Formalizacja ewaluacji z założenia miała uporządkować systemowy chaos. W praktyce jednak uruchomiła (czy też obnażyła) cały katalog grzechów, z którymi dziś się mierzymy. Chcemy zaproponować swoisty rachunek sumienia. Naszym celem nie jest wywołanie zbiorowej paniki ani piętnowanie grzeszników, lecz skłonienie do namysłu nad tym, czy możemy i powinniśmy dalej działać w ten sposób.
Impulsem do napisania tego tekstu stała się wymiana myśli, będąca efektem naszej działalności w Zespole ds. zarządzania i instytucjonalizacji nauki przy Komitecie Naukoznawstwa PAN. Zastanawiamy się, jak skutecznie organizować dyskusje i spotkania, aby miały one głębszy sens. Jak sprawić, by zamiast rytualnego „ponarzekania” przyniosły realną zmianę, której (tu chyba wszyscy się zgodzimy) polskie szkolnictwo wyższe i nauka tak bardzo dziś potrzebują.
Poszukując przestrzeni dla tej zmiany, obserwujemy system z dwóch perspektyw – nie tylko jako ekspertki teoretycznie i praktycznie zajmujące się ewaluacją, ale również jako osoby, które mają wgląd w procesy reformowania nauki. Nawet jeśli w gąszczu wciąż nowych pomysłów i efektów ich wdrażania czasem trudno o optymizm, zamierzamy spróbować zawalczyć o przyszłość polskiej nauki. Tym bardziej, że obie z rosnącym niezadowoleniem obserwujemy kierunek, w którym podąża ewaluacja działalności naukowej.
Nie mamy bowiem wątpliwości, że podporządkowanie badań doraźnym celom administracyjnym czy politycznym to prosta droga do ich ostatecznego pogrzebania. Nadchodzi czas, w którym jako środowisko musimy wyznaczyć granice i zaproponować własne kryteria oceny, adekwatne do wyzwań współczesności. Chcemy budować kulturę ciągłego doskonalenia się w uprawianiu nauki w Polsce, ale wymaga to odpowiednich form debaty.
Nie potrzebujemy kolejnych spotkań online z udziałem 800 osób, gdzie „wygrywa” ten, kto najgłośniej wskaże jedyną słuszną drogę. Nie zależy nam także na potyczkach w mediach społecznościowych, obliczonych wyłącznie na zdobycie wirtualnych „polubień”. Zamiast tego potrzebujemy prawdziwej dyskusji, wymagającej zaplanowanych, merytorycznych spotkań, opartych na wcześniej rozesłanych i (co kluczowe) przeczytanych przez uczestników dokumentach. Tylko w takiej formie możemy spierać się na argumenty i dyskutować nad rozwiązaniami, zamiast siłowo narzucać „jedyną słuszną rację”. W takich debatach nie potrzebujemy uczestnictwa „gwiazd”, które przekonane o nieomylności własnych sądów promują siebie zamiast idei. Potrzebujemy za to ludzi nauki o niekwestionowanym dorobku, których osiągnięcia wykraczają poza nagrody przyznawane w określonych gremiach, a przy tym wolnych od uwikłań i partykularnych interesów.
Doświadczenie pozwala nam dziś widzieć pewne mechanizmy wyraźniej. Jedna z nas, pracując blisko centrum decyzyjnego, usłyszała kiedyś: „Jesteś z Uniwersytetu Jagiellońskiego, nie wiesz, jak wyglądają szkoły wyższe i nauka w Polsce”. To zdanie dobrze oddaje napięcie towarzyszące polskim reformom nauki – między wyobrażonym standardem a realnymi praktykami. I choć obie „jesteśmy z UJ”, doskonale dostrzegamy pęknięcia, jakie owo napięcie wywołuje. I właśnie dlatego postanowiłyśmy nazwać je i opisać.
Osią większości z tych problemów jest polityka oceniania. Formalizacja ewaluacji z założenia miała uporządkować systemowy chaos. W praktyce jednak uruchomiła (czy też obnażyła) cały katalog grzechów, z którymi dziś mierzymy się już nie w teorii, lecz w codziennym życiu akademickim. Kto wie, czy to odsłonięcie słabości nie okaże się ostatecznie jej najważniejszym wkładem w rozwój polskiej nauki.
Chcemy zaproponować swoisty rachunek sumienia. Naszym celem nie jest wywołanie zbiorowej paniki ani piętnowanie grzeszników, lecz skłonienie do namysłu nad tym, czy możemy i powinniśmy dalej działać w ten sposób.
1. Pycha regulacyjna
Wielu naukowców hołduje przekonaniu o własnej wyższości i pewności, że to, co robią, jest jedynie słuszne, prawdziwe i wyjątkowe. To pycha, która każe nam wierzyć, że nie mylimy się w naszych badaniach i wiemy najlepiej, jak uprawiać naukę. Jednocześnie mierzymy się z pychą systemową – złudnym przekonaniem, że dobrą naukę da się zadekretować na poziomie centralnym (krajowym, europejskim czy światowym) i zamknąć w regulaminach. Takie podejście paradoksalnie prowadzi do inflacji standardów, procedur i wytycznych.
To, co kiedyś było oczywistym elementem etosu akademickiego – relacja mistrz–uczeń, niespieszne rozmowy o sensie i celu prowadzonych badań, wymiana poglądów czy życzliwa i konstruktywna krytyka – dziś wymaga formularzy, sprawozdań i wskaźników. W zawiłościach biurokracji brakuje miejsca na merytoryczną i obiektywną ocenę rzeczywistej jakości. Czy komukolwiek w tym systemie przychodzi na myśl, aby docenić kogoś, kto organizuje i spaja wzajemnie wspierające się zespoły badawcze? Wystarczy spojrzeć na system ocen pracowników na uczelniach, gdzie to liczba publikacji, a nie ich jakość, staje się kluczem do uzyskania nagrody i uznania.
Pycha regulacyjna opiera się na naiwnej wierze, że brak jakości wynika z niedoboru przepisów, a nie z braku zaufania i stabilnych warunków pracy.
2. Chciwość wskaźnikowa
System oceny pracowników, a także samych jednostek naukowych, coraz bardziej premiuje to, co policzalne, a nie to, co ważne. Gubi się przy tym refleksja nad tym, w jakim stopniu to, co ważne, naprawdę ma wpływ – i to niezależnie od budzącego kontrowersje (szczególnie w naukach społecznych) III kryterium. W efekcie publikujemy „trochę dla punktów, żeby się nie czepiano”, a trochę (już po godzinach) dla faktycznego rozwoju nauki. Chciwość ta rzadko zresztą dotyczy pieniędzy (choć oczywiście wysoka ocena ewaluacyjna może w niektórych jednostkach przynieść wymierne korzyści), lecz wskaźników, które stały się twardą walutą akademickiego przetrwania. Niestety, jak to zwykle w walce o byt – wybory racjonalne z perspektywy przetrwania nie zawsze będą wyborami etycznymi.
3. Nieczystość intencji
Nauczyciele akademiccy mają dziś silniejszą niż kiedykolwiek świadomość, że bezustannie ze sobą rywalizują. Tymczasem nie powinniśmy konkurować we własnym środowisku, lecz wspólnie zastanawiać się, jak polska nauka może skutecznie współzawodniczyć ze światem. Obecny stan rzeczy nie służy wzajemnemu zaufaniu ani współpracy, w tym międzypokoleniowej.
Wszechobecna konkurencja powoduje, że walczymy między sobą o te same zasoby. Zamiast tego powinny one trafiać do jednostek, a tym samym do naukowców, na podstawie przejrzystych, sprawiedliwych mechanizmów (wypracowanych wspólnie ze środowiskiem), dając badaczom stabilność niezbędną do realizacji zadań według określonych planów.
Konkurencyjne finansowanie z założenia miało podnieść jakość badań, co ma swoje merytoryczne uzasadnienie – pod warunkiem jednak, że jest to rywalizacja uczciwa, w której nie ma ukrytego interesu w popieraniu lub blokowaniu określonych badań. W praktyce konkurencja często osłabia współpracę (szczególnie wewnątrz tego samego ośrodka czy w obrębie tej samej dyscypliny), niszczy zaufanie (które i bez tego jest na niskim poziomie) oraz wzmacnia oportunizm.
Niestety, dla wielu badaczy grant staje się dziś celem samym w sobie (motywowanym często wyłącznie finansowo), a nie narzędziem do prowadzenia badań na światowym poziomie, wolnych od politycznych uwarunkowań i doraźnych zamówień. Nauka przestaje być wspólnym przedsięwzięciem, a zaczyna przypominać grę o ograniczone zasoby. O ile już nią nie jest. Jeśli chcemy w nią grać, róbmy to jako drużyna narodowa, stając do rywalizacji z zagranicznymi ośrodkami, ale przestańmy podkładać sobie nogi na własnym podwórku. Tylko współpracując i wzajemnie się wzmacniając, sprawimy, że polska nauka zacznie znaczyć coś na świecie, a nie tylko w Polsce.
4. Zazdrość instytucjonalna
Wszechobecne rankingi, ewaluacje i benchmarki, zamiast inspirować, przede wszystkim frustrują i dzielą. Uczelnie porównują się ze sobą w sposób uproszczony, ignorując przy tym swoje indywidualne atuty, które mogłyby stanowić o ich przewadze na arenie międzynarodowej. Bagatelizuje się tradycję, historię i potencjał budowany nierzadko przez kilkadziesiąt lat. Zapomina się także o lokalnych kontekstach oraz unikalnych misjach poszczególnych ośrodków, opartych na podobnych, lecz przecież nie zawsze tożsamych wartościach.
Systemowa zazdrość sprawia, że zamiast wzmacniać własne mocne strony i budować na nich przewagę konkurencyjną poza Polską, próbujemy naśladować cudze modele – wewnątrz jednostek, w ramach dyscyplin czy w skali kraju. Modele te często okazują się jednak całkowicie nieadekwatne do naszych warunków, zarówno w zakresie kadr, jak i organizacji ich pracy, z odpowiednim wynagrodzeniem, infrastrukturą.
Obecny system oceny nie zachęca do zmiany tej postawy. W ewaluacji nie przewidziano na przykład punktów za wspólne projekty różnych krajowych uczelni w obrębie tej samej dyscypliny – i to nie tylko za współpracę „najlepszych z najlepszymi”, ale też pomiędzy ośrodkami wiodącymi i tymi aspirującymi.
Czy wyrównywanie szans w polskiej nauce jest w ogóle możliwe? Jeśli chcemy niwelować nierówności, potrzebujemy autentycznej współpracy. Nie tej pozorowanej i nie tej służącej jedynie „pokazaniu się” w ramach III kryterium, tylko takiej, której efektem będą wspólne projekty polskich podmiotów w ramach tych samych dyscyplin, realnie integrujące środowisko i wyrównujące szanse rozwojowe.
5. Gniew administracyjny
Każda nowa regulacja pociąga za sobą konieczność jej egzekwowania. Administracja rozrasta się, generując coraz bardziej wyrafinowane mechanizmy kontroli. Naukowcy stopniowo zostają zdegradowani do roli pracowników kontraktowych, zarządzanych poprzez procedury, a nie przez zaufanie. W efekcie relacja wsparcia zmienia się w relację nadzoru.
