Dla polskich polityków badania i rozwój wciąż pozostają czymś zbędnym, nieistotnym z punktu widzenia strategii państwa (…) Czy jest w tym i nasza – środowiska akademickiego – wina? Owszem, w końcu przez dekady nie potrafiliśmy wspólnie i stanowczo zawalczyć o swoje interesy – pisze dr Bartosz Rydliński, adiunkt w Instytucie Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, członek Związku Nauczycielstwa Polskiego.
Powiedzmy to wprost: niezależnie od tego, kto rządzi w Polsce, nauka i szkolnictwo wyższe nie mają większego znaczenia. Kolejne rządy bez skrupułów przeprowadzały eksperymenty na żywym organizmie akademickim — od wolnorynkowych reform, przez fetyszyzację wskaźników i cytowań, po podporządkowanie nauki makroministerstwu edukacji. Wszystko to przekładało się na pogorszenie warunków pracy, rosnącą frustrację, szkodliwą rywalizację między badaczami, instytutami, wydziałami i uczelniami.
Dla polskich polityków badania i rozwój wciąż pozostają czymś zbędnym, nieistotnym z punktu widzenia strategii państwa. Ostatnie oburzenie wokół braku finansowania dla radioteleskopu RT-4 Kopernik w podtoruńskich Piwnicach czy wcześniejsze apele do władz związane z niedofinansowaniem statku badawczego Oceania pokazały, że dopiero medialna presja może doprowadzić do rozwiązania problemu. Przy czym są to zazwyczaj doraźne działania o charakterze prowizorycznego „łatania dziur”. Czy jest w tym i nasza – środowiska akademickiego – wina? Owszem, w końcu przez dekady nie potrafiliśmy wspólnie i stanowczo zawalczyć o swoje interesy. Nie budzimy więc dziś szacunku, bo nikt się nas na poważnie nie obawia. Znamienne, że podczas exposé w 2023 roku premier Donald Tusk zapomniał wymienić nazwisko jednego z ministrów swojego gabinetu. W obecnym kontekście nie powinno dziwić, że był nim… minister nauki i szkolnictwa wyższego (chodzi o Dariusza Wieczorka – przyp. RED).
W silnie zatomizowanym i zindywidualizowanym środowisku akademickim słowo „strajk” brzmi dziś jak herezja, wręcz oznaka szaleństwa. Wiara w to, że protest może coś zmienić, jest nikła. „Nie zablokujemy przecież ulic ani nie będziemy palić opon pod Sejmem jak górnicy” – tłumaczą naukowcy. A jednak bez wyraźnego sygnału trudno oczekiwać, że kolejni premierzy, ministrowie finansów czy nauki zaczną traktować nas poważnie — niezależnie od tego, czy rządzić będą Donald Tusk, czy Mateusz Morawiecki wespół z Krzysztofem Bosakiem.
Tymczasem protesty w środowisku akademickim są w krajach demokratycznych czymś zupełnie normalnym – świadectwem, że badaczki, wykładowcy, bibliotekarki, technicy laboratoryjni czy studenci mają wpływ na politykę. W ostatnich latach strajki akademickie odbywały się w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Australii, Francji czy Republice Czeskiej. Ucząc się na tych doświadczeniach, możemy postawić tezę, że skuteczne działania protestacyjne powinny mieć charakter stopniowalny i hybrydowy – tak, by mogły trwać dłużej, a zarazem wywierać realny nacisk na decydentów.
Bojkot oceniania i egzaminowania (Marking and Assessment Boycott) lub masowa rezygnacja z członkostwa w komisjach senackich, radach wydziałów oraz innych ciałach kolegialnych mogą skutecznie utrudnić funkcjonowanie uczelni. Podobny efekt może przynieść akcja Go-slow lub Work-to-Rule, czyli ścisłe przestrzeganie tylko minimalnego zakresu obowiązków i regulaminu pracy: odmowa wykonywania nieodpłatnych nadgodzin i zadań niewynikających z umowy, takich jak nieformalna praca administracyjna, którą tak często wykonujemy.
