Musimy zrozumieć, że jedna wybitna praca na parę lat jest więcej warta niż dwadzieścia artykułów rocznie. Średniej jakości prace nie budują liczącego się dorobku naukowego. Jeżeli namawia się naukowców, by publikowali dużo i średnio, to tym samym pozbawia się ich kart w europejskim rozdaniu – mówi w wywiadzie dla „Forum Akademickiego” prof. Leszek Kaczmarek, członek Rady Naukowej European Research Council (ERC).
Prof. Leszek Kaczmarek z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN od 2023 roku zasiada w Radzie Naukowej ERC. To najwyższy organ zarządzający European Research Council, który określa specyfikę grantów i poziom ich finansowania, opracowuje roczny program prac, ustala procedurę oceny wniosków i powołuje ekspertów je oceniających, a także monitoruje proces wdrożenia programów. Rozmawiamy z nim o ostatnich decyzjach ERC zmieniających zasady ubiegania się o europejskie granty oraz przyczynach, dla których Polska ma wciąż tak niewielki udział w podziale tego tortu. Wywiad przeprowadził Mariusz Karwowski.
ERC padła ofiarą własnego sukcesu?
Rzeczywiście, jesteśmy w momencie, w którym dostajemy tak dużo aplikacji, że zaczynamy mieć kłopoty z ich selekcją. Z roku na rok liczba nadsyłanych wniosków lawinowo rośnie. Dla przykładu: na konkurs Starting Grants 2024 mieliśmy 3474 aplikacji, rok później – 3928, a ostatnio – już 4807. To wzrost o blisko 40%. Na zamknięty w styczniu konkurs Consolidator Grants przyszło 3060 aplikacji, tj. o 2% więcej niż w 2025 i o 32% więcej niż w 2024. I jeszcze Advanced Grants – 3329 wniosków w ostatniej odsłonie to o blisko 1/3 więcej niż w poprzedniej i aż o 82% niż dwa lata wcześniej. Przy takich wzrostach nie jesteśmy już w stanie dać sobie rady. Są panele, gdzie liczba aplikacji przekracza ćwierć tysiąca. Te liczby stają się nie do opanowania.
To niedobrze, że naukowcy podejmują rękawicę i coraz śmielej sięgają po granty, które od zawsze były symbolem doskonałości?
Znajdujemy się trochę między młotem a kowadłem. Z jednej strony, oczywiście, liczymy się jak najbardziej z głosem osób starających się o granty, czego przejawem jest choćby ostatnia korekta proponowanych przez nas zmian (ERC wycofała się z ograniczeń przy składaniu wniosków – dop. MK). Ale z drugiej strony musimy brać pod uwagę również zdanie tych przedstawicieli środowiska, którzy zasiadają w panelach i wykonują tam katorżniczą pracę. To są dwa sprzeczne wektory. A jak sam pan zaznaczył, przy pogodzeniu tych sprzecznych interesów dochodzi jeszcze kryterium jakości, z którego nigdy nie chcemy rezygnować.
Po ogłoszeniu nowych zasad w środowisku wybuchła burza, internet aż płonął od komentarzy, że ERC obrało złą drogę – w zamian za komfort pracy panelistów naukowcy muszą cierpieć.
Jeżeli członkowie paneli nie będą mieli komfortu pracy, to aplikujący nie zostaną rzetelnie ocenieni. Więc to w ich najlepszym interesie jest to, żeby zadbać o komfort pracy panelistów. Już i tak się trochę ugięliśmy rezygnując z czterech osób oceniających projekty w panelu na rzecz trzech na pierwszym etapie oceny. Ale musieliśmy też wprowadzić ograniczenia dla najsłabszych wniosków, żeby paneliści nie tracili czasu na pisanie odpowiedzi.
Nie mam pojęcia, co ludzie piszą w internecie, bo nie czytam takich rzeczy. Zresztą, muszę się przyznać, że też poniekąd jestem odpowiedzialny za obecną sytuację w kontekście roku 2027. Z mojej inicjatywy dokonaliśmy zmian w okresach kwalifikowalności – ERC StG do 10 lat po doktoracie (było 2–7 – przyp. MK), a w CoG 5–15 po obronie, zamiast 7–12. Byliśmy na to gotowi już jakiś czas temu, ale postanowiliśmy poczekać i jakoś zapanować w pierwszej kolejności nad tą lawiną aplikacji.
Wyszło tak, że ERC nakłada kaganiec na naukowców.
Myślę, że zadziałała tu psychologia. Robiliśmy oczywiście symulacje pokazujące, jak dużą liczbę osób dotknęłyby wprowadzone restrykcje, tzn. ilu ponownie aplikujących dostałoby granty. I okazało się, że nie byłaby ich nawet setka. To mniej niż realny wzrost liczby aplikacji.
Cała ta sytuacja pokazuje bardzo dobrze, jak przez lata ERC wyrobiło sobie znakomitą markę. Dlatego dziś tak wiele osób wyraża troskę o sukces i przejmuje się tą sprawą. W mailach, które przychodzą do nas z różnych krajów padają propozycje innych sposobów radzenia sobie z problemem nadmiaru aplikacji przy ograniczonym budżecie. Większość z nich była już analizowana wcześniej, tym niemniej przemyślimy je jeszcze raz.
Presja środowiska zatem działa.
Bardzo się przejmujemy głosem środowiska i cenimy sobie to, że ludzie się angażują. Naszą winą było to, że w niewystarczający sposób przedstawiliśmy środowisku nasze argumenty. W sensie czysto prawnym nie zgadzamy się przy tym z zarzutem, że zmieniamy warunki w czasie trwania gry. Nie mogliśmy uprzedzić rok czy dwa lata wcześniej o tym, że w 2027 nie będzie można w określonych przypadkach złożyć wniosku. Oczywiście, naukowcy chcą funkcjonować w stabilnym systemie, mieć w ogóle poczucie, że jest on stabilny, dlatego będziemy robić wszystko, by te ich obawy ograniczyć. Natomiast to nie rozwiązuje problemu z zalewem wniosków.
Przez prawie dwie dekady funkcjonowania ERC badacze z polskich ośrodków pozyskali nieco ponad 100 grantów różnych kategorii. Co jest nie tak z tym systemem, bo przecież trudno uwierzyć, że nasi badacze są gorsi od swoich europejskich kolegów?
To dotyczy wszystkich krajów w grupie Widening, czyli tych, które wstąpiły do Unii Europejskiej od 1 maja 2004 roku plus Grecja i Portugalia. One wszystkie dostały w sumie niewiele ponad 600 grantów na niemal 14 tys. przyznanych. Więc tak, to jest dramatyczny wynik. Są oczywiście w tej grupie kraje, które spisują się nieco lepiej i tu dobrym przykładem jest Portugalia. Mimo że trzyipółkrotnie mniejsza od Polski, ma dwa razy więcej grantów od nas. W opublikowanej niedawno tzw. białej księdze dobitnie pokazaliśmy przyczyny takiego stanu rzeczy. Jeżeli się nie inwestuje w naukę w danym kraju, to ma się mało grantów ERC. To proste: mało inwestujemy w naukę, w związku z tym także najlepszej nauki w skali europejskiej nie jest u nas za dużo.
