Aktualności
Sprawy nauki
27 Kwietnia
Źródło: archiwum prywatne
Opublikowano: 2026-04-27

Otrząśnijmy się z chocholego tańca

Po głębokich zmianach wprowadzanych pod wpływem najpierw wewnątrzgrupowych lobbystów, później sentymentów polityczno-religijnych ministrów, dzisiejszy system oceny jakości badań naukowych mierzy wiele zjawisk, ale nie jakość badań. Dlatego za naturalne przyjmuję zmiany proponowane przez obecne kierownictwo resortu. W ich wyniku system jeszcze mniej – o ile to możliwe – będzie mierzył jakość badań – pisze prof. Przemysław Wiszewski z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Listy czasopism ogłaszane przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego odgrywają jedną istotną rolę: skłaniają środowisko akademickie do dyskusji nad swoim funkcjonowaniem. To cenne dla całego systemu. Natomiast jest jasne, że jeśli wybiera się miejsce publikacji wyników badań, kierując ministerialną punktacją, to nie ma to bezpośredniego związku z troską o udział w dyskursie naukowym.

Debata właściwa dla odpowiedniej subdyscypliny czy pola badawczego toczy się bowiem zgodnie z własnymi zasadami: publikuje się tam, gdzie zaglądają i dyskutują najbardziej nowatorscy i aktywni badacze w ramach naszej subdyscypliny. A to nie muszą być wysoko punktowane czasopisma z list, bo wielu badaczy, często najlepszych, tam po prostu nie ma. Ba, powiem nawet, że dla niektórych dyscyplin humanistycznych czasopisma mają drugorzędne znaczenie, gdyż z racji specyfiki celu poznawczego pierwszorzędną rolę odgrywają monografie.

Lista ministerialna nie ma żadnego znaczenia i wpływu na rozwój nauki. Ale ma znaczenie dla polskich instytucji – a wtórnie dla ich pracowników – które poprzez zdobywanie punktów uczestniczą w mechanizmie zarządzania prestiżem. Przy tym budowanie prestiżu w oparciu o to i pokrewne narzędzia odbywa się wewnątrz niewielkiej grupy społecznej. Poza nią oznaki tego prestiżu nie mają żadnego znaczenia.

Podnosi się argument, że uzyskiwane w tzw. ewaluacji jakości badań (a częścią tego mechanizmu są owe listy) kategorie rzutują na finanse instytucji i dyscyplin. Jest to prawdziwe w bardzo ograniczonym stopniu. Po pierwsze dlatego, że ministerstwo nie dopuszcza do gwałtownych zmian kategorii wielu dyscyplin w jednej jednostce. Po drugie, ministerialny algorytm wyliczania subwencji blokuje głębsze zmiany finansowania z tytułu zamian kategorii. Po trzecie, to nie kategorie jakości badań w dyscyplinach decydują o poziomie finansowania uczelni. Dane obrazujące wzrost przychodów uczelni z tytułu przepływów środków z ministerstwa po ostatniej ewaluacji wskazują, że kluczowe znaczenie ma… wola ministra. A ta, jak na razie, nie szła w parze z fluktuacją kategorii jakości badań. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w poszczególnych instytucjach. Bo pamiętajmy, że subwencja finansuje uczelnie, nie poszczególne dyscypliny z ich kategoriami.

Nie ma żadnego powszechnego mechanizmu podziału środków subwencyjnych pomiędzy dyscypliny zgodnie z uzyskanymi kategoriami naukowymi. I tak 70–80% subwencji w jednostkach idzie na wynagrodzenia. Reszta jest dzielona głównie na potrzeby infrastrukturalne. Na badania przeznacza się realnie 5–10% sumy (to i tak bardzo dużo, większość instytucji mogła, według mojej wiedzy, pozwolić sobie na 1–2% realnego wsparcia badań środkami subwencyjnymi), którą dzieli umowa między kierującym instytucją i odpowiednimi grupami nacisku. Jako członek dyscypliny historia z kategorią A+ otrzymywałem kilkaset złotych rocznie na badania. Dużo mniej niż koleżanki i koledzy z uczelni, w których moja dyscyplina była oceniana na B+.

