Czy rzeczywiście niektórzy kandydaci do stopnia doktora habilitowanego bądź tytułu profesora muszą składać dokumentację nie tylko w języku polskim, ale też angielskim? I dlaczego tylko oni? Pytania takie otrzymaliśmy w ostatnim czasie od kilkorga naukowców. Postanowiliśmy sprawdzić to u źródła.
Rada Doskonałości Naukowej to organ, który ma działać na rzecz rozwoju kadry naukowej. Zaczęła działalność w 2019 roku, zastępując Centralną Komisję do Spraw Stopni i Tytułów. Zgodnie z ustawą Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, do głównych zadań RDN należy m.in. podejmowanie czynności w postępowaniu w sprawie nadania stopnia doktora habilitowanego oraz przeprowadzanie postępowań w sprawie nadania tytułu profesora.
„RDN jest chyba jednym (albo jednym z nielicznych) w Polsce organem, który zobowiązuje wybranych interesantów do składania dokumentów także w języku angielskim. Dlaczego?” – pytają naukowcy. Chodzi o wniosek (wraz z pełną dokumentacją) o wszczęcie postępowania w sprawie nadania stopnia doktora habilitowanego oraz podobny dotyczący tytułu profesora. Zapytaliśmy u źródła, czyli w Radzie Doskonałości Naukowej.
Przede wszystkim należy zaznaczyć, że na stronie RDN zawarta jest prośba (a nie wymaganie) składania dokumentów w języku polskim i angielskim w przypadku wniosków w dziedzinie nauk ścisłych i przyrodniczych. Oznacza to, że zaleca się, aby kandydaci składali dokumenty w obu językach, jednak nie jest to bezwzględnie wymagane – precyzuje prof. Grzegorz Węgrzyn, wiceprzewodniczący RDN.
Dla osób ubiegających się o nadanie stopnia doktora habilitowanego Rada zamieściła wzory czterech dokumentów do wypełnienia w języku angielskim: wniosek przewodni, dane wnioskodawcy, autoreferat, a także wykaz osiągnięć naukowych albo artystycznych. W przypadku postępowania profesorskiego, do wniosku, danych i autoreferatu trzeba jeszcze dołączyć uzasadnienie, informację o aktywności naukowej i wykaz dorobku naukowego. Prośba o składanie ich w języku polskim i angielskim dotyczy jedynie dziedziny nauk ścisłych i przyrodniczych. Wyraźnie podkreślono, że „nie dotyczy innych dziedzin”.
Wynika to z faktu, że w dziedzinie nauk ścisłych i przyrodniczych stosunkowo często na recenzentów powoływane są osoby z innych państw, nieznające języka polskiego. Ustawa pozwala na takie rozwiązanie – tłumaczy prof. Węgrzyn.
I odsyła do art. 221 i 229 PSWiN, w których wskazano, że recenzentem w obu postępowaniach może być osoba zatrudniona w zagranicznej uczelni lub instytucji naukowej. Wystarczy, że – w przypadku postępowania habilitacyjnego – RDN lub podmiot habilitujący uzna, że osoba ta posiada znaczący dorobek w zakresie zagadnień związanych z osiągnięciami osoby ubiegającej się o stopień. Jeśli chodzi o postępowanie profesorskie, to taka osoba musi mieć na koncie co najmniej 5-letnie samodzielne kierownictwo nad zespołem badawczym oraz posiadać znaczący dorobek w zakresie danej dziedziny.
Z jednej strony zapewnia to wysokie standardy merytoryczne recenzji, a z drugiej – pozwala na dobór odpowiednich kandydatów na recenzentów w przypadku wąskich specjalności, gdy w Polsce trudno jest znaleźć co najmniej 15 ekspertów znających dobrze tematykę prac kandydata oraz posiadających tytuł profesora i niemających konfliktu interesu z kandydatem w postaci wspólnych publikacji, projektów, itd. – wyjaśnia wiceprzewodniczący RDN.