Co poza finansami decyduje o naszym skromnym udziale?
Mamy jeszcze wiele do zrobienia w kulturze akademickiej. Kiedy tworzyliśmy Międzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie byliśmy dumni z tego, że od samego początku były otwarte konkursy na stanowiska szefów grup badawczych. Ludzie wygrywali konkursy, dostawali warunki, miejsce, środki i mogli się rozwijać. Proszę mi powiedzieć, czy to jest powszechne w każdej instytucji naukowej w Polsce?
Po drugie, czy każdy szef grupy badawczej, nawet ten z grantem ERC, co już samo w sobie jest stemplem niezależności naukowej, pozostaje w Polsce niezależny? Dalej, czy każda instytucja naukowa ma mocny Grant Office? Czy ktoś, kto aplikuje, dostaje wystarczające wsparcie instytucjonalne już na etapie, kiedy w ogóle zaczyna myśleć o grancie?
Robiliśmy w ERC badania, których wyniki dowodzą, że na poziomie europejskim nie ma żadnego „upośledzenia” grantowego krajów wideningowych, w tym Polski. Ale myślę, że istnieje taki bias na wcześniejszym poziomie, co ma później konsekwencje przy aplikowaniu o granty.
Co to za przeszkoda?
Ten wcześniejszy poziom dotyczy publikowania i widzę to jako nasz główny problem. Otóż, żeby w ogóle dostać się do recenzji w bardzo dobrym czasopiśmie, musimy wykonać więcej prób niż nasi zachodni koledzy. W zeszłym roku miałem artykuł w „Science Advances”, ale starałem się o to parę lat i kilkanaście innych czasopism tę pracę odrzuciło. Chcę przez to powiedzieć, że polscy naukowcy, którzy ubiegają się o granty ERC, często nie mają dorobku, który by ich kwalifikował do uzyskania finansowania. Właśnie dlatego w ostatnim czasie ERC w większym stopniu przerzuciła się na znaczenie projektu niż dorobku. Ale mimo wszystko w głowach członków paneli, jestem o tym absolutnie przekonany, istnieje to, w jakich czasopismach ktoś publikuje czy gdzie wydaje książki.
Na to, co jest w głowach panelistów, nie mamy wpływu.
Za to całkowicie zależne od nas jest największe zło, jakie może być w nauce, czyli ocena parametryczna. Sami je sobie sprawiamy. To właśnie ten czynnik prowadzi do niewłaściwych nawyków publikacyjnych. Pamiętam jeszcze z czasów zasiadania w panelu w roku 2012 aplikację Austriaka, który chciał wrócić do Europy po siedmioletnim stażu podoktorskim w Kalifornii. I przywiózł stamtąd… jedną publikację pierwszoautorską. On tą jedną pracą dostał laboratorium w Wiedniu i grant ERC. To była jego przepustka do sukcesu. W Polsce musimy zrozumieć, że jedna wybitna praca na parę lat jest więcej warta niż dwadzieścia artykułów rocznie. Średniej jakości prace nie budują liczącego się dorobku naukowego.
Nauczyłem się tego jeszcze w EMBO (European Molecular Biology Organization). Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że tak można myśleć. Otóż był Hiszpan, który aplikował o stypendium podoktorskie, w czasie doktoratu miał około 10 publikacji, z czego dwie pierwszoautorskie w bardzo dobrym czasopiśmie. Ale do tego osiem słabszych. Panel uznał, przy moim zresztą wówczas sprzeciwie, że właśnie tych osiem prac ma decydujący wpływ na ocenę całego dorobku. Stwierdzili, że to nie jest future leader, a o takich im chodzi. Jednym słowem, w ich oczach nie była to osoba prowadząca naukę, tylko rozpraszająca się bezsensownym publikowaniem. Gdyby miał tylko te dwie prace jakościowe, to stypendium by dostał bez problemu. W Polsce wciąż nie możemy zrozumieć, że liczą się tylko naprawdę wartościowe wyniki badań, odkrycia, ważne syntezy. Chodzi o potrzebę doskonałej nauki, której granty ERC są tylko pochodną.
Odnoszę wrażenie, że u nas publikowanie ma być celem samym w sobie.
Publikowanie powinno być konsekwencją dokonania znaczącego odkrycia. Ale jeżeli naukowców się namawia, by publikowali dużo i średnio, to pozbawia się ich kart w europejskim rozdaniu. Kiedy w ewaluacji w Portugalii oceniałem tamtejsze instytucje, pod uwagę z całego kilkuletniego okresu braliśmy zaledwie około dwadzieścia najwartościowszych publikacji i na tej podstawie ocenialiśmy dorobek setek ludzi w danym instytucie czy uczelni. To jest środowisko, które potrafi wyprodukować kilkanaście, ale wybitnych publikacji. Raportują tylko wybitne odkrycia naukowe, bo one są ważne. A my tego nie rozumiemy i dalej rozliczamy się punktowo.
Dlaczego zniwelowanie grantowej luki między Wschodem a Zachodem jest dziś potrzebne bardziej niż kiedykolwiek?
Często porównuję to do gender bias. Przez lata rola kobiet w nauce i ograniczenia, które utrudniały im pracę, były niedostrzegane, ale to środowisko akademickie już przerobiło, zrozumiało i moim zdaniem mentalnie ten problem został rozwiązany. Jeżeli kraje wideningowe stanowią dziś około 25% populacji Unii Europejskiej i mają średni wskaźnik sukcesu w ERC na poziomie 5%, to uważam, że to katastrofa.
Musimy zrozumieć, że każdy europejski grant w naszym kraju tworzy „wyspę szczęśliwości” i przyczynia się do rozwoju masy krytycznej, w której ta jakość stanie się ważna i doceniana. Obserwuję, że w Polsce aktywizuje się środowisko grantobiorców, członków paneli, teraz także ambasadorów ERC (prof. Justyna Olko i prof. Michał Tomza – przyp. MK), którzy będą wywierali presję na polityków, żeby ci doceniali znaczenie badań. Wszystkie badania są potrzebne, również podstawowe, ale granice poznania najbardziej przesuwają jednak frontier research, to one pchają świat do przodu. ERC to właśnie takie badania.
Powiedział pan w jednym z wywiadów, że ta luka między naszą częścią Europy a „starą Europą” osłabia siłę naukową całego kontynentu.
