Przez długi czas nie miałam nic wspólnego z polską akademią. Dopiero ostatnio zaczęłam bliższą współpracę i włos mi się zjeżył na głowie, kiedy zaczęłam słuchać, co się dzieje nad Wisłą. Nie mówię tylko o nakładach na naukę, ale o kulturze akademickiej. Wydaje mi się, że to się okropnie pogorszyło od czasu, kiedy pracowałam w Polsce – mówi prof. Paulina Kewes z Jesus College w Oksfordzie.
Prof. Paulina Kewes zajmuje się literaturą, historią, i myślą polityczną wczesnonowożytnej Anglii. Ukończyła Wydział Filologii Angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, doktorat zrobiła na Uniwersytecie Oksfordzkim. Od ponad dwudziestu lat pracuje w Wielkiej Brytanii, obecnie w Jesus College w Oksfordzie. Należy do Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie.
Wprawdzie nie starałaś się do tej pory o grant ERC, ale masz na koncie wiele innych, zarówno brytyjskich, jak i amerykańskich, pracujesz w renomowanym ośrodku naukowym za granicą. Czy odnajdujesz siebie w raporcie Natalii Letki, Marcina Nowotnego i Piotra Sankowskiego, który wczoraj opublikowaliśmy?
Niestety tak.
Jak polska akademia wygląda z oksfordzkiej perspektywy?
Przede wszystkim dostrzegam zupełnie niepotrzebną, a wręcz szkodliwą hierarchię uczelni, co jest częściowo pochodną reformy Gowina. Dzięki sukcesom na olimpiadach przedmiotowych mogłam studiować jakąkolwiek filologię gdziekolwiek bym chciała w Polsce, ale zdecydowałam się zostać w Gdańsku. To był rok 1983. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że idę na jakąś trzeciorzędną uczelnię. Teraz, jeśli ktoś jest z Torunia, Opola czy choćby Gdańska, patrzy się na niego jakby był obywatelem drugiej czy trzeciej kategorii.
Inna sprawa to hierarchia wewnętrzna. Ktoś bez habilitacji – która notabene powinna być jak najszybciej zniesiona – jest traktowany gorzej niż kiedy ja byłam świeżo upieczoną magistrantką i asystentką. Jakiś czas temu na konferencji spotkałam kilkoro Polaków, którzy w żartobliwie gorzkim tonie rozmawiali o swojej sytuacji w pracy, określając ją w kategoriach hołdu lennego.
Nie wspomnę już o wszechobecnej biurokracji. Kiedy polscy koledzy opowiadają mi, ile czasu stracili na kupno myszki do komputera z własnego grantu i nic z tego nie wyszło, bo nie dostali zgody od odpowiedniej osoby, ręce mi opadły. To wszystko układa się w jakiś szerszy obraz, nienastrajający zbyt optymistycznie. Współpracuję teraz z polskimi badaczami i widzę, jak ogromną wiedzą dysponują, a jednocześnie w jak niesamowicie ciężkich warunkach pracują. Nie mam przy tym na myśli jedynie uposażenia. Chodzi mi o atmosferę, o tym, że starsi naukowcy ich nie wspierają, a wręcz terroryzują, i podobnie dzieje się z doktorantami. To jest po prostu przytłaczające. Zarówno ja, jak i moi koledzy w Oksfordzie bardzo często robimy o wiele więcej niż się od nas wymaga, bo chcemy, bo uważamy, że kilka spotkań więcej z danym studentem naprawdę może mu pomóc, bo wreszcie wierzymy, iż przeprowadzenie próbnej rozmowy kwalifikacyjnej zwiększy szanse niedawnej doktorantki na zdobycie stałej pracy. Ale gdy słyszę o kilkuset nadgodzinach, żeby dorobić i groźbie, że jak się ich nie weźmie, to zostanie się wyrzuconym, to nie wiem, jak na to zareagować.
Dlaczego jesteś przeciwniczką habilitacji?
Habilitację jako formalny etap w karierze należy zlikwidować, a jednocześnie zachęcić uczonych do publikowania kolejnej książki w jak najlepszym wydawnictwie i w miarę możliwości w języku obcym. Sam proces recenzyjny przed przyjęciem do druku jest oceną jakości danej pracy. Rozmawiam z naukowcami z Polski, którzy kończąc habilitację mówią: wydam tu i tu, bo tam wyjdzie najszybciej. Paranoja! Cały czas trwają spory, co jest wskaźnikiem jakości badań. Jednak na pewno nie jest nim opinia kilku często blisko skoligaconych recenzentów zatwierdzonych przez radę wydziału. Anonimowi recenzenci dla wydawcy będą o wiele bardziej obiektywni. Przecież celem recenzji nie powinno być wyeliminowanie kogoś – by nie użyć bardziej kolokwialnego słowa – tylko pomoc. Na zasadzie: jeśli jakiś projekt jest naprawdę dobry, jak można go jeszcze ulepszyć?
Co jeszcze wprawia cię w osłupienie, gdy patrzysz z boku na polską akademię?
To że tak niewiele osób z Polski, które świetnie znają angielski, publikuje w tym języku. Robią habilitację po polsku, choć tematyka z pewnością zaciekawiłaby czytelnika na Zachodzie. Dlaczego? Bo łatwiej to będzie wydać, bo recenzenci często nie znają angielskiego, bo komuś się może nie podobać, że jest po angielsku? Trudno mi to zrozumieć. Swoją magisterkę pisałam po angielsku, od samego początku publikowałam po angielsku, w życiu nie napisałam nic po polsku. Dlaczego zaczęliście się tak zamykać we własnym kręgu? Nie mówię tu o naukach ścisłych, ale dlaczego na przykład o historii Polski na Zachodzie piszą niemal wyłącznie brytyjscy uczeni, a ich książki tłumaczone są na polski? Przecież powinno być odwrotnie: to polskie prace o Polsce powinny być wydawane po angielsku!
Czy mimo to polscy naukowcy mogą się porównywać z zachodnimi?
Polscy badacze nie powinni mieć kompleksów wobec kolegów z Zachodu, mogą im dorównać, choć to w dużej mierze zależy od tego, w jakim systemie się kształcą. Kiedy studiowałam na gdańskiej anglistyce, w latach osiemdziesiątych, byłam wychowywana na zasadzie: „wszystko możesz”. Wysyłano mnie na staże zagraniczne, zachęcano, bym publikowała w języku angielskim. Kiedy jeździłam na wymiany czy stypendia nie czułam się gorsza. Mam wrażenie, że to się w ostatnich latach posypało. Początkujący badacze, szczególnie w naukach humanistycznych i społecznych, wydają się mieć o wiele mniej niezależności w wyborze tematu badań i nie otrzymują odpowiedniego wsparcia od akademickiej starszyzny. Zupełnie jakby nastąpiło w polskiej akademii swoiste rozwarstwienie klasowe.
Niedawno o tym, jak powinno to wyglądać, napisałaś na swoim profilu w serwisie X.
Powtórzę się, ale uważam, że w Polsce brakuje odpowiedniego wsparcia dla badaczy, szczególnie tych młodych i nie z Warszawy czy Krakowa. Przez długi czas nie miałam nic wspólnego z polską akademią. To się wiązało z jednej strony z tym, że moja działka to literatura angielska, a z drugiej – nikt z Polski moją pracą się nie interesował. I dopiero ostatnio przy projekcie o kulturze parlamentarnej zaczęłam bliższą współpracę z Polską – porównuję kulturę parlamentarną Polski i Litwy z tą w Anglii, Szkocji i Irlandii w XVI i XVII wieku. I włos mi się zjeżył na głowie, kiedy zaczęłam słuchać, co się dzieje nad Wisłą. Nie mówię tylko o pieniądzach, nakładach na naukę, ale o kulturze akademickiej. Wydaje mi się, że to się okropnie pogorszyło od czasu, kiedy pracowałam w Polsce (do 1991 roku – przyp. MK).
Twój wpis pojawił się tuż po tym, jak ogłoszono wyniki ERC Starting Grants. Sam Oxford dostał sześć takich grantów, do Polski trafiły zaledwie dwa. W całej historii ERC odstajemy nawet od Portugalii.
Patrząc przez pryzmat „mojego” Oksfordu, widzę, do jakiego stopnia wspiera się naukowców w staraniach o granty. Co roku wypełniamy krótką ankietę dotyczącą tego, nad czym obecnie pracujemy, co wyszło w druku, co planujemy opublikować, ale też czy staraliśmy się bądź będziemy się starać o granty i czy pomogłoby nam spotkanie z tzw. research facilitator. Każdy instytut ma taką osobę. Jest ona zatrudniona w specjalnym dziale wspomagającym pisanie wniosków o granty, pomaga zdecydować, który grant byłby najlepszy dla projektu, nad którym się pracuje, spotyka się z badaczem osobiście lub online, prezentuje wnioski, które odniosły sukces w tej dziedzinie. Ponieważ pisanie takiego wniosku jest bardzo czaso- i pracochłonne, można się również ubiegać o redukcję zajęć w roku, w którym zamierzamy ubiegać się o grant.