Jak zauważa mój rozmówca, złożenie dokumentów w języku angielskim, choć niewymagane, leży w interesie kandydatów.
Jeśli bowiem kandydat złoży wszystkie dokumenty tylko w języku polskim, to w przypadku powołania zagranicznego recenzenta (nieznającego języka polskiego), RDN będzie zobowiązana do zorganizowania przetłumaczenia całej dokumentacji przez tłumacza przysięgłego, wyłonionego w drodze przetargu. Niestety, w związku z tym, że wnioski pisane są często bardzo specjalistycznym językiem (co wynika z ich naukowego charakteru i jest całkowicie uzasadnione), takie tłumaczenia mogą nie do końca odzwierciedlać znaczenie merytoryczne opisu osiągnięć naukowych. Oczywiście RDN nie bierze odpowiedzialności za takie ewentualne nieścisłości, bo tłumaczenie jest wykonywane przez tłumacza przysięgłego. Ewentualne błędy merytoryczne wynikające z nieprecyzyjnego tłumaczenia będą zaś działać na niekorzyść kandydata, jeśli recenzent źle zrozumie nieprecyzyjnie przetłumaczony, specjalistyczny tekst – wyjaśnia prof. Węgrzyn.
Nieobligatoryjne dwujęzykowe rozwiązanie wprowadzono już kilka lat temu. Dlaczego dotyczy jedynie kandydatów z dziedziny nauk ścisłych i przyrodniczych? Okazuje się, że na dobrą sprawę, poza Zespołem Nauk Ścisłych i Przyrodniczych, żaden inny nie korzysta z możliwości powoływania zagranicznych recenzentów. Składanie dokumentów w języku angielskim w takich przypadkach jest zatem bezzasadne.
MK
Dziwi mnie to, że w kraju w którym nie są uznawane habilitacje i profesury prawie wszystkich państw europejskich (oczywiście, tych, gdzie są podobne) a dokumenty na recenzje wysyłane za granicę. Jest to sprzeczne z ustawą. Recenzentami w postępowaniu habilitacyjnym modą być dr hab, i profesorowie. W przypadku tytułów - profesorowie. Jeżeli nie uznajemy ich hab i prof., to nie mogą oni brać udziału w przewodach. Na przykład, gdy słowacki profesor znajduje się w Słowacji, jest ich profesorem. Gdy przekroczy granicę polską staje się nie wiadomo kim, tylko nie profesorem, bo jego słowacki dyplom profesora nie jest uznawany w Polsce!
Niech ktoś spróbuje rozgryźć tą łamigłówkę.
Szanowni Państwo komentatorzy. W jednej z poprzednich dyskusji napisałem, że co kilka dni podrzucają nam tematy, prawie nie znaczące dla szerszego grona badaczy i dydaktyków. Proszę, przeanalizujcie tematy z ostatnich miesięcy i przekonacie się w tym. Jak wrzucą nowy temat, to dyskusja nad poprzednim umiera śmiercią naturalną. Nie ma ż niej żadnych wniosków i podsumowań. I oczywiście, nie przekazano ich decydentom. Bo jak nie ma wniosków, to nie ma co przekazywać. Dyskusja toczy się nad nowym, mało znaczącym tematem.
A teraz do rzeczy. W RDN, a wcześniej w Centralnej Komisji wymyślano pewne sposoby, żeby utrudnić życie ubiegającym się o stopnie lub tytuł. Na przykład, w naukach technicznych na tytuł profesora wymagano, pozaustawowo, monografię, zwaną wśród recenzentów monografią profesorską. Bez takiej monografii w naukach technicznych nie było szans uzyskania tytułu. Oficjalnie takiej monografii nie powinno istnieć. Nieoficjalnie krążyły wśród zainteresowanych wymagania recenzentów, dotyczące jej treści.