Jeżeli marnujemy potencjał intelektualny tkwiący w 25% europejskiej populacji, potencjał na odkrycia w zakresie nauk podstawowych, nowe terapie, nowe leki, nowe technologie, to on przepadnie i w konsekwencji osłabi to nasze możliwości rozwojowe. Jeżeli nie damy szansy młodym ludziom na rozwój, a każdy grantobiorca tworzy mikrośrodowisko doskonałej nauki, to oni po prostu nie zasilą nauki nigdzie. Zachód Europy nie dostanie przez to ludzi do współpracy. Ani doktorantów, ani postdoków o odpowiedniej klasie intelektualnej, motywacji, zaangażowaniu, poświęceniu się tej najtrudniejszej profesji na świecie. Jest to więc oczywista strata dla wszystkich.
No i jest jeszcze aspekt cyniczny. Jeżeli politycy reprezentujący w Parlamencie Europejskim tę część kontynentu uznają, że w nauce faworyzowana jest „stara Unia”, to może to ich skłonić np. do wsparcia rolników czy innych sektorów, bo po co inwestować w naukę? Ten argument ma wbrew pozorom niebagatelne znaczenie. Jak widać, ta utrzymująca się luka to olbrzymia strata dla Europy w bardzo wielu wymiarach.
Czy ERC nie stało się jednak „zamkniętym klubem”? W białej księdze piszecie, że naukowcy mogą stosować autocenzurę lub unikać aplikowania ze względu na ograniczone szanse na sukces. Mogą postrzegać granty ERC jako pozostające poza ich zasięgiem.
Autocenzura świadczy o mądrości składających. Pamiętam z początków mojej pracy w panelach ERC, że ktoś z Polski złożył aplikację na podstawie publikacji w roczniku którejś z akademii wychowania fizycznego. Nie miał żadnej międzynarodowej publikacji. Wtedy, być może jeszcze nie zdając sobie sprawy, czym jest ERC, Polacy składali bardzo dużo wniosków. Szybko jednak się zorientowali, że to bardzo wysoki próg i nie pokonają go przy skromnym dorobku. Liczba naszych wniosków zaczęła więc spadać.
Z drugiej strony są naukowcy, którzy zasługują na to, żeby mieć o wiele lepszy dorobek, tylko trzeba ich dobrze pokierować. W jaki sposób? Myślę, że droga, jaką obrali Czesi, może być pewną wskazówką. W Consolidator Grants 2024 uzyskali współczynnik sukcesu 25%, najwyższy ze wszystkich krajów. Przyznano im aż 10 grantów. Z ciekawości zaczęliśmy to badać, rozmawiać z tymi, którzy za tym stali.
I co się okazało?
Stworzyli społeczność grantobiorców i panelistów, którzy kilka lat wcześniej zaczęli mocno pracować nad tym, żeby poprawić sytuację. Wyszukiwali potencjalnych kandydatów, prowadzili ich za rękę, żeby mieli odpowiedni dorobek naukowy, pomagali w przygotowaniu projektu. Z tego co wiem tą drogą zamierzają pójść teraz Węgrzy, namawiam z całej siły także polskie środowisko, by podjąć taki trud. Jestem przekonany, że za pięć, sześć lat przyniesie to owoce. Ale trzeba się wyłamać ze schematów. Nie chodzi o to, żeby zasypać ERC wnioskami z Polski, tylko żeby wysyłać więcej bardzo dobrych aplikacji, doskonałych projektów. Tylko trzeba to umieć wydobyć. Nasza kultura akademicka, finansowanie, sposób oceny badań – to wszystko nie pomaga, a wręcz nas dramatycznie upośledza. Dlatego musimy wyłuskiwać najlepszych, którzy będą mieli na tyle siły, charakteru, by nie działać w myśl bezsensownych pomysłów ludzi zarządzających polską nauką. Nie ma innego wyjścia.
System oceny preferuje naukowców z Zachodu, oni także dominują w składach paneli, kryteria faworyzują badaczy o wysokiej mobilności i braku obciążeń dydaktycznych – to tylko część z zarzutów pod adresem ERC formułowanych przez niektórych polskich uczonych.
Wspólny mianownik dla tych zarzutów jest taki, że gdzieś nauka się rozwija lepiej, a gdzie indziej gorzej. I najlepiej, o czym już mówiliśmy, rozwija się w bogatszych krajach. Trudno z tym argumentem w ogóle polemizować. Gdzieś pieniądze na naukę są, tam dokonuje się odkryć, prowadzi badania, które dają przełomowe wyniki, rozwija technologie. W związku z tym tamte standardy przyjmuje się za najlepsze. Nie wiem, jak inaczej to zrobić, to są obiektywne miary. Trudno standaryzować naukę pod kraj, który nie ma sukcesów i finansuje naukę w sposób homeopatyczny.
Mobilność rzeczywiście jest tak istotna?
Uważam model kariery naukowej opartej o mobilność za optymalny. Mobilność jest niesłychanie pożyteczna i należy ją promować. Gdy pojawiamy się w innym miejscu, więcej dajemy z siebie. Ale zaskoczę pana, otóż w 2020 i 2022 roku w konkursie Consolidator zadziwiająco dużo osób z Europy Zachodniej dostało granty bez znaczącej mobilności naukowej. To byli głównie naukowcy z Hiszpanii czy z Włoch. Więc wcale to nie jest takie powszechne, a na pewno nie tak jak w najmocniejszych krajach, typu Wielka Brytania, Izrael, Holandia czy państwa skandynawskie. Tym niemniej, tak, mobilność pomaga, gdyż większe szanse mają ci, którzy przyjeżdżają z dobrego ośrodka naukowego, bo mają jednocześnie lepsze publikacje.
Z zachodnią dominacją w panelach musi się pan jednak zgodzić. Wspominacie nawet o tym w białej księdze.
Rzeczywiście, to problem widoczny, bierzemy za niego odpowiedzialność jako Rada Naukowa ERC i chcemy go rozwiązać. Jak? Przygotowujemy już bazę danych potencjalnych panelistów z krajów wideningowych, których w dużej liczbie zamierzamy dołożyć do ogólnej puli. Liczę także na polską społeczność naukową w tym względzie. I teraz kluczowa sprawa: w formularzu zgłoszeniowym członków paneli zostanie wprowadzona odpowiednia rubryka do zaznaczenia, czy kandydat pochodzi z kraju Widening, czy nie. Tak jak swego czasu gender, tak i Widening zostanie „sztywno” wprowadzony do formularza, dzięki czemu osoby decydujące o składzie danego panelu będą miały pełny obraz sytuacji.
Problem polega na tym, że my dajemy granty nie za coś, tylko na coś. Nikt nie powinien dostawać środków za coś, co kiedyś zrobił albo jaką ma płeć bądź skąd pochodzi. To nas nie interesuje. Opieramy się na obietnicy, co zostanie wykonane z tych pieniędzy i czy nie zostaną zmarnowane. One są osób, które dają najlepszą gwarancję ich wykorzystania, bo prowadzą przełomowe badania. Do tego się to sprowadza. Jeśli ktoś robi doktorat w Pradze i publikuje nie tak doskonale jak by był np. w instytucie Maxa Plancka, ale z kolei najlepiej ze wszystkich w danej grupie kandydatów, to dla mnie jest to wskazówka, że może być doskonały naukowo. Uważam, że doskonałość należy rozpatrywać kontekstowo.