Kontrolowanie czy dobrze wydawana jest każda złotówka powoduje, że zatracamy się w myśleniu o tym, co jest ważniejsze. Nie da się też idealnie zaplanować budżetu projektów na 3 lata do przodu. Elastyczność jest potrzebna już na etapie planowania i potem w nieskomplikowany sposób wprowadzana, gdy zachodzą uzasadnione okoliczności wymuszające zmiany. Nie chodzi o to, aby publiczne środki wydawać w innym celu niż realizacja badań, ale tak, aby mieć przestrzeń na łatwe dostosowanie do zmian, które są spowodowane zewnętrzną sytuacją (pandemia, wojna, ale także istotne problemy wyłaniające się w toku nierzadko kilkuletnich badań) czy wewnętrzną (kryzys twórczy, choroby). Poczucie, że realizacja pracy naukowej musi być cały czas kontrolowana (i raportowana szczegółowo) powoduje, że zmienia się nastawienie naukowca, który poddaje się administracji i ich regułom, aby dobrze wypełnić określone tabelki.
Niski wskaźnik sukcesu w konkursach grantowych w połączeniu z rozbudowaną biurokracją w toku przygotowania, realizacji i rozliczania projektów powoduje, że na pisanie wniosków, wyjaśnień, sprawozdań naukowcy przeznaczają około 40% swojego czasu pracy. To budzi u nich gniew, ale powinno także rodzić gniew systemowy, gdyż jest to czas stracony dla nauki.
6. Obżarstwo procesów
Gigantyczna administracyjna obsługa procesów – od grantów po ewaluacje – pochłania czas, energię i pieniądze. Każde dodatkowe środki są błyskawicznie „trawione” przez nienasycony system obsługowy. Rozumiemy, że kontrole są potrzebne. W każdym środowisku zdarzają się niestety „czarne owce”, wydające środki niezgodnie z celem ich przyznania, a pieniądzom zawsze grozi marnotrawstwo. Jednak system, w którym wszyscy drżą o każdą wydaną złotówkę w obawie przed kontrolą, powoduje zniechęcenie i bunt, a z tego rodzą się rewolucje. Rośnie bowiem świadomość rzeczywistych kosztów obsługi konkurencyjnego finansowania, które mogłyby być spożytkowane na badania, a także przedłużających się procedur rozpatrywania wniosków, organizowania badań oraz publikacji wyników w prestiżowych czasopismach, co sprawia, że nowa wiedza, którą tworzymy wchodzi do szerszego obiegu z wieloletnim opóźnieniem.
Rozrost biurokracji wynika z braku zaufania. Administracja z góry zakłada, że naukowców trzeba nieustannie nadzorować, angażując w to niewspółmiernie wiele zasobów. Postrzeganie zaufania w kategoriach wydumanej zachcianki doskonale obrazuje sytuacja, z jaką spotkała się jedna z nas. Kiedy w gronie ważnych osób odpowiadających za przyznawanie grantów w Polsce wspomniała o swoich doświadczeniach ze Szwecji, jej słowa skwitowano pobłażliwym śmiechem. Wart śmiechu okazał się model, w którym raz na ustalony czas (np. raz na kwartał) wysyła się jednostronicowe podsumowanie wydatków –zwykłą tabelkę niekoniecznie ujmującą wszystko, np. składki, podatki itp.
Trudno w to w Polsce uwierzyć, ale szwedzki system opiera się po prostu na zaufaniu. Jeśli badania są realizowane, powstają publikacje, a jednostka (podpisami kierownika projektu i kwestora) poświadcza wydatki, instytucja finansująca ufa, że pieniądze są wydawane celowo. Oczywiście ma prawo zapytać o szczegóły, ale dopóki widać efekty pracy, nie paraliżuje badaczy dodatkowymi kontrolami.
Potrzebne jest nie tylko wołanie o większe finansowanie polskiej nauki, ale też ocena i refleksja nad strukturą wydatków szczególnie tych dotyczących obsługi np. projektów czy towarzyszących ewaluacji.
7. Lenistwo systemowe
Najgroźniejszy grzech polega na niechęci do uczenia się z cudzych i własnych doświadczeń. Nie wyciągamy wniosków ani z popełnionych błędów, ani z osiągniętych sukcesów. Problemy znane z doświadczeń brytyjskich, gdzie autonomia menedżerska doprowadziła do kuriozalnych patologii, były sygnalizowane od lat. Zlekceważone wówczas ostrzeżenia wracają dziś w polskim wydaniu.
Przed laty z zainteresowaniem obserwowaliśmy, jak głównie amerykańskie uniwersytety bogaciły się, przyjmując na studia doktoranckie dziesiątki tysięcy młodych chińskich naukowców rocznie. Z uśmiechem politowania przywoływaliśmy badania nad „drenażem mózgów” z czasów PRL i wieszczyliśmy dokładnie taki sam scenariusz dla chińskiej inwestycji w ludzi. Dziś nikt z nas już się nie uśmiecha, widząc efekty chińskiej polityki, konsekwentnie realizowanej przez dziesięciolecia. Tymczasem u nas reforma goni reformę, ale rzadko towarzyszy temu pogłębiona refleksja nad długofalowymi skutkami. Ujawnia się w ten sposób deficyt strategicznego myślenia w zarządzaniu polską nauką.
Na zakończenie nutka realizmu i optymizmu
Aby jednak nie kończyć tego rachunku sumienia w tonie skrajnego pesymizmu, musimy wskazać źródło naszej nadziei. Są nim młodzi badacze, którzy, mimo rozhuśtanego systemu, nadal chcą tworzyć i tworzą dobrą naukę. Nie zrażają się łatwo pomimo potknięć. Idą naprzód, nawet po nieudanych rekrutacjach na studia doktoranckie, gdy odrzucane są ich wnioski o granty z Narodowego Centrum Nauki czy kiedy ich artykuły miesiącami czekają na recenzje. Decydują się na studiowanie w szkołach doktorskich za 3500 zł brutto.
Polskiej nauce potrzebni są ludzie napędzani taką pasją. Mamy zarazem świadomość, że sama pasja nie wystarcza do codziennego funkcjonowania – zwłaszcza gdy praca naukowa często odbywa się kosztem życia osobistego i rodzinnego. Dopóki jednak tacy ludzie są – a naszym obowiązkiem jest ich znajdować i wspierać – przetrwamy.
Nie łudźmy się, że po rachunku sumienia od razu dokonamy skoku jakościowego, ale zadbajmy o to, by młode pokolenie nie przesiąkło systemowymi grzechami. Ludzie skrępowani procedurami mogą co najwyżej nieznacznie podskoczyć. A my przecież głęboko wierzymy, że kiedyś uda się nam dolecieć do gwiazd i zagościć tam na dłużej, niż trwała ostatnia misja w kosmos z udziałem polskiego astronauty.
dr hab. Jolanta Perek-Białas, Wydział Filozoficzny UJ
prof. Grażyna Prawelska-Skrzypek, Wydział Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ
Tekst pochodzi z najnowszego numeru „Forum Akademickiego”
Artykuł o korzeniach humanistycznych wzbudził gorącą polemikę szczególnie pomiędzy przedstawicielami nauk podstawowych oraz technicznych, z burzliwą (i nierzadko osobistą) kulminacją w dniu 27.06.26. W licznych komentarzach strony wyraźnie podzieliły się na zwolenników dominacji nauk podstawowych (z potrzebą większości finansowania...) oraz na tych którzy mówią o ważniejszej roli nauk stosowanych (z potrzebą większości finansowania...).
Osobliwie, i jedni i drudzy wydają się pisać o naukach obustronnie nazywanych stosowanymi, ale jakby mieli na uwadze jakieś nauki ZA-stosowane... Nauki, które w niezrozumiały i niemal natychmiastowy sposób będą ZA-stosowane do produkcji czegokolwiek. To jest absurdalne z założenia, bo wyników żadnej nauki żaden przedsiębiorca nie wrzuci na taśmę i nie ZAstosuje do produkcji towarów.
To nie jest wina żadnej ze stron bo ich opinie wydają się być przesiąknięte błędami nazewnictwa od dawna tu zakorzenionymi w wadliwej polskiej legislacji, które wbiły się w podświadomość użytkowników, co opisano szczegółowo w artykule: K. J. Konsztowicz: Quo vadis nauko polska? Część II. Jakie badania dla gospodarki? (sciencewatch.pl, 16.11.25).
Szczególnej uwadze polecam diagram na Rys. 1, z niewydolnym pozycjonowaniem zarówno NCN jak i NCBR, co wiele mówi bez dodatkowych wyjaśnień. Kto nie ma czasu czytać, może sprawdzić streszczenie na UTube: QuoVadisNaukoPLczII_Labirynt_Prawny
We właściwym rozumieniu roli nauk stosowanych i rozumieniu złożoności PROCESÓW rozwojowych i wdrożeniowych w tworzeniu innowacji produktowych może pomóc tu szybka ŚCIĄGA polityczna pt: „łańcuch dostaw naukowych” - od badań do sprzedanej innowacji produktowej.
Badania podstawowe – ODKRYCIE nowego zjawiska w długoterminowych badaniach praw natury.
Badania stosowane – MODYFIKACJA zjawiska; zatrzymanie lub zamierzony rozwój. Żmudne, często interdyscyplinarne badania głównie akademickie, z innym niż powyżej modelem zarządzania.
Tu może powstać: innowacja = pomysł na zaspokojenie potrzeby + sposób na wdrożenie pomysłu). Może, ale wymaga inwestycji w dalszy rozwój.
Badania rozwojowe – od zarysu innowacji do funkcjonalnego prototypu produktu, lub projektu pilotażowego linii technologicznej
(te badania to część procesu rozwojowego obejmującego m.in. inżynierskie prace projektowe, testowanie użytkowe, badania rynkowe, analizę kosztów, ochronę własności, itp.). Koszty w tej fazie rosną…
Badania wdrożeniowe – od prototypu do końcowej wersji produktu rynkowego
(badania w innej skali są częścią procesu wdrożeniowego, obejmującego m.in. analizy wpływu zmian parametrów produkcji na właściwości produktu, symulacje i optymalizacje logistyczne dostaw surowców, półproduktów czy podzespołów. Tu największe koszty –> „dolina śmierci” innowacji…
Komercjalizacja - sprzedaż produktu i uzyskanie wartości dodanej
(na tym etapie dochodzą koszty projektowania i produkcji opakowań, symulacje i planowanie dystrybucji, koszty badań marketingowych, wdrożenie mechanizmów dystrybucji w założonych kanałach rynkowych, wdrożenie mechanizmów promocji, itd., itp., choć w tych segmentach też się prowadzi badania...). Tak czy owak, w końcu tu - innowacja zaczyna zarabiać…
W Polsce nie ma mnogości innowacji produktowych ze znacznym udziałem w podnoszeniu PKB, czyli faktycznie ciągle tu nie ma „gospodarki opartej na wiedzy”, choć się o tym mówi od ćwierć wieku z okładem.