Na Uniwersytecie Oksfordzkim w każdym instytucie jest ktoś, kogo zadaniem – i administracyjną funkcją – jest bycie liderem, jeśli chodzi o badania naukowe. Taka osoba jest jedną z nas, sami ją wybieramy. Nie tylko koordynuje i przygotowuje raport o badaniach w danym instytucie, ale również udziela wielorakiej pomocy kolegom i koleżankom. Zazwyczaj jest to ktoś wybitny w swojej dziedzinie, kto ma na koncie sporo zdobytych grantów.
Jak wspomniałam, prowadzę teraz międzynarodowy, interdyscyplinarny projekt o kulturze parlamentarnej we wczesno nowożytnej Europie i na świecie. Nasza liderka, wiedząc o tym, napisała do mnie, że to kapitalny projekt i zasugerowała, bym starała się o grant ERC. Sam fakt, że jesteś zachęcany do czegoś takiego, już cię wzmacnia. Mamy również system mentoringu dla młodszych badaczy. Kiedy dostaje się pracę w Oxfordzie, ktoś z dłuższym stażem zostaje przydzielony jako mentor, spotyka się z tobą, rozmawia o tym, co planujesz robić, jak i kiedy starać się o granty itd. Mamy też coś podobnego dla doktorantów i pracowników na tymczasowych kontraktach – to właśnie będzie jedna z moich funkcji przez najbliższe dwa lata. Uważam, że Oksford wypracował dobry model wspomagania badaczy na każdym szczeblu, ale cały czas staramy się go ulepszać.
Jaka idea stoi w Oksfordzie za motywowaniem do pozyskiwania grantów?
Granty są powodem do dumy nie tylko dla konkretnego uczonego, jego grupy badawczej i instytutu, ale i całej społeczności w college’u. Na początku każdego trymestru mamy „u Jezusa” małe przyjęcie, na którym „chwalimy się” swymi osiągnięciami z ostatnich kilku miesięcy – może to być artykuł w prestiżowym piśmie, grant, wybór na członka Royal Society. Zwyczaj ten ma już wieloletnią tradycję, zakorzenił się i jest bardzo budujący. Człowiek czuje, że jest częścią prawdziwej wspólnoty – są tam ludzie młodzi i starzy, bardzo młodzi wykładowcy na pól etatu i emerytowani profesorowie. Spotykamy się nie tylko z ludźmi ze swojej działki, ale też z innych dyscyplin. Dzięki temu wiem, że szef mojego college’u dostał grant na interdyscyplinarne badania o tym, jak sztuczna inteligencja jest wykorzystywana w Internecie, by oddziaływać na dzieci, a koleżanka będzie prowadziła nowatorskie badania nad rakiem.
Pytasz o ideę, odpowiem tak: starałam się o duży grant dla wolnego strzelca z Leverhulme Trust – otrzymuje takowe zaledwie garstka ludzi w Wielkiej Brytanii. Dostałam go i przez trzy lata mogłam poświecić się pracy nad książką o sukcesji tronu w Anglii okresu Reformacji. Ale nie ma mowy, bym zdobyła ten grant bez pomocy naszego research facilitatora i bez wsparcia kolegów i koleżanek – anglistów, historyków, politologów, którzy czytali mój wniosek i sugerowali zmiany. Zresztą rozmawiam i koresponduję z nimi regularnie, gdy pracuję nad książką czy artykułem. W Polsce, przynajmniej jeśli chodzi o nauki humanistyczne, zdaje się to być rzadkością: ludzie piszą sami, nie współpracują ze sobą, nie zwracają się o radę. Nieczęsto pojawiają się podziękowania dla innych naukowców za wsparcie czy za przeczytanie wcześniejszej wersji artykułu czy książki. Niezmiernie mnie to dziwi, bo nie wyobrażam sobie pracy badawczej bez ciągłych dyskusji z kolegami, wymiany pomysłów, wzajemnej pomocy i przyjaźni.
Nierzadko słyszę, że lepiej nie dawać wniosku do przeczytania, bo ktoś może ukraść pomysł.
To bezsens! Jak ktoś mógłby ukraść pomysł w twojej własnej instytucji? Albo ktoś, komu się wniosek pokazało? W życiu o czymś takim nie słyszałam. A poza tym, jak można przygotować naprawdę dobry wniosek o grant, jeżeli nie zrobiło się kwerendy, nie dyskutowało się o nim, nie rozmawiało z innymi uczonymi. W pracy nad moją książką ważnym wątkiem jest papieska ekskomunika Henryka VIII. Byłam przekonana, że muszą być krocie opracowań na ten temat. Bo przecież Henryk VIII to najczęściej opisywany monarcha angielski… A jednak nie mogłam znaleźć ani jednego artykułu poświęconego temu zagadnieniu. Zwróciłam się więc do kilku sławnych historyków tego okresu – niektórych wcześniej nie znałam. Wszyscy natychmiast odpowiedzieli, potwierdzając, że rzeczywiście jest to zadziwiająca luka! Jeden dodał: masz rację, nawet sam myślałem, żeby coś z tym zrobić. Teraz piszę artykuł o genezie i konsekwencjach ekskomuniki z młodszym kolegą historykiem, z którym zgadaliśmy się przy kolacji i okazało się, że byłby zainteresowany współpracą, a ma dostęp do archiwów we Włoszech, w których ja nie byłam. W maju wygłaszamy wspólnie referat w Instytucie Badań Historycznych w Londynie. I nikt się nie dziwi, że ta dwójka ludzi, Polka i Anglik, anglistka i historyk, zdecydowali się coś razem napisać.
Co byś poradziła naukowcom z Polski piszącym wniosek o europejski grant?
By skoncentrować się na projekcie, przedyskutować go ze specjalistami w swojej dziedzinie na Zachodzie – tutaj ludzie są naprawdę chętni poradzić, porozmawiać, skontaktować z innymi ekspertami. Niestety, jak widać na przykładzie ERC, nie tylko w Polsce pokutuje przekonanie, że im bardziej skomplikowana struktura wniosku i im więcej rubryk, tym łatwiej będzie go miarodajnie ocenić. Nic bardziej mylnego. W przypadku grantu Leverhulme Trust, o którym wspomniałam, była w zasadzie tylko jedna rubryka: wytłumacz w dwóch tysiącach słów, co i dlaczego chcesz zrobić w tym projekcie. Oczywiście, trzeba załączyć CV, listę publikacji, streszczenie projektu, ale podstawą oceny jest jasno sformułowany opis projektu. I o to chodzi, żeby nie marnować czasu ślęcząc nad wnioskiem, zamiast myśleć o projekcie. Mnie pisanie tego wniosku pomogło w pracy nad książką.
Pisałaś na X, że chętnie pomożesz decydentom w Polsce w uzdrawianiu systemu nauki. Od czego byś zaczęła?
Zdaję sobie sprawę z tego, że akademikom w Polsce za mało się płaci. Głosy postulujące więcej pieniędzy są najbardziej słyszalne. Ale wydaje mi się, że jeśli nie ważniejsza, to przynajmniej tak samo ważna jest zmiana kultury akademickiej. I to jest zadanie o wiele trudniejsze niż dosypanie funduszy. Chodzi mi głównie o to, by pozbyć się hierarchizacji w akademii i zwrócić więcej uwagi na wsparcie dla młodych ludzi – studentów i początkujących pracowników naukowych, oraz na współpracę. Jest coś jeszcze, co w internetowych dyskusjach spychane jest, niesłusznie, na margines. Cały czas pisze się o badaniach naukowych, a jedynie okazjonalnie o dydaktyce. Jeśli temat ten się pojawia, to niemal wyłącznie w kontekście odciągania od badań, jako tzw. obciążenie dydaktyczne. Zapominamy, że jesteśmy nauczycielami akademickimi, i że badania i dydaktyka powinny być ze sobą ściśle powiązane.
To chyba nie wszystko, co trzeba zrobić?
Przygnębia brak transparentności w całym systemie. Chodzi mi zarówno o nadawanie stopni naukowych, jak i tworzenie etatów. Jak można oczekiwać, że będziemy mieli wspaniałych naukowców, zdobywców grantów, jeśli od początku kariery, już na etapie pisania doktoratu, spotykają się z nieformalnymi układami, koteriami. Nie rozumiem, jak jest możliwe, żeby przy konkursie o jakiekolwiek stanowisko nie było odpowiednio sformułowanego anonsu o pracę z jasnymi kryteriami. I by komisja nie była poza podejrzeniem o stronniczość. Spotykam świeżo upieczonego doktoranta z Polski, który mówi mi, że ma nadzieję na pracę na uczelni, jego alma mater, a kilka miesięcy później widzimy się i słyszę, że rzeczywiście, stworzyli etat „pod niego” i, o dziwo, dostał go. W głowie mi się to nie mieści, bo u nas nawet kolegów odchodzących na emeryturę nie zastępuje się automatycznie, a etatu pod własnego studenta nie ma jak utworzyć.