Wspomniał pan w pewnym momencie o instytucjonalnym wsparciu dla osób starających się o granty ERC, ale czy nie ma pan wrażenia, że to niekiedy przerost formy nad treścią? Mówię nie o pomocy przy wypełnianiu wniosku, budżetowaniu projektu, bo to jest potrzebne, ale o tych wszystkich szkoleniach z mowy ciała, występów publicznych, komunikacji perswazyjnej, zatrudnianiu ekspertów wszelkiej maści czy specjalnych funduszach na fryzjera i odpowiedni ubiór, a wszystko po to, żeby zrobić dobre wrażenie w trzyminutowej prezentacji na żywo.
Jeśli np. w instytucie PAN pojawiłyby się trzy granty Starting, każdy po 300 tys. euro rocznie, czyli w sumie 4 mln zł, to naprawdę nie opłacałoby się tej instytucji zatrudnić takiego specjalistę w Grant Office? Tymczasem wolimy oszczędzić i koniec końców nic z tego nie mieć. Nie doceniamy w Polsce, zarówno finansowo, jak i prestiżowo, ludzi, którzy pomagają nam pracować. Naukowiec jest od tego, żeby mieć pomysł naukowy i go przedstawić. Za resztę powinno się płacić innym.
Wracając jednak do pana pytania, zgadzam się, że umiejętność sprzedaży nauki zaczęła odgrywać za dużą rolę. Powiedziałbym nawet, że zrobił się z tego rozwinięty przemysł. Dla mnie to horrendum. Ale rozumiem, że w tę stronę zmierza całą nauka, bo świat się robi coraz bardziej skomplikowany i trzeba go umieć wytłumaczyć. Nie wiem, co można zrobić w tej kwestii. Zresztą nie dotyczy to tylko Polski. Mnie osobiście się to nie podoba, ale obawiam się, że nie ma odwrotu.
Czy w ERC myślicie o tym, by do selekcji wniosków zaprząc sztuczną inteligencję?
Bardzo intensywnie. Dużo uwagi poświęcamy temu zagadnieniu, analizujemy sytuację. Trochę się bronimy, bo uważamy jednak, że to człowiek jest ważniejszy i mądrzejszy. AI jest o tyle dobra, o ile dane, z których się uczy, są dobre. Więc zdajemy sobie sprawę z ryzyka z tym związanego, ale też zastanawiamy się, jak może wspomóc naszą pracę. Może odsieje najsłabsze wnioski, ale jak zdefiniować najsłabszy wniosek? Może nam pomoże w pisaniu opinii, ale czy ten feedback dla wnioskodawcy będzie wartościowy? Nie są to trywialne pytania.
Co pan myśli o mechanizmie transferu funduszy, który Polska chce właśnie uruchomić?
Zdecydowanie dobry ruch, liczba grantów dzięki temu wzrośnie. Będą to granty, które zostały uznane za warte sfinansowania, ale dla których nie starczyło pieniędzy (tzw. unfunded As). I teraz one zostaną sfinansowane już na poziomie krajowym z tych przesuniętych środków. Jeszcze raz podkreślę – to są najlepsze pod względem wartości naukowej projekty, dla których w ERC po prostu zabrakło funduszy.
Jaki jest planowany budżet ERC w kolejnej perspektywie finansowej?
To informacje nieoficjalna, ale zgodnie z propozycją Komisji Europejskiej budżet ERC ma wzrosnąć do 31,5 mld euro, czyli mniej więcej dwukrotnie. Obecnie to jest nieco ponad 16 mld euro. Tu trzeba jednak zaznaczyć, że – po pierwsze – nie wiadomo, czy taki rzeczywiście będzie, a po drugie – jest on łączony w ramach Filaru I z MSCA.
Jeżeli by rzeczywiście wzrósł, powstaje pytanie, co najrozsądniej zrobić z tymi środkami. I tu kluczowe wydaje się to, że wysokość grantów w zasadzie nie zmieniła się od 2007 roku. Więc jednym z rozważanych priorytetów będzie z pewnością wzrost wartości grantów.
Rozmawiał Mariusz Karwowski
Prof. Leszek Kaczmarek będzie gościem tegorocznego Copernicus Festival w Krakowie. Wystąpi 19 maja na Scenie ERC w panelu dyskusyjnym „Co naprawdę oznaczają badania przełomowe?”. Patronem medialnym wydarzenia jest „Forum Akademickie”.
Granty ERC to patologia - tylko na szczęście tym razem nie my jesteśmy za nią odpowiedzialni.
Ale po kolei.
(1) Europa nie nadąża za USA i Chinami. Ktoś rozsądny mógłby powiedzieć: „wszystkie ręce na pokład”, zwłaszcza, że w byłym bloku postkomunistycznym jest naprawdę sporo bystrych ludzi. Nic z tego - porządek musi być. Nie po to UE się rozszerzała, żeby teraz kraje tego regionu nagle stały się w pełni nowoczesne. Pieniądze na zakupy przestarzałego sprzętu z UE - proszę bardzo, ale tu stawiamy kropkę.
(2) Jak to wygląda w praktyce? "Hoduje" się tzw. liderów, co obecnie dobrze widać na przykładzie Czech. Wybiera się w miarę zdolną osobę, wysyła na stypendia do renomowanych ośrodków, żeby nawiązała kontakty, a po powrocie w instytucie wszyscy dopisują ją do publikacji jako konsultanta (to schemat powszechnie stosowany w Europie Zachodniej). W efekcie taka osoba jest obyta z modnymi tematami, ma wysokie wskaźniki IF, H itd., no taki lukrowany ekspert, który daje gwarancje realizacji dowolnie dużych grantów.
(3) To wszystko jest dość absurdalne, ale szybko się nie zmieni. To trochę, jak z McDonaldem: obsługa sprawna, wszystko schludne, frytki smaczne. Wszyscy wiedzą, że to jedzenie w sumie jest trochę "gówniane", a jednak wszyscy co jakiś czas tam trafiają (ja też). Z tą „doskonałością naukową” jest podobnie - przeciętność, ale dopracowana w detalach. Duzi chłopcy i duże dziewczynki powinni jednak rozumieć, że takie są realia biznesowe. Każdy musi znać swoje miejsce.
Ciekawe czy wymagana jest zgoda komisji bioetycznej na hodowlę geniusza?
Dokładnie tak.
(1) Jugosławię trzeba było zbombardować, żeby nie była bogatsza od Austrii.
(2) Trzeba dofinansować Talibów, żeby później trzeba było ten biedny kraj "ratować".
(3) Sprawnej administracji nikt tak łatwo nie podskoczy. Ludzie zwykle wierzą, że prawo jest od Boga.
@ZM
Jest parę drobnych nieścisłości w tym komentarzu, odniosę się tylko do jednej: "po powrocie w instytucie wszyscy dopisują ją do publikacji jako konsultanta (to schemat powszechnie stosowany w Europie Zachodniej)".
