Przygotowana przez resort nauki lista wydawnictw znacząco wpłynęła na praktyki publikacyjne polskich naukowców. Zmiany te wpisują się jednak w szerszy trend – już wcześniej zauważalny spadek liczby monografii naukowych w Polsce – pisze dr Gabriela Dzięgiel z Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego, współautorka analizy poświęconej temu zagadnieniu.
Wykaz wydawnictw, które publikują recenzowane monografie naukowe, różnicuje oceny książek w zależności od prestiżu wydawcy. Pojawił się w polskim systemie ewaluacji jakości działalności naukowej pod koniec 2019 roku, jako uzupełnienie istniejącego już wykazu czasopism punktowanych. Wykaz wprowadzono, aby podkreślić znaczenie monografii w naukach humanistycznych i społecznych, zwiększyć międzynarodową widoczność polskiej nauki oraz ograniczyć rozdrobnienie wydawnictw uczelnianych.
W naszym badaniu (wraz z Emanuelem Kulczyckim, Anną Maziarczyk i Przemysławem Korytkowskim) sprawdzaliśmy, jak to narzędzie wpływa na praktyki publikacyjne polskich naukowców. Interesowały nas zmiany w liczbie opublikowanych monografii, ich rozkład między wydawnictwami z różnych poziomów wykazu, a także zmiany języków, w jakich wydawane były monografie. W ankiecie pytaliśmy też naukowców, jakie czynniki były najważniejsze przy wyborze wydawnictwa. Do analizy wykorzystaliśmy dane z Polskiej Bibliografii Naukowej (PBN) dotyczące publikacji z lat 2013–2021.
Wprowadzenie ministerialnej listy wydawnictw zbiegło się w czasie z już wcześniej obserwowanym trendem spadku liczby monografii publikowanych przez polskich naukowców. Dane z PBN pokazują, że w badanym okresie liczba zgłaszanych rocznie monografii spadła o prawie 60% – żaden inny typ publikacji nie odnotował tak drastycznej redukcji. Wraz z pojawieniem się wykazu znacząco spadła liczba monografii publikowanych w wydawnictwach, które nie zostały do niego włączone. Jednocześnie zauważyć można wzrost liczby monografii publikowanych w wydawnictwach z drugiego poziomu, uznawanych za najbardziej renomowane. Mimo to, ich udział w ogólnej liczbie monografii polskich naukowców pozostaje niewielki – stanowią zaledwie 2–4%.
Wybierając wydawnictwo do publikacji monografii, polscy naukowcy zwracają uwagę na jego renomę i zasięg międzynarodowy, a także potencjalny wpływ publikacji na rozwój kariery. Wpisanie wydawnictwa do wykazu i związane z tym korzyści ewaluacyjne miały natomiast ograniczone znaczenie dla ankietowanych badaczy. Aspekt ten był ważniejszy dla osób publikujących już po ukazaniu się listy w porównaniu do osób publikujących wcześniej, jednak wykaz pozostawał czynnikiem drugoplanowym. Badani deklarowali również, że sama obecność wydawnictwa na liście nie jest dla nich wyznacznikiem prestiżu.
Nasze analizy nie potwierdzają jednoznacznie, że wprowadzenie wykazu wydawnictw znacząco przyczyniło się do umiędzynarodowienia polskich publikacji książkowych, które było jednym z celów przeprowadzanych reform. Zaobserwowano pewien wzrost udziału monografii przygotowywanych w języku angielskim, przy jednoczesnym spadku udziału monografii pisanych po polsku i w językach innych niż kongresowe (francuskim, niemieckim, włoskim, rosyjskim i hiszpańskim). Ponadto, polscy naukowcy zaczęli stosunkowo częściej wybierać wydawnictwa międzynarodowe, rezygnując z rodzimych wydawnictw, które nie zostały włączone do wykazu.
Przeprowadzone badanie wskazuje, że wprowadzenie do polskiego systemu ewaluacji wykazu wydawnictw publikujących recenzowane monografie naukowe znacząco wpłynęło na praktyki publikacyjne polskich badaczy. Zmiany w zachowaniach naukowców były widoczne już w pierwszych dwóch latach obowiązywania nowych regulacji. Analizy w kolejnych latach pozwolą ocenić dalsze skutki związane z konsolidacją wykazu w systemie szkolnictwa wyższego i nauki.