O tym, że spór wokół mechanizmów „oceny jakości badań naukowych” toczy się o prestiż, świadczą próby porównywania wyników punktowych między dyscyplinami. Jest to tak sprzeczne z przyjętą logiką systemu ewaluacji nauki, że trudno to zrozumieć. Ale taka praktyka staje się zrozumiała, gdy uznamy, że przedmiotem sporu jest nie obiektywna jakość wyników badań czy zarządzania aktywnością naukową, lecz subiektywny, wewnątrzgrupowy prestiż. Nie zamierzam odnosić się do takiej aktywności. Każda grupa społeczna buduje swoje struktury i stabilizuje je wyznacznikami prestiżu. Kształt tych mechanizmów, sposób ich ustalania i dyskutowania wskazują, co jest celem funkcjonowania grupy.

Po głębokich zmianach wprowadzanych pod wpływem najpierw wewnątrzgrupowych lobbystów, później sentymentów polityczno-religijnych ministrów, dzisiejszy system oceny jakości badań naukowych mierzy wiele zjawisk, ale nie jakość badań. Dlatego za naturalne przyjmuję zmiany proponowane przez obecne kierownictwo MNiSW. W ich wyniku system jeszcze mniej – o ile to możliwe – będzie mierzył jakość badań. Natomiast będzie służył zaspokojeniu potrzeb politycznych kierownictwa resortu, potrzeb prestiżowych grup lobbystów, wreszcie będzie definiował rozkład sił w strukturach wewnątrz społeczności akademickiej w całym kraju. Polityczny charakter procedury spowoduje zaś, że ulegnie ona zmianie wraz ze zmianą ministra, a już najpewniej wraz z powstaniem nowej koalicji rządzącej.

Wykorzystywanie skonstruowanego przez ministra Czarnka mechanizmu zarządzania sektorem nauki i szkolnictwa wyższego, w którym za pomocą formalnych i nieformalnych bodźców ręcznie i w zgodzie z intencją polityczno-ideologiczną kieruje się całym sektorem, ma dla nas – nie dla polityków! – swoje konsekwencje. Na skutek skoncentrowania dyskusji na wewnętrznych mechanizmach budowania prestiżu postępuje alienacja środowiska naukowego w społeczeństwie. Z tego zaś wynika malejący wpływ grupy akademików na otoczenie i adekwatne dostosowywanie działań polityków względem nas. W początkach pracy rządu premiera Tuska zwracałem uwagę, że na naukę nie będzie pieniędzy, jeśli nie przekonamy polityków i społeczeństwa do szybkich zysków ze wsparcia nauki. Korzyści dotykalnych, szeroko komentowanych w przestrzeni medialnej, odczuwalnych jako swoje przez większość obywateli. Nie podjęto tego tematu. Nasze skomplikowane raporty trafiają tam, gdzie politycy hodują pająki. W rezultacie odbiór społeczny nauki kształtowały problemy z Collegium Humanum. A to nie sprawiało, że politycy w obecnej sytuacji czuli presję na finansowanie sektora o marginalnym oddziaływaniu społecznym.

Czy władzom politycznym naszego sektora zależy na jakości nauki i edukacji wyższej? Wszystkie oznaki po dwóch latach sprawowania władzy wskazują, że nie. Gdyby było inaczej, mielibyśmy już kompleksową ocenę i propozycje zmian w Prawie o szkolnictwie wyższym i nauce. Dyskutowalibyśmy o wynikach ewaluacji skutków działań PKA dla aktywności dydaktycznej w powiązaniu z wynikami zatrudnienia i wysokością wynagrodzeń absolwentów (lekko zapomniana ELA). Posiadalibyśmy adekwatny do zróżnicowanych celów jednostek mechanizm finansowania. I wreszcie – moglibyśmy analizować system oceny wydajności finansowania jednostek w odniesieniu do ich celów. Tymczasem dziś żaden z tych elementów nie może zostać poddany dyskusji, bo… nie istnieje. Ewentualnie znajduje się w ciągłej dyskusji kolejnych komitetów. Zmiany w ustawie PSWiN dotyczą rzeczy drugorzędnych. Ułatwią one administrowanie jednostkami, ale nie poprawią fundamentalnych możliwości uczelni. Procedowanie ustawy o Polskiej Akademii Nauk pokazuje brak mechanizmów merytorycznego namysłu nad celem funkcjonowania tej instytucji i determinacji w usprawnieniu jej funkcjonowania. Dyskusja nad mechanizmami oceny jakości badań jest… No cóż, jaka jest, każdy zainteresowany widzi.