No więc nie wiem, ile lat Pan pracował w Europie Zachodniej, i gdzie, ale mi w ciągu 20 lat pracy w UK nie udało się zaobserwować tego zjawiska "dopisywania jako konsultanta do publikacji". Tak więc o ile jakieś patologie oczywiście wszędzie się zdarzają, raczej nie może być to "zjawisko powszechne".
@Marcin Przewloka
Panie Marcinie, grzecznościowe dopisywanie do prac jest w dzisiejszych czasach zjawiskiem powszechnym na Zachodzie. Zachęca do tego system - współczynniki rosną, a szanse na granty również. Problem polega jednak na tym, że jest to działanie w „szarej strefie”. W każdym przypadku można bowiem powiedzieć, że dopisana osoba coś zrobiła lub doradziła, gdyż czasem nawet jedno zadanie może znacząco pomóc. Dlatego nie ma jednoznacznej metody, aby to rozstrzygnąć, a tego typu zjawiska można oceniać jedynie statystycznie.
Problem jest poważny, skoro pojawiają się inicjatywy mające temu przeciwdziałać. Każdy może sam sprawdzić w Internecie, jak to wygląda. Ja nikogo na siłę nie zamierzam przekonywać - jeśli ktoś czegoś nie dostrzega i jest mu z tym dobrze, to w gruncie rzeczy po co powodować u niego dyskomfort, zwłaszcza że wszystko odbywa się legalnie, podobnie jak u nas z publikowaniem w MDPI.
@ZM
No tak, jak napisałem – oczywiście, że problem istnieje. Nie zgadzam się tylko z tym stwierdzeniem, że jest "to schemat powszechnie stosowany w Europie Zachodniej". Przez tą "powszechność" rozumie Pan 0.5%, 5%, czy 50% prac z nieetycznie dopisanymi autorami? Zidentyfikowanie skali jest tutaj kluczowe.
Tak w ogóle to nie mam nic przeciwko zaakceptowaniu powszechności tego zjawiska, ale to musiałoby się odbyć w oparciu o jakieś dane, jakieś konkretne badania, liczby, ustalenia. Ja oczywiście nie widzę wszystkiego, widzę tylko malutki wycinek tego, co się dzieje na tym tak zwanym Zachodzie, ale z tego co obserwuję, nie jest to zjawisko powszechne. I tylko o to mi chodziło w komentarzu.
Panie Marcinie, przede wszystkim musi pan sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Pan się chce tego wszystkiego dowiedzieć. Zjawisko ma zdecydowanie zasięg większy niż 10%, ale tu nie o procenty chodzi, a o mechanizm, który promuje spryt. Ale proszę pamiętać, że jak Pan się czegoś konkretnego dowie, to już nie będzie się Pan mógł "oddowiedzieć", tylko będzie trzeba z tym jakoś żyć. To, że Polacy kombinują, to wszyscy wiedzą, ale, że naukowcy z Zachodu też (a nawet bardziej), to może zburzyć człowiekowi świat wartości. PS. Gdyby Pan jednak zdecydował się przeszukać Internet, to takie hasło polecam "honorary authorship". Ukłony.
@ZM
Proszę się nie martwić, zapewniam, że "będę w stanie z tym jakoś żyć", i że nie "zburzy to mojego świata wartości". Poradzę sobie, ale dziękuje za troskę. :-)
Poczytam może o tym w wolnej chwili, natomiast co ważne, niezależnie od tego, co się dzieje gdzie indziej na świecie, to że w Polsce należy próbować wykorzeniać patologie. Na początek, odkrywać je i bezlitośnie pokazywać paluchem. Po to, żeby ludzie wiedzieli, bo sama wiedza to już siłą.
Tymczasem NCN też nie wyrabia: https://ncn.gov.pl/aktualnosci/2026-05-05-wyniki-opus30-lap-sonata21
Taa, w 3 dni napisać zrzeczenie się odwołania, poprawić projekt i wprowadzić te wszystkie durne dane administracyjne, jak zarządzanie danymi, przy grzejących się łączach osf-u. Poza tym NCN się nie wyrabia, więc wiarygodności wnioskodawców i ekspertów (chociażby liczby retrakcji) już nie sprawdza w ogóle.
Jak poszła sprawa?
Granda!
Cytuję: " [Czesi] Stworzyli społeczność grantobiorców i panelistów, którzy kilka lat wcześniej zaczęli mocno pracować nad tym, żeby poprawić sytuację. Wyszukiwali potencjalnych kandydatów, prowadzili ich za rękę, żeby mieli odpowiedni dorobek naukowy, pomagali w przygotowaniu projektu".
I jak to świadczy o samodzielności, pomysłowości takiego kandydata na geniusza? Skoro we wszystkim trzeba mu pomóc?
W zasadzie wszyscy piszący lub wypowiadający się (od magistrów po profesorów) wiedzą jaki jest główny problem z ewaluacją nauki w Polsce, wszyscy mniej-lub-bardziej trafnie o tym mówią/piszą i w zasadzie wszyscy są dość zgodni, że to pogarsza w ogólnym rozrachunku jakość prowadzonych w Polsce badań. Piszą i mówią o tym nawet Ministrowie i inne osoby decyzyjne. Jednak nikt nie robi nic żeby to w jakikolwiek znaczący sposób zmienić. Czyli chyba wszystkim to pasuje?
Bo w Polsce to teraz jest tak, że gdyby nawet za dwa dni w Warszawie miała wybuchnąć wielka bomba, to "tak będzie i koniec".
Nie wszystkim. Tylko tym, co mają władzę.
Minister nie ma władzy, on pełni tylko funkcję REPREZENTACYJNĄ, władzę mają za to Redaktorzy, Eksperci Recenzenci, Komisarze w licznych zespołach doradczych, Dyrektorzy grantodawcy i inni, oraz Rektorzy. Oni rządzą szkolnictwem wyższym i nauką w Polsce. Co gorsza 1% PKB i mniej na szkolnictwo im wystarcza. Aczkolwiek narzekają że mało, ale nic nie robią by zmusić premiera był dał podwyżkę.
No właśnie miałem to napisać, ale mnie Pan uprzedził.
@Profesor PAN
@Hubert Wojtasek
Coraz bardziej jestem przekonany do tego, że ewentualna zmiana systemu ewaluacji na lepszą, na taką, która coś znaczy, mogłaby wejść w życie nie przy aprobacie i zaangażowaniu polskiego środowiska naukowego, tylko raczej wbrew niemu. To taka moja osobista obserwacja, która dojrzewa od jakichś dwóch lat, między innymi po lekturze komentarzy tutaj, na Forum Akademickim.
Na pewno niemała część amatorów robienia karier akademickich poprzez pisaninę o-siamtym-i-owamtym musiałaby stracić swoje etaty na państwowych uczelniach i w PAN, żeby W OGÓLE można było mówić o REALNYCH szansach na ZNACZĄCĄ POPRAWĘ sytuacji.
