![]() |
| Autorka i jej s±siedzi stypendy¶ci w akademikowej kuchni |
Pobyt na stypendium Erasmusa mo¿e byæ mniej lub bardziej udany, ale zawsze jest wyzwaniem. Dla mnie by³ czasem wielkiej przygody. My¶lê, ¿e przez tych dziesiêæ miesiêcy nauczy³am siê wiêcej ni¿ przez jakikolwiek rok szko³y czy studiów. Jednak nie chodzi tu o zwyczajn± wiedzê - to by³a niepowtarzalna okazja poznania innych, czasem bardzo odmiennych, ludzi i innych kultur. Stara³am siê zebraæ i porównaæ do¶wiadczenia w³asne i znajomych, którzy byli na Erasmusie w innych miastach i krajach. Bêd± to wiêc g³ównie spostrze¿enia stypendystki ULB w Brukseli, ale te¿ tych, którzy mieli okazjê studiowaæ w Barcelonie, Valladolid, Cartagenie, Strasburgu, Kilonii, Bochum, Perugii i Leuven.
Pierwsz± kultur±, z któr± zagubiony, &8222;pocz±tkuj±cy&8221; erasmus niechybnie siê zetknie, jest kultura kraju goszcz±cego. Wbrew pozorom, o ile do¶æ ³atwo poznaæ sam kraj (stypendy¶ci wiêkszymi lub mniejszymi gromadami czêsto wybieraj± siê na zwiedzanie co ciekawszych zak±tków), o tyle zaprzyja¼nienie siê z &8222;tubylcami&8221; stanowi wiêkszy problem. Mo¿e nieco ³atwiej jest pod tym wzglêdem w krajach po³udniowych. W ka¿dym razie wszêdzie lepszy kontakt z miejscowymi studentami w samej uczelni maj± erasmusi chodz±cy na wiêkszo¶æ zajêæ ze sta³± grup±. Je¶li natomiast, jak to czêsto bywa, stypendysta dobierze sobie przedmioty z ró¿nych lat, grup czy nawet kierunków, to ma³e ma szanse z¿yæ siê z lud¼mi, których widzi raz na tydzieñ. A przecie¿ z kim tak dobrze mo¿na poznaæ jêzyk, kraj, obyczaje, kuchniê i kulturê w ogóle, jak nie z &8222;tubylcami&8221;? Warto siê przebiæ przez mur pierwszej nieufno¶ci i obojêtno¶ci (w przypadku krajów pó³nocnych, niestety, czêsty), a tak¿e przez panuj±ce stereotypy. Poza zajêciami na wydziale, z miejscowymi studentami mo¿na siê z¿yæ na przyk³ad dzia³aj±c w lokalnych grupach rozmaitego autoramentu dzia³aj±cych przy uczelni. Rozpiêto¶æ ich zainteresowañ jest ogromna. Ja na przyk³ad ¶piewa³am w chórze uniwersyteckim, którego repertuar nie nadawa³by siê do powtórzenia po polsku. Poza tym w Belgii ka¿dy wydzia³ ma swoje ko³o, bynajmniej nie naukowe, które oprócz tego, ¿e organizuje &8222;chrzest&8221; pierwszorocznych, spotyka siê regularnie na piwie. Na przeciwleg³ym biegunie znajduj± siê organizacje charytatywne, skauting, czasopisma studenckie, które chêtnie przyjm± ¶wie¿e spojrzenie studenta zagranicznego, a tak¿e na przyk³ad duszpasterstwa akademickie.