Politycy mają swoją „agendę”. Potrzebują spokoju społecznego i stabilnego utrzymania własnej pozycji, a potem awansu w swoim środowisku na podstawie realizacji celów „prezesa”, „kierownika” lub „gospodarza”. Jeśli sektor nauki nie stawia im wymagań i nie burzy ich spokojnego snu, jeśli spolegliwie akceptuje narzucaną politykę, nie może spodziewać się ze strony polityków projakościowych działań, bo to nie leży w ich interesie.

Dyskusja nad listą czasopism nie przybliża nas do żadnego z kluczowych celów naszego sektora: istotnego uczestnictwa w światowym dyskursie naukowym; spełniania funkcji centrum dystrybucji wiedzy naukowej (ogólnoświatowej) w polskim społeczeństwie; pozyskiwania doskonałości dydaktycznej wynikającej z dwóch pierwszych punktów; służeniu społeczeństwu poprzez promowanie racjonalnej, otwartej dyskusji jako sposobu rozwiązywania sporów i uporczywe przypominanie, że nie ma demokracji bez kierowania się przez obywateli wiedzą tak obiektywną, jak to tylko możliwe. Ba!, pogłębia podziały sztucznie wywołane przez brak zrozumienia różnorodności szkolnictwa wyższego i Polskiej Akademii Nauk przez polityków. Uczelnie i instytuty naukowe w praktyce realizują różnorodne cele i w konsekwencji mogą odpowiadać na różne potrzeby społeczne. Nie znam żadnej instytucji – ale to może moja niewiedza – której wszyscy pracownicy są wybitnymi naukowcami, a ona cała poświęca się wyłącznie wsparciu nauki. Uważam, że zdecydowana większość instytucji nie jest w stanie zapewnić warunków do prowadzenia badań naukowych na przyzwoitym poziomie. Nie tylko ze względów finansowych. Bardzo często jest to skutek pielęgnowanej od lat kultury pracy, w której nie dostrzega się wspólnego poszukiwania prawdy o świecie jako wartości. I nie ma potrzeby, byśmy desperowali z tego powodu.

Jako naukowcy powinniśmy trzeźwo opisywać rzeczywistość. Zapytać się, jakie cele stawiają sobie instytucje? Jak chcą uzasadniać zapotrzebowanie na środki publiczne? I dopiero w odniesieniu do odpowiedzi na te fundamentalne pytania warto skonstruować system oceniający wywiązywanie się z planów i obietnic. W tym systemie – podkreślam: trzeźwej oceny realiów – kluczowe znaczenie musi odgrywać system grantowy, w którym jednostki i tworzone przez nie zespoły podejmują ryzykowną grę o odpowiedni poziom finansowania jakości badań naukowych. I jeśli instytucja naukowa nie chce lub nie może być ośrodkiem badawczym na poziomie przynajmniej europejskim w danej dyscyplinie, powinna dawać szanse pracownikom na realizację poprzez granty ich własnych ambicji i na ich komunikowanie otoczeniu.

Bo najważniejszym atutem sektora nauki nigdy nie były hierarchie wewnętrzne. Profesor w tramwaju jest dziś wart dla otoczenia równie wiele, co księgowy lub spawacz: albo jest kulturalnym współpasażerem, albo kłopotliwym natrętem. Jednocześnie erozja autorytetu społecznego całej społeczności akademików zachodzi od lat. Jest zjawiskiem globalnym, połączonym ze zmianami wartościowania informacji w przestrzeni publicznej. Ale w Polsce stała za nią także akceptacja przez środowisko naukowe roli milczącego bądź w przypadku niektórych osób i instytucji aktywnego wsparcia dla kolejnych partii władzy. Dziś deklarowanym celem społeczności akademickiej jest maksymalizowanie korzyści jej członków w oparciu o środki z budżetu państwa. Politycy mogą łatwo wykorzystywać ten mechanizm, by grając na podziałach wewnętrznych, uzależniać od siebie kluczowych aktorów naukowej sceny. Ale czy w rezultacie społeczeństwo wie, dlaczego ma nas finansować? Jeśli tak, to powinno wywierać presję na polityków, by dosypywali środków. Tymczasem nie widać takich działań.