Zatem przejrzystość i to zarówno w konkursach o pracę, jak i przy ocenie prac magisterskich, doktorskich czy habilitacji, nie mówiąc o profesurze. I wcale nie chodzi o publikację recenzji w internecie – to akurat jest straszne, i powoduje, że w pewnym sensie pisane są pod publikę, ale o merytoryczny wybór „jurorów” i ich kryształowa uczciwość, by nie było cienia wątpliwości co do ich obiektywizmu. Niezbędna jest reforma systemu gwarantująca maksimum transparentności. By nie było tak, że egzamin czy konkurs w jednym miejscu jest bardziej przejrzysty czy sprawiedliwy niż w innym. Ale zamiast oczekiwać zmiany z góry, inicjowanej przez ministerstwo, potrzebna jest mobilizacja całego środowiska, solidarność i myślenie w kategoriach wspólnego dobra.
Gdybyś miała jednak okazję porozmawiać z polskim ministrem nauki, co byś mu przekazała?
Nie trwońmy naszego ogromnego potencjału intelektualnego! To wstyd, że nie mamy większych sukcesów w zdobywaniu grantów ERC, że młodzi badacze nie widzą dla siebie perspektyw w kraju, a przede wszystkim, że środowisko akademickie musi uciekać się do pospolitego ruszenia w mediach w kwestii otwartości tego czy innego konkursu, albo by błagać o zwiększenie nakładów na naukę. Presja ma sens, ale ruch odnowy powinien być oddolny i demokratyczny: trzeba słuchać i upodmiotowić ludzi u progu kariery naukowej. A od strony praktycznej i na cito, należałoby jak najszybciej skontaktować się z polskimi uczonymi za granicą, którzy zdobyli granty ERC i zgodziliby się porozmawiać z kolegami po fachu w Polsce o tym, jak cały proces konkursowy wygląda. Ze swojej strony oferuję pomoc w poszukaniu takich ludzi w Wielkiej Brytanii. Poza tym obiecujących naukowców winno się nakłaniać do starań o duże granty i zwolnić ich z części zajęć dydaktycznych i obowiązków administracyjnych w semestrze, w którym piszą wniosek. Wreszcie, na każdej uczelni należy stworzyć dział wspomagający naukowców w przygotowywaniu wniosków o granty – i chodzi o pomoc merytoryczną, a nie rozrost biurokracji! Apeluję do badaczy w Polsce, by domagali się tego od rektorów, a do ministerstwa – by lepiej wsłuchało się w głos środowiska.
Rozmawiał Mariusz Karwowski
"Jak ktoś mógłby ukraść pomysł w twojej własnej instytucji?" To Pani Profesor mało widziała... W Europie Środkowej to pomysł ukraść mogą i uczestnicy konferencji, na którą sie pojedzie z czymś odkrywczym, i anonimowi recenzenci z czasopisma "peer review" i koledzy z pracy :)
Ciekawe. Feudalizm feudalizmem ale niestety kwiat polskiej nauki żyje czasami gdzie nie mówiono głośno o rzeczach jak tutaj
https://lovekrakow.pl/aktualnosci/mobbing-na-agh-byly-pracownik-oskarza-uczelnie-o-brak-reakcji-po-zgloszeniu_59089.html
wszystko prawda, jednak jak słyszę, kiedy ktoś opowiada, że chciał kupić sobie myszkę do komputera z grantu i mu to zablokowali to widzę, że często brakuje głosu drugiej strony - administracji, bo najczęściej zablokowali mu zakup tej myszki nie dlatego, że są złośliwi, ale dlatego, że takiego wydatku nie możnaby potem rozliczyć z tego grantu, ale jedynym poszkodowanym z tego powodu byłaby wtedy uczelnia, która musiałaby ponieść koszty niekwalifikowane, bo przecież nie naukowiec z własnej kieszeni, znam też wiele przypadków finansowania wycieczek krajoznawczych z pieniędzy grantowych, które oficjalnie były "konferencjami naukowymi", niestety ale środowisko naukowe w tym temacie ma sporo za uszami
jeśli chodzi o wsparcie naukowców w temacie pozyskiwania środków to wygląda to tak, że administracja wspomaga naukowca w procesie pozyskiwania środków, wyszukuje konkursy, pomaga w przygotowaniu od strony formalnej, sprawdza czy wniosek się kwalifikuje, przygotowuje załączniki, jednak kiedy projekt jest przyznany to cała "chwała" spływa na naukowca, również finansowa
Cyt." Gdybyś miała jednak okazję porozmawiać z polskim ministrem nauki, co byś mu przekazała?
Nie trwońmy naszego ogromnego potencjału intelektualnego! "
Szanowna Pani Profesor. Może sobie Pani równie dobrze rozmawiać ze ścianą i poprosić ją uprzejmie o przesunięcie się o 3 m w lewo lub prawo... Pan minister (podobnie zresztą, jak większa część polskiego społeczeństwa) sprawia wrażenie, jakby uważał, że polską naukę tworzą WYŁĄCZNIE ci, którzy dostają granty, otrzymują nagrody, czy awanse naukowe, zaś pozostali właściwie nie istnieją (NIEZALEŻNIE od tego, czy mają wyniki naukowe, czy nie, a jak mają DOBRE, to też nie ma to jakiegoś dużego znaczenia).
Już o tym pisałem: o KLANOWOŚCI polskiej nauki. Po prostu, jeśli ktoś pozostał bez opieki swego niegdysiejszego mentora naukowego, to jest "akademickim roninem". Jak wiadomo, ronin był to dawny japoński bezpański samuraj. Bycie "akademickim roninem" w Polsce oznacza zostanie zaszufladkowanym pod etykietką "zdolny do prowadzenia zajęć dydaktycznych" i odstawionym "na boczny tor", z dala od towarzystwa. Tzn. oczywiście, taka osoba może prowadzić badania naukowe, (próbować) publikować wyniki, ale mało prawdopodobne, żeby ktoś zwracał na to uwagę, żeby je cytował.
Ewentualnie, czasem spadnie takiemu roninowi, jak bezpańskiemu psu, "okruszyna z pańskiego stołu", w postaci zacytowania jego pracy (oczywiście, jeśli ją gdzieś opublikuje). TAK TO działa. Emerytowane "akademickie roniny" są traktowane, jak zezłomowane stare samochody. Przekonywanie pana ministra o osiągnięciach naukowych "akademickich roninów" oraz o potrzebie ich docenianiach, byłoby chyba (?) równie skuteczne, co przekonywanie ściany, żeby się przesunęła w lewo, czy prawo. Podobnie skończyłaby się próba przekonywania o tym każdego Iksińskiego (NAWET GDYBY tak się złożyło jakimś przedziwnym zbiegiem okoliczności, że zna osiągnięcia "akademickiego ronina" i potrafi je ocenić).
W jakich dyscyplinach panują takie dziwne stosunki? I gdzie zacytowanie publikacji zależy od opieki jakiegoś "niegdysiejszego opiekuna naukowego"?
Pytam bez ironii, tylko z ciekawości, bo nie wyobrażam sobie mechanizmu, który mógłby taką sytuację tworzyć. To ma miejsce w jakichś naukach autarkicznych?
Czas publikacji w najlepszych czasopismach HS to 1-2 lata. Doktorat to 4.
Jak się doktoryzować z cyklu publikacji, skoro artykuły mają być “opublikowane” (a nie tylko przyjęte do druku)?
Wiec wiadomo że najszybciej publikacja pójdzie w żelbetonie warszawskim, a nie w uznanym historycznym czasopiśmie światowym.
Mam nadzieję że rozmówcy wywiadu pomogłem w spojrzeniu świeżym okiem na to zagadnienie.
W Polsce ma zostać miernota z klucza (głównie postkomuna) zdolni muszą wyjechać zagranicę. Szkoda, że za to wszystko płaci polski podatnik, który nic z tego nie ma... Ogólnie Polska to ma być trzeci świat, a cała wykwalifikowana kadra ma trafiać na zachód. Do nas trafią leniwe zrzuty przestępców...
"Habilitację jako formalny etap w karierze należy zlikwidować" - czyli zapewnić "szybsze" możliwości kariery naukowej? Bez weryfikacji dorobku?
"Robią habilitację po polsku, choć tematyka z pewnością zaciekawiłaby czytelnika na Zachodzie". przypominam: Językiem urzędowym w naszym kraju jest język polski, a nie angielski. Czy przedstawiciele Oksfordu byliby zainteresowani historią etnograficzną np. wsi Wildzewo?
"Bez weryfikacji dorobku" - dorobek weryfikuje się chociażby przy każdym wniosku o grant.
W rzeczy samej
Weryfikację dorobku dokona samo życie, czyli w praktyce potencjalny pracodawca. Czy przy zatrudnieniu na samodzielne stanowisko na zagranicznej uczelni oceniane jest posiadanie habilitacji, czy może odpowiedniego dorobku i kwalifikacji? Habilitacja w Polsce służy wyłącznie do tego aby kasta uznała, że jesteś godzien wstąpić w jej szeregi. Taka dawna "fala" w wojsku. Skoro udało się zlikwidować falę, bez uszczerbku na jakości armii, to może uda się i zlikwidować habilitację, która jak tu twierdzą niektórzy i tak nie jest habilitacją.