Popularną w Europie Zachodniej formą protestu są także Teach-ins i Wolne Uniwersytety (Free Universities) – czyli prowadzenie zajęć dydaktycznych w przestrzeniach publicznych: parkach, skwerach, placach. Celem jest pozostawienie auli i sal wykładowych pustymi na znak protestu. „Dzień Ciemnych / Pustych Sal” może objąć również bibliotekarzy, laborantów oraz pracowników administracji, którzy w tym czasie mogą przejść na pracę zdalną. Kolejne, bardziej radykalne formy, to blokady wjazdów na kampusy, okupacje budynków (Sit-down Strikes / Occupations) czy długotrwałe wstrzymanie pracy.
Warunkiem powodzenia akcji strajkowych jest znane w Polsce słowo: „solidarność”. Solidarność wykładowców, badaczek, doktorantek, pracowników technicznych, administracyjnych, a także — nie bójmy się tego powiedzieć — rektorów i dyrektorów instytutów badawczych. Wszyscy cierpimy na skutek chronicznego niedofinansowania polskiej nauki i szkolnictwa wyższego. Brak godziwych wynagrodzeń, środków na badania podstawowe, pieniędzy na drogie i czasochłonne eksperymenty, niskie stypendia oraz deficyty w infrastrukturze (także mieszkaniowej) doprowadzą do implozji, luki pokoleniowej, w końcu utraty możliwości innowacji. To wszystko przekłada się na bezpieczeństwo państwa, dlatego wspólnotowe działanie tu i teraz, gotowość to radykalnej odpowiedzi na politykę zaciskania pasa jest oznaką patriotyzmu. Pytanie czy stać nas wszystkich na to świadectwo?
Bartosz Rydliński
Komitety strajkowe na uczelniach warto przywrócić do życia!! Czas skończyć z pozycją petenta wobec rożnych mniej lub bardziej głupich ministrów. Niech Tusk też zacznie myśleć czy mu politycznie opłaca się dawać 5 % na zbrojenia, a tylko 1 % na zdychająca naukę. Żadna władza nigdy nic sama z siebie nie dawała - oni muszą czuć presję i po prostu zacząć się bać !!
Faktycznie, "żadna władza nigdy nic sama z siebie nie dawała", gdyż każda władza - bez względu na proweniencję - nie posiada środków. To są środku publiczne, a ich właścicielami są obywatele. Problem w tym, że to wciąż "prawda objawiona" dla większości mieszkańców kraju nad Wisłą.
Ponieważ kolega nie doprowadził swojej myśli do końca, skrytykował bowiem sformułowanie, nie proponując w zamian właściwego, pozwolę sobie uzupełnić wywód propozycją, aby zastąpić słowo "dawała" słowem "oddawała". Teraz już chyba jest korekt.
Zupełnie niepraktyczna mantra, do znudzenia powtarzana i nie mająca realnego wpływu na rzeczywistość. Do tego bardzo łatwo falsyfikowalna (lubi Pan to słowo...) - w każdym razie w ujęciu praktycznym. To przekonanie warto poddać "humanistycznej" refleksji i nie podporządkowywać opinii jedynie suchym "faktom".
:-)
@ akademik,
Komitety strajkowe na uczelniach to za mało. Krajowe środowisko akademickie i naukowe musi się zjednoczyć. Dotychczasowe podziały odziedziczone po PRL-u powinny trafić na śmietnisko historii. Może kilka słów o zbrojeniach. O ile mi wiadomo, to wybieramy się na zakupy uzbrojenia za blisko 1 bln zł. głównie w USA i Korei Południowej. Problem polega na tym, że kolejny 1 bln zł. będzie trzeba wyłożyć na serwis, części zamienne, logistykę i infrastrukturę. Gro środków na kupno uzbrojenia to pożyczki i kredyty, które trzeba będzie spłacić. Czarno to widzę. Utoniemy w wielkich długach.