Historycznie źródłem szczególnego autorytetu środowiska akademickiego było przekonanie, że jest to grupa ludzi mających unikalne kompetencje do poszukiwania prawdy i propagowania dróg dochodzenia do niej. W pragmatycznej tradycji amerykańskiej oznaczać to powinno materialne, łatwo mierzalne korzyści z aplikowania nowej wiedzy do potrzeb społecznych. W tradycji europejskiej prawda była wartością autoteliczną, nie wymagała uzasadniania dopóty, dopóki dążenie do niej było klarowne, a wyniki doceniane przez społeczeństwo, bo były aplikowane do życia tak kulturalnego, jak społecznego i gospodarczego z korzyścią dla obywateli.

Gdy religia traciła monopol na objaśnianie świata, nauka oferowała trudne, ale wiarygodne recepty na korzystanie z życia tu i teraz. Kształcąc opiniotwórcze elity, a pośrednio krytycznie myślących obywateli, budowała kościec dla społeczeństw demokratycznych. W świecie, gdzie dogmat nie ma znaczenia, pewność ma dawać nauka otwarta na krytykę i wsparta na weryfikowalnej jakości osiąganych wyników. Praca nad poszukiwaniem prawdy jako wartość sama w sobie, komunikowanie wyników tych poszukiwań obywatelom jako aktywność formująca cały system polityczno-społeczny to nasz, akademików, unikalny wkład w demokrację znajdującą się w tak głębokim kryzysie, jaki dziś obserwujemy.

To są wyjątkowe wartości, ważne dla całego społeczeństwa z samej swojej istoty. Nikt poza nami nie może ich realizować. To oferujemy otoczeniu. Ścieżki, jakie wybieramy w tym celu, powinniśmy oceniać krytycznie, w perspektywie korzyści dla tych celów. Czy dyskusje nad punktami na listach do czegoś nas przybliżą? Wątpię, ale to nie jest zarzut skierowany do kogokolwiek. To nie jest też sugestia, że „odeszliśmy od ideałów akademickich” albo że „politycy myślą tylko o sobie”. To wezwanie, byśmy skupili się na rzeczach ważnych. Wezwanie skierowane do osób i instytucji kierujących dyskursem dotyczącym organizacji naszego sektora.

W przestrzeni publicznej hasła powiązane z wartościami akademickimi wciąż krążą: bezinteresowne poszukiwanie prawdy, kształcenie w tym duchu młodzieży, otwartość na dyskusję z użyciem argumentów, nie zaś siły, wreszcie – niezależność od sekciarskich interesów, działanie dla dobra całej ludzkości. Wartości akademickie wciąż mają wielki autorytet, bo są ucieleśnieniem uczciwego, szczerego, a przez to godnego zaufania życia. Strząśnijmy z siebie narzucane nam, powierzchowne i czasami wręcz dramatycznie płytkie spory o wewnętrzny prestiż. To deprecjonuje wysiłek pokoleń naszych mistrzów. Wysiłek ludzi pragnących zdobyć wiedzę o rzeczywistości, by zastosować ją w życiu.

Twardo postawmy przed politykami nasze wartości i realne cele, jakie chcemy osiągać. Nie dajmy się omamić udziałem w kolejnych sieciach wpływu graczy lekceważących nasze wartości: komisjach, kongresach, ciałach doradczych i rozważających. Politycy powinni służyć społeczeństwu. Powiedzmy im, jak można wykorzystać naukę i nasz sektor dla dobra Polaków, Europejczyków, ludzi. Nie bójmy się wyjść z chocholego tańca bezużytecznych sporów. Życie jest za krótkie na lęk.

