Z punktu widzenia autorów publikacji naukowych rok 2026 już dawno się zaczął. Już 10 lipca 2025 roku w bazie Web of Science było ponad 1600 prac z datą publikacji 2026, w tym 15 polskich autorów – pisze w FA prof. Marek Kosmulski.
Z punktu widzenia autorów publikacji naukowych rok 2026 już dawno się zaczął. Już 10 lipca 2025 roku w bazie Web of Science było ponad 1600 prac z datą publikacji 2026, w tym 15 polskich autorów. Natomiast 15 października było ich już 23 637, w tym 302 publikacje polskich autorów. Jeszcze więcej było ich w Scopusie. W WoS są już nawet 24 prace datowane na rok 2027, ale ten problem naszych autorów nie dotyka (jeszcze!). Publikacje wraz z numerem tomu, strony i rokiem publikacji pojawiają się w tych serwisach z kilkutygodniowym opóźnieniem, więc na internetowych stronach wydawców publikacji z roku 2026 (a nawet z 2027!) jest znacznie więcej niż w WoS lub w Scopusie. Tyle o pracach już opublikowanych.
Autor wysyłający dziś swój manuskrypt do redakcji przyzwoitego czasopisma (w odróżnieniu od czasopism drapieżnych) praktycznie nie ma szans, by jego praca ukazała się z datą 2025. Nawet jeżeli przy sprzyjających okolicznościach ukaże się ona faktycznie 31 grudnia tego roku, to prawdopodobna oficjalna data publikacji będzie już w roku przyszłym. Daty podawane w publikacjach na więcej niż pół roku naprzód są rzadkością, lecz opatrywanie publikacji datą o miesiąc lub dwa późniejszą niż faktyczna data publikacji jest obecnie raczej regułą niż wyjątkiem. Na przykład mój ulubiony „Journal of Colloid and Interface Science” (Elsevier) datuje obecnie przyjmowane artykuły na luty 2026 roku.
Zwyczaj opatrywania publikacji naukowych datą różną od prawdziwej daty ich publikacji znany jest każdemu naukowcowi, który na bieżąco śledzi zawartość czasopism naukowych, jednak twórcy kolejnych systemów ewaluacji nauki w Polsce mogą o tym zwyczaju nie wiedzieć, a zgodność daty widniejącej na pracy naukowej z rzeczywistą datą publikacji może się im wydawać oczywistością. Piszę o tym w kontekście często powtarzanego postulatu, by w trakcie okresu ewaluacji nie zmieniać reguł gry. Jest wysoce prawdopodobne, że kolejna ewaluacja będzie – podobnie do poprzednich – oparta na liczeniu punktów za publikacje naukowe, a przynajmniej będzie je uwzględniała. Jeżeli ewaluacja według obecnych reguł ma obejmować okres do końca 2025 roku, a nowy okres ma się rozpocząć 1 stycznia 2026, to reguły tego nowego systemu ze wszelkimi szczegółami powinny być znane najpóźniej 1 marca 2025. Tak się jednak nie stało. Nowy okres ewaluacji będzie trwał w najlepsze, a reguły oceny nie są znane nawet w zarysie.
Marek Kosmulski
Kolejny artykuł z serii FA, pośrednio świadczący o tym, że obecnie publikacje są niemiarodajne i w związku z tym nie powinny stanowić podstawowego kryterium przy ocenie naukowców i instytucji naukowych. Natomiast praktycznie wszystkie "renomowane" wydawnictwa naukowe są drapieżne, ponieważ każą twórcy płacić za jego własny produkt, żerując tym samym na naukowcu (społeczeństwu) i wykorzystując fakt, że jest on oceniany właśnie na podstawie kryterium publikacyjnego. Moim zdaniem podstawowym kryterium do oceny pracy naukowca powinna być przydatność społeczna wyników jego badań, a reforma systemu nauki powinna zmierzać w kierunku określenia jak takiej oceny w sposób rzetelny dokonać.