Nie ma takiej gospodarki między innymi dlatego, że decydenci i ustawodawcy z uporem nie chcą pojąć na czym polega "łańcuch dostaw" różnych rodzajów nauk i taki bezwład trwa od dekad.
Warto zwrócić uwagę na skutki rozwojowe takie, że od kiedy tu się mówi o „gospodarce wiedzy” - Korea Płd. już zdążyła zdublować PKB Polski, co jasno widać poniżej:
K. J. Konsztowicz Quo vadis nauko polska?... Część III. Liczby i fakty. (sciencewatch.pl, 20.12.25)
Konkretne dane dowodzą głębi tutejszego zapóźnienia technologicznego (pkt. 3.1, 3.6) i edukacyjnego (3.7 w tym STEM - odrębny temat…), a tych faktów nie odmieni żadna iluzja ani propaganda.
Kto nie ma czasu czytać, może sprawdzić streszczenie na UTube: MajętnośćNarodowa_a_Innowacje_B+R+W
W sumie ciekawa analiza i wartościowe dane. Ale dyskusja już zanikła. Może będzie okazja kiedyś wrócić do tych zestawień.
Z szacunkiem, ale słabo... Panie autorki ze swoimi grzeszkami raczej powinny pozostać przy swoich konfesjonałach...
Prawdopodobnie nawet nie mają świadomości, że w krajach rozwiniętych na nauki humanistyczne przeznacza się około 5% wszystkich wydatków na badania. Więc jak już się wypowiadają, to może lepiej dla wszystkich, by zawęziły się do tego obszaru humanistyki w którym mają doświadczenie i wiedzę.
Dokładnie nie wiadomo na jakiej podstawie Panie chcą wypowiadać się na temat całej nauki, skoro chyba też nie wiedzą, że w tych wzmiankowanych krajach rozwiniętych 70 do 80% wydatków na badania przeznacza się na nauki stosowane rozwojowe i wdrożeniowe. Z dobrym skutkiem, ale w tym najważniejsze są przejrzyste podstawy legislacyjne i tu też mamy słabo... Czy Panie chociaż ogólnie orientują się w różnicach między badaniami stosowanymi a wdrożeniowymi, kto je robi, za ile, i o co w nich chodzi? A jaki wpływ na PKB?…
Dla jasności - pani profesor Prawelska-Skrzypek wykazuje w Web of Science kilka publikacji indeksowanych i wskaźnik Hirsch'a H = 2. To nie za bogaty wkład w naukę światową… Doktor habilitowana Jolanta Perek-Białas za to ma kilkadziesiąt publikacji i stosunkowo wysoki wskaźnik Hirsch'a H = 13. Tyle, że publikacje budujące ten wskaźnik dotyczą starzenia i starości, więc może też lepiej dla czytelników, żeby pozostała w swojej specjalności.
Bo na dzisiaj jeszcze pilniejsze będzie przejście do edukacji we wczesnej młodości. Tu raczej obie panie profesorki powinny martwić się (ze wszystkimi politykami) tym, że w projektowanych (do wdrożenia niebawem...) podstawach programowych szkół podstawowych ciągle nie ma nauczania w obszarze STEM i jesteśmy w tym już o całe dekady zapóźnieni. To aktualnie jest większy kłopot, bo słaba i niespójna edukacja to jedna z głównych przyczyn notorycznie niskiego poziomu polskiej innowacyjności. I tak może pozostać na kolejne dekady...
@Krzysztof Konsztowicz
Oj, słabiutki komentarz. Już na wstępie widać, że autor nie przepada za naukami humanistycznymi i w komentarzu nie tyle odnosi się do treści artykułu, co stara się przekonać samego siebie, że STEM jest ważniejsze od humanistyki. Niestety nie jest. Inżynierowie jednak nie rządzą światem tylko ci, którzy im zlecają zadania inżynierskie. Nigdy narzędzie nie jest ważniejsze od użytkownika. Sorry za tę chwilę szczerości.
Kolejne nieporozumienie. Chodzi o obszar nauczania STEM w edukacji wczesnoszkolnej. Można śledzić cykl artykułów, który właśnie rozpoczął się na stronie Fundacji Science Watch Polska:
Jaka edukacja dla lepszej nauki i gospodarki Cz.1. (sciencewatch.pl), 05.07.26. Liczne ilustracje w tekście pomagają....
Polecma w tej dyskusji ten tekst i wątek dziennikarza z FA
https://sciencewatch.pl/544-sprawa-profesury-rafala-wrobla-dokumenty-zut-rdn-finansowanie-obslugi-prawnej-i-wszczete-sledztwo
Administracja rozrasta się bez opamiętania i spycha prawie całą swoją pracę biurokracyjną na pracowników naukowych.
A tu komplementarny tekst pt. "Siedem grzechów głównych szkolnictwa wyższego w Polsce" sprzed kilkunastu lat: chrome-extension://efaidnbmnnnibpcajpcglclefindmkaj/http://jajszczyk.pl/wp-content/uploads/AJ_Siedem_Grzechow_INFOS_8_05_2008.pdf
No proszę, jaki świetny analityczny tekst z roku 2008. Ech łza się w oku kręci. A dzisiaj zdarza się Panu Profesorowi popierać absurdalne akcje... (nie będę wymieniał które, gdyż w sumie każdy ma prawo do błędów). W każdym razie, w ostatnim rozdaniu grantów ERC Advanced Polacy rozbili bank i zdobyli zaszczytny jeden grant (zresztą z humanistyki, na którą Pan Profesor zwykł był narzekać, że nie jest tak międzynarodowo rozwinięta jak szeroko rozumiane nauki ścisłe). Może warto pomyśleć o napisaniu jakiegoś nowego, rzetelnego tekstu (takiego jak w roku 2008). Kto wie, może nawet maruda ZM przestałby narzekać i postawił "lajka".
Zerknąłem na ten tekst. Oj, nie! Prawie wszystkie postulaty są naprzeciw temu, co myślę, i właśnie ich realizacja powoduje pogłębiające się kłopoty nauki. Postulat konkurencyjności - on z grubsza doprowadził do bagna, które mamy - cała ta bibliometria, wyścig szczurów, oszustwa, NCN, wypływanie szumowin na wierzch, no i pretekst do obcinania finasowania nauki ad libitum. Konkurencyjność za państwowe pieniądze będzie ułomna, a konkurencyjność oparta o prawdziwe pieniądze studentów - także (bo dyplom jest jednak państwowy), a do tego niekonstytucyjna. Nie opierać się na tytułach - ale tytuły (do niedawna) były jeszcze ostoją stabilności w morzu postępującej degrengolady. W pewnym stopniu (zaznaczam: w pewnym stopniu) podobnie do Nobla. Opierać się na bieżącej produktywności uczonego - nie, ja raczej oceniam naukowca przez jego maksymalne osiągnięcie, jak ma wielkie, ma wg mnie prawo osiąść na laurach i odcinać kupony. To zupełnie inne myślenie. Mobilność - pozwolę sobie już nie skomentować tej urzędniczej mody układania życia i kariery innym, dużo było ostatnio mowy na ten temat. Niedostateczne powiązania z gospodarką - no, powiedzmy, tylko łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.
Nie, panie autorki mają tu stanowczo więcej racji.
Z całym szacunkiem, ale łatwo się mądrzyć i wydawać z góry wyroki na temat polskiej nauki, jeśli całą swoją naukową młodość spędziło się w Niemczech jak piszą o panie na naszej grupie na reddit. Pańska perspektywa jest po prostu oderwana od naszych, krajowych realiów. Nic dziwnego, że tak lekko zbywa Pan kwestię powiązań z gospodarką. W Niemczech uczelnie są potężnie dotowane, a system wręcz wymusza na badaczach ścisłą współpracę z przemysłem – to jest tam wpisane w struktury. Tymczasem Pan przykłada tę miarę do niedofinansowanego polskiego podwórka, kwitując to protekcjonalnym 'łatwo powiedzieć, trudniej zrobić'. Proponowałbym też zejść na ziemię i zrezygnować z tych ciągłych, górnolotnych frazesów. Zasłanianie się patetycznymi hasłami o 'ostojach stabilności w morzu postępującej degrengolady' brzmi świetnie w felietonie, ale w rzeczywistości służy jedynie przypudrowaniu skrajnie roszczeniowego postulatu. Polska nauka, finansowana z kieszeni podatnika, nie udźwignie pańskich marzeń o systemie, w którym po jednym sukcesie można dożywotnio 'odcinać kupony' i mieć święty spokój od jakiejkolwiek ewaluacji. To czysta hipokryzja: sam Pan w pełni skorzystał z możliwości, jakie daje zachodni system i mobilność, a teraz z wygodnej pozycji domaga się powrotu do feudalnych, wygodnych układów, ubierając to w pseudointelektualne narzekania.
Wg mnie tekst z 2008 jest dobry, ale ja jestem liberałem z przekonań. Natomiast zgodzę się, że wszystko poszło nie tak jak powinno. I nie jest to problem tylko braku funduszy.
Chyba jedyny liberalizm, który jakoś trzyma się kupy, to amerykański - gdzie nauka jest biznesem takim, jak każdy inny. Każdy inny liberalizm - "sterowany", "państwowy" raczej się wyrodzi; będzie taki sam, jak w państwowej służbie zdrowia.
Tak się zastanawiam - czy ambicją administracji strony jest uczynienie dyskusji niemożliwą?
W ostatnich dniach media informują o wzmożonej aktywności ukraińskich i rosyjskich służb specjalnych w Polsce. Służby tych krajów werbują swoich rodaków ale także obywateli polskich- i jest zagadka kto z komentujących na tym forum wpisuje się w te działania?
Napędzana pasją w PANie zarabiam mniej, niż fizol na budowie!!!
Na prace budowlane jest popyt.
Na prace naukowe nie ma. Jest mecenas Państwa.
Praca naukowa to taki socjal dla ludzi wykształconych.
W krajach afrykańskich dla ludzi wykształconych nie ma pracy.
Można bardzo dużo doktorów wyprodukować w instytutach takich jak PANowski https://imol.institute/ tylko pytanie co oni będą robić potem, bo wygląda, że dla nich trzeba stworzyć kolejne instytuty PANowskie.
Dyskusja przybiera tutaj charakter burzliwy, co raczej wskazuje, że temat jest ciekawy.
Wg mnie mamy w PL faktycznie problem mentalny, nie tyle z podziałem pieniędzy, co z tym z czego się cieszymy.
Oczywiście w nauce powinniśmy się cieszyć z Nagród Nobla. Ale ponieważ na te się nie za bardzo zanosi (no chyba, że w obszarach humanistycznych i to niekoniecznie za działalność czysto naukowa), to oficjalnie mamy się teraz cieszyć z wysokich wskaźników H, sumarycznych IF, no i z publikacji w Nature lub Science.
Tutaj zaczyna się praktyka życia: czyli cel uświęca środki. W zasadzie wszyscy są zachęcani (tak gdzieś miedzy wierszami), aby dopisywać kolegów, najlepiej z zagranicy, bo to podnosi szanse na cytowalność. A co do Nature, Science itd. to zawsze można nawiązać kontakt z odpowiednią grupą, albo zatrudnić na kilka dni kogoś znanego na świecie. Przyjedzie? Ludzie w ogólności lubią kasę i lubią być podejmowanymi po królewsku (na Zachodzi nikt specjalnie nie czapkuje przed naukowcami, nawet tymi z Nagrodami Nobla)...