Przemysław Wiszewski

Dyskusja (22 komentarzy)
  • ~PŻ 12.05.2026 15:05

    Pozwolę sobie zacytować drugi akapit artykułu. Pisze Pan Profesor: „Debata właściwa dla odpowiedniej subdyscypliny czy pola badawczego toczy się bowiem zgodnie z własnymi zasadami: publikuje się tam, gdzie zaglądają i dyskutują najbardziej nowatorscy i aktywni badacze w ramach naszej subdyscypliny. A to nie muszą być wysoko punktowane czasopisma z list, bo wielu badaczy, często najlepszych, tam po prostu nie ma. Ba, powiem nawet, że dla niektórych dyscyplin humanistycznych czasopisma mają drugorzędne znaczenie, gdyż z racji specyfiki celu poznawczego pierwszorzędną rolę odgrywają monografie.”
    W cytacie tym zawarto kilka ciekawostek, na które należy zwrócić uwagę. Po pierwsze, „najbardziej nowatorscy i aktywni badacze” nie publikują w wysoko punktowanych czasopismach! Może to oznacza, że ich artykuły są za słabe? Lub rezygnują z tych czasopism, bo trzeba długo czekać na druk? A może coś jeszcze? Niestety, autor nie uzasadnił swojego stwierdzenia.

    Po drugie, z cytatu wynika, że jego subdyscyplina jest tak odmienna, że, prawdopodobnie, należy ją punktować inaczej, niż resztę. Gdyby dla każdej z dyscyplin zrobić osobną punktację, to wynik był by ten sam. Publikowano by tam, gdzie bardziej opłaca się. I wyniki ewaluacji nie uległy by zmianie. Oczywiście, pod warunkiem, że punktacja była by ogłoszona przed rozpoczęciem ewaluacji, a nie w połowie okresu.

    Po trecie, o roli monografii w naukach humanistycznych. Opublikowanie monografii w nakładzie 100 – 200 egzemplarzy powoduje, że szansę zapoznania się z treścią ma kilkadziesiąt osób, a jeszcze mniej badaczy. I to w kraju. Natomiast w wysoko punktowanym czasopiśmie – znacznie więcej. Oczywiście pod warunkiem, że artykuł będzie interesujący dla badaczy zagranicznych. A to już zależy od umiejętności autora. Jak nie potrafi, to publikuje w krajowym czasopiśmie o zasięgu zerowym.

  • ~dr-On 27.04.2026 17:09

    I jeszcze jedno, profesorze Wiszewski. WY TEŻ, Szanowni Państwo tzn. przedstawiciele dziedzin humanistycznych i społecznych, tkwicie w swoistym "chocholim tańcu". Tkwicie bowiem w przekonaniu, że skoro się napisało "n" stron, na których się pofilozofowało o polityce, poezji, prawie, napisało o korespondencji poety X z poetą Y., o systemach partyjnych, albo o jakimś dyplomacie sprzed 150 lat itp. itp. itp. itp., to JUŻ absolutnie za to należy się etat na uczelni publicznej lub w PAN.
    Nie dociera do was, że pewien odsetek z was musiałby ZREZYGNOWAĆ z etatów akademickich, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze, należy przeznaczyć na warunki do pracy naukowej dla ludzi uzdolnionych w dziedzinach ścisłych, przyrodniczych, technicznych i medycznych. Ba! Jeszcze będziecie zapewne oburzeni, gdy to przeczytacie. No to sobie BĄDŹCIE. I miłego tańczenia....

    • ~Alek Rachwald 20.05.2026 12:01

      Jako przedstawiciel nauk bądź co bądź przyrodniczych i technicznych, zupełnie nie solidaryzuję się z takim postawieniem sprawy. Może to dla tego, że za dużo czytałem książek napisanych przez przedstawicieli nauk humanistycznych, któż to wie? W każdym razie doceniam każdego prawdziwego uczonego, choćby był on nawet historykiem.

      • ~dr-On 20.05.2026 13:19

        Panie Alku, ja NIE deprecjonuję ogółu dziedzin humanistycznych, ani społecznych. Po prostu, stawiam sprawę jasno: niech podatnicy dowiedzą się, NA CO idą pieniądze z ICH podatków. Jeśli zgodzą się, że powinno być tak, jak jest, to cóż... TRUDNO - to ICH decyzja. Natomiast, NIE może być tak, że pieniędzmi publicznymi szasta się na lewo i na prawo, bez wiedzy podatników. A w międzyczasie robi się larum: "Larum, mości panowie grają, biedna ta polska nauka.", i wymyśla się różne pomysły na ratowanie tej nauki, a problem, jak był, tak jest nadal.
        Niemało ludzi MARNUJE SIĘ, zamiast rozwijać się naukowo czy to w biologii, czy to w chemii, czy we fizyce, matematyce...