Pełne wyniki badania opublikowano w czasopiśmie „Research Evaluation”. Dodatkowo, podobne analizy bibliograficzne dla okresu 2017–2021 dostępne są w interaktywnych raportach w portalu RAD-on.
dr Gabriela Dzięgiel
Kulasek, Ministrze, kiedy nowy wykaz?
Monografie to domena humanistów i betonu którzy zawsze będą bronić tych farmazonów...recenzje? głównie koledzy. słabe wydawnictwa i wręcz mikroskopijny odbiorcy...większość o niczym,
czytałem lepszą analizę na temat tego kto pisze monografie...zgadniecie? ludzie którzy nie piszą artykułów i nie potrafią się przebić...
To bardzo stronnicza opinia, uogólniająca w sposób wysoce niesprawiedliwy jakiś margines anormatywnych działań. Równie złośliwie i stronniczo mogłabym napisać, że wyłącznie artykuły piszą te i ci, którzy nie potrafią złożyć większej całości i rozmieniają się na drobne, a podstawa takich habilitacji jest wysoce wątpliwa.
Humanistyka to w ogóle szerszy problem: towarzystwo przyznaje sobie stopnie i tytuły naukowe, choć nauką się nie zajmuje. Towarzystwo pomstuje, kiedy się od nich wymaga czegoś więcej niż tylko bicie piany w ramach własnego grajdołka. Towarzystwo - poza epsilonem - naukowego świata na oczy nie widziało. A co najgorsze: towarzystwo przekonało szarego człowieka o tym, że ich "dzieła" stoją na równi z naukowymi, a może i wyżej, bo choć towarzystwo nie wie dlaczego żarówka świeci to (w swojej megalomanii) uważa że wie po co to robi.
A tymczasem świat nam ucieka...
W artykule napisano, cytuję: „Dane z PBN pokazują, że w badanym okresie liczba zgłaszanych rocznie monografii spadła o prawie 60%”. Autorzy badań nie uwzględnili tego, że według nowej ustawy habilitacje uzyskuje się na podstawie wykazu publikacji. Nie jest potrzebna rozprawa. Do zmian ustawowych większość habilitacji publikowano jako monografie. Podobnie z tytułem. Do zmian ustawy wymagano ( niezgodnie z ustawą) tak zwanej monografii profesorskiej. Przy jej braku w niektórych dyscyplinach, na przykład, w naukach technicznych, nie było szans na uzyskanie tytułu. Gdy te wymagania zniesiono, liczba monografii drastycznie zmalała. I tyle. W niektórych naukach społecznych, takich jak ekonomia, zarządzanie, prawo, pisanie monografii nie ma najmniejszego uzasadnienia. Dopóki zostanie napisana monografia, ustawy, dotyczące tych zagadnień, zostaną kilkukrotnie znowelizowane. W naukach ścisłych i technicznych monografia była praktycznie przeglądem stanu z przed kilku lat, bo opierała się na wcześniej opublikowanych artykułach. W medycynie zmiany zachodzą również bardzo szybko. Ich opis w monografiach jest, tak naprawdę, opisem dnia wczorajszego.
Ostatnio piszą o uwzględnieniu w przyszłej ewaluacji publikacji popularyzujących naukę. Po pierwsze, popularyzacja nie jest nauką, bo podaje znane osiągnięcia naukowe w postaci uproszczonej. Pozwala to na zapoznanie się z nimi osób nie posiadających odpowiedniego wykształcenia. Po drugie, publikacji popularnie – naukowych jest na świecie multum. Publikujcie najlepsze, a nie sponsorujcie (poprzez ewaluację) powstawanie nowych. Nikt przecież tym wydawnictwom, w których liczba monografii drastycznie zmalała, nie zabrania publikowania dobrych książek popularyzujących naukę.
Kto czyta monografie? Blagam.
Wiele osób...
Dobre wielu
Sugeruję zmienić otoczenie, towarzystwo czytające tylko nagłówki w internecie nie osiągnie sukcesów w żadnej dziedzinie w ogólności a w nauce w szczególności. Naukowca można poznać właśnie po tym, że czyta monografie, bo właśnie z monografii moża się dopiero czegoś nauczyć. Dopiero piszący monografie mają zagadnienie badawce poważnie przemyślane, prace odkrywcze są jeszcze zbyt chaotyczne. Mało kto się uczy teorii względności z pracy „Zur Elektrodynamik bewegter Körper.”