Te powyżej, to są działania w białych rękawiczkach. Ale są też inne, można spreparować wyniki, puścić w MDPI, a cytowania kupić. No tutaj pojawia się już p. Hubert Wojtasek, postać niewątpliwe pozytywna, i wyłapuje takich cwaniaków. Chwała mu za to. Ale w sumie jest to leczenie objawowe. Główna przyczyna, zachęcanie ludzi do pompowania współczynników cały czas obowiązuje.
A parę lat temu niejaka Olga Malinkiewicz opracowała technologię nakładania perowoskitów na elastyczne powierzchnie. Utworzony został startup. Były nagrody, uśmiechy i w ogóle. A dzisiaj... jest ogromna afera, gdyż pani została ograna na giełdzie. Ale to wszystko dzieje się w tle, była szansa na prawdziwy sukces, ktoś mógł ten startup wspomóc intelektualnie. No ale skoro nie prowadziło to do publikacji w Science, to nie było warto. Przecież, nawet gdyby ten startup się udał, to nie byłoby się z czego cieszyć.
Mamy tutaj w PL problem mentalny z definicją sukcesu, i jest to naprawdę spory problem.
Wiesz co jej problem polegał na tym że jako inżynier nie miała pojęcia jakie są ramy prawne działania biznesow dla spółek. Do tego dochodzi machina biurokratyczna sądów i urzędów, rodem poprzedniego systemu PRL działający wolno i długo latami. Brak odpowiedzialności za błędne decyzje urzędników w tym również. Polska nie jest krajem przyjaznym do prowadzenia takiej działalności gospodarczej. Dla etatów na samozatrudnieniu tak czy informatyków albo biznes typu restauracja coś prostego. Fakt że politycy zrobili w mediach dobry PR że Polska jest nowoczesnym sprawnym krajem w telewizji. Ona padła ofiarą swojej naiwności . Ona powinna otworzyć spółkę w innym kraju ue biznes friendly dla technologii. Widziałem te materiały na YouTube. Chciano przejąć jej technologie i wykończyć firmę. Mało kto wie że biznesy w Polsce nie są do końca legalne. Ktoś komu da łapówkę za licencję ktos nie będzie kontrolować danej firmy. Raczej dalej mentalność wschodnia rosyjska. Dlatego że nie było lustracji po transformacji. Wielu agentów przeszło do służb a służby czy wojskowi robili różne aftery typu ostatnio piramidy finansowe czy inne przekręty pod parasolem ochronnym panstwa i polityków. Musisz z kimś podzielić się kasa dać wlape i wtedy nie ma z niczym problemów. Głupi przykład Leszek Czarnecki idea Bank i prezes knf chciał wcisnąć do rady nadzorczej prawnika za jakąś kasę. Potem organy dojechały jego bank. Wiem on nie był święty miał na koncie polisolokaty, brak licencji brokerskiej i kredyty frankowe. Tak było za PRL. Gangusy jechały na zachód dostawali paszporty od ministerstwa. Tworzyli fasadowe biznesy na zachodzie, okradli tam ludzi. Wracali do Polski dzieli się kasą z urzędnikami ministerstwa i politykami. Sądy odrzucały wnioski zagraniczne. Tak to dzialolo. Brak znajomości historii i podstawej na temat prawa.
Wg Wikipedii cyt."W 2025 roku w maju Olga Malinkiewicz została odwołana z zarządu, następnie nowy zarząd uznał, że technologia jest niedopracowana i nie nadaje się do komercyjnego zastosowania. Oszacowano, że aby dotrzeć do tego punktu, należy zainwestować 1,2 mld zł oraz 10 lat badań (poprzedni zarząd twierdził, że jest to kwestia 4 lat i 100 mln złotych)."
No to, jak rozumiem, wg Pana, aby nie dopuścić do tego, żeby Pani Malinkiewicz czerpała profity ze swojego wynalazku, orzeczono, że trzeba dodatkowo wyłożyć 1,2 mld zł i jeszcze tę sprawę badać merytorycznie przez 10 lat?
Ja jej nie broniłem tylko wypowiedziałem się o specyfice prowadzenia działalności gospodarczej w sektorze technologicznym w Polsce. Wiem co pan ma na myśli. Niektórzy żyją z pomysłów na biznes oraz dotacji państwowych i od inwestorów nic nie robiąc. Takich przypadków jest też bardzo dużo. Pozdrawiam
Zwracam uwagę, że ta zażarta dyskusja, nierzadko z inwektywami, odbiegła od tytułu publikacji.
Może trochę ochłodzić słodkie i napić się zimnej wody, bo od tego grafomaństwa robi się za gorąco a i tak efekty będą rzadne.
Nie jest grafomaństwo, tylko definiowanie tego co Polsce potrzebne.
Jak do tej pory ciągle słyszę, że nauka polska wymaga dofinansowania, czyli chodzi o kasę. Naprawdę, dobrze wiemy, że wszystko można przejeść.
Silne lobby badań podstawowych mówi, że tylko badania podstawowe są najważniejsze, a tych od sznurków od snopowiązałek to nie trzeba finansować.
Panie proponują ogólną dyskusję o nauce polskiej wymieniając jej grzechy.
A prawda jest taka, że nauka ma służyć Polsce i obywatelom, a służyć będzie wówczas, gdy zapewni nam silną pozycję innowacyjną i obronną zwłaszcza. Jednoznacznie więc jest w interesie Polski i Polaków położenia nacisku na badania stosowane.
Ale mąciciele tylko myślący o karierach, tytułach i forsie oraz pokazania, że są potrzebni mącą cały czas.
Będę się upierał przy tych badaniach stosowanych. Nie dlatego, że badania podstawowe są niepotrzebne, są potrzebne nawet bardzo,. Tylko obecnie Polska potrzebuje zmiany postPRLowskiego podejścia, jak tlenu. A fakt, że efektywnie finansowane są przez NCN głównie badania podstawowe ocierające się o papiernie, to już stara melodia w nowej oprawie.
Przypomina mi się taka anegdota ze śp. Lechem Kaczyńskim, która podobno zaproponował, aby zdjęcia z Prezydentem RP nie były na tle zespołów folklorystycznych, tylko na tle laptopów. Jako prawicowiec bardzo cenię LK, ale ta opowieść pokazuje gdzie jesteśmy: na razie cieszymy się, że już umiemy obsługiwać laptopy. Pora zrobić jakiś krok do przodu.
No, pan Lech Kaczyński był, jak wiadomo, prof. nauk prawnych. Na takich ludziach wrażenie robiły i robią laptopy, czy inne zdobycze cywilizacji. Niestety, ale tak, jak Pan napisał, to pokazuje, gdzie jesteśmy: w miejscu, w którym na przeciętnym Iksińskim wrażenie robią wywody o filozofii gender, naukach prawnych, czy o działalności polityka X., zaś prof. od filozofii gender, czy od nauk prawnych itp. wrażenie robią laptopy, czy prace o np. cyberbezpieczeństwie (oczywiście, nie umniejszam znaczenia takowych). Zaś dla OBU tych ludzi praca nawet zawierająca średniej klasy wyniki z fizyki, czy matematyki, jest już raczej fanaberią, do niczego niepotrzebną, może tylko "do ozdoby". TO JEST sedno problemu. Oni będą podziwiać, owszem, Noblistę, który wykazał istnienie fal grawitacyjnych, ale GUZIK ich będzie obchodzić, że w Polsce moglibyśmy mieć Noblistę (ogólnie, z chemii, czy fizyki), gdyby tylko nie został zmarnowany jego talent, bo kazali mu się przekwalifikować na programistę, żeby mógł zarabiać na chleb w firmie IT lub uczyć studentów programowania np. w Javie. Pan Iksiński, jak też prof. od filozofii gender, czy od nauk prawnych itp. będą podziwiać gościa z USA, o którym usłyszą w telewizji lub przeczytają w Internecie, że ma na koncie np. jakieś wynalazki z kropkami kwantowymi. Ale jakoś do głowy im nie przyjdzie, że I W POLSCE mamy takich, którzy TEŻ mogliby czegoś podobnego dokonać. Ale nie dokonali, bo ich talenty się marnują i najprawdopodobniej będą się NADAL marnować.
Nie, no wszystko fajnie, ale warto pamiętać, że przez NCBiR przepływają środki większe, niż przez NCN. I tam finansowane są projekty typu "innowacyjny wafel suchy do czegośtam", albo "innowacyjna drabina z poziomicą". Więc zanim Panowie (bo tu także kolega kk się mocno udziela) ukrzyżują do końca badania podstawowe i zapłaczą ostatnią łzą nad brakiem finansowania badań stosowanych, niech się Panowie przyjrzą, na co poszły pieniądze przeznaczone na te badania stosowane. Poziom marnotrawienia środków jest tak na pierwszy rzut oka większy, niż w badaniach podstawowych.
Co ma marnotrawienie środków finansowych wspólnego ze strategiczną decyzją odnośnie tego co Polsce bardziej potrzeba. Pan sprowadza dyskusję do poziomu kłótni o pieniądze.
Polsce potrzeba jednego i drugiego, a dyskusja tego typu jest tylko kolejnym przelewaniem półpustego w półpróżne, bo przede wszystkim nauka w Polsce jest niedofinansowana od dziesiątków lat, a w ogóle to pewnie od stu. Bowiem władze wyobrażają sobie, że jeśli dadzą więcej na badania naukowe, to postwłościański (oraz w ich opinii tępy) naród na nich więcej nie zagłosuje. I tyle.
Zatem pozostaje gadanina na temat "komu zabrać", bowiem temat "komu dać" jest jeszcze bardziej bezproduktywny, a na zabranie, na przykład humanistom, zawsze jakaś nadzieja jest. Więc hurra, lećmy zabierać, a nuż coś skapnie. Mało kto już dostrzega, jak strasznie jest to poniżające.
Jest to wwestia postrzegania.
Naukowcy uważają, że wynagrodzenie za ich pracę winno być wysokie niezależne od wyników, tylko dlatego, że są naukowcami.
Inne spojrzenie jest takie:
grupa naukowców to grupa, na którą jest niewielki zapotrzebowanie na rynku, a więc jest to grupa bez pracy, tak jak bezrobotni, więc tak jak bezrobotnym trzeba dać im zasiłek socjalny
Jak będzie taka produkcja doktorów jak w Polsce, to okaże się, że najwięcej bezrobotnych będzie właśnie w grupie z doktoratami. Na uczelniach nie będzie dla nich miejsca, a przemysł ich wiedzy nie będzie potrzebował.
Prace naukowe zrobione na przykład wokół elektronicznego przeprowadzania wyborów, to mam nadzieję, że i Pan uzna za marnowanie środków publicznych, a na tym temacie oparto całą karierę naukową do tytułu profesora belwederskiego włącznie.