        PS. Ja TEŻ czytałem dużo książek napisanych przez humanistów, a zwłaszcza książek historycznych, zresztą nadal je czytam, gdy czas pozwoli, i widzę, że z naukowością to historia ma niemały problem...

    • ~Profesorek 04.05.2026 13:03

      Co więcej, niektórzy dostają milionowe granty na badania polegające na lataniu samolotami po całym świecie i robieniu ankiet o... zarządzaniu organizacjami. A potem z tego wychodzą dwa artykuliki po polsku z prostą statystyką, kasa wydana, projekt rozliczony. A ludzie z nauk przyrodniczych nie mogą się doprosić butelki odczynnika.

      • ~dr-On 13.05.2026 11:51

        Niestety, tak jest. To status quo po prostu, pasuje wielu osobom.

  • ~Przemo 27.04.2026 16:52

    Policzmy.
    "70–80% subwencji w jednostkach idzie na wynagrodzenia"
    42 mld rocznie na naukę podzielić przez 90 tys. pracowników naukowych i doktorantów, dodać 110 tys. pracowników administracji, mamy 12.250 zł średniej pensji brutto na uczelniach, czyli średnie wynagrodzenie netto: 8575 zł.
    Przyznajmy, że nie jest to tragicznie złe wynagrodzenie.
    Zastanówmy się. Gdyby zredukować administrację z ponad 50% do 10% zatrudnionych na uczelniach, mielibyśmy oszczędność rzędu 15 mld złotych.
    Byłoby zdecydowanie więcej pieniędzy na badania i gdyby 4,5 mld zł przeznaczyć na statutowe finansowanie badań naukowych tych 90 tys. osób, a 10 mld na granty - byłoby po prostu wspaniale :-)
    W tym samym budżecie.
    Może KSASP zapyta Pana Premiera czy jakieś wyniki badań naukowych by się czasem rządowi nie przydały? Gdyby mieli pomysły, to za 10 mld złotych na granty ludzie nauki mogą całkiem sporo zrobić.

    • ~Sławomir 27.04.2026 21:27

      Pomyłka w informacji. Kwota 12250 zł to jest brutto brutto a nie brutto. Można śmiało powiedzieć, że netto to jest jakieś 51-52% kwoty brutto brutto czyli 5370 zł. Z tym ze to jest średnia, która ukrywa prawdę. 70-80% subwencji jest to fundusz płac w skład którego wchodzą nie tylko pensje miesięczne ale inne składniki jak nadgodziny, dodatki, jubileuszowe, odprawy emerytalne itp., które nie każdy pracownik dostaje.

      • ~PŻ 12.05.2026 14:37

        Do ~Sławomir 27.04.2026 21:27.
        Panie Sławomirze, kalkulator panu zepsuł się. 51% od 12250 zł jest 6247 zł a nie 5370 zł.

      • ~Przemo 28.04.2026 10:27

        Dziękuję za poprawkę. W takim razie średnie wynagrodzenie jest za niskie, co znaczy, że oprócz redukcji zbędnej administracji, należy zatrzymać tworzenie z udziałem ministerstwa nowych uczelni. Ten system już jest za duży. Nie potrzebujemy 400 tys. miejsc na pierwszym roku studiów dla 250 tysięcy maturzystów. Aktualnie wydziały mniej popularne zaliczają puste przebiegi z kilkuosobowymi grupami studentów albo ratują się zorganizowaną (w ciekawy sposób) imigracją do UE.

    • ~Aa 27.04.2026 17:48

      Od początku aktywności w środowisku badawczym, tj. od ponad 15lat słyszę głosy o zredukowaniu administracji. Na kilku uczelniach byłem świadkiem tej redukcji, ale z mojego doświadczenia jest jej właśnie znacząco za mało. Sekretarki przeciążone, grant office'y, centra transferu technologii prawie puste. Wiele obowiązków związanych z administracją spada na nauczycieli akademickich.

