Nie ma dobrej nauki bez finansowania. Bez większych, stabilniejszych i bardziej przewidywalnych nakładów trudno będzie rozwiązać problemy niepewności, przeciążenia, niskiej atrakcyjności kariery badawczej czy odpływu ludzi z akademii. Postulat zwiększenia środków na naukę jest więc konieczny i powinien pozostać jednym z najważniejszych tematów debaty publicznej. Ale pieniądze nie są jedynym problemem.
Chcielibyśmy zwrócić uwagę na proces kształcenia doktorantów. To na tym etapie młodzi badacze uczą się, czym w praktyce jest praca naukowa. I wtedy kształtują się zarówno ich kompetencje badawcze, jak i te transwersalne – stanowiące wyobrażenia o współpracy, funkcjonowaniu w instytucjach systemu nauki, realizacji projektów badawczych czy miejscu nauki w społeczeństwie.
Jeżeli więc chcemy zmieniać polską naukę, warto zacząć także od pytania, jak kształcimy doktorantów i czy jesteśmy zadowoleni z efektu. Czy reforma, która wprowadziła szkoły doktorskie, to już koniec, czy dopiero początek zmian? System kształcenia doktorantów może reprodukować słabości całego środowiska: indywidualizm, silosy dyscyplinarne, brak systemowego wsparcia i zależność od dobrej woli pojedynczych osób. Ale może też stać się miejscem, w którym te nawyki zaczniemy zmieniać.
Z tej perspektywy patrzymy na doktoraty w projekcie METEOR, finansowanym z programu Horyzont Europa. Dotyczy on rozwijania kompetencji transwersalnych, czyli przekrojowych, u doktorantów i badaczy na wczesnym etapie kariery. Chodzi o takie kompetencje, jak współpraca, komunikacja, planowanie pracy i projektów, dawanie i przyjmowanie feedbacku, myślenie o wpływie społecznym, poruszanie się między sektorami czy współpraca z osobami spoza własnej dyscypliny. Co istotne, nie pytamy tylko o to, jakie kompetencje doktoranci powinni nabyć, lecz przede wszystkim, w jakich warunkach mogą się tego realnie nauczyć.
W ramach projektu powstał niedawno policy brief, sformułowany na podstawie badań systemu kształcenia doktorantów w 10 europejskich krajach oraz pierwszych wniosków z pilotażu programu kształcenia METEOR. Nie jest to (póki co) gotowa recepta na reformę szkół doktorskich czy systemu kształcenia młodych badaczek i badaczy, ani też odpowiedź na wszystkie bolączki systemu. To raczej mapa napięć i powiązanych z nimi praktycznych rekomendacji.
Pierwsze napięcie dotyczy relacji między głęboką wiedzą dyscyplinarną a świadomością systemu. Doktoranci często dobrze znają swoją dyscyplinę, ale słabiej rozumieją system, w którym mają funkcjonować. Nie chodzi o abstrakcyjną wiedzę o polityce naukowej, ale o bardzo praktyczne sprawy: jak ustalać oczekiwania z promotorem, jak planować pracę, gdzie szukać wsparcia, jak reagować, gdy temat się rozjeżdża, jakie są kryteria oceny i jakie są możliwe ścieżki kariery. Dlatego uważamy, że potrzebne jest lepsze, zinstytucjonalizowane wejście w doktorat: sensowne wdrożenie od rozpoczęcia szkoły doktorskiej, wsparcie rówieśnicze i czas na doprecyzowanie problemu badawczego z odpowiednim feedbackiem, a nie tylko formalne rozpoczęcie programu.
Drugie napięcie związane jest z warsztatem badawczym i kompetencjami transwersalnymi. Doktorat słusznie powinien uczyć metod, przeglądu literatury, pisania tekstów i prowadzenia badań w danej dyscyplinie. Problem zaczyna się wtedy, gdy uznajemy, że to wystarczy. W praktyce praca badawcza coraz częściej oznacza pracę w projektach, zespołach, konsorcjach, między dyscyplinami i sektorami. Trzeba umieć dzielić zadania, prowadzić spotkania, pisać projekty, reagować na feedback, komunikować wyniki różnym odbiorcom. Tych rzeczy nie da się nauczyć wyłącznie z wykładu. Warto je ćwiczyć w praktyce, na konkretnych zadaniach, a przedmioty z tzw. kompetencji miękkich nie mogą być traktowane jako „zapychacze” programu szkół doktorskich.