Podobna sytuacja występuje i z dokumentami w języku angielskim. Też pozaustawowo. Owszem, można nie tłumaczyć na angielski. Ale czy opłaci się? Czy ktoś z komisji nie powie, że nie należy się, bo ubiegający się nie umie pisać po angielsku?
To jest generalnie skandal!
Jako doktor (obecnie habilitowany) nauk humanistycznych, slawista-bohemista zmuszony byłem (pod groźbą nieprzyjęcia) do złożenia pełnej, 40-stronicowej dokumentacji w językach polskim i angielskim (czyli razem 80 stron).
Przypominam, że według Konstytucji RP tylko język polski jest językiem urzędowym w Polsce! Zmuszono mnie bezprawnie do dodatkowej pracy i sporych kosztów weryfikacji dokumentów przez tłumacza przysięgłego.
Tego zbytecznego obowiązku nie da się obronić w wypadku slawistyki i bohemistyki (gdzie jeszcze niedawno j. rosyjski był meta językiem streszczeń itp.), gdyż recenzentami mojego dorobku oraz członkami komisji habilitacyjnej byli sami Polacy!
Mimo że slawista i bohemista, byłbym jednak zaskoczony, że język angielski sprawia tyle problemów. Ale... Czy może są tam jeszcze jakieś dodatkowe wymagania, np. tekst może być tylko oficjalnym tłumaczeniem urzędowym przez przysięgłego tłumacza? Tj. że ja sam, mimo że naukowiec dla którego angielski jest językiem zawodowym, nie mam prawa pisać po angielsku do RDN-u?
Przy okazji: wszystkie projektu NCN muszą być pisane w języku angielskim. Chyba od dawna nie ma w związku z tym większych kontrowersji. Ale tam nikt nie wymaga tłumaczy i przysiąg, jak źle napiszę to mój problem.
Sugeruję ponowne przeczytanie ze zrozumieniem mojej wypowiedzi.
Proszę sobie pisać po angielsku cokolwiek dusza zapragnie, nawet pisma do siebie samego, swojego przełożonego lub krewnego...
Ja wolę realizować się werbalnie w sprawach prywatnych i służbowych w języku polskim, czeskim lub słowackim...
Przed 12 laty zmuszono mnie (!) do złożenia dokumentacji w dwóch językach, aż serwer ówczesnej CKSiTN sie zapchał i skolabował od nadmiaru przesyłanych danych od wnioskodawców.
Wtedy tłumaczenia komputerowe nie były doskonałe, więc konieczna była weryfikacja dokumentacji przez tłumacza przysięgłego, co sporo kosztowało...
W moim wypadku język czeski jest językiem optymalnym. A Konstytucja RP określa jednoznacznie język urzędowy, którym jest polszczyzna, a nie język angielski. Żądanie składania wówczas dokumentacji po angielsku uważam za nadużycie wątpliwie prawnie.
Dołożę starań, ale nie wiem, czy mi się uda.
99% publikacji naukowych w naukach ścislych jest po angielsku, bez praktycznej znajomości EN będziemy finansować odkrywanie tego co już dawno odkryte
już 30 lat temu na Politechnice mieliśmy dla chętnych wykłady niektórych przedmiotów po angielsku by zbudować bazę
jak ktoś chce zajmować się nauką na światowym poziomie a nie chce mu się opanować narzędzia jakim jest język angielski to jest niepoważny
Wymóg składania wniosku w dwóch językach jest wyrazem braku szacunku dla naukowców i poszanowania ich cennego czasu. Po polsku -proszę bardzo, po angielsku- no problem, ale w dwóch językach to przesada. Nawet z narzędziami AI (chylę czoła przed DeepL proffessional, wersja testowa na tłumaczenie wniosku awansowego, bo instytucja nie zapewnia takiego zbytku, a tylko to zachowuje formatowanie). Zabiera to czas, który można poświęcić na coś innego (pracę twórczą?), bo wniosek jednak trzeba przejrzeć i poprawić. I to, że wymóg lub prośba dotyczy tylko jednej grupy naukowców ( o dziwo, medycy są z tego zwolnieni!) jest szczególnym kuriozum i nierównym traktowaniem. PS. Mam w dorobku wniosek grantowy napisany w dwóch językach, poł i ang, i to bez narzędzi AI, składany chyba jeszcze do KBN. To był dopiero głupi wymóg!