Dawno dawno temu jak studiowałem, to uważałem, że w medycynie i na elektrycznym (dziś informatyka), matematyce i fizyce to był jakiś poziom, ale mam obawy, że zjawiska korozyjne dotarły i do tych obszarów.
Nie, ja sprowadzam dyskusję do miejsca, gdzie powinna się znaleźć: skoro Panowie twierdzicie, że potrzeba więcej badań stosowanych, to najpierw przyjrzyjmy się, jak fatalnie to wygląda obecnie. Bo pieniądze i możliwości są, a efektów jakby brak, poza nielicznymi wyjątkami. Jeśli zapadnie ta "strategiczna decyzja", to będzie więcej pieniędzy i możliwości, i więcej pieniędzy zostanie zmarnowane, a efektów nadal nie będzie. Natomiast badania stosowane bez badań podstawowych to mrzonka, jak sądzę. Nie znam żadnego miejsca na świecie, gdzie to się udało.
Wiele rzeczy jest w zastosowaniu, a nie produkowane w Polsce. Dlaczego, bo nie ma finansowania badan stosowanych. Wciąż widzę słabe, a wręcz bardzo słabe finansowanie uczelni pod względem wyposażenia laboratoriów, więc trudno studentów przygotowywać na najwyższym poziomie.
Jak słabo się przygotowuje studentów, bo nie ma na sprzęt, to co chce Pan, jakie osiągnięcia chce Pan widzieć.
Studenci są przepuszczaniu przez studia i po studiach zostają na zasadach "radź sobie sam", a to jest nic więcej tylko rozpoczęcie nauki od nowa pod kątem wybranej pracy. Czy nie jest to zmarnowania lat studiów. Czy takie straty finansowe są w ogóle brane pod uwagę. Student wydziału mechanicznego zajmującego się samochodami, po studiach powinien mieć takie umiejętności, aby tworzyć pojazdy w garażu, albo wydziału elektrycznego, aby projektować maszyny technologiczne. A umieją ? Nie, bo na uczelniach brak możliwości takiego kształcenia.
Skoro nie ma absolwentów dobrze przygotowanych to nie ma firm małych rodzinnych w zakresie wiedzy zdobytej na studiach. O czym więc jest mowa. Studia w Polsce są darmowe, ale poziom ich jest żenujący.
Nikt nie chce tego zmieniać, bo najnormalniej nie opłaca im się finansowo i ogólnie, bo musieliby też więcej pracować, a komu, no właśnie naukowcom. Ale nawet jak są ci, którzy by chcieli, to nie mają możliwości sprzętowych na uczelniach, bo to realizować, bo kasa na naukę płynie gdzie indziej, bo taki system stworzono.
Przyjęcie strategii nauka ma służyć obronności kraju wymagać będzie zmian w funkcjonowaniu nauki w Polsce, w tym finansowania i w zasadach oceny jednostek naukowych. Publikacje z zakresu obronności nie powinny być publikowane w open access. Bezwartościowe bo oddawane za darmo innym osiągnięcia naukowe winny mieć niski poziom finansowania i to dotyczy publikacji open acces.
Musimy wzorować się na Izrealu, by nie pytać wuja Sama o pozwolenie by wyrazić takie czy inne swoje, polskie zdanie. Jak pozostanie tak jak jest to sami sprowadzimy się do sługusów Niemców i będziemy im buty czyścić, albo wcześniej czy później znajdziemy się w granicach Rosji, bo teren Polski będzie dla zachodu bezwartościowy, bo tu nie będzie się myśleć ani nic tworzyć wartościowego.
Cyt." Student wydziału mechanicznego zajmującego się samochodami, po studiach powinien mieć takie umiejętności, aby tworzyć pojazdy w garażu, albo wydziału elektrycznego, aby projektować maszyny technologiczne. A umieją ? Nie, bo na uczelniach brak możliwości takiego kształcenia."
No, ja znam takiego jednego, który ma niesamowite wręcz zdolności w zakresie projektowania różnych wynalazków. No, ale skoro żyjemy w Polsce, w kraju pięknym i bogatym w filozofów, historyków, literatów, prawników, socjologów itp., więc kto się tam będzie przejmował, że jakiś geniusz, który nie ma "wejścia na salony", marnuje swoje talenty?
Mam rosnące wrażenie, że się nie rozumiemy. Pan najpierw o badaniach stosowanych, a teraz o kiepskim wyposażeniu laboratoriów studenckich. A to jest nawet piętro czy dwa piętra niżej, niż badania podstawowe. Bo ta piramida wygląda tak: wyposażenie labów studenckich -> wyposażenie labów badawczych -> badania podstawowe -> badania wdrożeniowe. Tak, widzę problem. Mam to szczęście, że w mojej jednostce było pod tym względem nieźle. Było, ale minęło kilkanaście lat i nagle się okazało, że za chwilę będzie ruina. Nie ma jak i za co unowocześnić labów studenckich, o badawczych nie wspominając. A wszelka aparatura drożeje w znacznie szybszym tempie, niż by inflacja podpowiadała.
Zdania "Nikt nie chce tego zmieniać, bo najnormalniej nie opłaca im się finansowo i ogólnie, bo musieliby też więcej pracować, a komu, no właśnie naukowcom" nie rozumiem fundamentalnie. Ależ bardzo bym chciał. Nie oznaczałoby to wcale więcej pracy dla mnie, niby dlaczego? Jestem przygotowany merytorycznie i praktycznie, by uczyć studentów na nowoczesnej aparaturze. Chciałbym ich tak uczyć. Ale nie mam takiej możliwości i nie ode mnie to zależy.
Nauka służąca obronności kraju? W pewnym zakresie ma to sens. W całości? Nie. Nasz przemysł obronny jasno to pokazuje. Są pewne wyłomy, gdzie myśl techniczna ma się nieźle. Ale w większości przypadków nie mamy żadnych kompetencji, możemy tylko składać zagraniczne rozwiązania do kupy. Wiara, że w kilka lat da się te kompetencje odbudować, jest... no wiarą właśnie. A z alarmistycznego tonu Pana wypowiedzi zakładam, że nie sądzi Pan, byśmy mieli więcej, niż kilka lat. Ja osobiście sądzę, że mamy, ale niewiele to zmienia.
Pisze Pan to co w cudzysłowie:
"Bo ta piramida wygląda tak: wyposażenie labów studenckich -> wyposażenie labów badawczych -> badania podstawowe -> badania wdrożeniowe."
- pokazuje Pan jakąś ścieżkę, ale pewne rzeczy są dostępne i nie trzeba badań podstawowych, aby wdrażać. Dla przypomnienia samochód i samolot nie powstały w wyniku badań podstawowych.
"Jak nie ma nowoczesnego sprzętu to nie ma potrzeby samo-dokształcania i niestety tematy laboratoryjne lecą te same przez 30 lat."
Jakby był podnoszony poziom oznacza to dodatkową pracę dla naukowca, a naukowcy nie są zainteresowani ciągłym zmienianiem w treściach nauczania bo to czasochłonne (przygotowanie nowych lab czy nowych materiałów na wykład itd).
"Jestem przygotowany merytorycznie i praktycznie, by uczyć studentów na nowoczesnej aparaturze. Chciałbym ich tak uczyć. Ale nie mam takiej możliwości i nie ode mnie to zależy. :"
- a od kogo zależy, od innych naukowców-decydentów i niech Pan nie myśli, że Pana koledzy również tak chcą jak Pan, bo jak obserwuję mogą, a nie chcą zmieniać.
"Nauka służąca obronności kraju? W pewnym zakresie ma to sens. W całości? Nie. Nasz przemysł obronny"
Nie pisałem nic o przemyśle zbrojeniowym tylko o badaniach wdrożeniowych. Jak będzie prototyp, to można wdrażać do produkcji.
Izreal nie zbudował swojej mocy w kilka lat.
Zagrożenie ze strony Rosji będzie zawsze. mentalność ludzka bardzo powoli się zmienia, więc nie ma co oczekiwać, że imperialistyczne zapędy znikną wraz z Putinem.
Utrzymywanie obecnego nurtu, stanu obecnego nie prowadzi do rozwoju, a do cofania się w rozwoju kraju i możliwości jego obronnych.
Rozwój nauki polskiej ? Kwestia doboru kryteriów w jaki to się mierzy i można wykazywać rozwój.
System gdzie Polska wydaje na naukę a wyniki są publikowane i ogólno-dostępne, to czysta głupota. Wszyscy jak na dłoni wiedzą co się w Polsce dzieje pod względem naukowym i jakie mamy własne zdolności obronne.
Wojna Rosji z NATO może nastąpić z tym, że jak Rosja będzie chciała wtargnąć do Polski , to będzie to pod pretekstem odbudowy imperium rosyjskiego, a nie wojny z całym NATO. To otwiera pole negocjacji i wykluczenia Europy Zachodniej i w jakiś sprzyjających warunkach USA z działań wojennych i zostajemy sami.
Na froncie ukraińskim Rosja ma około 100 tysięcy żołnierzy, ale wciąż co najmniej 600 tysięcy pod bronią, a WIKI podaje, że 1 mln 300 tysięcy i 2 mln w rezerwie. Nie jest wykluczone, że teraz Rosja zbiera doświadczenie i wyciąga wnioski. Tylko przewaga technologiczna w uzbrojeniu zapewni Polsce spokojny sen. Nie wykluczone, że Rosja postawi na matematykę, tak jak to zrobiły Chiny.
1. Naprawdę, samochód i samolot nie powstały w wyniku badań podstawowych? Ależ oczywiście, że powstały. Bo najpierw powstały prace, które w ogóle umożliwiły konstrukcję czegoś takiego, jak silnik. Plus wiele innych, ale to już niekoniecznie tu i teraz.
2. Mam wątpliwości. To znaczy, tak, pewnie niektórzy naukowcy nie są tym zainteresowani. Większość znanych mi pracowników uczelni jest.
3. Jak wyżej. Więcej, my walczymy, żeby to nowoczesne wyposażenie było, ale w obecnej nędzy finansowej jest to walka z wiatrakami. O decydentach nic nie powiem. Oni nie są naukowcami, są politykami. Naukowcami co najwyżej kiedyś byli.
4. Pisał Pan o nauce służącej obronności kraju, więc w znacznej mierze musi to dotyczyć przemysłu zbrojeniowego. Izrael zbudował swoją potęgę głównie na wsparciu finansowym USA. My tego nie mamy i mieć nie będziemy.
Myli się Pan:
Początki maszyny parowej sięgają starożytności, gdzie Heron z Aleksandrii około 100 roku n. e. skonstruował aeolipilę, przyrząd napędzany parą wodną, który wprawiał w ruch kulę obracającą się wokół własnej osi.
Wtedy nie prowadzono badań podstawowych.
Nauka w Polsce musi służyć obronności. Nie mamy innego wyjścia. Rosja i jej imperializm będą trwały jeszcze długo, a zależność Polski wobec UE wzrasta i nie mamy nic do powiedzenia w sprawie imigrantów, więc za chwilę nie będziemy mieli nic do powiedzenia w sprawie obronności i będziemy zależni od UE. O pozwolenie będziemy pytać UE, w tym na jakim poziomie ma być finansowana polska nauka, a głównie może być finansowana z grantów europejskich, czyli dziś prawie na zerowym poziomie.
