¿szych tekstów podrêcznikowych, w dodatku z obowi±zkiem konkludowania, jest czêsto mêczarni±, a bywa nawet zadaniem niewykonalnym. Masowe kserowanie podrêcznikowych fragmentów jest ucieczk± od d³u¿szej lektury oraz prób± powtórzenia szkolnej praktyki korzystania z bryków w miejsce lektury kompletnej.
Prostym nastêpstwem jest zwyczaj wkuwania na pamiêæ kwintesencji tekstu, swoistego spisu zagadnieñ - tak jak to bywa³o w szkole, pod konkretne egzaminy. Ale w ten sposób nie tworzy siê ¿adna wiedza.
Nie lepiej ma siê umiejêtno¶æ pisania. Brak szkolnych zadañ domowych i kompletne zarzucenie pisania listów na rzecz SMSów lub maili, ma konkretne skutki: trudno jest napisaæ tekst relacjonuj±cy cokolwiek, logicznie spójny i na dodatek czytelny. Przewa¿aj± próby wypowiedzi rwanych, konstruowanych w istocie pionowo, wiêc niesekwencyjnie, w punktach, i formu³owanych w jêzyku bambo. Nie zgadza siê sk³adnia, szwankuje gramatyka, nie klei siê sens. W rezultacie obowi±zek skonstruowania pisemnie rozprawy licencjackiej oraz magisterskiej wymaga wysi³ku heroicznego i g³ównie dlatego kwitnie proceder kupowania wypracowañ.
W jêzyku bambo bywaj± pisane nawet rozprawy doktorskie, trudno bowiem podczas studiów nadrobiæ braki w umiejêtno¶ciach pisania oraz czytania, zreszt± - we wszystkich umiejêtno¶ciach. A gdyby zestawiæ przypisy i przywo³ania w tekstach doktorskich oraz magisterskich, to byæ mo¿e okaza³oby siê, ¿e ostatnio przewa¿aj± publikacje z czasopism, bardzo czêsto elektronicznych. Bo krótkie.
Skutkiem tych okoliczno¶ci, niekoniecznie ubocznym, jest bierny opór wobec czê¶ci programów studiowania oraz utwierdzanie siê w dora¼nym praktycyzmie, w konkretach na dzi¶. Rzuca siê w oczy zw³aszcza niechêæ do logiki, do filozofii i do formu³ koncepcyjnych - praktycyzm dominuje a¿ do bólu.
Trudno w tych warunkach zachowaæ prospektywny charakter kszta³cenia, a tak¿e utrzymaæ godziwy poziom, poniewa¿ ró¿nice pomiêdzy studenckimi umiejêtno¶ciami s± teraz ogromne. Nie wiadomo, jak± w nauczaniu wyznaczyæ ¶cie¿kê krytyczn±, tym bardziej ¿e jaka¶ wyimaginowana ¶rednia poziomu nikogo nie satysfakcjonuje. Niejeden twierdzi, ¿e tak znacznych zró¿nicowañ tych umiejêtno¶ci przedtem jednak nie by³o.
Niekiedy widaæ to bardzo wyra¼nie, czasami za¶ mniej, ale nie mo¿na udawaæ, ¿e takiego zjawiska nie ma. Warto te¿ pomy¶leæ o przyczynach.
Najprawdopodobniej ta (jednak) nowa sytuacja stanowi uboczne nastêpstwo obligatoryjno¶ci kszta³cenia na poziomie ¶rednim - na studiach pojawi³y siê osoby, które dawniej skoñczy³yby edukacjê wcze¶niej. Umasowienie zawsze ³±czy siê z ryzykiem obni¿enia ¶redniego poziomu, pytanie tylko, czy trwale oraz w jakiej skali.
Natomiast mia³o ono, oprócz kszta³cenia, wa¿ny równorzêdny cel spo³eczny, mianowicie zapewnienie m³odzie¿y zajêcia w dobie masowego bezrobocia. I trudno powiedzieæ, ¿eby to nie mia³o uzasadnienia, jakkolwiek mo¿liwe, ¿e obydwa cele okaza³y siê wobec siebie antagonistyczne.
Tym niemniej wahania poziomów i rozbie¿no¶ci efektów nauczania mog± byæ mniejsze lub wiêksze. Je¶li s± tak znaczne i nie maj± charakteru incydentalnego, to znaczy, ¿e szwankuje system - nie sprawdza siê w pe³ni, jest nieefektywny. I to nie na etapie egzaminacji koñcowych, ale jako ca³o¶æ.