      Mogę prosić jakieś dane odnośnie przerostu administracji w systemie akademickim w Polsce?

      • ~Przemo 27.04.2026 21:01

        Ja od 30 lat obserwuję dynamiczny, niepotrzebny i szkodliwy rozwój sprawozdawczości i działań administracyjnych, które są albo zbędne, albo zdaje się celowo źle zorganizowane, owszem wyczerpujące i czasochłonne, także dla nas, żebyśmy mieli poczucie niedostatku administracji.
        Przez kilka lat pracowałem w Niemczech. Ta sama UE, ale zupełnie inaczej. Administracji bardzo mało, ale bardzo sprawna. Zajmujesz się badaniami i czasem coś zamówisz -dostaniesz na stół. Wszystko 10x szybciej. Nie było grant office ani centrum transferu technologii. Po co to?
        U nas swego czasu musiałem zanieść projekt hen daleko z 5 kilometrów tramwajem, żeby nasza wrzeszcząca na moich kolegów żwawa pani z administracji sprawdziła kalkulatorem, czy mi się Excel nie pomylił ;-)
        Nie pomylił się. Kalkulacja była trochę niewłaściwa, ale zauważyli to w ministerstwie. Napisałem aneks w 10 minut i załatwione. Ja mógłbym znacznie lepiej funkcjonować zupełnie bez administracji niż z naszą, ale prowadziłem kiedyś firmę, co nie jest takie znowu trudne.
        Najwięcej jest aktywności zbędnych, których pracownicy administracji nie wymyślili i też uważają, że nie ma sensu, a tyle rzeczy pozostaje niezrobionych. Mamy np. poważny problem z tzw. knowledge management. "Idzie Grześ przez wieś...."

  • ~dr-On 27.04.2026 16:48

    Cyt."Politycy powinni służyć społeczeństwu. Powiedzmy im, jak można wykorzystać naukę i nasz sektor dla dobra Polaków, Europejczyków, ludzi. Nie bójmy się wyjść z chocholego tańca bezużytecznych sporów. Życie jest za krótkie na lęk."

    Mhm... powiedzmy im. No to do dzieła, profesorze Wiszewski. Zadzwoń Pan do Tuska i Kaczyńskiego, i powiedz im to.

  • ~Aa 27.04.2026 16:07

    Jak zwykle mamy przykład akademickiego narcyzmu dyscyplinarnego, kolejny profesor nauk humanistycznych wypowiada się w imieniu całej nauki, choć w rzeczywistości opisuje wyłącznie własne, wąskie podwórko. Problem nie polega na tym, że ma określoną opinię o publikowaniu w swoim obszarze. Problem polega na tym, że najwyraźniej nie zauważa, iż nauka nie kończy się na humanistycznym modelu debaty, środowiskowych hierarchiach i symbolicznych miejscach publikacji.

    To jest klasyczny przykład mylenia własnej perspektywy z uniwersalną diagnozą. Albo jest to świadome przeciąganie liny w stronę własnego obszaru, albo zwykła niezdolność rozpoznania granic własnych kompetencji.

    Przykładowe dwa, problematyczne wg. mnie, cytaty:

    "Natomiast jest jasne, że jeśli wybiera się miejsce publikacji wyników badań, kierując ministerialną punktacją, to nie ma to bezpośredniego związku z troską o udział w dyskursie naukowym."

    "Debata właściwa dla odpowiedniej subdyscypliny czy pola badawczego toczy się bowiem zgodnie z własnymi zasadami: publikuje się tam, gdzie zaglądają i dyskutują najbardziej nowatorscy i aktywni badacze w ramach naszej subdyscypliny."