To nie jest jednoznaczne. Wiele monografii przedstawia temat gorzej niż prace oryginalne. Akurat przykład z "Zur..." jest nietrafny, bo to wyjątkowo precyzyjny wykład teorii względności, bijący na głowę wiele późniejszych opracowań.
Oto i humanistyczny krzyk się objawił. Dla porządku spytałbym.... nie, nie warto.
Śmiało, śmiało...
monografie czy książki? np. FIZYKA, KURS BERKELEY - 5 tomów
W takich przypadkach warto zajrzeć do słownika. Wikipedia twierdzi, że monografia to praca naukowa omawiająca jakieś zagadnienie w sposób wyczerpujący. Zebranie i omówienie wszystkich dostępnych informacji dotyczących bezpośrednio danego zagadnienia. Podobną definicję podaje słownik PWN. Dla mnie wzorcem monografii jest dzieło JL Lionsa i E Magenesa "Non-Homogeneous Boundary Value Problems and Applications.' Trzy tomy, tysiąc stron. Przerobić wszystko podczas rocznego kursu równań różniczkowych cząstkowych? Żarty. Próbować robić coś twórczego w teorii równań, mechanice czy elektrodynamice nie znając tej monografii na wyrywki? Żarty.
Do ~Profesor PAN 13.06.2025 09:16. Szanowny panie profesorze. Uczyć się teorii względności, mechaniki kwantowej i wielu innych rzeczy należy na studiach. Na podstawie wykładów i, ewentualnie, podręczników. Monografia daje wgląd w to, co było już zrobione. I nie podpowie panu, co nowego można zrobić. Monografie służą jedynie podpowiedzią, które zagadnienia już przeorano i nie warto poświęcać im uwagę. Nowe kierunki badań początkujący badacz powinien znaleźć za pomocą promotora. Po doktoracie – niestety, sam. I żadne monografie w tym nie pomogą.
Ogólnej teorii względności nie nauczy się pan na studiach, jest za trudna i za bogata. Studia też nie wystarczą na poznanie teorii pola, klasycznej i kwantowej, teorii potencjału z uwzględnieniem reprezetacji probabilistycznej i... godzinami mógłbym wymieniać. Uczony niestety musi się uczyć, jak długo żyje, to wada tego zawodu ale w pewym stopniu też zaleta. Dopiero w przemyślanej monografii jest prawdziwa nauka, w pracach badawczych jest szarpanina. Jest dowcip o robotniku biegającym z pustą taczką - bo taki u nas zapieprz, że nie ma czasu tej taczki załadować. Dopiero w monografii ta taczka może zostać załadowana.
A w życiu. U nas monografie kompletnie się nie liczą. Wiedza pochodzi z przeglądów systematycznych i metaanaliz. Wiedza z książki pisanej przez kilka lat w momencie publikacji będzie już nieaktualna. Poza tym omówienie w 1 pracy jakiegooolwiek niezawezonego maksymalnie tematu w sposób wyczerpujący jest w zasadzie niemożliwe.
Do ~Profesor PAN 13.06.2025 18:58. Panie profesorze, to, o czym pan pisze, jest domeną fizyków teoretyków. Spośród fizyków jest ich nie więcej niż 5%. Mam przyjaciela, który swego czasu zajmował się zagadnieniem, które rozwiązywało aż dwie osoby na całym świecie, początkowo niezależnie ob. siebie. Później dołączyli inni. W naukach technicznych teorią zajmuje się poniżej 1% badaczy. Na temat roli monografii jest bardzo trafna uwaga ~Marcin Przewloka 13.06.2025 12:06. Co do korzyści z studiowania monografii. Lubi pan dawać przykłady. Ja też dam jeden. Max Planck NAPISAŁ (podkreślam) swój wzór, który jest podstawą mechaniki kwantowej, nie korzystając z podpowiedzi z żadnej monografii. Bo ich, po prostu nie było na ten temat, jak nie istniała do niego i mechanika kwantowa. Co do, jak pan pisze, „szarpaniny”. Widziałem naukowców, którzy uważnie śledzili literaturę. Gdy pojawiało się nowe topowe zagadnienie, rzucali się na niego. Gdy boom spadał, przerzucali się na kolejne. Stąd ta szarpanina. Bo nie stać ich było na samodzielne poszukiwanie nowych kierunków badań. Kilkakrotnie namawiali mnie, żeby pomógł im w rozgrzebywaniu takich nowych kierunków. Na szczęście ja jestem tym kotem, który chodzi własnymi ścieżkami i ni razu nie zaangażowałem się w takie topowe przedsięwzięcia. Co do uczenia się przez całe życie. Owszem, można uczyć się na materiałach (w tym monografiach) opisujących stan wiedzy sprzed kilku – kilkunastu lat. A można uczestniczyć w konferencjach, na których przedstawiane materiały najnowsze. A najlepiej samemu opracowywać kierunki badań, których jeszcze nikt nie wyznaczył. Oczywiście, że w realizacji badań w tych kierunkach przyda się wiedza, zaczerpnięta ze studiów, podręczników, monografii i artykułów, czasami nawet z tych powstałych z „szarpaniny”.