Indyk myślał o niedzieli a w sobotę łeb mu ucięli.
Po co wydawać na naukę która podobno coś przyniesie za dalekie lata skoro juro możesz mieć Putina w domu.
Za dużo rządowej propagandy oglądasz, jeśli boisz się o Putina, który prawie od 4 lat nie może zdobyć Donbasu. Myśl bardziej samodzielnie i myśl przede wszystkim o swoim interesie tu i teraz, a nie o jakiś abstrakcjach wymyślanych przez ideologię elit władzy. To właśnie w ich interesie jest zamydlać obraz rzeczywistości i odwracać uwagę od realnych problemów różnymi tematami zastępczymi (Ukraina, Putin, nowe głupoty Trumpa). Kto Cię okrada na co dzień, kto Cię poniża? Komu zawdzięczasz swoją obecną sytuację i nędzną pensyjkę w świecie nauki? Twój własny rząd ci to funduje i system, w którym żyjesz... Wróg jest w tym kraju i nie szukaj tematów zastępczych.
Na miejscu Putina dawno puściłbym już kilka rakiet na Rzeszów za bezczelność Polaków.
To Putin głupio boi się NATO.
Co do wroga we własnym kraju, to głupi rząd wybrali głupi wyborcy tak zwani wykształciuchy z Warszawy i im podobni co się uważają za inteligentnych i wierzyli, że III droga to trzecia droga, a to PO, Nowoczesna i tym podobni ludzie.
Nie płacz więc że ci źle bo jest takie powiedzenie
Dlaczego jesteś biedny, bo jesteś głupi, a dlaczego jesteś głupi, bo jesteś biedny.
Same tytuły przed nazwiskiem niczego nie zmieniają.
"Intelektualisto", po co masz dalej żyć, skoro wiadomo, że i tak umrzesz..?
A może forma żeby zdobyc pieniążki
Należy rozliczać na co są przeznaczone. ROZLICZAC. TO SA NASZE, OBYWATELI PIENIĄZKI. NA CO BYLO PRZEZNACZONE KPO???
Problem braku widoczności nauki przez decydentów wynika głównie z braku jej przełożenia na realne życie. Gdyby nauka miała przełożenie na biznes i przemysł w większych niż jednostkowe przypadki, na pewno byłaby dostrzegalna. Niestety, liczba teoretycznych prac czy cytowania nikogo specjalnie nie ruszają i IMHO trudno się temu dziwić.
Obecnie Nobla z ekonomii otrzymali trzej Panowie, którzy określili że inwestycje w naukę skutkują długofalowo rozwojem gospodarczym państwa.
Bez nauki podstawowej w medycynie nie znali byśmy mechanizmów, których znajomość wykorzystujemy do opracowania konkretnych leków w "biznesie".
Czy czasem ci trzej Panowie nie potwierdzili obecnego prymatu badań stosowanych nad podstawowymi? Lepszy produkt wypierający gorszy jest raczej efektem badań stosowanych.
Należy zwrócić uwagę, że badania stosowane nie byłyby możliwe bez badań, nomen omen, podstawowych.
Co nie zmienia faktu, że obecnie dominują na świecie badania stosowane i to one napędzają światową gospodarkę ale niestety nie polską.
Ten temat jest już tak oklepany na FA, że stał się nudny.
Problem jest znacznie bardziej złożony i piszę to jako osoba, która często dla rzeczonego "biznesu" robi rzeczy - w jego rozumieniu - niemożliwe.
Otóż tenże biznes - przede wszystkim w osobach swoich zarządców - bardzo często wykazuje się daleko posuniętą ignorancją i infantylnością. W efekcie robią (ci zarządcy) rzeczy, które stoją w sprzeczności nie tylko z wiedzą naukową, a także zdrowym rozsądkiem.
Polski naukowiec nic nie znaczy. Nic dla kraju nie zarobił i tak jak polscy sędziowie pasożytuje.