1. Weryfikację dorobku dokona samo życie, czyli w praktyce potencjalny pracodawca.
Czy to znaczy, że jest pan przeciw pierwszej zasadzie nauki na całym świecie przez całą historię czyli stabilności zatrudnienia wyższej kadry naukowej? Nawet w USA, gdzie standardem jest zwalnianie pracowników z dnia na dzień i two-weeks-notice jest rzadkim dobrodziejstwem, profesor z tenure jest praktycznie nieusuwalny. Uzasadnia się to niezależnością badań naukowych - by pracodawca nie mógł zamawiać sobie pożądanych wyników badań grożąc w przeciwnym razie zwolnieniem. Podejrzewam, że nie wprowadzi pan tego, bo pański autorytet jest niczym, jeśli przeciwstawić mu autorytet całej reszty nauki.
2. Czy przy zatrudnieniu na samodzielne stanowisko na zagranicznej uczelni oceniane jest posiadanie habilitacji, czy może odpowiedniego dorobku i kwalifikacji?
W Europie przede wszystkim habilitacja, która nawet podobnie się nazywa: habilitation, abilitazione, abilitare, tylko w Hiszpanii i Portugalii nazwa jest nieco inna: agregación i agregação. W Stanach Zjednoczonych dorobek i kwalifikacje ale oczywiście tenure na innej uczelni ma znaczenie dużo większe niż cokolwiek innego, może z wyjątkiem nagrody Nobla.
No i nie zapominajmy, że proces habilitacyjny polega właśnie na ocenie dorobku i kwalifikacji. Nie wiem, czy w Niemczech nadal jest wymóg rozprawy habilitacyjnej, w pozostałych krajach habilitacja z dorobku jest dopuszczalna.
Pańskie przeciwstawianie habilitacji dorobkowi i kwalifikacjom jest zabawne i przypomina przeciwstawianie zdrowia medycynie i higienie. Oczywiście, że zdrowie jest ważniejsze niż medycyna ale zwykle tak jest, że najlepsza droga do zdrowia prowadzi przez medycynę i higienę.
@nauka - to nie miejsce na robienie kariery
Jesli nie z Oksfordu, to moze z Aberdeen? Albo ktos z Hiszpanii czy z Argentyny?
Na przyklad sa w Polsce osoby badajace etnografie Meksyku.
Taki artykul napisany po angielsku mialby chociaz SZANSE bycia zauwazonym przez kogos gdzies na swiecie. Kiedy jest napisany po polsku, ta szansa po prostu nie istnieje.
Tak - byliby zainteresowani. Jest tylko jeden warunek: tekst powinien zostać napisany przez osobę, która przynajmniej będzie udawać, że zrezygnowała z syndromu mentalnej postkomuny i betonozy. Chociaż zaczniemy od tego, ilu polskich profesorów (z zakresu humanistyki) potrafi napisać tekst w j. angielskim? 0? 1? A może 10?
Pisze to profesor z Oksfordu, gdzie ta weryfikacja dorobku jest bardzo szczegółowa i dosyć bezwzględna. Tak, nie nazywa się to "habilitacja." Naprawdę idzie o słowo?
Pracuje na Oksfordzie i mówi o "zupełnie niepotrzebnej, a wręcz szkodliwej hierarchii uczelni". Bardzo ciekawe.
Też mnie to wprawiło w pewne rozbawienie. Zdaje się, ta pani sobie wyobraża, że my to jesteśmy podolscy chłopi w łapciach z łyka, co to nigdy nosa poza swoją wiochę nie wystawili.
W rzeczy samej
Dziwi mnie trochę to co pani Kewes powiedziała o trzeciorzędnych uczelniach w Polsce, tzn “ zdecydowałam się zostać w Gdańsku. To był rok 1983. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że idę na jakąś trzeciorzędną uczelnię. Teraz, jeśli ktoś jest z Torunia, Opola czy choćby Gdańska, patrzy się na niego jakby był obywatelem drugiej czy trzeciej kategorii.” Dziwi mnie dlatego, że Angli jest też podobnie, jeśli nie gorzej. Czy mogłaby pani odpowiedzieć na moją uwagę?
W moim przekonaniu zarysowana perspektywa jest bardzo subiektywna i to na wszystkich płaszczyznach. Poczynając od tego, że badacz pochodzący z Polski (w tym sensie, że uzyskał stopnie w Polsce, nie zaś iż ma polskie pochodzenie), na uczelniach zagranicznych - w mojej ocenie - funkcjonuje na nieco innych zasadach jeśli chodzi o kompetytywność niż badacze wykształceni na zagranicznych uczelniach. Nigdy nie słyszałam, aby takie osoby stanowiły rzeczywistą konkurencję dla osób, których cała kariera przebiegała w jednostkach zagranicznych. Tymczasem wszędzie w nauce funcjonują osoby ambitne, konkurujące ze sobą; tam gdzie zasoby są większe poziom 'negatyqnych aspektów' konkurecyjności jest być może nieco niższy, ale tylko nieco. Ponadto ocena polskiego środowiska niejako 'z zewnątrz' w oparciu o pojedyńcze subiektywizująco-skandalizujące głosy jeat wręcz niepoważna. I chyba jednak zaprzecza rzetelnej postawie badawczeĵ. Ocena taka (eksperta zewnętrznego- sic!) może stwarzać wrażenie obiektywizującej, a tymczasem opiera się na nierzetelnych przesłankach.
@Barbara
Pisze Pani tak:
"badacz pochodzący z Polski (w tym sensie, że uzyskał stopnie w Polsce, nie zaś iż ma polskie pochodzenie), na uczelniach zagranicznych - w mojej ocenie - funkcjonuje na nieco innych zasadach jeśli chodzi o kompetytywność niż badacze wykształceni na zagranicznych uczelniach. Nigdy nie słyszałam, aby takie osoby stanowiły rzeczywistą konkurencję dla osób, których cała kariera przebiegała w jednostkach zagranicznych. "
Moze nie zrozumialem dokladnie co ma Pani na mysli. Ale jesli to jest to, co mi sie wydaje, to nie ma Pani racji.
Nie ma zadnych roznic w traktowaniu obcokrajowcow. Patrzy sie tylko na osiagniecia i potencjal. Polak, czy Czech, Kanadyjczyk, czy osoba z Chile, nie ma to najmniejszego znaczenia. Tak wiec konkurencja, jak najbardziej, jest taka sama dla wszystkich. W ostaniej fali zatrudniajacych na moim wydziale (srednio-dobry uniwersytet w poludniowej Anglii) zatrudnilismy znaczaco wiecej osob z zagranicy, niz urodzonych Brytyjczykow. To HR patrzy w paszporty, nie my, zatrudniajacy.
Na pewno? Ja znam przykłady Polaków o wybitnych osiągnięciach, których kariera zatrzymała się na poziomie lecturera (w Polsce odpowiednikiem jest adiunkt) 25 lat po doktoracie i po 20-letnim pobycie w Anglii, z czego połowa to był Oxford lub Cambridge. A Anglia jest stosunkowo otwarta, w Niemczech profesorem może zostać Niemiec lub Szwajcar a we Francji Francuz lub Arab.
@Profesor PAN
Nie moge oczywiscie mowic o wszystkich przypadkach polskich naukowcow pracujacych w UK, ale tych, ktorych znam, i to co obserwowalem rowniez patrzac na interakcje z naukowcami z innych krajow, pozwalla mi uogolnic wlasnie w sposob, ktory opisalem w moim komentarzu powyzej.
Kariera niektorych naukowcow moze "sie zatrzymac" niezaleznie od tego, w jakim kraju mieszkaja. Notabene, ja osobiscie nie uwazam tego za jakis problem - nie kazdy ostatecznie musi zostac profesorem. Nie kazdy przypadek, kiedy to ktos nie zostaje profesorem to "porazka".
Tak patrze obecnie na Cambridge, vice-chancellor jest obecnie Amerykanka, w latach 2010-17 byl nim Leszek Borysiewicz, szefem instytutu MRC LMB jest obecnie Niemiec, a szefem instytutu CRUK w Cambridge jest Amerykanin. Jak ja pracowalem w Cambridge, to w naszej sporej grupie naukowcow Anglikami byli szef i techniczka. Inna grupa z ktora najbardziej interagowalismy byla kierowana przez Argentynke.
U mnie na wydziale obecnie szefem od badan naukowych jest Hiszpan. W ostatnie rundzie zatrudnilismy wiecej zagranicznych PIs, niz Brytyjczykow. Ja osobiscie wspolpracuje z brytyjskim Hindusem, Algierczykiem, Amerykaninem i Chinczykiem. Moja pierwsza doktorantka byla Wegierka (poza Polka z Cambridge, ale tam oficjalnie to nie ja bylem szefem), teraz sa Nigeryjczyk, Hinduska i Anglik. Brytyjczycy musza byc bardzo odporni na te wszystkie naszy pokraczne akcenty.
Tak, ogolnie sa tu i owdzie pewne tendencje do pokazywania, ze Anglicy sa lepsi, ale to jest margines. Na codzien osoba taka jak ja tego nie odczuwa. Jednak w innych branzach moze to wygladac inaczej, tego nie wiem.
