Nie od dzi¶ wiadomo, ¿e pieni±dze szczê¶cia nie daj±, ale trudno siê bez nich obej¶æ i lepiej mieæ wiêcej ni¿ mniej. Studenci doktora Mariana Chojnackiego prywatnie daj± mu do zrozumienia, „¿e wed³ug nich uniwersytet to przede wszystkim miejsce pracy pracowników i obs³ugi administracyjnej” (FA 5/05). W kontek¶cie humboldtowskiej wizji uniwersytetu problem tkwi w s³owach „przede wszystkim”. Niemniej, jest faktem, ¿e uczelnie funkcjonuj± tak¿e jako zak³ady pracy, a zatrudnieni w nich naukowcy s± lud¼mi pracy najemnej, któr± zarabiaj± na ¿ycie. Ju¿ staro¿ytni zauwa¿yli, ¿e aby móc filozofowaæ (na przyk³ad na temat wizji uniwersytetu), pierwej trzeba mieæ jakie takie warunki do ¿ycia. Czy¿ mo¿na siê wiêc dziwiæ, ¿e sprawy materialne s± istotnym elementem codzienno¶ci nauczycieli akademickich?
Kiedy onegdaj spotka³em adiunkta P., wygl±da³ na nieco przygnêbionego. Zapyta³em o powód takiego stanu ducha. Opowiedzia³ mi nastêpuj±c± historyjkê. Niedawno wype³nia³ standardowe podanie o dofinansowanie wypoczynku letniego pracowników. W formularzu musia³, miêdzy innymi, okre¶liæ przedzia³, w którym mie¶ci siê ¶redni dochód miesiêczny per capita w rodzinie za rok ubieg³y. Od przedzia³u tego zale¿y kwota mo¿liwego dofinansowania. Adiunkt P. rzetelnie policzy³ ³±czne dochody, uwzglêdniaj±c tak¿e te ze sporadycznego „dorabiania” poza uczelni±, podzieli³ wedle podanych regu³ i otrzyman± kwotê porówna³ z podanymi „wide³kami”. Wysz³o mu, ¿e dochód na g³owê w jego przypadku mie¶ci siê w najni¿szym przedziale. Wpisa³ do formularza co by³o trzeba i zaniós³ do Dzia³u Socjalnego.
Nazajutrz zadzwoni³ telefon. Pani z Socjalnego dzwoni³a w sprawie owego podania. Pyta³a, czy P. siê nie pomyli³, wpisuj±c swoje dochody. Zrelacjonowa³ wiêc, jak liczy³, ile dok³adnie wysz³o i zapyta³, sk±d w±tpliwo¶ci. Na to Pani z Socjalnego, ¿e bardzo siê dziwi, bo w uczelni niewiele osób deklaruje tak niskie dochody, a prawie wszyscy adiunkci - znacznie wy¿sze. P. powtórzy³ wiêc swoje obliczenia, przekonuj±c Pani±, ¿e nie ma w nich ¿adnej pomy³ki. Kiedy od³o¿y³ s³uchawkê, poczu³ siê nieszczególnie. Podejrzewa³, ¿e zdziwienie Pani z Socjalnego wziê³o siê nie tylko z porównania jego dochodu z danymi innych adiunktów, ale i z jej w³asnymi. P. ma ¶wiadomo¶æ, ¿e nie zarabia zbyt wiele, ale ¿eby mu to wypomina³a obca kobieta?!
Z drugiej strony wspomnia³ kolegów - paru pobudowa³o domy, jeden my¶li o zakupie ziemi gdzie¶ na uboczu i zastanawia siê, jaki w zwi±zku z tym kupiæ samochód terenowy. W porównaniu z nimi dochody i poziom ¿ycia adiunkta P. niew±tpliwie wypadaj± do¶æ blado. Sk±d siê to bierze? Zapewne po wiêkszej czê¶ci ze splotu okoliczno¶ci ¿yciowych - mówi P. - ale pewnie swój udzia³ maj± te¿ jakie¶ w³asne b³êdy, niewykorzystanie ¿yciowych szans. A mo¿e lenistwo jest powodem, ¿e nie pracuje na dwóch dodatkowych etatach, na przyk³ad w szko³ach prywatnych, albo oprócz pracy w uczelni nie prowadzi w³asnej firmy, która zapewni³aby mu „kasê” na w miarê dostatnie ¿ycie?