Skoro ktoś się do Pana zgłosił to faktycznie nie był zbyt rozumny , bo reszta do polskiego naukowca się nie zgłasza, a takich jest znacznie więcej.
Potwierdza to praca na rzecz biznesu środowiska naukowego w Polsce. Jest prawie zerowa.
Niestety elity tego kraju jak naukowcy czy sędziowie są elitami tylko z nazwy.
To dlaczego szanowny kolega bryluje w tak szemranym towarzystwie?
Bo to taka praca, że można sobie rano pospać dłużej.
Niska motywacja, aj aj... Można się tego spodziewać po co bardziej podejrzanych polskich naukowcach, zwłaszcza humanistycznych (lubią się wysypiać pod pozorem, że w nocy czytali książkę), ale że kolega tak... Zgnilizna sięgnęła daleko.
Bądźmy poważni. Recepty, które podaje p. Bartosz, na ministerstwie zrobią okrągłe zero wrażenia, a skutecznie utrudnią życie... samym utrudniającym. Rezygnacja z udziału w radach umocowanych w ustawie lub statucie? Prowadzenie zajęć niezgodnie z zapisami regulaminów i sylabusów (tzn poza terenem uczelni)? Nieocenianie (kolejne jawne naruszenie wyartykułowanych na zdecydowanej większości uczelni bardzo jasno obowiązków pracowniczych)? I to wszystko w roku masowych ocen pracowniczych? Kogoś tu autor nie lubi.
Uwielbiam te humanistyczne bóle fantomowe: "fetyszyzację wskaźników i cytowań". No pewnie, lepiej nie mieć cytowań, najlepiej wszak w ogóle nie prowadzić badań. Zamiast tego wydawać fantasmagorie w rodzimym języku, bo przecież nie gęsi. Podam przykład: pewien znany politolog, który kiedyś europosłem był, chwali się, że napisał 15(!) książek!!! Czy do przedstawicieli nauki to dociera: 15 monografii. Jakież to polskie.
A tymczasem znam noblistów, którzy w swoim życiu wydali 0 (słownie: zero) monografii.
Co zaś się tyczy proponowanego przez pana humanistę strajku, to - choć sam zamysł uważam za wręcz konieczny do wdrożenia - obawiam się, że będzie ciężko przekonać środowisko do zajęcia wspólnego stanowiska, o wyjściu na ulicę (jakkolwiek to brzmi) nie wspominając. Ale kto wie. Proszę zaproponować termin, miejsce, sposób, może zająć się koordynacją. Słowem: przejść od słów do czynów (co dla humanisty może być jak zrobienie kroku nad przepaścią).
I jedynie z obowiązku przypomnę: humanistyka to nie nauka.
Już któryś raz widzę tego typu komentarz z Pana strony dotyczący humanistyki. Ewidentnie jest Pan uprzedzony, a powody jak zawsze w takich sytuacjach są osobiste, nigdy nie merytoryczne. W najlepszym przypadku są osobliwą mieszanką jedych i drugich. Tak czy siak - o niewielkiej wartości poznawczej.
Czyżby projekcja?
U Pana? Całkiem możliwe.
Oczywiście, że humanistyka to nauka (dokładniej: zbiór nauk), w Polsce słowo "nauka" ma za sobą podobną tradycję jak w Niemczech "Wissenschaft", czyli obejmuje i nauki "miękkie", i "twarde".
Angielskie "science" to co innego niż polska "nauka", nie należy mylić nauk przyrodniczych, empirycznych, technicznych czy ścisłych z nauką ogółem.
Ehę, ehę...
A jak to będzie w piśmie obrazkowym?
A teraz twardo (czyli naukowo): humanistyka nie stosuje ogólnej (obiektywnej) metody badawczej, a nade wszystko nie poddaje się zasadzie falsyfikacji, która na świecie jest powszechnie stosowanym wyznacznikiem naukowości => humanistyka nie jest nauką, gdyż jest - jak sama wielokrotnie podkreśla - (jedynie) humanistyką.