@Profesor PAN
Podejrzewam, ze w pewnych dziedzinach wiedzy monografie moga byc wazne.
W mojej dziedzinie naukowcy porozumiewaja sie w szerszym zakresie praktycznie tylko i wylacznie poprzez artykuly oryginalne i przegladowe. I oczywiscie konferencie naukowe. Monografie to cos ekstra, cos dodatkowego, tak jak na przyklad pisanie rozdzialow do podrecznikow dla studentow.
Dlatego lista wydawnictw monografii, ktora funkcjonuje w polskim systemie ewaluacyjnym (temat artykulu powyzej), zawsze byla dla mnie czyms bardzo "egzotycznym".
Może chociaż streszczenie rozdziału ktoś czyta ;)
Prawdą jest, że pisanie monografii zabiera sporo czasu, ale też daje autorowi szeroką perspektywę. Zasadniczo może (ale nie musi) pisać co chce - zagraniczne, prestiżowe czasopisma takie wywody mocno ograniczają, choćby liczbą słów. Pastwienie się nad tymi, co publikują w MDPI... a we Frontiers to już nie?
A czy wszystkie wydawnictwa z poziomu II mają transparentną i rzetelną recenzję (nie 'Proposal' a treść ostateczna książki)?
Zgadzam się, że polska lista czasopism jest po prostu zła. Czy IF jest lepszy?
Przecietne czasopismo z MDPI czy Frontiers jest lepsze niz przecietne z Elseviera. Springera i Wiley caly czas stawiam wyzej.
ACS! ACS! Przynajmniej w przyrodniczych...
Odważna teza. Całkowicie nieweryfikowalna, ale odważna. Problem polega na tym, że Elsevier ma też trochę dobrych pism, a MDPI i Frontiers nie mają. Ciekawi mnie także "stawianie wyżej" Springera. W mojej działce było tam kilka bardzo spektakularnych upadków.
Z dużą dozą nieśmiałości pozwalam sobie zauważyć , że przygotowanie ,napisanie monografii wymaga solidnej pracy obejmującej rok, dwa i daje to 100 punktów. Napisanie artykułu za 100 punktów i 1000 euro /kiepską angielszczyzną/ wymaga tygodnia ,bez przepracowania. Kalkulacja jest oczywista ! Chwała bohaterom /Gowin, Czarnek / Lista w niektórych przypadkach jest naprawdę solidna ,ale wątpliwości są. Punktoza to nie ta droga. Może cytowania , może indeks "H" ?
Może istnieje dziedzina, w której napisanie artykułu, nawet kiepską angielszczyzną, zajmuje tydzień. U mnie trwa to około miesiąca, pod warunkiem że wcześniej pracowałem minimum przez rok zbierając materiał. Ale lepiej dwa lub trzy lata. Owszem, praca nad monografią też trwałaby parę lat. Czyli remis. Podane przez kolegę terminy może działają w teologii, ale nie tam, gdzie praca odbywa się z bytami istniejącymi realnie.
Z mojego punktu widzenia monografia ma jedną główną wadę: poświęca się jej czas, który w przeciwnym razie poświęciłoby się na badania czegoś nowego. Parę lat wyjętych ze zwykłej aktywności naukowej. Dlatego obawiam się, że zaplanowaną jakiś czas temu monografię będę pisał jednak na emeryturze.
Kolejny humanista... litości!!!
@akademik
Kiedy w jakiejs waskiej dziedzinie wiedzy liczba artykulow publikowanych na dany temat wynosi kilkaset rocznie, praca pisana przez rok lub dwa moze dostarczyc jedynie perspektywe historyczna. Nic wiecej.