Drapieżność nie jest zerojedynkowa. Cechy charakterystyczne dla drapieżnych czasopism, np. pobieranie opłat od autorów, tworzenie wielu nowych czasopism przez jednego wydawcę w krótkim czasie, rozsyłanie maili namawiających do publikowania itd., występują w różnym natężeniu u różnych wydawców. Na skali absolutnej "drapieżność" większości czasopism i wydawców stale rośnie. Także poziom społecznej akceptowalności dla takich zachowań się zmienia. To, za co kiedyś wieszano psy na MDPI, obecnie robią na wielką skalę Elsevier, Springer i inni. Dlatego też listy drapieżnych czasopism i wydawców sprzed lat tracą na znaczeniu. Więc jeszcze raz: ciągłe spektrum, a nie ostry podział na drapieżców i niedrapieżców.
Drapieżna i niedrapieżne. Co za różnica. Pobierają opłaty bo są tacy co płacą.
Kwestia jest taka, że są tacy co uważają się za ekspertów i recenzują.
Recenzowane z natury swojej jest nieuczciwą praktyką.
Jak artykuł opisuje oryginalne badania, to nikt nie jest w stanie tego zrecenzować, recenzent bowiem nie ma tej wiedzy, wiec oszukuje, że recenzuje.
Proszę pana, nie ma nic dyskwalifikującego w rozsyłaniu maili namawiających do publikowania. Natomiast domaganie się wysokich (w okolicach dziesięciu tysięcy dolarów) opłat od autorów artykułów już przyjętych do druku to działalność bezwzględnego drapieżnika. Specjalizują się w tym wielkie wydawnictwa, być może z wyjątkiem Sage, w którym nic nie opublikowałem.
A jeżeli mamy jakieś wydawnictwa wykluczać, bo są "drapieżne", to musi to być zerojedynkowe. Raz - dlatego, że nauka za swojej natury jest zerojedynkowa, Słońce krąży wokół Ziemi albo odwrotnie, nie może być "a bo ja nie wiem." Dwa - bo oskarżenłia są dobre (choćby dlatego, że niesłusznie oskarżony może się obronić) a insynuacje są złe.
Byłem jednym z tych naukowców. Dziękuję za artykuł, bo wyjaśnił mi to zaskoczenie.
Cieszę się, że w końcu pojawił się głos rozsądku. Nie wiem kiedy stanie się to oczywiste dla "tęgich" głów, że korporacje wydawnicze nie są non-profit i ich celem jest zysk. Nie ukrywajmy po co jest Springer, Elsevier, T&F czy MDPI. Każde z nich ma na celu zysk, to naprawdę intratna działalność. Po drugie, chciałbym usłyszeć, czym jest predatory journals? Nie można tego opierać o definicję, że prowadzi agresywną politykę, bo czym jest ta agresja, kiedy to jest agresja, a kiedy nie. 100 maili od jednego wydawcy czy 200?
Jeśli chodzi o ewaluację to najbardziej zasadnym wydaje mi się, aby przedstawiać do niej tylko wybrane publikacje (1/2/3 - można na tym debatować - w zależności od czasu i tego czy jest to pozycja dydaktyczna, dyd-bad. czy badawcza). Uważam, że dydaktyczni też powinni przedstawiać pracę, bo przecież uczelnia powinna i kształcić i prowadzić badania. Te prace powinny być poddawane do oceny merytorycznej, a nie na zasadzie tego, gdzie zostało to upowszechnione. Równie dobrze może to być serwis z preprintami. Chodzi o to, co wynika z tej pracy. Recenzenci powinni rzetelnie przeczytać i wydać wnioski. Jeśli nie ma nowości, to proszę o podanie prac, w których faktycznie jest to samo. Jeśli nie ma poprawnej metodologii to przedstawić, co jest w źle w danym układzie. A nie na zasadzie, to jest dość słaba nowość, to nie zostało w pełni przedstawione - jak to ma miejsce teraz.