A owszem. Opcja albo-albo wydaje się racjonalna, w dodatku jest lekko ironiczna w kontekście dyskusji powyżej. Bowiem skoro kandydat zna angielski na tyle, żeby napisać wniosek, to od recenzenta można chyba zażądać tego samego.
Dokladnie! Wymog skladania wnosku w 2 jezykach jest kuriozalny zwlaszcza ze kazdy polski recenzent tez zna angielski.
To bardzo odważne stwierdzenie, że każdy polski recenzent zna angielski. Chyba, że mówimy o poziomie B1. Wtedy mogę się zgodzić, ale czy to będzie działać na korzyść habilitanta? Wątpię. Poziom mamy taki sobie.
Wydaje się, że o ile NCN wiele takich problemów umie doskonale rozwiązać (właściwie w dużej mierze bazując na recenzentach z zagranicy), o tyle RDN operuje na drukach, formularzach i prośbach. To dość znamienne.
Nie rozumiem do konca, jak uczeni z zagranicy maja funkcjonowac w Polsce, jesli nie da sie im mozliwosci pracy w jezyku angielskim. Jesli odpowiedzia na to pytanie jest "maja sie nauczyc polskiego, bo pracuja w Polsce", to niestety nie jest to zbyt zachecajace podejscie do tematu.
Jesli naukowcy z Polski, i tutaj mam na mysli wszystkie dziedziny nauki, chca byc w stanie uczestniczyc w miedzynarodowych konferencjach, zapraszac do siebie naukowcow z zagranicy nawet na niedlugie staze, samemu jezdzic do zagranicznych osrodkow, nawiazywac miedzynarodowe wspolprace oraz aplikowac o europejskie granty, to powinni pracowac po angielsku.
Tlumaczenia przez tlumacza przysieglego sa zapewne bardzo drogie (szkoda, ze w artykule nie padla jakas przykladowa liczba), a przeciez naukowcy sami powinni byc w stanie mowic i pisac o swojej wlasnej pracy po angielsku. Podobnie jest z publikowaniem.
W historii nauki zawsze jakies jezyki byly wazniejsze, niz inne, i one sluzyly do porozumiewania sie w swiecie nauki, teraz akurat jest angielski.
Przecież współcześnie problem tłumaczenia nie istnieje AI przetłumaczy teksty i mowę z dowolnego języka np. na język polski. Trzeba zachować język ojczysty, to podstawa naszego bytu, tradycji i kultury .
To nie ma nic do rzeczy.
@Ireneusz
To znaczy rzeczywiscie, niedugo byc moze bedzie mozliwe tlumaczenie rozmow w czasie rzeczywistym, z osobistymi tlumaczami na przyklad w uchu lub oprawce okularow. Na razie jednak nie jest to powszechnie dostepne. A trudno na konferencji albo w laboratorium prowadzic wyklad czy rozmowe poprzez Google Translate. Nieco lepiej jest z tekstami pisanymi, ale tez nie slyszalem o tym, zeby masowo tlumaczono artykuly naukowe.
Duzo latwiej w kontaktach bezposrednich porozumiewac sie zwyczajnie po angielsku. Moi znajomi w Holandii, Danii czy Szwajcarii naprawde porozumiewaja sie w pracy tylko po angielsku z racji bardzo miedzynarodwego srodowiska. Wszystkie wyklady, seminaria czy pisanie artykulow odbywa sie tylko po angielsku. Duzo latwiej o miedzynarodowa wspolprace i oczywiscie o udzial zagranicznych recenzentow.