P. postanowi³ sprawdziæ, jak wypada w perspektywie ogólnospo³ecznej. Siêgn±³ wiêc po opublikowany niedawno przez GUS dokument na temat sytuacji gospodarstw domowych w 2004 roku w ¶wietle wyników badañ bud¿etów gospodarstw domowych. Lektura nie nastroi³a go optymistycznie. Wyczyta³ bowiem, ¿e wyliczony dochód na osobê plasuje go w ubo¿szych warstwach spo³ecznych. A fakt, ¿e na podstawie tych samych danych widaæ, i¿ warstwy te s± w naszym kraju ca³kiem liczne, nie stanowi wielkiego pocieszenia.
Dane GUS pokazuj± te¿, ¿e statystycznie sytuacja materialna ¿yj±cych z pracy na w³asny rachunek jest znacznie lepsza ni¿ pracowników najemnych. Czy nie nale¿y wyci±gn±æ st±d wniosku - zastanawia siê P. - ¿e aby zapewniæ lepszy byt swojej rodzinie, nale¿y porzuciæ do¶æ bezpieczn± posadê w pañstwowej uczelni i podj±æ grê rynkow± w charakterze przedsiêbiorcy, choæby na niewielk± skalê? Albo przynajmniej spróbowaæ równolegle prowadziæ dzia³alno¶æ „misyjn±” w uczelni i zarabianie pieniêdzy na wolnym rynku?
Przed podjêciem decyzji P. musi sobie odpowiedzieæ na dwa zasadnicze pytania. Po pierwsze: czy w jego wieku i danych warunkach ¿yciowych przedsiêwziêcie takie ma szanse powodzenia, a inaczej: czy wystarczy mu si³ i czasu? A po drugie - pytanie ogólne: co robiæ, czyli co konkretnie mia³oby byæ przedmiotem owej pracy na w³asny rachunek, która w za³o¿eniu mia³aby przynie¶æ przyzwoite dochody? Tu trzeba dodaæ, ¿e adiunktowi P. wystarczy³by ³±czny dochód mniej wiêcej dwukrotnie wy¿szy od obecnego. Nie chodzi wiêc o pogoñ za milionami, tylko o uzyskanie wzglêdnego spokoju w zakresie zabiegów o dobra materialne potrzebne do zapewnienia sobie przyzwoitego poziomu ¿ycia w jako tako rozwiniêtym cywilizacyjnie spo³eczeñstwie.
Zastanawiaj±c siê nad drugim pytaniem, P. doszed³ do wniosku - do¶æ rozs±dnie, moim zdaniem - ¿e nie ma siê co „pchaæ” w rejony sobie nieznane, jak na przyk³ad produkcja odpustowych gad¿etów, handel butami czy prowadzenie wypo¿yczalni wideo. Je¶li mia³by ju¿ robiæ co¶ „ekstra”, to najchêtniej co¶, na czym siê zna, co robi³ przez wiêksz± czê¶æ ¿ycia, czyli co¶ bliskiego nauce i nauczaniu. Korepetycje odpadaj± - zastrzega siê od razu. To dobre dla studentów. Stanowi± ¼ród³o dochodu okresowe, niezbyt pewne (przy tym trzeba siê liczyæ z siln± konkurencj± stosuj±c± dumpingowe ceny, zw³aszcza w du¿ym o¶rodku akademickim), niezbyt „wydajne”, je¶li chodzi o nak³ad pracy i czasu w stosunku do osi±ganych korzy¶ci. W dodatku prowadzone w pe³ni legalnie, z op³acaniem podatków, s± w zasadzie nieop³acalne.