Falsyfikacja nie jest wyznacznikiem naukowości, co najwyżej wyznacznikiem statusu "science". A jak już wiemy, "nauka" i "science" to nie to samo.
W dodatku zasadę falsyfikowalności Karl Popper sformułował prawie sto lat temu. To nie był koniec historii, trochę się jednak od tamtego czasu w naszej wiedzy pozmieniało. Dziś już wiemy, że to zasada przydatna, ale ograniczona, a nie uniwersalna, bo nawet nauki przyrodnicze nie do końca działają tak, jak by chciał Popper. Tutaj przykład z fizyki: https://www.symmetrymagazine.org/article/falsifiability-and-physics?language_content_entity=und
Kto wie? (Poza humanistami próbującymi wciąż i bez końca odwracać kota ogonem.)
Jeżeli coś się nie poddaje falsyfikacji, to staje się dogmatem (w najgorszym przypadku) lub bełkotem (w najlepszym). To pierwsze charakteryzuje gros humanistów starszej daty, to drugie pozostałych. Wszak - jak wiemy - gdzie się spotka 3 humanistów, tam pojawia się 2^3-1 opinii. (I tylko ten jeden przypadek, będący zbiorem pustym, niesie ze sobą prawdę.)
Mogę tylko cierpliwie powtórzyć, że przedstawione przez Pana w tych komentarzach rozumienie falsyfikacji (dotyczące "science", a nie nauki ogółem) zostało zaproponowane przez Poppera prawie sto lat temu. Od dawna już wiemy (por. prace Kuhna czy Latoura, że sięgnę tylko do klasyków sprzed kilku dekad, nie odnosząc się nawet do nowszych prac choćby z zakresu STS, czyli science and technology studies), iż jest mniej uniwersalne, niż chciałby sam Popper.
I na tym skończę, bo ileż można podawać wyjaśnienia i źródła, jeśli po drugiej stronie pojawia się tylko subiektywne głębokie przekonanie, niepoparte żadnym odniesieniem do jakiejkolwiek wiedzy i niewzruszone merytorycznymi kontrargumentami. :)
Tak czy inaczej pozdrawiam!
Mogę tylko cierpliwie tłumaczyć, że jeśli coś się nie poddaje falsyfikacji, to jest dogmatem.
Przytoczone źródło nie jest naukowe: to tekst popularny, żeby nie powiedzieć beletrystyka.
Podał Pan "argument" starości zasady falsyfikacji: w jego "logice" zatem za powtarzanie twierdzenia Talesa należałoby skazywać na stos, wszak jest takie stare...
Będę więc do znudzenia powtarzał: humanistyka nie była, nie jest i nie będzie nauką.
Mimo, że sam pracuję w dziedzinach eksperymentalnych, nie podzielam przekonania szanownego kolegi, że wyrżnięcie w pień przedstawicieli nauk humanistycznych i likwidacja ich działalności poskutkowałoby automatycznie otwarciem przed resztą uczonych w Polsce świetlanych perspektyw. A najwyraźniej do tego się wszystko sprowadza.
"nauki" techniczne to w świecie anglosaskim nie nauki, ale "technology". Oni za naukę uważają naukę. To co nia jest. Czyli zdobywaniem wiedzy o świecie, poznawaniem prawdy o świecie. Jej wdrożenie ("nauki stosowane"?) to już technologia, inżynieria - to co antyczni nazywali "techne".
Słuszna uwaga, dziękuję, pospieszyłem się z uwzględnieniem nauk technicznych w tym zestawieniu (co jest zresztą kolejnym argumentem na rzecz tezy, że polskie słowo "nauka" i angielskie "science" znaczą co innego).
O ile wiem NOBEL też nie napisał żadnej monografii, a dzieła wielu noblistów zmieszczą się na 1 kartce papieru , bez literatury. Literatura nie pasuje do wypowiedzi MB
No tak, ale czy Nobel był naukowcem? Był doskonałym biznesmenem, doskonałym inzynierem. Ale mimo wszytsko chyba jednak nie naukowcem...