Niektórzy erasmusi maj± mo¿liwo¶æ zaprzyja¼niæ siê z &8222;tubylcami&8221;, mieszkaj±c z nimi pod jednym dachem, co z czasem zwykle owocuje wspólnymi imprezami i w ogóle integracj±, urz±dzaniem wspólnych wyj¶æ, posi³ków itd. Jednak polityka wielu uczelni prowadzi do umieszczania studentów w akademikach wed³ug narodowo¶ci albo &8222;blokami&8221; geograficznymi. W przypadku mieszkañ studenckich oddzielenie erasmusów jest wymuszone przez d³ugo¶æ pobytu: studenci lokalni wynajmuj± je ze znajomymi od razu na kilka lat, podczas gdy stypendy¶ci przyje¿d¿aj± tylko na rok albo i na semestr. W przypadku akademików izolacji od kultury lokalnej sprzyjaj± tak¿e koszty. W tañszych akademikach, które moi znajomi wybierali w Niemczech, Strasburgu czy Leuven, nie by³o prawie nikogo nie tylko z kraju goszcz±cego, ale nawet z Europy Zachodniej.
Innym wzglêdem, dla którego miejscowi - na przyk³ad solidni studenci niemieccy czy belgijscy - niezbyt chêtnie dziel± mieszkanie z erasmusami, jest rozrywkowy tryb ¿ycia stypendystów. W Brukseli ka¿de piêtro mojego akademika by³o przedzielone na dwie czê¶ci. Jedn± w ¶wiêtym spokoju zamieszkiwali studenci regularni - w wiêkszo¶ci Belgowie, z rzadka pozwalaj±cy sobie na urz±dzanie tam imprez. Drug±, z osobn± kuchni±, zajmowali¶my, z paroma wyj±tkami, my - stypendy¶ci, nie tylko erasmusi.
Mia³am wielkie szczê¶cie, dziel±c piêtro z niezwyk³± mieszanin± narodowo¶ci z ró¿nych kontynentów, przy czym - co bardzo istotne dla dobrych kontaktów - ¿adna z nich nie dominowa³a. Przez to niejako nie mieli¶my wyj¶cia - trzeba siê by³o otworzyæ na &8222;obcych&8221;. I to jest w³a¶nie druga fantastyczna okazja spotkania kultur na Erasmusie. Obok kultury kraju przyjmuj±cego, si³± rzeczy poznaje siê inne, reprezentowane przez stypendystów. To oni z regu³y s± naszymi wspó³lokatorami, z nimi je¼dzi siê na wycieczki, chodzi na ró¿ne imprezy, nie tylko te urz±dzane przez organizacje opiekuj±ce siê erasmusami.
Stypendystów jest wszêdzie pe³no, bo zwykle maj± wiêcej czasu ni¿ studenci regularni. Zwiedzaj±, chodz± na uczelniane sporty, kursy jêzykowe, no i, oczywi¶cie, wszelkie mo¿liwe imprezy. S³ysza³am o erasmuskach w Leuven, z którymi hiszpañscy wspó³lokatorzy, prawie stale nieobecni, bo bawi±cy siê g³ównie z innymi Hiszpanami, ograniczali mêcz±ce konwersacje angielskie do rzucanego w przelocie: &8222;Will be party - will call you&8221;.
Same imprezy, je¶li nawet integruj± w jaki¶ sposób, na pewno nie sprzyjaj± g³êbokim rozmowom - ograniczaj± siê do small talków z sakramentalnymi: &8222;Sk±d jeste¶?&8221;, &8222;Co studiujesz?&8221; i &8222;Jak ci siê tu podoba?&8221;. Natomiast spêdzenie pó³ roku czy roku na jednym piêtrze akademika albo w jednym mieszkaniu pozwala naprawdê poznaæ ludzi. Zdarzaj± siê ostre dyskusje, bo te¿ punkty widzenia bywaj± skrajnie ró¿ne. Na moim piêtrze w Brukseli mieli¶my przekrój od ateistów, przez agnostyków, baptystê, prawos³awnych, katolików i muzu³manów, po kolegê, który wierzy³ w energiê miêdzyludzk± i magiczne zdolno¶ci szamanów. Nikt nikogo do swoich pogl±dów nie przekona³, ale mia³am okazjê stwierdziæ, ¿e chrze¶cijañstwo ma z islamem parê punktów wspólnych, zdziwiæ Bruna-baptystê, ¿e katolicy czytaj± Bibliê, a nawet pewnego dnia doznaæ szoku, kiedy nasza zagorza³a materialistka Julie obieca³a, ¿e poczyta tê ksiêgê, ¿eby zobaczyæ, co my w niej widzimy. Mia³am te¿ mo¿liwo¶æ przekonaæ siê - i to by³o chyba najcenniejsze - ¿e ludzie o skrajnie ró¿nych pogl±dach mog± ¿yæ w zgodzie pod jednym dachem, a nawet siê zaprzyja¼niæ.
