W tym roku dane mi by³o uczestniczyæ w pracach komisji rekrutacyjnej na kierunku socjologia w Instytucie Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Gdañskiego. Wra¿enia, jakie z tej pracy wynios³em, s± nie najlepsze. Praca w komisji przypomina³a co¶ na kszta³t roboty organizacyjno-biurowej w skupie zbo¿a: wielka masa towaru, ale przy tym w±skie gard³o zbo¿owego silosu, które egzekwuje narzucone limity. Nie jest moj± intencj± obra¿anie kogokolwiek dokonanym porównaniem. ma za¶ ono ten walor, ¿e dosyæ dobrze oddaje specyfikê dokonanego przedsiêwziêcia: przerzucanie masy - jako masa - obojêtnej moralnie.
System rekrutacji oparty wy³±cznie na konkursie ¶wiadectw sprawi³, ¿e w naszym przypadku o jedno miejsce ubiega³o siê w tym roku dwadzie¶cia osiem osób. W³a¶ciwie nale¿a³oby napisaæ tak: o jedno miejsce na li¶cie studentów socjologii UG w roku akademickim 2005/2006 ubiega³o siê dwadzie¶cia osiem kompletów dokumentów. Przede wszystkim bowiem z kompletami dokumentów mieli¶my - jako komisja - do czynienia. Pewn± grupê tych dokumentów dostarczy³a nam poczta, inn± - niema³± - rodzice zainteresowanych, najwiêksz± za¶ ich czê¶æ przynie¶li oczywi¶cie sami kandydaci na studia (niekoniecznie - jak siê pó¼niej okaza³o - socjologiczne). Konieczno¶æ rekrutacyjnego „obcowania” z samymi dokumentami mia³a tê - w±tpliw± zreszt± - zaletê, ¿e przyspiesza³a proces rekrutacji na jego pierwszym etapie. Parszywe licho wylaz³o z niej pó¼niej, gdy decydowa³ siê kszta³t listy przyjêtych.
Po zamkniêciu listy wstêpnie zakwalifikowanych - osób najwy¿ej uplasowanych na li¶cie rankingowej - okaza³o siê, ¿e ponad po³owa z nich w ogóle nie jest zainteresowana studiami socjologicznymi; papiery z³o¿y³y u nas tylko na wypadek niedostania siê gdzie indziej. To samo okazywa³o siê, gdy w poszukiwaniu prawdziwie chêtnych do studiowania socjologii schodzili¶my w dó³ listy rankingowej. Po kilku tygodniach takich zabiegów, wielu wykonanych telefonach i rozmowach z kandydatami, tudzie¿ ich rodzinami, ostateczna lista ustali³a siê i uzyska³a podpis rektora. Owszem, z formalnego punktu widzenia ca³e przedsiêwziêcie mo¿na by³o przeprowadziæ szybko, zatrzymuj±c siê na poziomie zgromadzonych papierów i odk³adaj±c na pó¼niej problem ewentualnego remanentu listy ostatecznej. Nam jednak zale¿a³o na dotarciu do osób, które za tymi papierami siê kry³y i uzyskaniu potwierdzenia, ¿e wybór, którego dokona³y, nie by³ wyborem „na wszelki wypadek”.