Có¿ zatem móg³by robiæ na w³asny rachunek ¶cis³owiec-teoretyk, korzystaj±c ze swojej wiedzy i wykszta³cenia? Mo¿e zostaæ niezale¿nym konsultantem - rzuci³em pomys³, który znienacka przyszed³ mi do g³owy. Perspektywa do¶æ nêc±ca, gdy siê wspomni doniesienia o poka¼nych ga¿ach konsultantów ró¿nej ma¶ci, zw³aszcza pracuj±cych na rzecz instytucji dysponuj±cych groszem podatników. Ale w jakiej dziedzinie mia³bym udzielaæ owych pop³atnych konsultacji? - zapyta³ P. Na przyk³ad w zakresie zachowañ uk³adów gospodarczych, spo³ecznych albo rynku papierów warto¶ciowych - odpar³em. Choæ na pierwszy rzut oka mo¿e siê wydawaæ, ¿e to zadania wy³±cznie dla ekonomistów b±d¼ socjologów, okazuje siê, ¿e specjali¶ci od nauk podstawowych te¿ mog± tam sobie znale¼æ miejsce.
Oto niedawno przeczyta³em parê prac z coraz modniejszych ostatnio ga³êzi fizyki teoretycznej, nazywanych socjo- i ekonofizyk±. Zestawienie cz³onów tych nazw wydaje siê na pozór dziwne, jako ¿e ze swej natury fizyka zajmuje siê badaniem zjawisk zachodz±cych w ¶wiecie materialnym, a do ¶wiata spo³ecznego raczej jej daleko. Je¶li jednak spojrzeæ na historiê fizyki, mo¿na dostrzec trend do obejmowania zainteresowaniem coraz to szerszego obszaru rzeczywisto¶ci - od materii nieo¿ywionej do uk³adów biologicznych - wci±¿ jednak pozostaj±c w obrêbie zjawisk stricte materialnych. W ostatnich latach zadzia³a³ chyba jednak mechanizm ze znanego w psychologii powiedzenia, i¿ cz³owiekowi z m³otkiem wszystko wydaje siê gwo¼dziem. Fizyka „posz³a w lud”.
W dzisiejszej fizyce funkcjonuje wiele wysoko rozwiniêtych teorii, opisuj±cych za pomoc± formalizmu matematycznego rozmaite zjawiska. Ów formalizm ma „sens fizyczny” o tyle, o ile wystêpuj±ce w nim wielko¶ci i symbole s± interpretowane w jêzyku pojêæ odnosz±cych siê do obserwowanych aspektów badanego uk³adu, czyli stanowi± ich formaln± reprezentacjê. Sama struktura teorii musi byæ przy tym zgodna z prawid³ami logiki i matematyki. Skoro istniej± dobrze „dzia³aj±ce” teorie, dlaczego nie spróbowaæ zastosowaæ ich do uk³adów innych ni¿ te, do badania których zosta³y pierwotnie stworzone. Taka jest chyba, mniej wiêcej, geneza socjo- czy ekonofizyki - za przedmiot badañ wzi±æ zjawiska spo³eczne lub gospodarcze, okre¶lane ilo¶ciowo pewnymi wielko¶ciami charakteryzuj±cymi stan odpowiednich „uk³adów” i zachodz±ce w nich „oddzia³ywania” i spróbowaæ je analizowaæ, stosuj±c teoretyczne metody fizyki.
Na przyk³ad, w jednej pracy, która niedawno wpad³a mi w rêce, po¶wiêconej teorii wymiany ekonomicznej w spo³eczno¶ci warstwowej, autorzy za punkt wyj¶cia przyjêli prosty model, w którym ka¿dy uczestnik owej spo³eczno¶ci dysponuje pewnym zasobem dóbr, które mo¿e wymieniaæ z innymi. Ka¿demu uczestnikowi owej spo³eczno¶ci przypisano sta³y wspó³czynnik „ryzykanctwa”, okre¶laj±cy, jak± czê¶æ posiadanych dóbr jest gotów zaryzykowaæ w grze rynkowej. Wprowadzono ponadto dwa parametry okre¶laj±ce regu³y gry. Jeden definiuje zasiêg „klasy” uczestników, mierzony ró¿nic± wielko¶ci posiadanych przez nich dóbr. Wymiana mo¿liwa jest tylko miêdzy cz³onkami tej samej „klasy”. Drugi okre¶la stopieñ uprzywilejowania „biedniejszego” w trakcie wymiany. Ponadto suma dóbr wszystkich jest sta³a. Model ma charakter statystyczny, to znaczy zarówno pocz±tkowy rozk³ad dóbr w¶ród uczestników, jak stopieñ „ryzykanctwa”, zaj¶cie wymiany miêdzy dwoma uczestnikami, a tak¿e jej wielko¶æ, s± wielko¶ciami losowymi, których prawdopodobieñstwo jest opisane prostymi regu³ami, wynikaj±cymi z definicji modelu. Autorzy prowadzili serie symulacji komputerowych, podobnie jak siê to robi w metodach symulacyjnych, na przyk³ad tak zwanych metodach Monte Carlo, stosowanych w ramach fizyki statystycznej.