Rozmowy z lud¼mi innych nacji pozwalaj± te¿ pocieszyæ siê ich zrzêdzeniem na polityków i stan ich krajów, które nam siê czêsto zdaj± kwitn±ce gospodarczo. Mo¿na te¿ uzmys³owiæ sobie, gdzie dok³adnie le¿± na przyk³ad Ekwador i Haiti, z jakimi borykaj± siê problemami i jakie s± pogl±dy czê¶ci tamtejszej ludno¶ci w wielu sprawach. Niew±tpliwie stypendy¶ci koñcz±cy studia wy¿sze nie s± reprezentantami wiêkszo¶ci swojego spo³eczeñstwa, ale jestem przekonana, ¿e ich opinie daj± prawdziwszy obraz sytuacji ich krajów ni¿ nasze media. Mieszkanie pod jednym dachem daje te¿ okazjê do konfrontacji ulubionej muzyki. W moim brukselskim akademiku prowadzi³o to do sporów, czy mamy s³uchaæ mrocznej muzyki naszej Francuzki Julie, czy ¿wawych i bli¼niaczo do siebie podobnych p³yt Ekwadorczyka Fausta.
Nastêpna dziedzina, w której pojawia siê du¿o ró¿nic, a która dostarcza wielu niespodzianek i mo¿e byæ cenn± nauk± na przysz³o¶æ, to kuchnia. Zdziwienie moich s±siadów na widok kaszy gryczanej, protesty, gdy Fausto wk³ada³ do swojego kakao ser ¿ó³ty, apetycznie wygl±daj±ce sa³atki z kuskusem Amani Tunezyjki, nauka robienia tortilli wed³ug rad naszych Hiszpanek i w³a¶ciwego gotowania makaronu pod okiem Peppego i Andrei, kolacja francuska z fondue, wieczór nale¶nikowy, degustacja niemieckich ciast bo¿onarodzeniowych, deser z przepisu siostry Antonia, który wyszed³ zupe³nie nie do prze³kniêcia... To dla mnie w³a¶nie Erasmus. Parê rad i przepisów zawsze zostaje na przysz³o¶æ, nauka nie idzie w las. Przyspieszony kurs wielu kuchni ¶wiata to naprawdê do¶wiadczenie nie do przecenienia, a nawet rodzaj survivalu, zw³aszcza dla studentów p³ci brzydkiej, mieszkaj±cych przez ca³e studia z rodzicami. Innym te¿ siê przyda...
Bardzo wa¿ne jest to, ¿eby nie zamykaæ siê w gronie swojej narodowo¶ci, chocia¿ wiadomo, ¿e to ³atwiejsze jêzykowo, obyczajowo i mentalnie. Z moich obserwacji wynika, ¿e zw³aszcza Hiszpanie i W³osi rzadko potrafili siê oprzeæ tej pokusie i wyje¿d¿ali po roku studiów za granic±, nie mówi±c w jêzyku obcym wiele lepiej ni¿ na pocz±tku i nie maj±c du¿o wiêkszego pojêcia o ¶wiecie. Do swoich ci±gnie siê zw³aszcza w pocz±tkowym okresie onie¶mielenia i adaptacji w nowym kraju. Warto jednak od pocz±tku robiæ ten wysi³ek i szukaæ znajomych innych narodowo¶ci, nawet je¶li nie mieszkaj± z nami pod jednym dachem. Pomoc± s³u¿± miêdzy innymi imprezy organizowane dla erasmusów, na przyk³ad wycieczki oraz urz±dzany prawie w ka¿dej uczelni posi³ek miêdzynarodowy.