Naukowcy mogliby się wziąć za uczciwą pracę, co szkodzi łączyć pracę na uczelni z pracą w sektorze prywatnym? no chyba, że mówimy o takich naukowcach, którzy żyją z pisania artykułów o niczym tak jak ten powyżej :o oni rzeczywiście raczej zatrudnienia nigdzie poza sektorem państwowym w nauce nie znajdą :o
Bizbesmeni mogliby się wziąć za uczciwą pracę, co szkodzi łączyć pracę w sektorze prywatnym z praca na uczelni? Chyba że mówimy o takich biznesmenach, którzy żyją z produkowania czegokolwiek, co daje dochód. Oni rzeczywiście nigdzie poza sektorem napędzania bezsensownej konsumpcji zatrudnienia nigdy nie znajdą :o
(to tak tylko dla zabawy, zobaczyć jak to wygląda w takim ujeciu)
Brzmi całkiem mądrze, ciągnąc dalej dla wydajności najlepiej niech każdy pracuje na kilka etatów za jedną pensję; na uczelniach już tak jest - etat dydaktyczny, etat naukowy, pół etatu administracyjnego a niedługo może pół etatu popularyzacyjnego, razem 3 etaty a pensja jedna. ;)
Tak jest, "Studenci do nauki, literaci do pióra!". Ale to już było...
A jak pan definiuje "uczciwą pracę"? Bowiem, z pańskiej wypowiedzi wnioskuję, że jako naukowiec, zajmuję się nieuczciwą pracą. Pyta się pan: "co szkodzi łączyć pracę na uczelni z pracą w sektorze prywatnym?". Szkodzi i to dużo. Jeśli doktorat zrobiłem z dziedziny X., która jest bardzo wymagająca, a ma się NIJAK do moich zajęć dydaktycznych (które też są bardzo wymagające), to jak mam sobie wyobrazić pracę w sektorze prywatnym? Z faktu, że osoba wypowiadająca się w powyższym artykule, jest politologiem, wnioskuje pan, że wszyscy naukowcy "żyją z pisania artykułów o niczym". OWSZEM, uważam (zresztą pisałem o tym w jednej z dyskusji), że niemałą część polskiej nauki zdominowali amatorzy pisaniny o-siamtym-i-owamtym, ale NIE opatruję tą etykietką tego pana, który wypowiada się w tym artykule. Nie znam jego prac i raczej stronię od uogólniania, które często jest krzywdzące.
A co panu szkodzi najpierw być osiem godzin tragarzem a przez kolejne osiem godzin operować młotem pneumatycznym? Człowiek ma ograniczone zasoby sił.
Cały czas strajkujemy tylko jest to strajk włoski, więc w oczy się nie rzuca. Piszemy dużo artykułów ale z naukowego punktu widzenia są one bezwartościowe.
Na tym polega nasz strajk.
Proszę pisać za siebie, względnie za PAN (który jest potrzebny jak świni siodło).
@ MB,
A uczelnie wyższe są Nam potrzebne? Tym bardziej, że jesteśmy krajem skolonizowanym.
Polska jest "krajem skolonizowanym"? Ale zaleciało zapachem kato-prawicy (czyli w istocie bolszewickiej lewicy).
Brednie
@ MB,
Denerwujesz się kolego. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Szanowny Panie Profesorze
Bardzo cenię sobie Pana wypowiedzi tutaj (przynajmniej ich większość). Natomiast proszę nie pisać, że "Piszemy dużo artykułów ale z naukowego punktu widzenia są one bezwartościowe.", bowiem można z tego domniemywać, że wszyscy naukowcy w Polsce piszą wyłącznie bezwartościowe prace naukowe. A to jest KRZYWDZĄCA opinia.
Nie, są też łamistrajki 😊
W ramach strajku też uganiamy się za grantami zamiast robić badania.