I jeszcze jedno: brytyjski 'lecturer' to jest to samo, co amerykanski 'assistant professor', tylko tenured, bo lecturer to juz jest pozycja stala. Tradycyjnie w Angli potem jest 'senior lecturer', 'reader' i 'professor', ale ostatnio coraz wiecej uczelni przechodzi na 3-stopniowy system amerykanski, wlaczajac na przyklad Cambridge. Co, prawde mowiac, mnie osobiscie zdziwilo, bo jednak wiekszosc budynkow uniwerytetu w Cambridge ciagle ma oddzielne krany na ciepla i zimna wode....
Mnie to tłumaczył Anglik, który zwolnił się z Oksfordu i poszedł do biznesu, bo nie awansowali go na profesora. Moim zdaniem stukrotnie na to zasługiwał jako osoba wybitna naukowo, znakomity organizator (stworzył kilka czasopism dla przykładu) i nawet w pewnym okresie gwiazda mediów.
Paul twierdził, że klasowy system w Anglii ciągle ma się dobrze i jak kto jest z working class, to się skicha a profesorem nie zostanie. Więc dlaczego zdarza się cudzoziemcom? Bo w angielskiej perspektywie cudzoziemiec jest blisko middle class, powyżej roboli. Na odpowiedzialność Paula, jakby co, mogę skontaktować.
Ja zresztą też obejrzałem społeczeństwo klasowe z bliska próbując się zatrudnić w pewnej szacownej instytucji. Kolega stamtąd, którego przepytywałem w sprawie, nagle zaczął opowiadać o szlacheckim pochodzeniu niektórych pracowników firmy. Ponieważ wtedy już wiedziałem, jak rozumieć Anglików, więcej tematu swego zatrudnienia nie poruszałem.
Mamy większe szanse od przeciętnego Anglika, bo u nas warstwa szlachecka była jak na Europę bardzo liczna.
Wszystko wycięli nauczyciele i sponsorzy z Zachodu i Wschodu. Polacy w ogromnej większości są potomkami fornali i takie też mają obyczaje. Bardziej schamapanów bym się obawiał niż szlachty.
To wierutna bzdura z tym zakupem myszki. Jeśli wszystko jest tak samo prawda,.to szkoda czasu na czytanie. Ktoś wypowiada opinie o całej nauce polskiej na podstawie tego, że ktoś inny coś powiedział. Habilitację najczęściej krytykują ci,. ktorym się nie chce jej robić. Bo to jednak wymaga wysiłku.
Cyt."Habilitację najczęściej krytykują ci,. ktorym się nie chce jej robić. Bo to jednak wymaga wysiłku. "
Szanowna Pani. Po tym, jak większość członków pewnej komisji habilitacyjnej usiłowała udawać kompetentnych w ocenie dorobku z dziedziny, w której NIE mieli opublikowanej ANI JEDNEJ PRACY naukowej (nawet abstraktu referatu na konferencję), a mimo to orzekli o słabości dorobku z tej dziedziny (dorobek ten był dołączony we wniosku habilitacyjnym, jako tzw. pozostały dorobek), i NIE podali UZASADNIENIA tego, ODECHCIAŁO MI SIĘ (przynajmniej na jakiś czas), myśleć poważnie o robieniu habilitacji. Swoje osobne zasługi do tego mojego nastawienia, położył jeden z tzw. superrecenzentów - w sumie, trafna nazwa, zachował się faktycznie "super": mianowicie, odgadł, czym kierowała się ta większość z tej komisji. Główny prowodyr tej całej sprawy, tzn. jeden z recenzentów sam przyznał, że nie będzie wchodził w kwestie merytoryczne, i skupił się jedynie na oświadczeniu habilitanta do jednej z prac z tego pozostałego dorobku, a pominął dziwnym trafem INNĄ pracę z tego pozostałego dorobku, w której wkład habilitanta wynosił 40 % (i ta informacja razem z pozostałymi informacjami była DOSTĘPNA dla całej komisji).
Teraz Pani rozumie ?
Po raz kolejny postuluję likwidację habilitacji jako jednego z czynników wspierających kastowość polskiej nauki i nic nie wnoszącego do jakości polskiej nauki. Habilitacja jest od zawsze i mamy taki właśnie poziom polskiej nauki jaki mamy. Czego obawiacie się wybitni decydenci naukowi utrzymując habilitację? Może tego że jakiś niesamodzielny doktor wygryzie was ze stanowiska bo będzie bardziej kompetentny i będzie miał lepszy dorobek naukowy. Czy ktoś wie ile kosztuje polskiego podatnika procedura habilitacyjna? Czy nie lepiej aby te środki i czas przeznaczyć na badania ale czym wtedy zajmowała by się kasta.
" I zastanówmy się (zwracam się do przeciwników habilitacji twierdzących, że to ona "betonuje układ"): komuś utrudniono lub nawet czasowo uniemożliwiono zrobienie habilitacji. Czy gdyby ona nie istniała, to czy w takim samym układzie ten ktoś miałby większe szanse na cokolwiek?"
Przynajmniej nie byłby szufladkowany lub byłoby go trudniej zaszufladkować, jako parobka bez habilitacji, tzn. jako kogoś gorszego od tych, którzy ją mają. Znam człowieka ze stopniem dr, który rozwiązał m.in. pewien ważny problem w jednej z dziedzin ścisłych (co nie udało się pewnemu bardzo znanemu profesorowi), czy że udowodnił m.in. pewne twierdzenie, które (przynajmniej na pierwszy rzut oka), stoi w sprzeczności z pewnym bardzo znanym twierdzeniem, znanym z podręczników itd. Nie należał do żadnego "klanu" naukowego, nie miał więc poparcia żadnego prof. dr hab-a, zresztą nie chciał za bardzo o nie jakoś zabiegać. Uważał, że wystarczy mieć tylko dobre wyniki naukowe opublikowane w dobrych czasopismach. No to jest teraz "tylko" emerytowanym doktorem, i tak będzie zapamiętany. Ewentualnie, może (???) jakieś 30, czy 50 lat ktoś "odkopie" taką czy inną pracę dr X., i wtedy sobie o nim przypomną. Powiedzą: "Aha, był taki ktoś i zrobił to-i-to.", i może (???) zrobią sesję naukową w PAU, czy w PAN, czy na uczelni, poświęconą jego pamięci.
Na razie (dzięki Bogu), żyje, ale starają się o nim nie pamiętać, jest GORSZY od prof. dr hab.-ów,NIEWAŻNE jest to, co zrobił i opublikował. Może to sobie wsadzić "w pewne miejsce". Mało kogo to interesuje. Dziwnym trafem jego prace często nie są cytowane. Na informację dotyczącą jego wyników, większość ludzi (choć nie wszyscy), zajmujących się tą dyscypliną, odpowiada milczeniem lub zdawkowymi, grzecznymi odpowiedziami, że "dziękują za informację. Wyniki te były często prezentowane na konferencjach LUB w preprintach (a potem publikowane w czasopismach).
Twierdzenie, że jeśli dany wynik naukowy jest ważny, to z pewnością znajdzie uznanie, jest NAIWNE i ŚMIESZNE.
Przyznam, że nie rozumiem, jak przełomowa praca może nie być cytowana. Gdzie to było opublikowane, w rocznikach Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim? Bo jeśli nie, to prędzej czy później będzie cytowana i fakt, że nie cytowali jej akurat jacyś niesympatyczni koledzy z pracy autora będzie problemem wyłącznie dla nich samych, bo recenzenci ich własnych publikacji każą im uzupełnić cytowania o tę wybitną pozycję.
Przecież w Polsce nie ma habilitacji od dobrych kilkunastu lat, została się tylko nazwa ale jej desygnatem nie jest habilitacja (habilitation) w stylu niemieckim albo francuskim. Jest to coś wzorowane na amerykańskiej tenure (jest polskie tłumaczenie, tenuta, ale nie odważę się go użyć) a co do konstrukcji najbardziej przypomina hiszpańską agregación. To słowo też ma polskie tłumaczenie - akredytacja, jego użycie byłoby jeszcze bardziej mylące.
Różnica między polską habilitacją i amerykańskim tenure jest zasadnicza. Tenure ma wyłącznie znaczenie lokalne - gdy chcesz bądź musisz zmienić uczelnię, to że miałeś tenure w swoim poprzednim miejscu pracy nie ma żadnego formalnego znaczenia. Habilitacja i związane z nią uprawnienia są natomiast dożywotnie.
Dokładnie tak. Dlatego napisałem: najbardziej przypomina hiszpańską agregación.
Z drugiej strony: całkiem formalnie tenure (kusi mnie użycie polskiej nazwy... jednak nie) dotyczy tylko jednej uczelni. Jeśli jednak profesor decyduje się na zmianę pracy, kolejny uniwersytet oferuje mu pozycję tenured, nie znam jednego przypadku, by ktoś zrezygnował z pozycji tenured na rzecz tylko tenure track, nawet jeśliby to miała być przeprowadzka ze szkółki dla dziewcząt do ivy league.