"Nauka w Polsce musi służyć obronności. Nie mamy innego wyjścia. Rosja i jej imperializm będą trwały jeszcze długo, a zależność Polski wobec UE wzrasta i nie mamy nic do powiedzenia w sprawie imigrantów, więc za chwilę nie będziemy mieli nic do powiedzenia w sprawie obronności i będziemy zależni od UE. O pozwolenie będziemy pytać UE, w tym na jakim poziomie ma być finansowana polska nauka, a głównie może być finansowana z grantów europejskich, czyli dziś prawie na zerowym poziomie."
Słowem wszystko sprowadza się do utraty suwerenności finansowej Polski na rzecz UE zarządzanej przez NIEMCÓW. Bieda z nędzą, męki i udręki, a Ty człowieku - min. naukowcu przetrwaj swoją własną inteligencją, mądrością, przezornością i roztropnością w tych realiach.
Nie jesteśmy zależni od UE, tylko jesteśmy jej częścią. To tak jakby twierdzić, że województwo lubelskie jest zależne od Polski zarządzanej przez Warszawę.
A tak do rządzących.
Obronność kraju to świetnie działający naukowcy w naukach stosowanych, tacy którzy szybko mogą wdrożyć techniczne innowacje obronne.
Naukowcy tacy jak Przewłoka Wojtasek, prof. Krzysztof Jóżwiak na nic się zdadzą, gdy Polska zostanie napadnięta zbrojnie.
Na tych po zachodniej stronie granicy są nie ma co liczyć, gdyż od razu przystąpią do negocjacji i wyznaczą granicę na Odrze, a USA karku wiecznie za nas nie będzie nastawiać. musimy być tak silni jak Izreal.
Nie ma wyjścia, bo podzielimy los Bizancjum, które nauki rozwijało, ale nie te stosowane zwłaszcza w obronności.
"Naukowcy tacy jak Przewłoka Wojtasek, prof. Krzysztof Jóżwiak na nic się zdadzą, gdy Polska zostanie napadnięta zbrojnie."
O, przepraszam. Tłumaczyłem to już na tych łamach kilkukrotnie, m.in. niejakiemu Janowi Kowalskiemu. Jestem sierżantem Wojska Polskiego. Z P-83 miałem średnio z 25 m 29/30 (mistrz plutonu), z kałacha kładłem 3 postacie z 400 m w 5 sekund. A jak tam u Pana z umiejętnościami obronnymi?
Coś te stopnie płynnie się zmieniają ponieważ jeszcze niedawno twierdził pan że jest oficerem. Może sierżant LWP a oficer rosyjskiego?
a tak na marginesie panie Wojtasek, ma pan stopnień wojskowy niższy niż ja mam.
Z doświadczenia wiem, że stopniem się nie strzela.
moja rola wojskowa nie polega na strzelaniu
Ale jego polega na strzelaniu wraz z kacapami w polskich naukowców
Panie Wojtasek wypowiedź moja ze względu na wymienione trzy osoby jest w kontekście przydatności naukowej.
Skoro pan tak słabo rozumuje, to nawet teraz mając wiedzę, że jest pan sierżantem, to nadal wygląda na to, że pana przydatność wojskowa nie jest za wysoka, bo na froncie też trzeba myśleć, a tu wykłada się pan na prostej sprawie.
Hahaha też odkrycie, wystarczy poczytać komentarze Wojtaska, co drugi albo bez sensu albo nie trzyma się kupy. Megaloman zmuszający muchy do kopulacji. Nauka ważna dla zrozumienia myślenia muchy. Cis w stylu jedzmy g bo miliony much nie mogą się mylić. Dlatego nikt tego nie cytuje bo i niby po co? Raczej jakiś antynobel dla zdolnych inaczej.
Ostatnio oglądałem kronikę filmową z roku 1950 o powrocie chłopów polskich z pobytu w Moskwie. Wnioski jakie płynęły to: jedynym ratunkiem jest współpraca chłopów i spółdzielnie produkcyjne. Czytam i oczom nie wierze: "Jeśli chcemy w nią grać, róbmy to jako drużyna narodowa, stając do rywalizacji z zagranicznymi ośrodkami, ale przestańmy podkładać sobie nogi na własnym podwórku. Tylko współpracując i wzajemnie się wzmacniając, sprawimy, że polska nauka zacznie znaczyć coś na świecie, a nie tylko w Polsce." Być może to sentyment jednej z Pań za minionymi czasami, który chce przekazać młodszemu pokoleniu, ale to już było. Proszę wymyslec coś lepszego. Oczywiście, współpraca potrzebna, ale rzeczywista jak np w szkole Lwowskiej, która stworzyła naukowców światowej sławy. Nie sądzę, aby ich jednoczył ministerialny grant. Dirac, Skłodowska-Curie, Einstein i dziesiątki innych nie potrzebowali konsorcjów, ale wymiany myśli. Konsorcja i współpraca, jaką próbuje się tworzyć obecnie to wzór Spółdzielni Produkcyjnych a nie nauka. Jest to dobre, ale na poziomie produkcji i powielania np. fabryka Forda T, co pozwoliło na powielanie tych samych rzeczy. W Polsce próbuje się stworzyć takie powielające odkryte rzeczy konsorcja. To nie nauka. Nauka to wolność i indywidualizm!!! Ilu wybitnych naukowców w czasach współczesnych Einsteinowi rozumiało jego teorie? Zaledwie garstka na świecie. Kto ostatnio rozwiązał problem milenijny z matematyki, zapewne państwo wiedzą, dziwak z Petersburga, samotnik, który nawet nie zgłosił się po nagrodę miliona dolarów. Patrząc na przedstawicieli odpowiedzialnych za administrowanie rozwoju nauki mam wrażenie, że tworzą chaos, ale jestem pełen optymizmu bo z chaosu zrodziło się coś pięknego. Niestety, musimy czekać na Stwórcę Polskiej Nauki., który nie będzie się bał niekonwencjonalnych rozwiązań poprzez swój autorytet.
Cyt."Oczywiście, współpraca potrzebna, ale rzeczywista jak np w szkole Lwowskiej, która stworzyła naukowców światowej sławy. Nie sądzę, aby ich jednoczył ministerialny grant. Dirac, Skłodowska-Curie, Einstein i dziesiątki innych nie potrzebowali konsorcjów, ale wymiany myśli."
No, dzisiaj Einstein, który przecież nie dostał, jak wiadomo, zaraz po doktoracie, etatu na uczelni, zostałby PRZED zyskaniem uznania za swoje prace, zapewne zmuszony do przekwalifikowania się na programistę, speca od projektowania systemów, czy admina systemów. A to wszystko po to, żeby móc potem prowadzić zajęcia z przedmiotów informatycznych. Co tam "jakieś" tensory krzywizny, czy zjawisko fotoelektryczne albo ruchy Browna, przecież najważniejsze jest to, żeby studenci cię lubili (tzn. doceniali). Sylabusy, zajęcia, egzaminy - to się liczy, i NIEWAŻNE czy to zgodne z twoją działalnością naukową, czy też nie.
Przez ileś miesięcy prace Einsteina pomijano milczeniem, dopiero PLANCK się zainteresował niektórymi z nich i przyjechał do Einsteina na dyskusję.
Wymiana myśli? OWSZEM, tyle że najpierw muszą być... chętni do wymiany myśli tzn. musi być ZESPÓŁ (nawet jedno-osobowy), który zechce z tobą współpracować. W przeciwnym razie będziesz musiał wziąć (w pewnym sensie) przykład z tych, co samotnie piją do lustra tzn. oni piją w samotności, a ty będziesz sam ze sobą podczas pracy naukowej.
Niestety są takie osoby jak pan Przewłoka i inne osoby występujące tu na FA, które mącą, sieją wstecznictwo, propagandę wyższości badań podstawowych nad badaniami stosowanymi i ogólnie w taki czy inny sposób przyczyniający się do gnębienia nauk stosowanych w Polsce, które próbują przebudować cały system nauki w Polsce od szkół wyższych, których w PRL rolą było przygotowanie kadr szybko mogących się przedstawić na projektowanie czołgów i takie osoby pod pozorem dbania o jakość nauki niszczą cały czas nauki stosowane. Trzeba jeszcze wyjść z gnębienia i wykorzystywania naukowców z obszaru nauk stosowanych, by nie byli na równi traktowani jak podobni panu Przewłoce i paniom autorkom. Trzeba powiedzieć, że do badań stosowanych w końcu nie będzie chętnych, gdyż nich nie będzie chciał zasuwać, po to by takie panie autorki czy pan przewłoka żyły sobie wygodnie i dostatnio.
Kolego "kk", ja cenię Pana poglądy, podobnie, jak poglądy Kol. "MB". Natomiast, unikam aż tak bezpardonowego podejścia, jakie Wy reprezentujecie. NIE uważam, że np. wszystkie dziedziny humanistyczne, czy społeczne, są "be", i co za tym idzie, "do kosza z nimi". Proszę, nie traktujcie nauki i ogółu działalności intelektualnej (która nie jest ściśle naukowa, a do której możemy zaliczyć dziedziny humanistyczne i społeczne), tak jak dzieci traktują książkę z obrazkami - one chcą tylko oglądać obrazki, ewentualnie potem zmuszają się do czytania tekstu.
Też nie uważam, ale bezpardonowy atak na nauki stosowane czy też beztraoskie i bezmyślne walczenie o swoje, czyli jak najwięcej dla mojej działki jak to reprezentują tu co poniektórzy wzbudza gniew przy ciągłym niedofinansowaniu i braków środków na badania stosowane.
Tudzież podział środków według zasady, że wszyscy naukowcy mają jednakowe brzuchy też mnie wkurza. Taka postawa tych od badań podstawowych spowoduje to, że nic nie będzie w przyszłości, gdyż nie będzie z czego dzielić. Zastanawiam się dlaczego jeszcze są młodzi by poświęcać się badaniom stosowanym, bo ja jak drugi raz miałbym to przeżyć to na pewno tak bym nie wybrał, a podejrzewam, że wszyscy ci od padań podstawowych po raz drugi w życiu wybrali by tą samą ścieżkę, bo różnica w ciężkości pracy jest przeogromna.
Uściślę ten fragment mojej wypowiedzi: "Proszę, nie traktujcie nauki i ogółu działalności intelektualnej (która nie jest ściśle naukowa, a do której możemy zaliczyć dziedziny humanistyczne i społeczne), tak jak dzieci traktują książkę z obrazkami - one chcą tylko oglądać obrazki, ewentualnie potem zmuszają się do czytania tekstu. "
Otóż, proszę, nie traktujcie nauki i ogółu działalności intelektualnej (która nie jest ściśle naukowa, a do której wg mnie, można zaliczyć część dziedzin humanistycznych i społecznych, a resztę z nich do nauki, jako takiej), tak jak dzieci traktują książkę z obrazkami itd. itd.
Uważam, że to PODATNICY powinni się wypowiedzieć, CO i JAK ma być finansowane z ich podatków - to chyba uczciwe podejście.