Oczywiście, że wydawnictwa komercyjne to nie są organizacje dobroczynne. Trochę o ich zyskach można poczytać w tym artykule na temat Science of the Total Environment i jego byłym naczelnym - Damia Barcelo.
https://english.elpais.com/science-tech/2025-11-28/the-fall-of-a-prolific-science-journal-exposes-the-billion-dollar-profits-of-scientific-publishing.html
Ten artykuł ukazał się z okazji usunięcia STOTEN przez Clarivate z Journal Master List z dniem 17.11. Niewtajemniczonym przypomnę, że to czasopismo ma na naszej liście 200 punktów. Takie praktyki są powszechne u wszystkich wydawców. Dlatego model publikowania artykułów naukowych musi ulec zmianie. Trąbię o tym od kilku miesięcy. A w ciągu ostatniego miesiące pojawiły się kolejne głosy proponujące rozwiązanie tego problemu i w kraju
https://forumakademickie.pl/promowac-rzetelnosc-badan-eliminowac-zachowania-nieetyczne/
https://www.nauka-pan.pl/index.php/nauka/article/view/1132
i za granicą
https://royalsocietypublishing.org/doi/epdf/10.1098/rsos.251805
https://forbetterscience.com/2025/11/17/the-fribourg-declaration/
A tym, którzy twierdzą, że tego się nie da zrobić, bo wielcy wydawcy mają za długie ręce, odpowiem, że jeśli się tego zrobi, to za 5 lat nauka przestanie istnieć zalana śmieciami z papierni publikowanymi dla zysku za publiczne pieniądze.
Uważam, że w obecnej debacie dotyczącej jakości i etyki publikacyjnej zasadne jest precyzyjne posługiwanie się pojęciem „drapieżnych wydawnictw”, odnosząc je przede wszystkim do określonych praktyk wydawniczych, a nie do samych czasopism. Analizując sposób funkcjonowania największych komercyjnych wydawców, takich jak Elsevier czy Springer, można zauważyć liczne działania, które coraz częściej wskazuje się jako przykłady agresywnej, nadmiernie komercyjnej polityki publikacyjnej.
Jednym z charakterystycznych elementów tej strategii jest masowe tworzenie tzw. companion lub partner journals powiązanych z uznanymi, prestiżowymi tytułami. Czasopisma te funkcjonują głównie w modelu open access, a ich profil wydawniczy w wielu przypadkach zdaje się być ukierunkowany w mniejszym stopniu na utrzymanie wysokiego poziomu naukowego, a w większym na generowanie przychodów. Dodatkowo, sposób procedowania manuskryptów w tych dużych wydawnictwach często pozostawia wiele do życzenia: czas oczekiwania na decyzję redakcyjną bywa skrajnie długi, a jakość recenzji nierzadko oceniana jest jako niejednolita lub niewystarczająco rzetelna.
Na tym tle MDPI, mimo toczących się dyskusji i kontrowersji, jawi się jako podmiot bardziej transparentny, sprawny organizacyjnie i responsywny wobec autorów oraz recenzentów. W rezultacie stosowanie wobec niego określeń charakterystycznych dla klasycznych „predatory publishers” wydaje się nieuzasadnione.
Wydawnictwa drapieżne to Wiley, Springer, T&F i Elsevier? Nikt tyle kasy z polskiej (i nie tylko polskiej) nauki nie upolował co oni.
Pełna zgoda. Springer za ciebie zrobi wszystko w zakresie OA. Tylko się musisz zgodzić ale czekaj! Innej opcji nie ma żeby się nie zgodzić, jeśli ICM ma wykupioną opcję OA w czasopiśmie to nie ma możliwości wybrania wersji subskrypcyjnej.
MAFIA
O pozostałych wydawnictwach z Big 5 też można opowiedzieć ciekawe historyjki. A pudła rezonansowe wycierają sobie buźki MDPI. Mnie zawsze fascynowała głupota profesorska...