Nie wiem na ile taki system by się sprawdził w Polsce, mnie się on podoba.
@Profesor PAN
Poniewaz jestesmy na stronie nieco "naukowej", to sie czepie.
Otoz te "szkółki dla dziewcząt" w Stanach to potrafia byc niezwykle dobre szkoly. Naleza one do tzw. Liberal Arts Colleges, i w rankingu tych college'y pierwsza tylko dla dziewczyn nazywa sie Wellesley College i jest obecnie na miejscu #7 sposrod wieluset innych liberal arts colleges. Nastepna szkola girls only jest na miejscu #14, to jest Barnard College, ktora - jak czytamy na USNews - "Barnard is an all-female college in Manhattan with a partnership with the school across the street, Columbia University. Barnard women can take classes, play sports and join organizations at Columbia University - and Columbia students have the same opportunities at Barnard."
Czyli prosze bardzo - "szkółka dla dziewcząt" i uczelnia z Ivy League w najlepszym wydaniu.
:-)
A tak bardziej na powaznie, ja osobiscie uwazam amerykanskie liberal arts colleges za najlepsze szkoly wyzsze dla studentow, jakie moga istniec. Nie z powodu badan naukowych, bo tych robi sie tam bardzo malo, ale z powodu jakosci nauczania studentow. Niezaleznie, czy sa tylko dla dziewczyn, czy nie (tych all-female jest calkiem sporo, tych all-male ostaly sie juz tylko trzy).
Dziękuję za rozszerzenie wiedzy, nie widziałem. Istotnie, mam kilku znajomych, którzy w swym życiu mieli etap pracy w "szkółce dla dziewcząt." Usprawiedliwię się w ten sposób, że nigdy się z przekąsem nie wyrażałem o takich szkołach, robili to wyłączie oni.
@Profesor PAN
"Szkółka dla dziewcząt", community college czy duzy uniwersytet, w tych kategoriach sa bardzo dobre, srednie i slabe uczelnie. Tak wiec zaleznie od ambicji, oczekiwan i oczywiscie mozliwosci (rowniez finansowych), mozna znalezc miejsce dla siebie. System amerykanski jakos tak wyewoluowal, ze naprawde oferuje cos dla kazdego.
A idea 'liberal arts' w tych szkolach to chyba ostatnie miejsce w swiecie zachodnim, gdzie mozna jeszcze studiowac w sposob nie bardzo skoncentrowany na jednej waskiej dziedzinie wiedzy, a raczej szeroko, zostawiajac sobie czas na decyzje o specjalizacji na pozniej ("major" definiuje sie bodajze po 2 roku studiow). I to studiowac na naprawde swietnym poziomie, we wspanialym srodowisku dla studentow.
Opowiem Wam historyjkę. Pracowałem w szpitalu pozaakademickim. No i trafił się fajny temat, seria przypadków pacjentów, z problemem, którego dobrego rozwiązania w literaturze nie znalazłem. Pozostało pomyśleć samemu. Gdy rozwiązanie udało się znaleźć i ze sporym sukcesem wypróbować, pomyśleliśmy z grupą przyjaciół o publikacji.
I teraz najfajniejsze. Z publikacją i przedstawieniem wyników na zjeździe nie było żadnego problemu. Recenzje pozytywne organizatorzy i komitety naukowe bardzo życzliwe. Tyle że... żadnej refundacji kosztów. Zjazd (w Polsce, bo wyjazd za granicę był poza zasięgiem finansowym) opłacony przez życzliwą firmę farmaceutyczną, na plakat zrobiliśmy ściepę oddziałową, za bilet PKP drugiej klasy szpital odmówił zwrotu. Urlopu szkoleniowego dyrekcja odmówiła, pozostało wziąć wypoczynkowy.
Oddział po kilku miesiącach przeniesiono do szpitala -filii, tak abyśmy z opisanymi pacjentami nie mieli kontaktu.
Z zespołu, który artykuły pisał, pracuje jeszcze jedna osoba, reszta odeszła w ciągu kilku lat.
Na pytanie- czy warto bylo- odpowiedź jest negatywna. Zabawa w naukę nie miała sensu, okazała się kosztownym hobby. Było z tym więcej kłopotu i satysfakcji, a zespół, który chciał w szpitalnym grajdole zrobić coś ciekawego - rozwalono. Następnym razem swoje obserwacje zachowamy dla siebie.
No dobrze, ale to nie tyle nauka, ile służba zdrowia była w tym przypadku źródłem problemu, jak wnioskuję. Okazaliście się państwo bardziej profesjonalni od jakiegoś dyrektora lub ordynatora.
Dyrekcja. Ordynator wkrótce przestał być ordynatorem- biedak, chciał zrobić coś więcej, wyróżnił się i podpadł.
Widzisz, problem polega też na tym, że polskie instytucje, w tym przypadku szpital, promują miernotę i bierność. Zamiast wykorzystać okazję i choćby rozreklamować sukces by przyciągnąć pacjentów. Wygrywa podejście- po co się wychylać, lepiej mieć spokój, a tych co się wychylają wywalić albo zniechęcić, bo jeszcze zażądają podwyżki.
Piękne, i słuszne propozycje.
Pytanie jednak, jak i dlaczego "Panowie feudalni" (i panie) naukowych kondominiów mieliby zrezygnować ze swoich przywilejów?
Chrystus coś takiego proponował i jak skończył...
A poważnie, to potrzebna jest b. poważna debata na temat systemu; nie tylko nauki ale i demokracji w Polsce,
Wbrew pozorom te problemy nie są tak odległe..
Uwielbiam, gdy “oświeceni” badacze ze szlachetnego zachodu oceniają ową zaściankową polską naukę. Jest w takich ocenach niezmiennie krnąbrna, leniwa, feudalna, tania. Powiem tak: za równo u siebie (pracuję od 12 lat na UJ) jak i u większości moich kolegów w dziedzinie nie ma czy rozwarstwienia, czy przemocowej hierarchizacji. Jestem z kolegami na każdym etapie kariery na przysłowiowe “ty” i w relacjach równorzędnych. Mam wspaniałe wsparcie administracyjne, przy odrobinie wysiłku naprawdę można tak zorganizować pracę zakładu/instytutu/uczelni, że wsparcie pojawia się na kluczowych etapach. Znacznie więcej imposybilizmu i marnowania czasu doświadczałem na uniwersytecie w Uppsali (2 lata) czy UNSW w Sydney (prawie 5 lat). Hierarchizacja i struktura niemalże klasowa - to z kolei doskonale funkcjonowało na Uni Zurich. W ciągu ostatnich 15 lat w polskiej nauce zmieniło się bardzo dużo. Mentalnie dawno już dogalopowała do zachodu. Pozostaje tylko i wyłącznie kwestia finansowania, naprawialna jeśli tylko na stanowisku ministra pojawi się ktoś realnie znający realia nauki i pracy badawczej.
Rozmówczyni przedstawia bardzo tendencyjne opinie z wąskiego wycinka polskiej akademii jako całości, moim zdaniem. Dowody anegdotyczne oparte na rozmowach przytaczane z perspektywy osoby niepracującej od dawna w Polsce nie są wartościowe i nke obrazują tego, jak wygląda rzeczywistość. Wszędzie może się zdarzyć patologia, ale takie generalizowanie jedt niesprawiedliwym uproszczeniem. Ja akurat pracuję w środowisku, w który szanujemy się wszyscy wzajemnie i wspieramy.
Co do habilitacji, nie wszędzie opiera się ona o wydanie książki jakkolwiek i gdziekolwiek. W naukach medycznych na przykład, a w zasadzie wszystkich innych niż nauki humanistyczne, zazwyczaj do dorobku do habilitacji zalicza się cykl prac badawczych oryginalnych powiązanych tematycznie, opublikowanych w czasopismach spełniających ministerialne kryteria. Nie robi się tego byle jak i byle szybciej. Do tego należy udowodnić swój rozwój w okresie od obrony doktoratu (który obecnie też może się składać z cyklu artykułów) wykazując ilość posiadanych grantow, staży naukowych, publikacji itp. Recenzentów habilitacji wybiera rada naukowa uczelni, nie rada wydziału, która obecnie już nie zajmuje się nauką (warto korzystać ze sprawdzonych i aktualnych informacji).
Nauki humanistyczne są specyficzną dziedziną - bardzo proszę humanistów o niewypowiadanie się za wszystkich innych i ferowanie wyroków bez znajomości specyfiki pozostałych gałęzi nauki. To bardzo nienaukowe podejście!
"Co do habilitacji, nie wszędzie opiera się ona o wydanie książki jakkolwiek i gdziekolwiek"
Mówiąc ściśle, mało gdzie opiera się na tym. Obecnie tylko niektóre dziedziny humanistyki to preferują, natomiast w większości nauk monografia jest oczekiwana tylko przez pokolenie profesorów wspominające z rozrzewnieniem dawne czasy. Ja te dawne czasy również pamiętam ("profesor jest tylko jeden", konieczność proszenia o zgodę na doktorat itp.), ale bez szczególnego sentymentu.