A ponieważ jest to nie do pomyślenia, żeby w ogóle coś takiego mogło się zdarzyć w Polsce, więc... więc dajmy sobie po prostu spokój marzeniom...
Powoli dochodzi Pan do wniosku, że ciężko chory pacjent może się sam nie wyleczyć?
No właśnie, a ci, którzy władzy nie mają (zwłaszcza plebs akademicki), mają siedzieć cicho i grzecznie się uśmiechać. Aha, no i chyba tylko dla poprawy ich nastrojów, wrzuca się od czasu do czasu do mediów kolejne "wspaniałe pomysły" na "zreformowanie" systemu polskiej nauki i szkolnictwa wyższego...
"I tak to się kręci, la, la" - jak mawiał Pan Jan Pietrzak w "Kabarecie pod Egidą".
Choć wywiad z prof. Kaczmarkiem rzuca światło na wewnętrzne mechanizmy ERC, warto poddać krytycznej analizie dwa aspekty, które w rozmowie zostały potraktowane powierzchownie lub pominięte. Profesor twierdzi, cytuję “jeśli np. w instytucie PAN pojawiłyby się trzy granty Starting, każdy po 300 tys. euro rocznie, czyli w sumie 4 mln zł, to naprawdę nie opłacałoby się tej instytucji zatrudnić takiego specjalistę w Grant Office?” , odwracając pytanie, jeśli ERC pojawił znaczący wzrost wniosków o granty i wzrost środków na badania, to naprawdę nie opłacałoby się tej instytucji zatrudnić nowych recenzentów i uruchomić nowych procedur przyspieszających proces decyzyjnych? Obecna reakcja ERC – czyli próba ograniczania liczby wniosków zamiast rozbudowy struktur – sugeruje kryzys zarządzania procesowego w ERC. Jeśli ERC ma problemy z "ręcznym" przetwarzaniem wniosków i przeciążeniem panelistów, oznacza to, że instytucja utknęła w modelu rzemieślniczym. Zamiast zniechęcać naukowców do aplikowania, ERC powinno: radykalnie zwiększyć liczbę paneli i recenzentów (skalowanie zasobów ludzkich). Wdrożyć nowoczesne procedury automatyzacji wstępnej selekcji (triage). Zreformować procesy decyzyjne tak, by nie opierały się na "katorżniczej pracy" nielicznych, lecz na szeroko rozproszonej, zwinnej ekspertyzie. Przerzucanie kosztów niewydolności administracyjnej ERC na naukowców (poprzez restrykcje w aplikowaniu) jest zaprzeczeniem idei wspierania talentów. Drugie ważniejsze zagadnienie ,które nie pojawiło się w wywiadzie dotyczy, ze ERC została powołana jako instytucja mająca zapewnić konkurencyjność badań naukowych w Europie w porównaniu z innymi regionami. Dane wskazują na coś przeciwnego – Europa traci dystans w kluczowych technologiach i przełomowych odkryciach na rzecz USA i Chin. Oczywiście przyczyny są złożone, ale czy nie są one związane z sposobem finansowania badań naukowych w Europie. Jak rada naukowa ERC widzi ten problem? Model ERC promuje badania "na granicy poznania" (frontier research), ale proces oceny przez panele eksperckie często premiuje projekty bezpieczne, oparte na uznanych nazwiskach i stabilnych ścieżkach kariery. Chiny stawiają na masowość połączoną z agresywnym wdrażaniem, a USA na dynamiczne finansowanie wysokiego ryzyka (np. model ARPA). Wywiad skupia się na "wybitnej pracy naukowej" jako celu samym w sobie. Tymczasem globalna konkurencja nie pyta o liczbę cytowań w Nature, ale o to, kto pierwszy opatentuje i skomercjalizuje nową technologię.
Otóż to. Granty i cytowania, same w sobie, nikogo nie nakarmią, nie wyleczą, nie wykształcą, ani nie obronią.
Chiny stawiają na masowe badania i współpracę w systemie open - source. To daje potężną przewagę.
Europa też by mogła mając to, co potrzebne najbardziej, czyli wystarczająco duży wspólny rynek.
Mam przyjemność być edytorem pomocniczym w czasopiśmie anglojęzycznym z dziedziny biologii. Nie wiem, na co stawiają Chiny, ale zalewa nas masa prac bezwartościowych, pisanych przez AI, ze sfałszowanymi wynikami, właśnie z Chin. W Pubpeer masa chińskich prac. No nie tak się robi wielką science.
@Krzysztof
To, dlaczego Europa pozostaje w tyle za USA i Chinami, jeśli chodzi o nowe technologie i innowacje, zdecydowanie wychodzi poza temat ERC. Powiedziałbym nawet, że to jest temat inny niż ERC.
Europa w obecnym kształcie nie ma wspólnego finansowania nauki, poza programami typu Horizon. Tak, idzie na te programy dużo pieniędzy, ale to ciągle jest tylko dodatek do tego, co każde państwo, zupełnie niezależnie, przeznacza na badania naukowe. Stąd właśnie takie różnice pomiędzy poszczególnymi państwami. Podobnie jest w innych obszarach, na przykład na edukację szkolną lub wojsko również państwa przeznaczają tyle, ile same zdecydują.
Czyli w dużym stopniu to jest jednak tak, jak opisuje artykuł: jeśli system działa sprawnie, to należy przeznaczać więcej pieniędzy na badania, aby uzyskać lepsze wyniki szybciej (tutaj Polska ma problem, bo niestety system nie działa tak, jak powinien).
Proszę spojrzeć tutaj:
"China pledges billion-dollar spending boost for science"
https://www.nature.com/articles/d41586-026-00770-y
"China could be the world’s biggest public funder of science within two years"
https://www.nature.com/articles/d41586-026-00618-5
Jakoś kojarzy mi się to obrazoburczo z innym europejskim konkursem - Eurowizją. Może z uwagi na zbliżony w tych konkursach dla polskich uczestników współczynnik sukcesu, a może ze względu na mgliste kryteria znajdujące się tylko "w głowach" oceniających oraz na zwykły przerost formy nad treścią.
Takie mam pytania:
Skoro przepustką do uzyskania grantu ERC jest publikacja opisująca przełomowe wyniki badań, to co jest efektem grantu ERC? Czy też powinna być to publikacja opisująca wyniki kolejnych przełomowych badań? Czyli ma nastąpić lawina przełomów. To dlaczego EU nie jest obecnie liderem postępu naukowego i tych przełomowych badań, choć jest liderem w publikowaniu? Może ten mechanizm przyznawania grantów ERC nie działa jednak prawidłowo, a KE wpada w samozachwyt.
Chyba pozostaje nam tylko Eurowizja Junior.
"całkowicie zależne od nas jest największe zło, jakie może być w nauce, czyli ocena parametryczna" Absolutnie się nie zgadzam. Złem jest tu ŹLE SKONSTRUOWANA ocena parametryczna, bo jej brak to też ZŁO (moim zdaniem - nawet większe).