Byæ mo¿e - w za³o¿eniu s³uszna - intencja odwerbalizowania edukacji, w praktyce okaza³a siê nieoczekiwanie narzêdziem redukcji wiedzy, nierzadko poni¿ej elementarnego minimum. A za¶ idea uprzyja¼nienia szko³y przez unikanie okoliczno¶ci stresuj±cych przerodzi³a siê w absurdaln± liberalizacjê szkolnych ocen, ca³kowicie oderwanych od rzeczywistej wiedzy uczniowskiej. Wgl±d w szkolne cenzurki studentów najs³abszych bywa frustruj±cy - tam s± zazwyczaj same pi±tki.
Z drugiej strony, s± przecie¿ kandydaci na studia przygotowani poprawnie albo nawet bardzo dobrze. Zatem w tym samym systemie szkolnym mo¿na jednak opanowaæ wiedzê w zakresie i stopniu co najmniej wystarczaj±cym. To w znacznej mierze zale¿y od szko³y, tote¿ pomijanie nazwy ukoñczonej szko³y w ¶wiadectwie maturalnym wydaje siê nieporozumieniem.
Ale dobry poziom wiedzy jest te¿ efektem indywidualnych - chocia¿ szeroko rozpowszechnionych - wysi³ków samych uczniów oraz ich rodziców. Bo nie da siê ukryæ, ¿e i od rodziców w³a¶nie zale¿y tak¿e ostateczna jako¶æ umiejêtno¶ci ich dzieci z chwil± ukoñczenia szko³y. Natomiast nie ma spo³ecznych mechanizmów, motywuj±cych takie postawy.
Jednak lepiej ni¿ zgadywaæ by³oby wiedzieæ, jak to w gruncie rzeczy jest. Istnieje pilna potrzeba stosownej diagnozy i takiej korekty systemu szkolnego, ¿eby szkolna edukacja by³a bardziej praktyk± efektywnego kszta³cenia ani¿eli form± trwania i przetrwania. Ale to mo¿e byæ trudne do osi±gniêcia.
Zjawisko jest zbyt rozleg³e, ¿eby doszukiwaæ siê przyczyn indywidualnych, jednostkowych. System szkolny, przy którym majstruje siê nieustannie, ale chyba chaotycznie, najprawdopodobniej nie sprosta³ wymaganiom powszechnego kszta³cenia na poziomie ¶rednim, tak jak i nie wszyscy rodzice zdo³ali im sprostaæ. S± w tym systemie liczne felery. W nastêpstwie, odbita od nich fala ¼le lub bardzo ¼le przygotowanych absolwentów nap³ywa na wy¿sze uczelnie. Które te¿ nie s± na ni± przygotowane.
Ka¿da uczelnia, bez ró¿nicy - publiczna czy prywatna, ¿ywi siê studentami, bez nich nie ma sensu. Co wiêcej, poziom kandydatów a potem studentów, okre¶la te¿ jako¶æ samego kszta³cenia. Nie mo¿na pozbyæ siê wszystkich kiepskich studentów - mechanizmy uczelniane dzia³aj± w intencji dok³adnie odwrotnej - tym bardziej, gdyby to mia³a byæ wiêkszo¶æ studentów w ogóle. A zbli¿aj±cy siê ni¿ demograficzny jeszcze te mechanizmy zintensyfikuje.
Na pozór w dogodniejszej sytuacji s± modne kierunki studiów, mo¿na bowiem wybraæ kandydatów lepszych. Ale to jest pojêcie wzglêdne. Przy ogólnie miernym stanie umiejêtno¶ci lepszy niekoniecznie oznacza dobry. Z drugiej strony, kierunki studiów mniej oblegane, ze spo³ecznego punktu widzenia mog± byæ akurat bardzo wa¿ne, a wtedy deficyt dobrych specjalistów mo¿e okazaæ siê katastrof±.
Je¶li na roku jest spora grupa ¼le przygotowanych studentów, to wali siê ca³y pomys³ na studia. Nie uczestnicz± w zajêciach - poza biernym udzia³em z przymusu - i nie zagl±daj± do podrêczników niekoniecznie dlatego, ¿e nie chc±, ale dlatego, ¿e pomiêdzy wiedz± posiadan± a podawan± nie ma punktów stycznych. Wtedy nie ma te¿ zrozumienia, natomiast pojawia siê mnemotechniczna praktyka wkuwania na pamiêæ ca³ych segmentów eksplikacyjnych. To beznadzieja.
St±d bierze siê obni¿ona jako¶æ dydaktyki, z rozpaczliwych prób dostosowania eksplikacji do internalizacyjnych (nie) mo¿liwo¶ci studentów s³abszych. Dlatego te¿ kuleje jako¶æ sprawdzianów, egzaminacji - zawsze relatywnej i dodatkowo poddanej milcz±cej presji uczelni, która ¼le znosi nadmierne ubytki po¶ród swojej publiczno¶ci. Skutki nie s± dobre.