Dokładnie. Zgodnie z przepisami habilitacja może też mieć formę "cyklu powiązanych tematycznie artykułów naukowych opublikowanych w czasopismach naukowych lub w recenzowanych materiałach z konferencji międzynarodowych" i ta forma jest preferowana przez RDN. Ta pani opowiada bajki o żelaznym wilku. Podejrzewam, że o Polsce nic nie wie i nic ją ona nie obchodzi i tylko opowiada, co jej suflują życzliw koledzy. Nietrudno się domyślić kto i w jakim celu.
Temat rzeka. Polemizowalbym w kwestiach:
1. Na pewno dzis jest u nas lepiej niz kilkadziesiat czy kilkanascie lat temu pw kultury akademickiej.
2. Granty ERC sa specyficzne, byc moze trudniejsze w pozyskaniu dla osob z polska mentalnoscia, kompetencje miekkie odgrywaja tu spora role, a tego w polskiej kulturze niestety brakuje. Wazne aby pieniadze na badania i wyplaty byly w ogole, nie wazne z jakich zrodel.
3. Konkursy sa, ale niewiele osob chce przyjsc pracowac za grosze w dyscyplinach, gdzie jest praca poza akademia.
4. Powoli widac tez postep w biurokracji. Sa uczelnie, ktore ja usprawniaja i zakup przyslowiowej myszki jest latwy. To chyba tez kwestia organizacji wydzialow.
5. Na Zachodzie spotkalem sie z wieloma patologiami,
nie jest on wcale idealny.
6. W PL habilitacja oddziela ziarno od plew. Jest ja dzis stosunkowo latwo zrobic i mysle, ze to troche zastepczy temat.
Rozwarstwienie klasowe z uwagi na lokalizację ośrodka naukowego? Poważnie? Jeśli porównamy takie ośrodki naukowe jak Oxford i Brighton w UK, to też możemy dojść do podobnych wniosków. Wszędzie na świecie najlepsi chcą pracować w najlepszych ośrodkach z najlepszymi, od których mogą się uczyć.
Pani Profesor przedstawia chyba jakiś jeden skrajny "case ", albo ja pracuję w innej kompletnie rzeczywistości, gdzie profesorowie adiunkci i asystenci traktują się z szacunkiem
W Polsce na uczelniach liderów się nie bierze na funkcję albo ich z nich szybko zdejmuje. Lepiej mieć bwm niż lidera w nauce. Jest to szczególnie widoczne w ośrodkach regionalnych. Niestety jedno władztwo wprowadził Gowin a obecne władze nie chcą tego zmienić idąc ręką w rękę z rektorami.
Religia języka angielskiego... To nie rozwiąże problemów. Może najwyższa pora zacząć wymagać od cudzoziemców pracujących w instytutach Polskiej Akademii Nauk i na uniwersytetach znajomości języka polskiego w stopniu co najmniej A2. Obecnie większość z nich nawet poziomu A1 nie osiąga, pomimo że są zatrudnieni wiele lat Nie wstydźmy się ojczystego języka, języka polskiego.
@Piotr
Mysle, ze jesli juz proponowac jakies zmiany systemowe, to lepiej jest probowac pomoc polskim naukowcom stac sie czescia nauki swiatowej, a nie odwrotnie - izolowac nauke polska i utrudniac kontakty pomiedzy naukowcami i pomiedzy instytucjami.
W rzeczy samej
Ukończyłem Uniwersytet Gdański w podobnych okresie co koleżanka i nie mam żadnego poczucia niższości. Funkcja, stanowisko, kariera to sprawy czasowe, ale gdański student to godność otrzymywana dożywotnio. Zaś moi koledzy i koleżanki obecnie tam pracujący i studiujący to też porządna klasa.
Odnoszę wrażenie, że prof. Kewes w swej kwerendzie trafiła na grona naukowe narzekające. Oczywiście, nie żyjemy tu w Oksfordzie ani nawet na aberdyńskim uniwersytecie (który bardzo lubię, mimo że na biologii czuć tam rybami), ale tych koszmarnych stosunków raczej nie doświadczałem w toku swojej nieprostej kariery naukowej. Również przypadki mobbowania i blokowania karier, z którymi się zetknąłem lub o których słyszałem, nie były ani częste ani drastyczne.
Wiele można (i koniecznie należałoby) poprawić, ale punkt wyjściowy nie jest szczególnie drastyczny, drastyczny jest u nas humorystycznie niski poziom finansowania badań naukowych.
Ten fetysz anglojęzycznych publikacji jest naprawdę męczący. W tej chwili mamy translatory, które mają ponad 90% wierności przekładu. Za jakieś 10 lat będzie to wyglądało jeszcze lepiej. Co za problem, żeby publikowane w języku polskim prace były udostępniane w języku polskim i jednocześnie można było wykonać ich automatyczne tłumaczenie? Zamiast tego szanowna Pani proponuje, aby polscy historycy dyskutowali ze sobą o historii Polski po angielsku. W niektórych dzidzinach to mamy współcześnie nawet taką paranoję, że ich polscy przedstawiciele publikują po niemiecku, angielsku czy włosku częściej niż po polsku. I jak ma się teraz toczyć polska dyskusja naukowa? Bo są naprawdę kwestie, o których nie będzie dyskutował nikt za granicą. Jak już mamy być tak do przodu to po co się krygować, ogłośmy, że język polski jest dla plebsu a naukę uprawia się w innych. Przed wojną Niemcy też tego oczekiwali od Polaków o czym można poczytać w pamiętnikach polskich naukowców z tego okresu.
W wydanej w ubiegłym roku książce jednego z czołowych brytyjskich historyków Christophera Clarka z Cambridge University pt. „Revolutionary Spring. Fighting for a New World 1848 – 1849” znajduje się obszerny rozdział na temat rzezi galicyjskiej. Autor, w sekcji „Acknowledgements”, napisał m.in.: „Gosia Wloszycka and Andrzej Jajszczyk guided me through the Polish sources on the Galician events of 1846 …” (historyczka Gosia Wloszycka pracuje w Cambridge University).
Miałem ogromną przyjemność zbierać materiały do rozdziału o tragicznych wydarzeniach w Galicji w archiwach i bibliotekach (nieocenione okazały się tu szczególnie wspomnienia bezpośrednich uczestników wydarzeń i członków ich rodzin), a także wielokrotnie dyskutować z autorem na ten temat.
To że inżynier telekomunikacji, którym jestem, zajmował się przeszukiwaniem polskich źródeł i ich opracowywaniem dla historyka z Wielkiej Brytanii zadaje kłam twierdzeniom tej, niestety niemałej, części polskich historyków, że wydarzenia na polskich ziemiach nie są interesujące dla osób spoza naszego kraju, dlatego też prace naukowe i inne opracowania na ten temat należy publikować wyłącznie w języku polskim, a nie w międzynarodowym języku nauki, którym jest obecnie język angielski.
To jest symetryczne: co za problem, żeby wykonywać automatyczne tłumaczenie prac na język polski, prawda? Czyli żaden argument. A ja nie wyobrażam sobie współczesnego naukowca, który nie umie posługiwać się językiem współczesnej nauki, jakim jest angielski tak samo, jak przed paruset laty łacina. I owszem, zgadza się, w okresie międzywojennym językiem nauki, zwłaszcza nauk ścisłych, był niemiecki, zaś nieco wcześniej głównie francuski. Natomiast jeśli kolega woli widzieć w tej roli język polski, to nie ma przeszkód: kilka nagród Nobla z nauk ścisłych, czasopisma o takich nazwach jak "Natura" lub "Nauka" o międzynarodowym rozgłosie, i jakoś pójdzie. Ale to będzie wymagać co najmniej 50 lat pracy i miliardów złotych. Bo ten, kto inwestuje, ma naukę.
@Mak
To, co "szanowna Pani proponuje" ma jak najbardziej, sens. I to w kazdej dziedzinie nauki.
Szkoda czasu i pieniedzy podatnikow na publikowanie w jezyu dowolnym innym, niz angielski.
Mowie oczywiscie o publikacjach czysto naukowych, czyli dla naukowcow.
Natomiast publikowanie na cele dyskursu spolecznego czy popularyzacji nauki powinno sie w Polsce odbywac tylko po polsku, poniewaz te prace sa skierowane do innej grupy i autorzy zapewne chcieliby aby te teksty dotarly do jak najwiekszej liczby osob, ktore nie sa naukowcami.
Tu właśnie leży problem, że polska dyskusja naukowa jest tylko polska, a nie międzynarodowa. Po 20 latach w bycia w Unii Europejskiej wydaje się dość oczywiste, że cały świat nie leży tylko na zachód od Przemyśla czy na północ od Zakopanego.
W rzeczy samej
Mam takie marzenie, żeby ludzi nauki przestawiać na podstawie ich osiągnięć a nie grantów jakie dostali. Ja rozumiem, że dla niektórych taki grant to najważniejsze osiągnięcie ale może nie dla wszystkich
Grant nie jest osiągnięciem! tylko środkiem do celu (ewentualnie). Tymczasem wielu naukowców otrzymuje granty o osiągnięć istotnych nie posiada; nie mówiąc już o odkryciach naukowych. Zarzut ten dotyczy zwłaszcza social sciences, gdzie grant zaczęto postrzegać jako osiągnięcie naukowe per se i badaczy nieosiągających (choćby akceptowalnego) wskaznika cytowalności stawiać na piedestał.