Rozgorzała tutaj dyskusja o tym, czy Polska powinna postawić na nauki stosowane. Zdecydowanie jestem za.
Dlaczego nie przekonują mnie argumenty osób będących za badaniami podstawowymi i przykłady choćby z USA, że tam są takowe rozwijane?
Otóż w moim rozumieniu wygląda to, że we wszystkich krajach zaawansowanych technologicznie: USA, Niemcy, Wielka Brytania... (niestety bez Polski) istnieje w ogólności silne przełożenie badań naukowych na konkretne zastosowania i państwa te zarabiają krocie z powodu B+R (informatyka, leki, chemia...). W tych warunkach prowadzenie badań podstawowych jest jak najbardziej uzasadnione, aby tworzyć klimat otwartych pomysłów. Czyli badania podstawowe stanowią nadbudowę w stosunku do bazy i to jest OK.
U nas jest jakby nieco inaczej: wszystko, co jeździ, lata, prowadzi zaawansowane obliczenia itd., to rzeczy przywiezione z zewnątrz, my ich tylko używamy, ot, czasem składamy na miejscu. A wszelkie apele, aby zrobić "coś polskiego, co działa" kończą się tym, że znowu produkowane są tysiące publikacji, bo podobno Amerykanie, Niemcy, Brytyjczycy też mają takie publikacje. Czyli mamy dach bez ścian... No sorry.
PS. Na postęp gospodarczy w ostatnich latach złożyły się dwie rzeczy: gotówka z UE oraz zarobki polskich informatyków. Fundusze z UE niedługo się jednak skończą, z informatykami też nie jest całkiem super, gdyż jest to jednak tylko praca w ramach outsourcingu.
Cyt."Rozgorzała tutaj dyskusja o tym, czy Polska powinna postawić na nauki stosowane. Zdecydowanie jestem za."
Ja też, ale bez wariactw. NIE DA SIĘ zawsze przewidzieć, które z wyników badań podstawowych znajdą zastosowania, a które nie.
@ZM
Całkowicie myli się Pan pisząc, że "badania podstawowe stanowią nadbudowę w stosunku do bazy".
Badania podstawowe to jest właśnie ta baza wszystkiego, która – jeśli jest solidna – pozwala później na wprowadzanie szeregu odkryć z domeny tych badań w życie.
Pan przewłoka to chce coś w badaniach podstawowych zacząć coś może się przyda lub nie jak małe dziecko co coś zaczyna i nie kończy. taki niedojrzały naukowiec.
A Pan Marcin Przewłoka swoje w stylu: co było pierwsze jajko czy kura. Wyjaśniam, że na początku było "Słowo". Zdecydowanie popieram ZM. Polsce potrzebne są dzisiaj zastosowania, a nie produkowane na masową skalę papiery zwane publikacjami.
@Grześ
W tym przypadku dylematu jaka i kury nie ma. Jest oczywiste, że innowacje biorą się z badan podstawowych. Później te innowacje i nowe technologie oczywiście wracają do badan podstawowych już jako produkty i urządzenia, które wspomagają te badania, ale kierunek przepływu innowacyjnych pomysłów jest właśnie ten: od badań fundamentalnych do stosowanych i do przemysłu.
Proszę podać przykład kraju, gdzie to działa inaczej. Proszę podać jeden przykład kraju, gdzie innowacje idą jak burza, a badania podstawowe nie istnieją.
Proszę podać jeden przykład kraju, w którym badania podstawowe idą jak burza a innowacje nie istnieją. O to właśnie chodzi, że dzisiaj w nauce wszystko się przenika a praktycznie czystych badań podstawowych (wynikających wyłącznie z ciekawości naukowca) wykonuje się coraz mniej. Naprawdę nigdy w swoich pracach nie użył Pan określenia zbliżonego do: The presented research results may potentially find application in ...?
@Grześ
Nie przypominam sobie abym używał takiego określenia, bo nie było to nigdy do niczego potrzebne. Jeśli ktos chciałby zastosować jakieś wyniki z moich badan do czegokolwiek, to oczywiście droga wolna. Przecież między innymi po to właśnie są publikacje naukowe.
To nie jest prawda, co Pan pisze o powodach prowadzenia badań naukowych. Jest gigantyczna rzesza naukowców, którzy kierują się pytaniami zadanymi tylko i wyłącznie z ciekawości. W niektórych dziedzinach wiedzy to praktycznie wszyscy. Niech będzie przykład astrofizyków, czy też paleontologów. Olbrzymia większość (o ile nie wszystkie) nagród Nobla zaczęła się właśnie od pytań o to, jak działają jakieś zjawiska przyrodnicze.
Jeśli badania stosowane mogłyby się obyć bez podstawowych, już dawno w ramach optymalizacji finansowych, państwa przestałyby te podstawowe finansować. Jakoś to się jednak nie dzieje. I dalej uczelnie na całym świecie produkują spin-offs, z których niektóre trafiają i produkują niezwykle wartościowe produkty rynkowe. Dalej największe centra innowacji i technologii organizują się wokół najlepszych uniwersytetów, gdzie większość badan naukowych to blue sky research; przykładami niech będą miejscowości Cambridge po obydwu stronach Atlantyku.
I dlatego też właśnie ci, którzy chcieliby widzieć więcej sukcesów w badaniach stosowanych, powinni wspierać badania podstawowe, bo to one są zalążkiem innowacji. Właśnie dokładnie tak, jak opisywał to profesor Jóźwiak w wywiadzie dla FA, do którego link podałem poniżej.
W Polsce badania podstawowe szły jak burza w PRL i obecnie w Polsce też mają się dobrze, ale trudno powiedzieć, że to ma wpływ na innowacje. Bzdury pan gada panie Przewłoka.
OK, mylę się i niech tak zostanie. Ale to mam prawo mówić na co chcę przeznaczać podatki moje, a zwłaszcza mojej rodziny. Chcę, aby były to badania stosowane. Kropka. Hobbystów (np. od strun, soczewek grawitacyjnych, itp) naprawdę bardzo cenię, ale przykro mi to mówić, że aby uprawiać hobby, trzeba zatroszczyć się o finanse. Kopernik był administratorem kościelnym i medykiem, Kepler był astrologiem (obaj nie byli w sensie zawodowym astronomami), a Einstein najpierw pracował w nudnym urzędzie patentowym. Czyli, dla rozwijania własnych pasji czasem trzeba coś poświęcić. To nie złośliwość, tylko ocena sytuacji.
@ZM
W tym komentarzu dotknął Pan dwóch ważnych spraw.
Jedna, która nie ma nic wspólnego z nauka, a raczej z podziałem pieniędzy z podatków. Pisze Pan, że ma Pan „prawo mówić na co chcę przeznaczać podatki moje, a zwłaszcza mojej rodziny”. Oczywiście, każdy ma jakieś zdanie na ten temat. Na przykład, są osoby, które nie chciałyby, aby pieniądze z ich podatków szły na wojsko. Takie maja poglądy. Ale to nie znaczy, że ich podatki nie będą szły na wojsko. Mamy tutaj bardzo ograniczone możliwości decyzyjne.
Ważniejsza jest druga sprawa, bo ona bezpośrednio wpływa na te innowacje i nowe technologie. Otóż bez tych badan podstawowych, których Pan tak nie cierpi, nie będzie co wprowadzać w życie. Badania stosowane w Polsce będą leżeć i kwiczeć tak, jak to ma miejsce obecnie. Zamiast czytać moje wypociny na ten temat, proszę spojrzeć w ten artykuł:
https://forumakademickie.pl/dyrektor-ncn-dzis-decyduje-sie-miejsce-nauki-na-kolejne-dekady/
Cytat: „Polityka budowania innowacji wymaga zmian, bo ostatnie lata pokazały, że strategia, którą jako państwo przyjęliśmy, była nieskuteczna. Moim zdaniem dlatego, że brakowało podstawy – badania o charakterze fundamentalnym z powodu złej organizacji i skrajnego niedofinansowania nie mogły w wystarczającym stopniu dostarczać innowacyjnych pomysłów. System wspierania innowacji skoncentrowany był na dalszych etapach, zupełnie pomijając ten pierwszy – mówi w wywiadzie dla „Forum Akademickiego” prof. Krzysztof Jóźwiak, dyrektor Narodowego Centrum Nauki.”
Nie wiem dlaczego prof. Krzysztof Jóżwiak wypowiada takie słowa ,w takim miejscu i o takim czasie, ale życie nauczyło mnie być ostrożnym i takim osobom również jak prof. Krzysztof Jóżwiak nie wierzyć. Być może ma córki i synów w badaniach podstawowych lub myśli dalej o tym co będzie robić.
Być może w jego karierze naukowej nic nie zakończyło się wdrożeniem. No cóż przemysł farmakologiczny w Polsce nie istnieje.
Panie Marcinie, ja bardzo cenię osoby zajmujące się badaniami podstawowymi, i w szczególności takimi, które mogą liczyć tylko na góra kilka cytowań (tam, gdzie pojawiają się wzory matematyczne grono czytelników zazwyczaj nie jest duże, matematyka jest w ogólności trudna). Natomiast problem z NCNem jest taki, że zamiast wspomagać wszystkich naukowców w Polsce, to oni promują gości od papierni. Czyli robią coś przeciwnego niż powinni. I tutaj proponuje skończyć. Rozumiem, że Pan czuje się trochę samotny w Anglii, i ja w przyszłości chętnie dalej podyskutuję. Ale teraz mamy tutaj koniec semestru. Obowiązki wzywają.
@ZM
Nie wiem skąd Pan wywnioskował, że „czuje się trochę samotny w Anglii” i co to w ogóle ma wspólnego z tematem rozmowy, ale może tak już musi być, że Polacy „merytorycznie” potrafią właściwie tylko robić wycieczki personalne i nic więcej.
A już konkretnie w temacie, to uważam, że znajduje się tutaj w przedziwnej roli osoby, która na „Forum Akademickim” tłumaczy ludziom (zakładam, że mającym coś wspólnego z nauka), że naukowe badania fundamentalne są ważne. Podejrzewam, że ostatecznie ma to jednak coś wspólnego z jakością nauki w Polsce.
Mocne to uogólnienie: "...ale może tak już musi być, że Polacy „merytorycznie” potrafią właściwie tylko robić wycieczki personalne i nic więcej" To Pan nie jest/nie czuje się Polakiem?
@Grześ
A nie mówiłem?
To proste pytanie, a w kontekście do Pana stwierdzenia o tym co Polacy potrafią tylko robić "merytorycznie", odpowiedź na nie jest bardzo istotna.. Istotna jest również w kontekście Pana innych "merytorycznych" (tak licznych) komentarzy na FA. Aby ułatwić Panu odpowiedź to: ja jestem i czuję się Polakiem. Proste pytanie, tak często zadawane na całym świecie i raczej nie traktowane jako wycieczka osobista.
@Grześ
Nie, proszę Pana. Pytanie o to, jaka ktoś ma narodowość, nie jest pytaniem merytorycznym, tylko oczywistą wycieczką osobistą.