Trzecie napięcie dotyczy kariery akademickiej i ścieżek poza akademią. System często projektuje doktorat tak, jakby naturalnym celem był etat na uczelni. Tymczasem wielu doktorów trafia do instytucji badawczych poza uczelniami, administracji, organizacji pozarządowych, think tanków, sektora prywatnego albo ról hybrydowych, łączących badania, wdrożenia, doradztwo i zarządzanie projektami. To nie jest osobista porażka czy błąd systemu. To pełnoprawne miejsce wykorzystania kompetencji badawczych nabytych w ramach kształcenia doktorskiego. Dlatego ścieżki pozaakademickie nie powinny być traktowane jako plan B czy ostatnia deska ratunku, ale jako normalna część ekosystemu wiedzy.
Czwarte napięcie opisujemy jako relację między „eco-inwards” i „eco-outwards”. W pierwszym przypadku (eco-inwards) badania są projektowane głównie „do środka”: pod wymagania grantowe, instytucjonalne, logikę ewaluacji, publikacje, seminaria i wewnętrzne wskaźniki. W drugim przypadku (eco-outwards) badania są widziane jako część szerszego ekosystemu: społecznego, gospodarczego, politycznego, instytucjonalnego. Nie chodzi o to, żeby każde badanie miało natychmiastowe wdrożenie. Chodzi raczej o to, żeby doktoranci uczyli się rozumieć, gdzie ich praca funkcjonuje poza własną dyscypliną i instytucją. Pomaga w tym mapowanie interesariuszy, myślenie o odbiorcach wyników, planowanie wpływu, rozmowa z praktykami i rozumienie ograniczeń działania poza akademią.
Piąte napięcie dotyczy indywidualnego rozwoju i zespołowego wytwarzania wiedzy. Doktorat jest nadal oceniany głównie indywidualnie: własny temat, własna rozprawa, własne publikacje, własna obrona. Jednocześnie coraz więcej badań powstaje zespołowo: we współautorstwie, w projektach, konsorcjach, grupach roboczych, we współpracy między instytucjami. Młody badacz ma więc być jednocześnie samodzielny i skuteczny we współpracy. System relatywnie dobrze uczy samodzielności (choćby przez wrzucenie na głęboką wodę), ale znacznie słabiej uczy praktyk współpracy: podziału ról, podejmowania decyzji, rozwiązywania konfliktów, komunikacji i odpowiedzialności za wspólny rezultat. Praca zespołowa czy projekty grupowe w szkołach doktorskich przypominają raczej pracę nad projektem na poziomie studiów I lub II stopnia, a nie symulują współpracę w środowisku akademickim.
Co z tego wynika w praktyce? Część problemów wymaga pieniędzy. Nie da się dobrze kształcić doktorantów w warunkach permanentnego przeciążenia, niepewności i niedofinansowania. Ale niektóre rekomendacje dotyczą sposobu organizacji doktoratu i można je wdrażać względnie niskim kosztem.
Po pierwsze, warto lepiej zaprojektować początek doktoratu: wdrożenie, wsparcie rówieśnicze, rozmowę o oczekiwaniach, ryzykach i dostępnej pomocy; potrzebne są regularne formaty pracy grupowej i peer mentoringu, szczególnie w pierwszych miesiącach. Po drugie, promotorzy i mentorzy także potrzebują przygotowania do pracy z doktorantami, zwłaszcza tam, gdzie chodzi o feedback, planowanie i wsparcie w kryzysach. Po trzecie, kompetencje transwersalne powinny mieć realne miejsce w programie, a nie być dodatkiem „po godzinach” lub „zapychaczem”. Po czwarte, warto wprowadzać zadania zespołowe z konkretnym celem, a efekty współpracy powinny być bardziej widoczne i doceniane obok indywidualnych osiągnięć. W końcu po piąte, chcielibyśmy rekomendować normalizację ścieżek pozaakademickich jako pełnoprawnych dróg rozwoju młodych badaczek i badaczy.