No bo grant to pieniądze a wszyscy przecież pracujemy dla pieniędzy, zwłaszcza ci, co temu zaprzeczają. Takim ludziom radzę: a idź ty do biznesu, zarobisz więcej, będziesz szczęśliwy a w nauce i tak z ciebie nie ma pożytku.
Część naukowców, którzy mają realne pomysły i osiągnięcia oprócz pracy na uczelni prowadzi swoje biznesy. Z nauki mają satysfakcje a pieniądze robią poza uczelnią. Dzięki działalności biznesowej mają ogląd co się dzieje poza "uczelnianą" bańką. Niestety w Polsce nadal pokutuje podejście, że albo jedno albo drugie. Natomiast w pełni rozumiem osoby, które nie mają zacięcia biznesowego i preferują tylko ścieżkę naukową. Jednakże, nie ma co ukrywać, że finansowo jest to mniej opłacalne.
Nie przesadzajmy, grant to nie są pieniądze, w których tarza się wykonawca (drinki z palemką, Antibes, złote zęby), tylko pieniądze na robotę. Bez których nie byłoby tej roboty. Przynajmniej w kosztowniejszych dziedzinach, nie tam, gdzie (podobno) wystarczy książka, papier i ołówek. Dodatek z grantu NCN dla PI jest tylko malutkim uzupełnieniem pensji, o ile się go oczywiście dostaje, np. moja firma zazwyczaj go nie wypłaca.
Aby się pan nie zdziwił, ile to kasy niektórzy zgarniali z grantów https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/finansowe-nieprawidlowosci-w-polskiej-akademii-nauk-wynagrodzenia-naukowcow-niezgodne-z-ustawa-kominowa.html
Rekordzistę spokojnie stać na willę w Antibes ze złotymi klamkami, o zębach nic nie wiem.
@ Prof. PAN -
Myli Pan nadużycia ze zwykłą praktyką zwykłych ludzi, a co najmniej z założeniami grantów naukowych.
Chciałbym, aby nadużycia nie były zwykła praktyką. Jaką da pan gwarancję, że są one naprawdę wyjątkami? Założenia zawsze są piękne.
W projektach NCN kierownik projektu może otrzymać max 3000 zł brmiesięcznie cznie. A na cały zespół,
3 osoby i więcej, jest chyba 4500 zł miesięcznie. Takie są przepust. I takie dofinansowanie jest z NCN.
A w USA, Niemczech, Francji, Anglii etc. jest okrągłe zero. Ciekawe czy to oni mają rację czy my. Porównajmy osiągnięcia: nagrody Nobla, cytowania, publikacje i tym podobne.
Cały świat na szczęście nie jest angielskojęzyczny - są jeszcze języki ,kiedyś określane jako konferencyjne , którymi posługuje się zdecydowana większość mieszkańców naszego globu.
W rzeczy samej
I co z tego, skoro podstawowym językiem nauki jest obecnie angielski? W XV wieku też można było powiedzieć, że świat na szczęście nie jest łacińskojęzyczny (ba, Rzymian nawet już nie było, a ci, co byli, mówili greką), tym niemniej żaden uczony nie poradziłby sobie bez znajomości łaciny.
@akademik
Jesli wylaczylibysmy angielski z komunikowania sie w swiecie publikacji naukowych, to aby nie polegac na dosyc przypadkowych czasem tlumaczeniach typu Google Scholar, nalezaloby stworzyc caly system tlumaczenia z jezykow lokalnych na inne lokalne w celu zrozumienia, co inni autorzy publikuja w dzialach nauki, ktore nas interesuja. To kosztuje i raczej na pewno utrudniloby i opoznilo ta komunikacje. Moge sobie jednak wyobrazic taki system.
Duzo trudniej mowic o wspolpracy i konferencjach miedzynarodowych. Na przyklad, jak Pan by sobie wyobrazal konferencje miedzynarodowa na dowolny temat, gdzie oficjalnym jezykiem nie bylby angielski? Jak wygladalby wyklad kogos, kto przyjechal z zagranicy aby odwiedzic jakis osrodek naukowy w innym kraju? Po jakiemu mieliby rozmawiac studenci i naukowcy z innych krajow, ktorzy goszcza w danej jednostce naukowej?
Nie 'Google Scholar' tylko 'Google Translate' mialem na mysli w tym kontekscie.
Z żoną albo kumplem to można rozmawiać nawet po tuaresku albo po baskijsku, publikuje się dziś po angielsku. Proszę nie narzekać, wcześniejsze języki naukowe takie jak średniowieczna łacina albo greka koine były dużo trudniejsze do opanowania. A dziś to nawet są programy, które poprawią składnię i słownictwo, np. https://www.deepl.com/pl/translator
We wspaniałych czasach żyjemy.
Angielski jest oczywiście najczęstszy w międzynarodowym obiegu akademickim, ale zwłaszcza w naukach społecznych i humanistycznych wciąż publikuje się w wielu językach, tutaj jedna z licznych prac naukowych na ten temat:
https://www.cambridge.org/core/journals/language-teaching/article/abs/multilingualism-in-academic-writing-for-publication-putting-english-in-its-place/5B067CDB492350D55A8E798AC72526B5
@Stanisław Krawczyk
Obawiam sie, ze w obecnym swiecie cytat zaczerpniety z tego wlasnie artykul jest ciagle prawdziwy, "English is the international language of science, for better or for worse" (Elnathan, R. Nature. doi:10.1038/d41586-021-00899-y), niezaleznie od tego, jakie ostatecznie wnioski wyciagaja autorzy tej publikacji.
Mozna probowac to zmienic, ale z tym angielskim jest po prostu bardzo wygodnie.
Autorzy wyciągają m.in. wniosek, że faktyczna skala stosowania innych języków pozostaje niedoreprezentowana w niektórych bazach danych. ;) Niemniej zgoda, że angielski jest cennym narzędziem komunikacji, sam piszę głównie w tym języku (ze względu na to, do kogo akurat kieruję swoje teksty). Rzecz w tym, że z jego dominacją wiążą się też problemy, którymi warto się zajmować i starać się ograniczyć ich skalę – część z nich została opisana tutaj: https://blogs.lse.ac.uk/impactofsocialsciences/2024/05/23/what-can-be-done-about-scholarly-communications-diversity-problem/
@Stanisław Krawczyk
Zdaje sobie sprawe z tego, ze native speakers sa uprzywilejowani w obecnym systemie. To jest zdecydowanie ujemna strona tej "popularnosci" angielskiego w swiecie nauki. Przydaloby sie byc moze znowu Esperanto, zeby bylo sprawiedliwiej...
Ale jest jak jest. Wiec oczywiscie nalezy teraz sie zastanowic nie nad tym, jaka sytuacja bylaby idealna, tylko nad tym, jak w praktyce mialyby wygladac ewentualne zmiany i co one moglyby przyniesc dobrego i zlego.
Jak z wieloma innymi rzeczami na swiecie, nie jest idaelnie, ale nie ma obecnie lepszego pomyslu (przez "lepszy" rozumiem tez "realistyczny").
Tak, sam teraz w swojej działce (game studies) zacząłem rozmawiać z ludźmi z różnych krajów i zastanawiać się nad tym, jakie można tu wprowadzić rozwiązania. Różnorodność językowa jest też kilkakrotnie wymieniana (można wyszukać słowo „language”) w dokumencie CoARA (https://coara.eu/), który może się okazać całkiem wpływowy w UE. Wydaje mi się, że w najbliższych latach możemy się czegoś ciekawego doczekać. :)
@Stanisław Krawczyk
Mysle, ze urzadzenia, ktore sa oparte na AI beda mogly w niedlugiej przyszlosci dostarczyc mozliwosci tlumaczenia rozmow w czasie realnym (on-the-fly), co pozwoliloby ze sluchawka w uchu porozumiewac sie w praktycznie kazdym jezyku swiata, bez udzialu ludzi-tlumaczy. Nie wiem, jak dlugo trzeba bedzie na to czekac, ale to rzeczywiscie pozwoliloby na dzialanie w dowolnym jezyku i w wielu jezykach na raz (na przyklad, w grupie kilku osob stojacych kolo siebie i rozmawiajacych, gdzie kazdy mowi w swoim wlasnym jezyku i wszyscy rozumieja wszystkich). Jeszcze chwila..... No ale na razie tego nie mamy.
W naukach społecznych i humanistycznych też bym promował angielski posługując się autorytetem Aleksandra Brücknera, który o języku polskim pisał po niemiecku, bo wtedy niemiecki też był językiem kongresowym.
Zwłaszcza w naukach ścisłych. A jeszcze nieco wcześniej oraz równolegle tę rolę pełnił francuski. To zależało od tego, który naród w danym okresie historycznym pełnił główną rolę w badaniach naukowych w skali światowej.