Nawet praca przegladowa (review) pisana przez kilka miesiecy w momencie kiedy ukazuje sie online moze prezentowac "nieaktualna" wiedze w niektorych aspektach opisywanego tematu.
1000 euro i 100 pt? Namiary poproszę. Z góry bardzo dziękuję.
A ja z dużą nieśmiałością wyrażam zdanie, że napisanie monografii w której na okrągło miele się głupoty, które nic nie wnoszą do nauki są pisane na kolanie i na odczep. Udawania, że się pracuje nad monografią, to gadki bez końca. Znam wiele monografii takich o niczym. Nie są ciekawe, ani twórcze. Pisze się żeby mieć coś tak na odczepnego, bo trzeba czymś się wykazać. A najlepiej wychodzi tym naukowcom pouczanie innych i głoszenie bredni w różnych mediach, jak słychać i widać.
Takie gadki "Napisanie artykułu za 100 punktów i 1000 euro /kiepską angielszczyzną/ wymaga tygodnia ,bez przepracowania." to są właśnie brednie tych wielkich naukowców. Napisz jeden z drugi i opublikuj. Znam takich co to tak gadają i tych publikacji nawet z "/kiepską angielszczyzną/ " nie mają, monografii też.
To podejście jest stopniem wyższym w stosunku do studenckiego "napiszę artykuł przeglądowy, żeby zwiększyć swoje szanse przyjęcia do szkoły doktorskiej". Ten sam schemat i podobna motywacja, prawdopodobnie też podobny efekt, tylko tekst dłuższy. Naturalna konsekwencja, której rezultatem jest nauka pozorna i marnowanie papieru, który można by lepiej wykorzystać.
Ostatnie lata ujawniły gorzką prawdę. Publikowanie w wydawnictwach z II poziomu jest trudne i można go uznać za jakąś tam miarę sukcesu w kilku dyscyplinach. Teksty w tych wydawnictwach ma zaledwie garstka ludzi w Polsce. Bolesna weryfikacja dla humanistów i społeczników. Niejedna kariera została zbudowana na produkcji makulatury, bo na naszym rynku wydawniczym można wydać wszystko i mieć z tego awans. A z Cambridge University Press nie ma żartów...
Wiara w anglojęzyczne wydawnictwa (a właściwie tylko te obecne są na liście z największą punktacją) może być silna. I można ją nawet umacniać. Ale to jedynie wiara. A nauka zajmuje się weryfikacją i systematyzacją faktów. Zaś to, co Cambridge University Press publikuje na przykład na temat językoznawstwa od lat bywa pozbawione podstaw naukowych, jeśli nie jest tożsame z wizją świata właściwą dla językoznawstwa angielskiego. Zatem nie zostanie przyjęta monografia, która taki ogląd świata podważa. I to rzeczywiście nie są żarty. Ale i trudno wobec tego zachować powagę.
Za to wydawnictwa tzw. II poziomu mają solidniejszych od polskich recenzentów (bardziej się czepiają, są przeważnie bardziej oczytani) i znacznie lepszy poziom redakcyjny. Tyle i aż tyle. A co do językoznawstwa, to akurat istnienie i działanie LLM całkowicie podważylo wiele z językoznawczych paradygmatów (angielskich i nie tylko, i mam na myśli teorię języka i gramatyki). Na razie jezykoznawcy się nie zorientowali, ale kiedyś to się zmieni
Wizja to nie nauka. Wizje są domeną humanistów. => humanistyka to nie nauka.
Lista ta zrujnowała transfer nowinek że świata nauki do inżynierii budownictwa a zwłaszcza do hydrotechniki. Nie publikujemy po polsku bo nie ma czasu, ledwo starcza czasu na publikację po angielsku.
Bez sensowna analiza. Prawda jest taka, że miernoty zaczęły publikować w MDPI. Jeżeli przeanalizuje się punkty to można stwierdzić, że większość prac publikowana jest w zakresie 100-140. Nie ma tam prac 200 punktowych, bo całe to barachło publikuje w MDPI. Urealnijcie punkty dla MDPI w stosunku do IF, i w krótkim czasie punktoza się skończy bo nikt nie będzie nic publikował. Momentalnie okaże się że Ci wszyscy "minutowi genialny geniusze", nie potrafią opublikować w czasopismach znaczących, ale posiadających 70, 100 czy 140 punktów, a nie należących do MDPI. Śmieszne jest to, że MDPI jest chińskie, a chińczycy nawet nie wiedzą co to za czasopisma. Te czasopisma zupełnie nie liczą się w Chinach przy awansach, brane są natomiast pod uwagę te "brzydkie" Elseviery, Springery, itp.