Przykładem jest IDUB - brak oceny parametrycznej na rzecz dość pobieżnej oceny eksperckiej. Efekty tego bardzo kosztownego programu - prawie żadne. Aczkolwiek finalna ocena (ekspercka) zapewne będzie pozytywna.
Jaki parametr byłby świetny (dla programu IDUB) - oczywiście liczba grantów ERC (jako jeden z parametrów, bo można dodać parametry jeszcze trudniejsze, np. naprawdę ważne osiągnięcia dowiedzione publikacjami z dominującym polskim udziałem w Science, PNAS, czy Nature). Kto się jako tako wybroni przy tego typu (bardzo prostej) ocenie mierzonej grantami ERC: chyba tylko UW, a większości IDUB-ów nie ma wcale. Kto się wybroni publikacjami Science/Nature z dominującym udziałem - chyba nikt, a większości IDUB-ów też nie ma wcale.
GDYBY beneficjenci IDUB mieli postawione tego typu zadania-parametry, to może przez te 6 lat by coś drgnęło?
Moim zdaniem z oceną parametryczną jest jak z socjalizmem - nie da się jej zreformować. Nie można oceniać rzeczy z wysokiej (tj. ludzkiej twórczości) półki za pomocą metod z półki niskiej (automatycznie).
Co w zamian? Nie wiem, ale coraz jaśniej widzę, że trzeba sięgać w przeszłość i stamtąd czerpać wzorce. Jakoś ta nauka przez wieki funkcjonowała. Przydałby się nestor-światowiec, interesujący się finansowaniem nauki, choć i on mógłby mieć zbyt współczesny ogląd, może odpowiedni historyk nauki.
Najważniejsze współczesne wyniki badań naukowych publikowane są w otwartych darmowych bazach typu arXiv, a nie w science czy nature i innych płatnych biznes czasopismach .
@Ireneusz
To byłaby bardzo ciekawa informacja, gdyby tylko była poparta jakimiś liczbami.
Czy są jakieś dane/statystyki, które pokazują, że tak właśnie jest?
Fajnie byłoby, gdyby taka informacja była. Cały szkopuł w tym, że wtedy dysponowalibyśmy jakimś supermodelem tego, co należy do najważniejszych współczesnych wyników badań naukowych a co nie. To wiele rozważań dotyczących ewaluacji, które tu są prowadzone na forum i w innych gronach okazałoby się zbędnych - bo wystarczyłoby użyć tego supermodelu. Ergo, moim skromnym zdaniem, raczej o takie dane będzie trudno, to kwestia opinii czy doświadczeń.
@Fidelio
Pytam dlatego, iż może ktoś przyjął pewne założenia, na przykład takie, że "im praca ma więcej cytowań, tym lepsza" i kierując się takim kryterium policzył, jak to wygląda w "otwartych darmowych bazach typu arXiv oraz w science czy nature i innych płatnych biznes czasopismach".
Może takie dane istnieją, stad moje pytanie.
Bo bez takich danych lub innych solidnych przesłanek do żadnych ogólnych wniosków raczej dojść nie można.
Ano, ciekawie byłoby spojrzeć, ale ja nie jestem entuzjastą używania statystyki w dyskusjach i decyzjach. Stwarzają pozór obiektywizmu a i tak cały ciężar sprawy tkwi na ogół w subiektywnej interpretacji danych statystycznych (czy cytowania to rzeczywiście wskaźnik ważności badań? czy 60% to dużo? A 40% to dużo?).
Pan Profesor mówi (sensownie): "W Polsce musimy zrozumieć, że jedna wybitna praca na parę lat jest więcej warta niż dwadzieścia artykułów rocznie". I dalej dodaje "Nauczyłem się tego jeszcze w EMBO (European Molecular Biology Organization). Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że tak można myśleć". I tylko pytanie się rodzi, czemu w ostatnich latach nie ma roku, w którym Pan Profesor nie opublikowałby czegoś w MDPI? Szczególnie upodobał sobie Pan Profesor te czasopisma z wydawnictwa MDPI, które na polskiej liście ministerialnej mają 140 pkt.
Proszę się nie dziwić, wyjaśnienie jest bardzo proste. Pan Profesor zasiada gdzie trzeba, wie jak być powinno, wie co trzeba zmienić żeby było lepiej, potrafi doradzać, ba, ma nawet dalekosiężną wizję.
A potem szara codzienność: jak chłopina nie uzbiera punktów to otrzyma negatywną ocenę w swojej jednostce.
Autorzy projektu ocenianego powinni być anonimowi, recenzenci czy eksperci ocenianego projektu powinni być jawni, występować pod imieniem i nazwiskiem oraz afiliacją. To podstawowy warunek rzetelnej pracy Recenzentów, wtedy też będzie wiadomo czy mają kompetencje by oceniać projekty badawcze. Aktualny system jest postawiony na głowie.
@Ireneusz
Aby tak zrobić, należałoby całkowicie zmienić optykę recenzji grantowych. Po pierwsze, grant musiałby być napisany w ten sposób, aby nie można było zgadnąć, kto go pisze. Często to jest bardzo trudne. Po drugie, całkowicie odpadłaby możliwość oceny wykonalności oraz środowiska naukowego w instytucji aplikującego, co w efekcie uniemożliwiłoby jakąkolwiek weryfikację tego, czy grant jest w ogóle możliwy do zrealizowania.
To się w oczywisty sposób kłóci z ideą sprawdzania, czy pieniądze przeznaczone na dany projekt mają szansę być wydane sensowne, czy nie.
W żadnym razie.
Oceniamy projekt nie mając pewności, kto go złożył. Oceniany jest tylko projekt.
Autor przedstawia przyjęty projekt swojej macierzystej instytucji, a ta zgadza się na jego realizację. Jeśli się nie zgadza, autor może prosić o zgodę inną instytucję.
@Przemo
Moja instytucja nie zawsze wie, co w moim proposalu jest realne do wykonania, a co nie. Nie rozumie dokładnie konkretnych celów oraz metod, jakie używam. Nie może ocenić, jak istotne są ‘preliminary data’, które pokazuje w proposalu. Nie jest w stanie tego skomentować ani podjąć decyzji o wspieraniu tego konkretnego przedstawionego projektu, lub jego niewspieraniu. To, co Pan proponuje jest całkowicie nierealne.
I to już abstrahując od tego, że w niektórych dziedzinach specjalizacja jest tak wąska, że jest dosyć łatwo zgadnąć, skąd pochodzi dany proposal, nawet jeśli żadne nazwiska nie są nigdzie wymienione.
@Marcin Przewłoka
Może nie przesadzajmy z obawami o niekompetencję koleżeństwa z tej samej dziedziny. Jesli jest tak źle, to po co w ogóle te rady naukowe, rady dyscyplin, po co seminaria?
Raz Pan zawali, następnym razem przepytają albo się nie zgodzą. To proste.