Wyniki symulacji dla ró¿nych warto¶ci parametrów, które prowadzi³y do osi±gniêcia stanu stacjonarnego uk³adu, ukazuj± - zdaniem autorów pracy - parê ciekawych cech zaproponowanego modelu. Na przyk³ad, niezale¿nie od warto¶ci parametrów, we wszystkich przebiegach symulacyjnych nastêpowa³a wyra¼na stratyfikacja maj±tkowa - ros³a liczba „biednych”, a „bogatsi” bogacili siê jeszcze bardziej. Przy „¶rednich” warto¶ciach parametru okre¶laj±cego zasiêg „klasy” zaobserwowano zjawisko silnej polaryzacji modelowej spo³eczno¶ci - w stanie stacjonarnym by³a liczna rzesza „biedoty” i nieliczna grupa „bogaczy”, natomiast zanika³a „klasa ¶rednia”. To ostatnie, jak zauwa¿aj± autorzy pracy, bardzo przypomina zjawisko obserwowane na podobnych modelach, tworzonych w ramach socjofizyki, a maj±cych na celu odwzorowanie dynamiki zmian opinii spo³ecznej. Autorzy nie wskazuj±, jak powi±zaæ ich prosty model z rzeczywistymi warunkami spo³ecznymi, ale mo¿e to tylko kwestia w³a¶ciwej interpretacji.
W innej pracy, któr± podsun±³em adiunktowi P., inni autorzy analizuj± zmiany na nowojorskiej gie³dzie w okresie 1998-2003 metodami podobnymi do u¿ywanych w fizyce przej¶æ fazowych. Uzyskane wyniki wykazuj± podobieñstwo zachowania parametrów indeksów gie³dowych w okresie poprzedzaj±cym i w czasie samego krachu w kwietniu 2000 do analogicznych parametrów opisuj±cych stan uk³adu termodynamicznego w trakcie dochodzenia do i zachodzenia przej¶cia fazowego. Wygl±da na to, ¿e korzystaj±c z takich metod ju¿ pó³ roku wcze¶niej mo¿na by³o wykryæ oznaki nadchodz±cego kryzysu.
Zasugerowa³em wiêc adiunktowi P., by w swoich zainteresowaniach naukowych skierowa³ siê w stronê tych nowych ga³êzi fizyki. Metody i teorie zna, wystarczy mu zatem spróbowaæ nauczyæ siê tworzyæ modele teoretyczne, sensownie i przekonuj±co reprezentuj±ce zachowania ekonomiczne b±d¼ polityczne, by zarazem spróbowaæ osi±gn±æ „zyski” na niwie naukowej oraz móc oferowaæ „teoretyczne” us³ugi konsultingowe graczom gie³dowym i politykom. W najbli¿szym czasie w¶ród tych drugich popyt mo¿e byæ ca³kiem spory, z racji zbli¿aj±cych siê wyborów.
Adiunktowi P. pomys³ ten bardzo siê spodoba³. Nie wiem jednak, czy z niego skorzysta. Nie odpowiedzia³ sobie bowiem jeszcze na pierwsze zasadnicze pytanie: czy jest w stanie pój¶æ na co¶ takiego w ramach pozauczelnianej dzia³alno¶ci na w³asny rachunek, po¶wiêciæ tej dzia³alno¶ci si³y i czas, którego i tak nie ma „na zbyciu” zbyt wiele? Byæ mo¿e zrobi tylko pó³ kroku - zajmie siê now± tematyk± w ramach swojej etatowej pracy naukowej, a istotnej poprawy swego statusu materialnego bêdzie nadal upatrywa³ w nadziei na g³ówn± wygran± w totolotka.
Dr Pawe³ Misiak jest pracownikiem Akademii Rolniczej we Wroc³awiu.
pm@ar.wroc.pl