Powy¿sze krótkie sprawozdanie by³oby niepe³ne bez kilku akapitów komentarza, i g³ównie ze wzglêdu na ów komentarz zosta³o tu poczynione. Po pierwsze, mo¿na siê zastanowiæ, czy sytuacja, w której zg³asza siê do nas relatywnie du¿a liczba osób tylko „na wszelki wypadek”, dobrze ¶wiadczy o spo³ecznym presti¿u studiów socjologicznych w IFiS UG? „Nie, nie ¶wiadczy dobrze” - odpowiedz± zapewne ci, którzy wyznaj± zasadê, ¿e o jako¶ci realizowanej oferty studiowania ¶wiadczy rynkowy popyt na ni±. Skoro zatem tak wiele osób najwy¿ej ocenionych na maturze ucieka z naszej listy po uzyskaniu potwierdzenia przyjêcia na inne kierunki, znaczy to, ¿e nie najwy¿szym uznaniem obdarza oferowane przez nas studia socjologiczne. Taki sposób my¶lenia, jakkolwiek spo³ecznie uprawniony, nie przekonuje jednak socjologa-humanisty. Nie mam w±tpliwo¶ci, ¿e wspó³czesny uniwersytet musi sobie radziæ z konkurencj± rynkow± i ¿e miejsce, jakie w tej konkurencji zajmuje, jest w jakim¶ stopniu wyznacznikiem jego spo³ecznego presti¿u. Przy tym jednak nie mam w±tpliwo¶ci tak¿e co do tego, ¿e wy¿sza uczelnia, która swoj± misjê upatrywa³aby wy³±cznie w kszta³ceniu wed³ug zastanych potrzeb rynku - bez aspiracji do aksjologicznego kszta³towania tych potrzeb - na miano uniwersytetu zas³ugiwaæ nie mo¿e. Taki podwójny brak w±tpliwo¶ci mo¿liwy jest tylko przy za³o¿eniu, ¿e nie o nazwê „uniwersytet” tu idzie, lecz o spo³eczn± rolê instytucji tym mianem opatrywanej. Uwa¿am, ¿e spo³eczna rola uniwersytetu jest moralnie znacz±ca, i ¿e o moralne - a nie tylko rynkowe - znaczenie w³asnej oferty zabiegaæ winni przedstawiciele wszystkich kierunków studiów uniwersyteckich.
Druga uwaga nasuwa siê w zwi±zku z zaproponowanym tytu³em niniejszego tekstu. Konkurs ¶wiadectw to oczywi¶cie tylko fragment obowi±zuj±cego dzisiaj systemu rekrutacji. Czy rzeczywi¶cie jest to system zdemoralizowany? Oczywi¶cie NIE, je¶li wzi±æ pod uwagê potoczne znaczenie terminu „demoralizacja”; TAK, je¶li nad znaczeniem tego terminu zastanowiæ siê g³êbiej. Rozwa¿my krótko to zagadnienie, sprowadzaj±c je do poziomu mikroskali do¶wiadczenia spo³ecznego, do poziomu sytuacji moralnej, jaka, w ka¿dym przypadku sk³adania dokumentów, choæ na chwilê staje siê wspólnym udzia³em cz³onka komisji rekrutacyjnej, kandydata na studia i jego papierów.
Fizyczne ramy sytuacji wyznaczone s± przez organizacyjne warunki pracy komisji; ot, chocia¿by jaki¶ pokój w budynku danego instytutu. Spo³eczny aspekt sytuacji wyznaczony jest przez uczestnictwo osób sytuacjê tworz±cych. Jest to zawsze uczestnictwo bezpo¶rednie cz³onków komisji i - czasami po¶rednie - osób sk³adaj±cych papiery. A co siê sk³ada na moralny komponent takiej sytuacji? Postawa osób w niej ulokowanych. Konkurs ¶wiadectw, jak i wiele innych zabiegów podejmowanych w dzisiejszym, szeroko pojêtym systemie kszta³cenia - zw³aszcza gdy chodzi o problem oceniania - ma, jak siê zdaje, wyeliminowaæ negatywny czynnik ludzki z procesu kwalifikowania kogo¶ do czego¶. W omawianym przypadku oznacza to, ¿e czarno na bia³ym wypisane oceny na ¶wiadectwie staj± siê wyznacznikiem rankingowego miejsca kandydata na studia - decyduj± o tym, czy znajdzie siê on w sali uniwersyteckiej, czy jednak poza ni±. Nauczyciel akademicki pracuj±cy w komisji zakre¶li tylko w³a¶ciwy kwadracik. Ani jedna, ani druga strona nie musi siê martwiæ o moraln± w³a¶ciwo¶æ przedsiêwziêcia, w którym uczestniczy - liczy siê tylko jako¶æ formalna: terminowe z³o¿enie kompletu papierów i bezb³êdne przepisanie ich do bazy danych; kolejno¶æ na li¶cie ustali komputer.