Poza tym ze stypendystami ³atwiej siê z¿yæ ni¿ z miejscowymi, bo jest siê w podobnej sytuacji. W odciêciu od swojego kraju, bliskich, znajomych, rzuceni w obcy jêzyk i obc± kulturê, erasmusi lepiej siê rozumiej± nawzajem. Jeszcze ³atwiej o porozumienie ze studentami z krajów naszego regionu, krajów o podobnych do¶wiadczeniach historycznych: Czechami, S³owakami, Wêgrami, S³oweñcami, a tak¿e mieszkañcami krajów ba³tyckich. Ci±g³y kontakt z nie-Polakami zmusza do mówienia w obcym jêzyku, do próby zrozumienia ludzi czasem bardzo odleg³ych kulturowo i do poznania ich podej¶cia do wielu spraw. To otwiera nasz umys³, ograniczony stereotypami na temat innych krajów - i vice versa.
W tym miejscu pojawia siê trzeci aspekt kontaktów kulturowych w czasie stypendium Erasmusa. Jest to ¶wietna okazja, aby wyja¶niæ wielu ludziom, ¿e nie jeste¶my republik± radzieck±, ¿e u nas nie biegaj± bia³e nied¼wiedzie, ¿e mamy telewizjê i lodówki i ¿e w ogóle Polska jest krajem, który warto i mo¿na bez ryzyka ¿ycia odwiedziæ. Nawet ci, którzy nie lubi± szumnego s³owa &8222;patriotyzm&8221;, musz± przyznaæ, ¿e stypendysta wyje¿d¿aj±cy na Erasmusa jest reprezentantem swojego kraju i ¿e wed³ug niego i tego, co mówi, wielu ludzi bêdzie ten kraj oceniaæ. Czas, w którym ma siê kontakt z tak wieloma studentami innych narodowo¶ci, jest okazj± do sprostowania stereotypowych opinii o Polsce, u¶wiadomienia wiêkszo¶ci, gdzie w ogóle ta kraina le¿y, a tak¿e do delikatnej jej promocji. Kilka standardowych sytuacji wymusza przedstawienie w³asnego kraju. Zwykle uczelnia organizuje miêdzynarodowy posi³ek dla erasmusów, na który ka¿dy przynosi potrawy ojczystej kuchni. Krótszej lub nawet referatowej prezentacji swojego kraju wymagaj± te¿ zwykle kursy jêzykowe dla obcokrajowców.
Ambasady polskie dysponuj± materia³ami promocyjnymi - mo¿na siê z nimi skontaktowaæ, z³o¿yæ zamówienie przez e-mail i wtedy przy¶l± plakaty i broszurki w jêzykach obcych. W zesz³ym roku, dziêki podobnej akcji przedsiêwziêtej przez naszego s±siada Peppego, mieli¶my ca³e piêtro akademika wyklejone plakatami z W³och. Wygl±da³o to rewelacyjnie! Mo¿na siê te¿ przewiduj±co zaopatrzyæ przed wyjazdem w broszurki o miastach lub regionach - urzêdy miasta i inne instytucje odpowiedzialne za promocjê powinny dysponowaæ takimi materia³ami. Mój Urz±d Miasta wyda³ nawet ma³y ilustrowany przewodnik po Poznaniu, jego francuska wersja okaza³a siê w czasie Erasmusa bardzo przydatna.