W projekcie METEOR stworzyliśmy pilotaż programuzakładającego pracę w rówieśniczych zespołach doradczych (peer mentoring groups), w których doktoranci i badacze na wczesnym etapie kariery z różnych krajów i dziedzin nauki mają za zadanie wypracować wniosek grantowy odpowiadający na wyzwania społeczne (idea eco-outwards). Uczestnicy są wspierani przez mentoring doświadczonych badaczy, ewaluację przypominającą tę z programów grantowych, materiały szkoleniowe (dostępne dla wszystkich na stronie internetowej programu) oraz dwie akademie, gdzie na żywo spotykają się, by pracować nad wnioskiem. Po ewaluacji programu planujemy wdrożyć go w niektórych instytucjach zaangażowanych w projekt oraz zaproponować model, który będzie możliwy do wdrożenia także przez inne kraje i uczelnie.
Ważne jest przy tym, żeby nie przerzucać całej odpowiedzialności na jedną grupę: doktorantów, promotorów albo szkoły doktorskie. Jest to relacja systemowa. Doktoranci potrzebują własnej sprawczości, promotorzy lepszych narzędzi i czasu, szkoły doktorskie sensownej organizacji, a instytucje stabilnych warunków działania.
Dlaczego to ma sens? Bo finansowanie nauki wraca do społeczeństwa nie tylko w postaci publikacji, patentów i wdrożeń. Wraca także przez ludzi i ich kompetencje. Osoby po doktoracie trafiają do różnych sektorów: akademii, administracji, biznesu, organizacji społecznych, think tanków i instytucji badawczych. Jeżeli potrafią analizować złożone problemy, pracować projektowo, współpracować, komunikować wyniki i myśleć o wpływie, zwiększają potencjał innowacyjny całego społeczeństwa.
Jan Bazyli Klakla, Martyna Gliniecka
dr Jan Bazyli Klakla – dyrektor ds. migracji, polityki społecznej i współpracy rozwojowej w CASE – Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Jego zainteresowania badawcze obejmują migracje, socjologię prawa, szkolnictwo wyższe oraz polityki publiczne.
dr Martyna Gliniecka – starsza analityczka ds. nauk społecznych w CASE – Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Specjalizuje się w badaniach społecznych i politykach publicznych, ze szczególnym uwzględnieniem młodzieży, technologii cyfrowych, metod partycypacyjnych oraz cyfrowego zdrowia młodych ludzi.
Zdumiewa fakt, że wcześniej te wszystkie rzeczy z powodzeniem załatwiał promotor doktoratu razem ze współpracownikami.
A dziś, jak to rzekł Jerome K. Jerome, całego pudełka pigułek za mało. Oczywiście można argumentować, że doktoranci 30 lat temu byli po prostu kiepskimi doktorantami, a ich doktoraty nie były wiele warte w porównaniu ze współczesnymi. Ale nie sądzę, żeby taką tezę dało się łatwo obronić.
Mieliscie dziejowa szanse zawalczyc o polepszenie waszej sytuacji materialnej zwlaszcza tych ktorzy sa na dole hierarchii smiesznych uczelni w Polsce. Ludzie przegonili komunistow z prawicy i wybrali komunistow z lewicy. Bylo wychodzic na ulice i strajkowac za Tuska. Kazda partia polityczna polepsza finansowo grupy zawodowe pracujace w budzetowce, pielegniarki maja 10k netto na reke, strazacy i policjanci oraz nauczyciele maja 7k nett co miesiac, bo to jest ich elektorat oraz spadochron dla ex politykow. Bylo strajkowac bo jak by wam kase dal Tusk i lewicowi komunisci to watpie w to jak znowu zacznie rzadzic prawica aby wam te przywileje zabrali. Polityka rzadow od 1989 polega na rozkradaniu kraju oraz zadluzenianiu kraju i nikt nie przejmuje sie co bedzie w przyszlosci. A tak wroci konfa i pis za rok i beda dotowac organizacje koscielne i znowu rozkradac kraj a wy na nic sie nie zalapaliscie jak zwykle.