Uwaga trzecia ma charakter postulatywny, mo¿e wrêcz marzycielski (bo zdajê sobie sprawê, ¿e organizacyjnie pomys³ jest nie³atwy do przeprowadzenia). A mo¿e by tak - Drodzy Czytelnicy, zw³aszcza Wy, którzy zajmujecie stanowiska decyzyjne w systemie szkolnictwa wy¿szego - przyjmowaæ na studia wszystkich zainteresowanych absolwentów liceów i dopiero na pierwszym roku studiów sprawdzaæ, falsyfikowaæ ich rzeczywiste kwalifikacje? Wszak cz³owieka nie mo¿na powieliæ na kserokopiarce, a je¶liby nawet by³o to mo¿liwe, to adnotacja „za zgodno¶æ z orygina³em” niewiele by pomog³a. Nie by³oby wiêc problemu zg³oszeñ „na wszelki wypadek” - kandydat, nie mog±c siê rozdwoiæ (roztroiæ itd.), musia³by podj±æ decyzjê, gdzie chce studiowaæ, wiedz±c, ¿e obci±¿a go ona nie tylko moralnie. Uczelnia za¶ wiedzia³aby szybko, ilu kandydatów rzeczywi¶cie zainteresowanych jest studiowaniem na danym kierunku. Rzeczywiste kwalifikacje, o których mowa powy¿ej, to za¶, w moim przekonaniu, tak¿e kwalifikacje moralne. Cz³owiek, któremu na maturze nie najlepiej powiod³y siê egzaminy, to niekoniecznie z³y kandydat do dyplomu uniwersyteckiego (¶wiadcz± o tym po¶rednio chocia¿by ¿yciorysy tych s³awnych uczonych, którzy nie uzyskiwali najwy¿szych notowañ z przedmiotów szkolnych, a w historii nauki zapisali siê o wiele bardziej znacz±co ni¿ razem wziête rzesze szkolnych prymusów). Cz³owiek taki swoj± systematyczn± i uczciw± prac±, intelektualnym i moralnym zaanga¿owaniem w dzie³o studiowania mo¿e w pe³ni usprawiedliwiæ sw± obecno¶æ w uniwersytecie. Jednak system rekrutacji oparty na rankingu ocen mo¿e mu na zawsze dostêp do uczelni zamkn±æ.
Czy jednak warto przejmowaæ siê jednostkami i ze wzglêdu na nie zmieniaæ procedury? Odpowiem pytaniami: A czy godzi siê w uniwersytecie (!) ho³dowaæ przekonaniu, ¿e cz³owiek to jego papiery (zob. S. Lem, Solaris, Warszawa 2005, s. 169)? System, który ignorowa³ jednostkê maj±c± w³asn± godno¶æ z imieniem i nazwiskiem, ewentualnie sprowadza³ j± do numerów, papierów itp., ju¿ przerabiali¶my. Czy godzi siê odtwarzaæ go w zmienionych warunkach? Czy godzi siê, ju¿ na etapie rekrutacji, uczyæ przysz³ych studentów i absolwentów uczelni - a potem, miêdzy innymi, radnych, pos³ów, premierów czy prezydent ów - ¿e podpis z³o¿ony na dokumentach w³a¶ciwie do niczego moralnie nie zobowi±zuje? Czy w imiê przejrzysto.ci i komputerowej sprawno ¶ci procedur warto traciæ kontakt z ¿ywym cz³owiekiem, kandydatem na studia, zwalniaj±c go z moralnego obowi±zku powiedzenia prosto w oczy prawdy o podstawach decyzji, któr± podejmuje?
Zak³adam dobre intencje autorów obecnego systemu i ¿a³ujê, ¿e pod adresem ich dzie³a nie mam bardziej konstruktywnych uwag. Jednak jako socjolog-humanista i etyk moralnie nie godzê siê na sytuacjê, w której narzêdzie wytworzone przez cz³owieka - tu: okre¶lony system rekrutacji - staje siê niejako wa¿niejsze od swego twórcy i u¿ytkownika.
Dr Wojciech Zieliñski, socjolog, adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Gdañskiego, wyk³adowca w Instytucie Ekonomicznym Pañstwowej Wy¿szej Szko³y Zawodowej w Elbl±gu.