Po co te wywody, to walka wydawnictw o klienta ....
Dobre monografie powinny być wysoko punktowane, to by obniżyło koszty OA i innych ...
W MDPI są dobre i b. dobre artykuły, podobnie jak w Elsevirze i Springerze zależy o czasopisma.
W każdym wyżej wymienionym są też buble..... polecam sprawdzić ...
Proszę nie uogólniać !!!
MDPI ma normalny proces recenzyjny, stosunkowo niskie opłaty i coraz wyższe IF. Akurat sama nie publikowałam tam ale recenzowałam kilka artykułów. Zarówno 'stare' wydawnictwa, topowe czasopisma, jak i wskaźniki typu IF nie są bez wad. Wyniki badań powinny jednak być publikowane i dostępne.
Mam publikacje zarówno w MDPI, jak i (liczniejsze) w "Elsevierach, Springerach". Stwierdzam, że proces wydawniczy niczym więcej jak tempem (na korzyść MDPI) się nie różni. Walkę z MDPI uwazam za przejaw rywalizacji o podział tortu. Stare wydawnictwa martwią się, że pieniążki im uciekają. I wykorzystują swoje wpływy.
Recenzowałam dla kilku czasopism w mdpi. Polowa z nich trzymała poziom, porównywalny do niektórych springerow. Druga połowa przepuściła plagiaty, zerowe wyniki, wyssane z palca wręcz. Mimo moich alarmów i odrzutów manuskryptów, redaktor podjął decyzję „accepted”.
Pewnie w wielu czasopismach/wydawnictwach tak się zaczyna dziać, bo pecunia non olet…
Nasza planeta ma dużo betonu, nie pozwalajmy, aby było go jeszcze więcej….
Niezależnie od tego, gdzie jest prawda, to pokazujesz swój brak poziomu, jak można taki hejt uprawiać - weź gościu się ogarnij trochę, wyzwiska, to jest esencja Twojej klasy! Oby ktoś kiedyś Ciebie nie nazwał barachło, jak będziesz chociażby Ty potrzebował pomocy, a uwierz, nigdy nie wiesz kiedy jej będziesz potrzebować.
To smutne, że naukowcy sterowani są przez punktozę i maksymalizowanie zysków zgodnie z wytycznymi ministerstwa. Tak nie uprawia się nauki i dydatkyki tylko papiernie. W rankingach szorujemy po dnie, nie ma czym się chwalić, jedynie tym że w grupie jest dużo profesorów o kiepskiej znajomości języka angielskiego. Czeka na nas świat.
Punktoza mnie popsuła. Wcześniej byłem poczciwym i życzliwym światu człowiekiem a skłoności mordercze miałem tylko wobec naprawdę niewielu ludzi. Wprowadzenie listy czasopism punktowanych znacząco tę listę wydłużyło.
Świetna analiza! Bardzo doceniam, że zwraca uwagę na wcześniejszy trend spadku liczby monografii – dzięki temu wprowadzenie ministerialnej listy nie jawi się jako jedyna przyczyna, lecz element szerszego zjawiska. Podkreślenie, że liczba zgłaszanych rocznie książek zmalała aż o 60%, dobrze obrazuje skalę wyzwania, przed którym stoją humaniści i społecznicy.
Zgadzam się, że dopiero dłuższa obserwacja pokaże, czy konsolidacja listy rzeczywiście przełoży się na trwałe wzmocnienie pozycji polskiej nauki w międzynarodowym obiegu. Byłoby też ciekawie zbadać, jak wpływają na to różnice między dziedzinami – czy humaniści reagują inaczej niż socjolodzy czy politolodzy.
Z niecierpliwością czekam na kolejne edycje raportu!
"Zgadzam się, że dopiero dłuższa obserwacja pokaże, czy konsolidacja listy rzeczywiście przełoży się na trwałe wzmocnienie pozycji polskiej nauki w międzynarodowym obiegu."
Nie, nie przełoży się. A na pewno nie w przypadku listy podatnej na sterowanie ręczne i zawierającej zatrważającą liczbę kwiatków zarówno z irracjonalnie niską, jak i irracjonalnie wysoką punktacją.