Nie ma to absolutnie nic wspolnego z rozmawianiem w jezyku lokalnym poza praca. Ich jezyki lokalne maja sie calkiem dobrze, nie upadaja, nie ma sie czego obawiac. :-)
Co wazne, takie podejscie rowniez obowiazuje w naukach humanistycznych i spolecznych. W tych dziedzinach wiedzy przeciez rowniez istnieja miedzynarodowe wspolprace i aplikacje o europejskie granty.
Z mojej perspektywy, jako dosyć młodego stażem dr habilitowanego, powinno się zrezygnować z naukach STEM z wymogu dokumentacji w języku polskim. Z doświadczenia mojego i kolegów wynika, że właśnie raczej tłumaczymy z języka angielskiego na polski, ponieważ w naszej dziedzinie nauka jest komunikowana właśnie po angielsku i jest to bardziej naturalne.
Wystarczyłoby znieść obowiązek składania autoreferatu w języku polskim. (Pan prof. Węgrzyn nazywa go prośbą, ale w praktyce ta prośba jest interpretowana jako obowiązek.) On jest całkowicie zbędny. Można jeszcze wyobrazić sobie sytuację, w której pozostałe dokumenty musi przeczytać osoba nieznająca dostatecznie angielskiego, ale nie autoreferat.
AI tłumaczy 4000 języków wg Meta. Google ponad 100. Ja jednak wolę komunikować się w codziennej przestrzeni życiowej po polsku. Ojczyzna to Ojczyzna.
Może powinna być dobrowolność wersji polskiej jeśli składa się po angielsku? Przetłumaczenie własnego autoreferatu tak aby brzmiał ładnie i sensownie, a jednocześnie był tożsamy z napisaną przeze mnie wersją angielską było czasochłonne i zwiększało tylko mój poziom frustracji.
@Ireneusz
Polska nauke nalezy do swiata naukowego wprowadzac, a nie ja stamtad wyprowadzac.
Potrzebne jest srodowisko, gdzie zachodzi swobodna wymiana mysli ze wszystkimi uczestnikami, Polakami i nie-Polakami, gdzie zagraniczni naukowcy moga bez przeszkod porozumiewac sie w miejscu pracy.
Uwazam, ze budowanie silnego, liczacego sie na swiecie miedzynarodowego srodowiska naukowego w Polsce jest dzialaniem jak nabradziej patriotycznym, zas zamykanie sie w tylko-polskim bardzo odizolowanym grajdolku nie jest.
Proletariusze "naukowcy" wszystkich krajów łączcie się. Internacjonalizm naukowy rośnie w siłę. W języku angielskim przede wszystkim. Drukujmy po angielsku wyniki badań i płaćmy za nie zagranicznym wydawnictwom, aby wyczołgać się z "grajdołka" zwanego Polską.
Teraz jeszcze proszę zbić tę tezę wroga, którą kolega tak zgrabnie sam sformułował i włożył mu w usta.
@Ireneusz
Jesli chodzi o komunikowanie sie oraz wspolprace, to rzeczywiscie, "łączcie się". I rzeczywiscie niech " internacjonalizm naukowy rośnie w siłę". Dla dobra rozwoju nauki i calej cywilizacji.
Wystarczy spojrzec na projekty, ktore wymagaja wielowatkowego i interdyscyplinarnego podejscia do badan, czy prace laczace wiele roznych metod eksperymentalnych - publikacje wynikow maja wielu autorow, bardzo czesto pochodzacych z roznych stron swiata. Ich porozumiewanie sie bez funkcjonalnego angielskiego byloby niezwykle utrudnione. I oczywiscie same publikacje sa po angielsku, aby kazdy naukowiec na calym swiecie mogl je zrozumiec bez wiekszych trudnosci.
Zas co do placenia zagranicznym wydawnictwom, to jest to nieco inny temat, poruszony zreszta w artykule opublikowanym tego samego dnia, co powyzszy (tutaj na FA).