To nie jest k³opot wy³±cznie nasz. Przecie¿ dlatego wprowadzono za granic± studia dwustopniowe, ¿eby dokonaæ przesiewu we w³asnym zakresie, ju¿ w trakcie studiów. Przejêli¶my lub przejmujemy ten system, ale przesiewu jakby nie widaæ. Fala odbija siê po raz kolejny, tym razem od formu³ licencjackich i trafia na studia magisterskie. Czyli ¿e i to rozwi±zanie nie jest do¶æ skuteczne.
¬le by³oby udawaæ, ¿e taki dylemat nie istnieje, tym bardziej ¿e jest odczuwany powszechnie. Charakterystyczne wszak, ¿e potoczne pojêcie cenzusu przesunê³o siê w ostatnich latach z dyplomu magisterskiego na doktorat. Jednak trudno zgadn±æ, co wobec tego nale¿a³oby zrobiæ, przyjmuj±c, ¿e radykalna poprawa efektywno¶ci systemu szkolnego jest ma³o prawdopodobna w najbli¿szej przysz³o¶ci, a kto wie, czy w ogóle. Z kolei uczelnia nie jest przecie¿ w stanie nadrobiæ wszystkich - w dodatku indywidualnie zró¿nicowanych! - niedostatków dwunastoletniej nauki szkolnej, choæby wprowadzi³a dodatkowe, zerowe lata studiów korekcyjnych. Ile musia³oby to kosztowaæ i kogo? Nie do pomy¶lenia.
Wed³ug wszelkich symptomów, rozsypa³ siê paradygmat (mit?) równego kszta³cenia w skali masowej. Coraz mniej realny jest na poziomie szkolnictwa ¶redniego, a w konsekwencji równie¿ na poziomie szkolnictwa wy¿szego. Równe (w za³o¿eniu) s± ewentualne dokumenty, lecz tre¶ci ju¿ nie.
Skoro za¶ mityczna równo¶æ i tak jest nierówna, pojawi³a siê w niektórych krajach koncepcja - to prawda, w odmiennych okoliczno¶ciach ni¿ nasze - podzia³u kszta³cenia na poziom normalny w skali powszechnej i na poziom elitarny w skali mniej powszechnej. Idea jest oczywi¶cie ma³o demokratyczna, natomiast na ¶wiecie tu i ówdzie funkcjonuje, bo jednak do kilku tylko uczelni (a wiêc nie do wszystkich) ³atwiej dobraæ kandydatów, przygotowanych dobrze.
Pomys³ jest trudny do wprowadzenia w ¿ycie i kontrowersyjny, bo nikt dobrowolnie nie uzna swojej uczelni za nieelitarn±. Trzeba by³oby nie³atwych wyborów, precyzyjnych a delikatnych regulacji i takiego wsparcia, ¿eby w wybranych uczelniach da³o siê osi±gn±æ wysok± skuteczno¶æ kszta³cenia, u³atwiaj±c± nastêpnie absolwentom uzyskanie dobrej pracy, co wywo³a³oby mechanizm samonapêdzaj±cy i motywuj±cy dobre umiejêtno¶ci. Najprawdopodobniej nie ma innej drogi, je¿eli chce siê zapewniæ dop³yw rodzimych, wysoko kwalifikowanych kadr do ró¿nych dziedzin ¿ycia. I jaki¶ ¶lad ¶wiadomo¶ci tego zawiera siê w rozpowszechnionej tendencji do zmiany nazw wy¿szych szkó³ na akademie, akademii za¶ na uniwersytety. Jednak na razie jest to g³ównie praktyka nazewniczo-werbalna.
Mo¿na sprzyjaæ rozwojowi elitarnych szkó³ i uczelni, kszta³c±cych doskonale i otwieraj±cych drogi dobrych karier, umo¿liwiaj±c zarazem równoleg³e funkcjonowanie godziwych uczelni przeciêtnych. Albo mo¿na (w rozproszeniu) rozwijaæ elitarne kierunki kszta³cenia w ró¿nych uczelniach - to dro¿sze, lecz ³atwiejsze do zaakceptowania. W ka¿dym razie potrzebna jest jaka¶ koncepcja i wybór oraz odpowiednie (kontrakty? granty?) regulacyjne u³atwienia. Jako alternatywa pozostaje bowiem powszechna przeciêtno¶æ kszta³cenia, zbyt mizerna dla elit, lecz zarazem nadal zbyt elitarna dla mizerii, wiêc niezadowalaj±ca nikogo.
Prof. dr hab. Jacek Wojciechowski, bibliotekoznawca i literaturoznawca, jest kierownikiem Katedry Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Jagielloñskiego.