    Wypowiadam się z perspektywy nauk o zdrowiu/nauk medycznych, poniekąd jest to też odpowiedź, dlaczego sporo osób w tych naukach publikuje w MDPI i pokrewnych. Zachodnia medycyna funkcjonuje w paradygmacie evidence-based medicine, w którym podstawową jednostką oceny nie jest to, czy publikacja trafiła do czasopisma uznawanego przez daną grupę za „właściwe miejsce debaty”, lecz jakość metodologiczna konkretnego badania. W badaniach klinicznych znaczenie ma projekt badania, randomizacja, zaślepienie, kompletność danych, adekwatność analizy, ryzyko błędu systematycznego i możliwość włączenia wyników do syntez dowodów. Artykuł opublikowany w bardzo prestiżowym czasopiśmie może być metodologicznie słaby, a artykuł opublikowany w czasopiśmie mniej prestiżowym może dostarczać danych, które po ocenie risk of bias (wskazane powyżej obszary randomizacji itp.) zostaną wykorzystane w metaanalizie, na podstawie których (m.in) przygotowuje się rekomendacje kliniczne.

    Dlatego stwierdzenie, że publikowanie z uwzględnieniem punktacji nie ma związku z udziałem w dyskursie naukowym, jest nie tyle odważne, ile zwyczajnie niedouczone poza własną dyscypliną. W naukach medycznych udział w dyskursie odbywa się nie tylko przez środowiskową rozpoznawalność czasopisma, ale również przez indeksowanie, możliwość systematycznego wyszukania pracy, ocenę jej jakości i włączenie jej do korpusu dowodów.

    • ~Alek Rachwald 20.05.2026 12:05

      Nieporozumienie. Autor miał na myśli punktację ministerialną, którą przecież wszyscy znamy jako chwiejną istotę o niekiedy dziwnym guście.

  • ~kk 27.04.2026 15:36

    Jakość w badaniach naukowych ?

    Co by na to powiedział Srinivasa Ramanujan ? Nie wiem.

    Ale mnie guzik obchodzi, że pewne badania trwają latami i mają wysokie cytowania i wysokie IF czasopisma, gdyż to tylko świadczy o liczbie osób zajmujących się daną tematyką.
    Guzik mnie też obchodzi czy ktoś poświęcił na to 10 lat, gdy drugi to uzyskał w 7 dni.
    Każde coś nowego posuwa naukę do przodu. Nie można twierdzić, że te badania, na które poświęcono 10 lat są lepsze od "przyczynkowych" (tak ocenianych w danym momencie) badań, bo to przyczynkowe też pchają naukę do przodu. Tak nawiasem te 10 letnie też są "przyczynkowe" choć przez wielu nie uznawanych za przyczynkowe tylko dlatego, że trwały 10 lat.

    • ~komentator (poprzedni) 27.04.2026 17:10

      SŁUSZNIE. Ale te habilitowane mądrale z różnych Komisji Habilitacyjnych raczej by się Panem nie zgodzili.. uuuu nie, nie....

    • ~prof. dr hab. ZS. 27.04.2026 16:00

      Pełna zgoda !

  • ~Lepiej wypełnione sloty 27.04.2026 14:06

    Postawmy , Nie dajmy się, Powiedzmy, Nie bójmy się.
    Pierwsza osoba liczby mnogiej. My czyli kto?
    Nie ma żadnych "my".
    Są grupy o przeciwstawnych interesach:
    starzy kontra młodzi
    samodzielni kontra niesamodzielni
    humaniści kontra inżynierowie
    entuzjaści ministerialnej listy czasopism kontra jest krytycy
    by wymienić tylko kilka z licznych linii podziału.

  • ~kk 27.04.2026 13:28

    Jak się mówi o jakości to trzeba podać kryterium ilościowe, ażeby to w ogóle mierzyć.
    Jak do tej pory nie ma takiego kryterium więc gadanie o pomiarze jakości badań naukowych można sobie w bajki włożyć.

    Tak samo o jakości sądownictwa w Polsce, tym bardziej, że poziom logiczny osób po prawie jest bardzo niski.

  • ~Profesor PAN 27.04.2026 11:12

    Ja mam tylko jedno pytanie: czy otrząsanie się z chocholego tańca nie zostanie przez postronnych obserwatorów uznane za kolejną figurę w tym tańcu?

    Wolter wymyślił zabawę w wyobrażanie sobie alegorii. Ja wyobraziłem sobie otrząsanie się z chocholego tańca.

    • ~komentator (poprzedni) 27.04.2026 22:02

      No, wie Pan, Panie Profesorze. Jeśli takie otrząsanie się przybrałoby postać jakiś oscylacji gasnących, to chyba mógłby być w tym jakiś sens... ;=)