Przypuszczenie to nie jest pewność ;-) Poza tym, co wielkiego wyniknie stąd, że nieformalnie dowie się Pan jako recenzent, kto jest autorem projektu, kiedy nie ma Pan prawa brać tego pod uwagę?
@Przemo
Nie rozumiem zupełnie, jak Pan sobie to wyobraża. Dowolny uniwersytet (ktokolwiek by go reprezentował) ma podejmować decyzję, czy mój grant proposal jest dobry i należy go poprzeć? Jakim sposobem oni mają rozumieć, o czym ja konkretnie piszę? Może 10 osób, i nie więcej, na moim wydziale rozumie to w miarę dobrze, i oni reprezentują tylko mój wydział, a nie cały uniwersytet. I do tego nawet oni nie wiedzą tak naprawdę, o co chodzi w moim proposalu, bo przecież pracują w nieco innych dziedzinach.
Poza tym, dlaczego „Raz Pan zawali, następnym razem przepytają albo się nie zgodzą”? Przecież jeden proposal może być słabszy, a drugi znacznie lepszy. Dlaczego mieliby się nie zgodzić tylko dlatego, że jedna aplikacja nie zadziałała? I z czego oni mnie odpytają, skoro niczego nie wiedzą na temat moich badań? Kto konkretnie ma mnie odpytywać?
I na koniec, jeśli rzeczywiście nic wielkiego nie „wyniknie stąd, że nieformalnie dowie się Pan jako recenzent, kto jest autorem projektu”, to po co z tego robić tajemnicę? Robić tajemnicę poprzez unikanie mówienia czegokolwiek o autorach proposalu i miejscu, gdzie oni pracują, tylko po to, żeby później stwierdzić, że „to nic wielkiego”?
Nic Pan nie rozumie albo udaje.
@Przemo
Tak to już jest z komentarzami i komentowaniem – może się znaleźć ktoś, kto będzie uważał inaczej i to napisze.
O.K.
Tak być powinno. To oczywiste.
Podobnie oczywiste jest niewspieranie ludobójstwa i tortur, ale teoria - teorią, a praktyka wymagałaby jakiejś tam minimalnej odwagi i godności.
Chcesz Pan, by wskutek jawności, autorów niedostatecznie entuzjastycznych recenzji (bądź zatrudniające ich jednostki) spotykały jakieś retorsje?
Proste pytanie, na które chyba nikt nie jest już w stanie odpowiedzieć. Jeśli na liście czasopism mamy tytuły za 20, 40, 70, 100, 140 i 200 punktów, przy czym tylko te za 140 i 200 liczą się do parametryzacji uczelni, a uczelnia niższe artykuły uważa za zmarnowany potencjał badawczy (i wszyscy mają publikować tylko te wyższe), to po co w ogóle te tytuły na tej liście ministerialnej są? Może po prostu usuńmy je z listy w ogóle, zabrońmy w nich publikować i przynajmniej będzie wszystko jasne?
Poza tym pragnę nieśmiało przypomnieć, że czasopisma z najwyższego kwartyla są tam tylko dlatego, że gorsze prace są gdzie indziej. Jeśli wszyscy zaczniemy bombardować pierwszy kwartyl setkami gorszych manuskryptów, to część zostanie przyjęta (mimo wysokiego standardu pisma) i pismo... wypadnie z kwartyla. Oczywiście o tym dowiemy się za jakiś czas, prawo zadziała wstecz, na nowej liście pisma nie ma, ocena negatywna, wymówienie z pracy...
Cytat: "System oceny preferuje naukowców z Zachodu, oni także dominują w składach paneli, kryteria faworyzują badaczy o wysokiej mobilności i braku obciążeń dydaktycznych"
To teraz zamieńmy "Zachodu" na "Warszawy i Krakowa" i zastosujmy powyższe stwierdzenie do NCN. Wyciągnijmy wnioski.
Cyt."Jeżeli namawia się naukowców, by publikowali dużo i średnio, to tym samym pozbawia się ich kart w europejskim rozdaniu"
Jeśli realia ZMUSZAJĄ tych, co mogliby (i powinni) być naukowcami, do przekwalifikowania się na dziedzinę INNĄ, niż ich dziedzina nauki, to o czym można tutaj mówić?
Pan Profesor raczej chyba nie doświadczył tego typu "przyjemności", gdyż jak się domyślam, początek jego kariery był taki, jaki powinien być początek kariery każdego naukowca. Niestety, nie każdemu jest to dane...
No to mamy to, co mamy.
AI pisze, że ERC „przyznaje granty na badania podstawowe o wysokim ryzyku naukowym, mające charakter przełomowy”. A w wywiadzie ciągle mowa o ocenie badacza. A to, że ma za mało publikacji, a to że ma za dużo publikacji i w dodatku nie tam gdzie należy publikować. To w końcu ERC robi casting i ocenia sylwetkę autora i jego potencjalne predyspozycje? Czy rzetelnie ocenia projekt? A może by tak przyznawać pieniądze na badania, a nie „za zasługi” autora. A pomysł doboru panelistów według klucza wyjdzie Europie tak jak punkty za pochodzenie w PRLu.
Jest to niestety konkurs piękności. Dziwię się trochę, że Pan Profesor nie widzi sprzeczności w tym, co mówi. Jeśli wszyscy naukowcy będą chcieli publikować tylko przełomowe odkrycia i prowadzić tylko "ważne syntezy", to przepraszam, ale co będzie przedmiotem tych syntez? Przecież nie warto publikować prac mniejszych i mniej odkrywczych, to i nie bardzo będzie nad czym się pochylić. To jakieś nowe rozumienie sensu badań naukowych, z którym się fundamentalnie nie zgadzam.
Ciągle nie trafia do tych zakutych łbów, że grant nie jest nagrodą. A polskie upodobanie do wysługiwania się obcym to szczyt żenady.
Już Sun Tzu pisał w "Sztuce wojny", że dowódca, który musi dawać nagrody musi być w bardzo złej sytuacji, a
lojalność żołnierzy i stosowanie kar - to objaw dobrego zarządzania.
Dopóki będą trwały: cała ta otoczka wokół wniosków grantowych, a zwłaszcza to traktowanie wnioskodawców przez tzw. ekspertów NCN (ale też i można to odnieść do grantów ERC), jako potencjalnych konkurentów (niestety, ale takie wrażenie odniosłem, czytając recenzje mojego wniosku o grant NCN), dopóty państwo eksperci będą czuli dyskomfort na samą myśl, że mieliby zaopiniować wniosek pozytywnie itp., dopóty uzyskanie grantu będzie traktowane właśnie, jako NAGRODA.
Niech się Pan Profesor aż tak bardzo nie dziwi. Polska to "taka dziwna kraj" (jak mawiał kiedyś Zulu-Gula), i tutaj wiele rzeczy jest POPRZEKRĘCANYCH. Wygląda to trochę, jak poszarpana wstęga Mobiusa.