Mysle, że nazwa ma znaczenie i kiedy po studiach przechodzi się do Szkoły Doktorskiej wiekszasc ludzi teoretycznie przygotowanych do samodzielnego myślenia uwsteczna się. Zatem: definicje "Słowo szkoła ma fascynującą historię! Pochodzi ono od starogreckiego słowa scholé (σχολή), które pierwotnie oznaczało... święty spokój, wolny czas i odpoczynek.Z czasem greckie pojęcie zaczęło być używane w kontekście czasu wolnego poświęcanego na dyskusje i naukę. Następnie przeszło do łaciny jako schola (wykłady, miejsce spotkań), skąd trafiło do języka niemieckiego (Schule) i ostatecznie do języka polskiego jako "szkoła"." A czym są studia: "Słowo studio wywodzi się z języka włoskiego, w którym słowo studio oznacza naukę, badanie lub pracownię.Jego źródła sięgają łacińskiego czasownika studere, który tłumaczy się jako „dążyć do czegoś”, „przyładać się” lub „być gorliwym”. Z tego samego pnia etymologicznego pochodzą również nasze polskie „studia” (edukacja)." Proszę zwrócić uwagę, że od nauki, badań i pracowni, przechodzimy do Szkoły, czyli czasu wolnego, gdzie doktorant czeka aż mentor zagospodaruje jemu czas wolny.
Również jestem zdania, że ścieżka od normalnego asystenta naukowego, przez "studenta" studiów doktoranckich, aż do obecnego "ucznia" szkoły doktorskiej, zdaje się ostatecznie prowadzić do przedszkola. I nie przypominam sobie, żeby w latach, kiedy robiłem doktorat jako asystent w instytucie, ktoś otaczał mnie specjalną opieką i wyrabiał we mnie umiejętności społeczne. Ja zwyczajnie pracowałem na etacie i robiłem robotę, zmierzającą ostatecznie do doktoratu. Dorosły byłem.
Moja doktorantka ostatnio musiała brać udział w grze miejskiej i szukaniu bodajże pokemonów. Musiał też biegać z innymi i skakać po korytarzu uczelni. To miało w niej wyrabiać umiejętności współpracy w grupie. Wszystko zapewne wzięte z jakiegoś kretyńskiego podręcznika. A jest to facetka, która na studiach kierowała kołem naukowym, była starostą roku, jeździła na Erasmusa, a już licencjat robiła w międzynarodowym zespole badawczym... Dla mnie to są kpiny.
@Ferdynand
Czy rzeczywiście nazwa "Szkoła Doktorska" jest aż tak odstręczająca?
I na co to może mieć wpływ, bo przecież ostatecznie to zasady tego programu oraz sami prowadzący decydują, jak taka szkoła ma być prowadzona, na jakich zasadach ma działać.
A później mlody doktor, jak będzie zdolny to znajdzie się pomysl na artykuł?
https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-7-8-2024/czasami-bywa-za-wczesnie%E2%80%A9/
https://sciencewatch.pl/536-sprawa-dr-olgi-witkowskiej-pilaszewicz-z-sggw-uniewinnienie-odwolanie-uchylony-wyrok-uniewinnienie
Zacznijmy najpierw od likwidacji mobbingu, wspierania kultury akademickiej I unikania patodziennikarstwo,
Które może zniszczyć młodego doktora.
Sama prawda, kiepscy dziennikarze, którzy nakręcają tematy i spirale nienawiści, a później jak gdyby nigdy nic przepraszanie, ale mleko się już rozlało, a rozsypanego pierza na wietrze nie da się już zebrać. Ile to młodych doktorantów zniszczył pan Wroński i forum akademickie swoimi pomówieniami? Do tego współpraca zakompleksionych i niespełnionych naukowców bawiących się w dziennikarzy naukowych z osobami, które chcą zniszczyć polską naukę i polskich naukowców, w tym młodych doktorów i doktorantów. Co smutne nikt z tym nic nie robi i pozwalają ingerować takim jegomościom w działanie suwerennych uczelni. W środowisku mówi się o terroryzowaniu rektorów polskich uczelni przez małą grupkę wpływu, w której podobno jeden naukowiec działa na zlecenie swoich mocodawców pośrednio z niemiec, a docelowo z rosji. Wymuszają podobno zatrudnianie w Polsce swojej ekipy w roli specjalistów lub na jakiś dziwnych etatach naukowych.
Państwo autorzy chcą uczyć życia społecznego już dorosłe osoby jakimi są doktoranci.
To są właśnie te doktoraty tych autorów, które nic nie znaczą, ale są też i takie tytuły profesorskie co nic nie znaczą.
Odgarnięcie ziarna od plew wśród ludzi jest bardzo trudne.
Przykre jest tylko to, że mieszają i sieją dezinformację.