Stypendy¶ci zamieszkuj±cy akademiki maj± czêsto ciekawe pomys³y na wzajemne poznanie swoich kultur - wieszaj± w kuchni mapê (¶wiata, nie Europy!) z zaznaczonym miejscem pochodzenia ka¿dego, listy przydatnych s³ówek w jêzykach wszystkich mieszkañców piêtra itd. Z mojego do¶wiadczenia wynika, ¿e znakomitym i prostym sposobem promocji Polski bez zbêdnej gadaniny jest daæ ludziom do spróbowania nasze ciasta albo charakterystyczne potrawy (te smaczne, oczywi¶cie). Moi s±siedzi byli naprawdê zachwyceni piernikiem, piszingerem cioci i biszkoptem, który uda³o mi siê zrobiæ u jedynej kole¿anki, która mia³a piekarnik. Warto by³o. Mieli¶my te¿ wszyscy du¿o zabawy przy sma¿eniu p±czków na polskie... andrzejki.
W zwi±zku z promocj± kraju pojawia siê problem, który w pewnym momencie dotyka wielu erasmusów i jest przedmiotem licznych dyskusji i kontrowersji: czy w ogóle wracaæ do Polski? Zwa¿ywszy na wysoko¶æ stopy bezrobocia i na p³ace absolwentów, wielu stypendystów woli za wszelk± cenê pozostaæ za granic±, pracuj±c nawet w dziedzinach zupe³nie niezwi±zanych z zawodem, bo nie widz± dla siebie perspektyw w kraju. Pojawiaj± siê jednak niekiedy g³osy - i ja do³±czam siê do nich - argumentuj±ce, ¿e nie bêdzie lepiej, je¶li na to nie zapracuj± wykszta³ceni i przedsiêbiorczy ludzie, a tacy w³a¶nie s± erasmusi. Moim zdaniem, skoro mieli¶my mo¿liwo¶æ bezp³atnego studiowania - wiêkszo¶æ erasmusów wyje¿d¿a z dziennych studiów w pañstwowych uczelniach - i w dodatku mogli¶my wyjechaæ na stypendium, to maj±c mo¿liwo¶æ skromnego nawet utrzymania siê z pracy zbli¿onej do naszego zawodu, powinni¶my spo¿ytkowaæ nasz± wiedzê i do¶wiadczenie dla innych w kraju, tu gdzie nas do tej pracy (lepiej lub gorzej, ale jednak) przygotowano.
Wracaj±c do kontaktów kulturowych - najwiêcej satysfakcji daj± te, które znajduj± przed³u¿enie po powrocie ze stypendium. Je¶li uda siê uskuteczniæ na przyk³ad co¶ w rodzaju wymiany, to jest to wielka rado¶æ dla obu stron, a pozwala zobaczyæ kraj, który ocenia³o siê na przyk³adzie garstki znajomych erasmusów. Ale to mo¿e siê udaæ wy³±cznie wtedy, gdy przekroczymy swoje ograniczenia i otworzymy siê na innych ludzi, akceptuj±c ró¿nice i &8222;dziwne&8221;, bardzo czasem odmienne od naszych obyczaje.
Warto dodaæ, ¿e nawet podró¿ w obrêbie Europy nie oszczêdzi erasmusowi zaskoczeñ. Zrozumienie, ¿e kiedy Sycylijczycy krzycz±, to nie znaczy, ¿e siê k³óc±, próby wyja¶nienia Francuzce, dlaczego w Krakowie w szczycie wakacji nie wsi±dziemy do autobusu do Zakopanego, je¶li nie u¿yjemy ³okci... To jest w³a¶nie do¶wiadczanie na w³asnej skórze kultur, z którymi stypendysta mia³ okazjê zaprzyja¼niæ siê przez konkretnych ludzi, którym z czasem zaufa³ na tyle, ¿eby powierzyæ im siê jako przewodnikom w kolejnej niepowtarzalnej przygodzie Erasmusa - spotkaniu kultur &8222;na ¿ywo&8221;.
Mgr Barbara Che³kowska, absolwentka filologii polskiej UAM w Poznaniu, stypendystka programu Sokrates/Erasmus na ULB w Brukseli 2003/04 oraz programu MOST w UJ w Krakowie 2002/03.