Proszę się nie martwic, jestem pewien ze Pana polskość jest znacznie lepsza niż moja (parafrazując Kazika). Ale to już na tyle byłoby z mojej strony dyskusji na ten i temu podobne tematy.
Po raz kolejny wije się Pan i ucieka od odpowiedzi na pytania, które sam Pan prowokuje. Czy już wie Pan na jakiej podstawie stwierdził, że wyłącznym motywem badań przywołanych przez Pana noblistów była ciekawość? Czy Pana stwierdzenie:"...ale może tak już musi być, że Polacy „merytorycznie” potrafią właściwie tylko robić wycieczki personalne i nic więcej" odnosi się również do Pana? Ciekawe jak w tym kontekście interpretować Pana odniesienie co do mojej polskości - musi być Pan Polakiem!!!
Jak na osobę, która kreuje się na mentora FA, to jest Pan mało wiarygodny.
Natomiast co do Kazika, to odkąd przeniósł się na Kanary (i już nie mieszka tu, tu tu) to całkowicie utracił ostrość spojrzenia na Polskę i ma wybiórcze boleści (jakaś taka analogia do Pana wyszła).
Pan nie tłumaczy, pan normalnie sieje propagandę, stawia tezy o wyższości badań podstawowych nad stosowanymi. Tu nie ma komu tłumaczyć, że badania podstawowe są ważne, ale w danej sytuacji w kraju to jesteśmy na etapie takim, że ważniejsze są badania stosowane, a pan ciągle cały czas z pogardą . Chociażby, że pan tłumaczy komuś tu na forum niedorozwiniętemu i jeszcze pan to podpiera stwierdzeniem, że ma to coś wspólnego z jakością nauki w Polsce. Jest pan, nie tylko niemądry, ale o limitowanym poglądzie na świat i naukę. Gościu wypad z FA bo tu nie jest pan potrzebny, nic tu nikomu nie trzeba tłumaczyć, nie musi pan tu być na FA my sobie w Polsce poradzimy bez pana i nie wracaj tu bo nikt cię tu już nie chce dolarowy czy funtowy facecie, ani twojej pracy, ani twoich publikacji. Gardzę panem.
Ziomuś, nie Tobie decydować, kto tu może, a kto nie może się wypowiadać. Masz w tym temacie dokładnie nic do powiedzenia. To tak na otrzeźwienie. Ochłoń, przetrwaj upały, wróć do dyskusji na jakimś poziomie. Bo powyższy wpis puka w dno od spodu.
a ty myślisz, że o tym nie wiem no to dobry jesteś w myśleniu
@kk
Proszę trochę wyluzować. W demokracji jest miejsce dla każdego.
i gościu zarabiał w Anglii i w USA a na starość będzie się leczył za darmo w polskich szpitalach
Możnaby jeszcze wymienić kolejne grzechy, tyle tylko że to nie ma żadnego znaczenia.
Nikt z rządzących ani tego nie czyta a jeśli nawet to ma to gdzieś (że względu na wczesną porę nie powiem gdzie).
My sobie ponarzekamy i tyle. Powstaną kolejne teksty tych co wiedzą jak być powinno. My to zaciekle skomentujemy, dodając swoje mądrości, i niczego to nie zmieni.
Polska nauka to peryferia, nawet w skali europejskiej. A te pojedyncze osiągnięcia to efekt stochastyczny., a nasza gospodarka nawet i tego nie jest w stanie wykorzystać i skomercjalizować.
Sorry, taki klimat.
Tak bo partie polityczne w Polsce to skorumpowane oligarchie postkomunistyczne. Im zależy na szybkiej kasie z publicznych instytucji. Polska będzie krajem typowo usługowym. Wiecznych historyków nauczycieli urzędników polityków prawników kleru czyli eszystkich grup społecznych żyjących z państwowego. To właśnie o nich będą dbali politycy bo są ich wyborami. Jeśli chodzi o ministerstwa to widać na przykładzie lekarza oni tam nic nie kontrolują i nadzorują tylko przerzucają papiery. Nie dziwi mnie. Wielka niemoc. Tak jak było zorganizowanie niech publiczne urzędy rząda się samemu, jakis nadzór jest ale formalny do przerzucania papierami bo na boku odwala się przekręty korupcyjne. Polska kraj z kartonów dla polityków i budżetówki, oczywiście partyjnych. Bo zwyczajny urzędników poszedł by siedzieć. Kraj absurdów. Może dobrze że wybuchł ten skandal z lekarzami widać na dłoni że sądy i prokuratury są partyjne tak samo szczekaczki medialne prawica przeciw lewicy. Więcej na żadne wybory nie idę. Ściema demokracja ludowa.
Trechę to śmieszne co Panie piszą. Stawiamy się bowiem na równi z artystami, płaczacymi nad swym ciężkim losem i niskimi emeryturami. Relacja mistrz i uczeń jest ok. ale w starożytnej Grecji. W tej chwili praca naukowa ma być pożyteczna, choć w minimalnym stopniu, dla państwa i społczeństwa. Jak na razie słyszę jedynie narzekanie, że płacący nam pensje (państwo) żąda od nas efektów - wymiernych. A my chcemy medytować jacy jesteśmy wspaniali i naukowo kreatwyni - i kto śmie nas poganiać i żadać efektów naszej pracy. Przecież jak coś wymyślimy to klękajcie narody. Chcemy realizować swoje pasje - w porządku - proste rozwiązanie - we własnej firmie za własne pieniądze.
Rozwiązanie jest proste:
- dla każdego naukowca obowiązkowy staż roczny w prywatnej firmie, adekwatnej do jego profilu naukowego.
Efekt:
- po roku każdy z nas na kolanych wróci na uczelnię, dziękując dowolnemu bożkowi, za taką możliwość.
Traktujmy naszą pracę jako zwykłą pracę z określonymi celami, terminami i efektami końcowymi, a nie jako misję życia - lekkiego i bezstresowego. Nie jesteśmy w pracy aby miło spędzać czas przy kawce. Jak na razie tak jest i dlatego tzw. nauka w polskim wydaniu to trzeci świat (nie z powodu pieniędzy) i wieczne zrzędzenie, ża jak nam dadzą więcej pieniędzy to dopiero pokażemy. Nic nie pokażemy, rozpi.... każde środki i dalej będziemy narzekać. Widziałem wiele dużych projektów, których jedynym efektem był opasłe raporty bez żadnego sensownego znaczenia. Pieniądze przeszły fachowo przez nasze naukowe ręce - specjalistów od obrotu banknotami Narodowego Banku Polskiego, cytując klasykę polskiej kinematografii.
@g
Do jakiej firmy na staż roczny powinien pójść ktoś, kto szuka egzoplanet wykorzystując w tym celu mikrosoczewkowanie grawitacyjne? Do jakieś firmy powinien pójść ktoś, kto bada mechanizm podziału mejotycznego u myszy? Albo ktoś, kto bada współczesne i wymarłe języki półwyspu Jukatan? Gdzie ma iść paleontolog albo historyk? A matematyk pracujący nad równaniami opisującymi wielowymiarowość czasoprzestrzeni?
Mogę robić badania naukowe w kraju, gdzie – jak na Europę – kontakt nauki z przemysłem działa jako-tako, ale nikt nie ma takich pomysłów, aby wszystkich naukowców wysyłać na roczne staże do firm prywatnych. Wielu z moich znajomych stara się przybliżyć do potencjalnych zastosowań praktycznych, z większym lub mniejszym sukcesem, jednak to nie jest absolutnie warunkiem koniecznym do prowadzenia badań naukowych na dobrym poziomie. To właśnie wyniki tych wysokiej jakości badań podstawowych stanowią zwykle łącznik pomiędzy uczelniami a firmami prywatnymi.
Gościu w USA idzie na drugie studia. Nie wiem człowieku żyjesz w kraju i nic o nim nie wiesz. O świecie ty na prawdę nie wiesz nic. Walisz teksty jak humanista. Teraz jestem pewny, że twoja praca jest niewiele warta, choć publikacje gdzie jesteś dopisany jak sam piszesz nie mają żadnego znaczenia praktycznego, co wynika z twoich wszystkich w swoim myśleniu. Dotychczasowych wypowiedzi o badaniach podstawowych, ze nie muszą one mieć zastosowań, bo one są po to by rozumieć świat, a twoja pogarda dla nauk stosowanych i implementacyjnych wyrażona w pogardzie do takich naukowców w słowach o tych od sznurków od snopowiązałek pamiętam i to dokładnie pokazuje jaki jesteś niedojrzały w swoim myśleniu. Twoje wypowiedzi to dokładnie paplanina bez większego sensu.
Poszukiwacz egzoplanet przez mikrosoczewkowanie grawitacyjne do Lidla – bo tylko tam promocje są tak duże, że światło naprawdę się zagina.
Badacz mejozy u myszy. Mysz&Co. – Zakład Rozrodu i Serów – bo gdzie indziej znajdziesz tyle białka i taką różnorodność biologiczno-genetyczną?
Badacz języków współczesnych i wymarłych z Jukatanu. Google Translate – tłumaczy wszystko, tylko nie wiadomo na co. Alternatywa to Call Center – „Proszę wybrać 1, jeśli chcesz porozmawiać z przodkami”.
Paleontolog i historyk do Biedronki na dział Mięso i Wędliny – takich możliwości badania historii wymarłych i wymierających okazów kręgowców nigdy wcześniej i nigdy później nie będą mieli. Bo faktycznie: kości są, skamieliny czasem też, a niektóre produkty wyglądają, jakby pamiętały późną kredę.
Matematyk od wielowymiarowej czasoprzestrzeni – do firmy meblarskiej. Dział Składania Szafek – bo tylko tam można udowodnić, że instrukcja ma więcej wymiarów niż mebel.
Taka praktyka znacząco wzmocni potencjał badawczy poprzez usprawnienie organizacji pracy i zwiększenie odpowiedzialności, a także umożliwi odniesienie twierdzeń i teorii do praktycznych wdrożeń.
@Notatki z uczelni
Zaś tych naukowców, którzy zajmują się zmianami klimatu można by wysłać do działu sprzedaży lodówek w sklepie AGD. Ewentualnie do opieki nad pingwinami w ZOO.
No tak, rzeczywiście. Miejsca się znajdą i istotnie wszystko będzie "adekwatne do profilu naukowego".
A dlaczego ma być adekwatne do profilu naukowego ?
Bo co bo umie pan kupy robić, to mają panu za to płacić ?
Na poważnie, nie stać nas na prywatne zabawki, hobby i wycieczki hobbystów. W naszych realiach należy wspierać kierunki badawcze, które w dostrzegalnym horyzoncie czasu będą miały znaczący wpływ na rozwój.
@Notatki z uczelni
Statystyki raczej wskazują na to, że Polskę stać mniej więcej na to samo, co Hiszpanię, albo Portugalię. Tylko trzeba w końcu ustalić pewne priorytety i wziąć na siebie odpowiedzialność za przyszłość kraju (teraz mowie o politykach).
To zdanie z artykułu, nieco wyrwane z kontekstu, ale uważam za bardzo ważne: "Ujawnia się w ten sposób deficyt strategicznego myślenia w zarządzaniu polską nauką". Właśnie tego potrzeba, strategicznego, długofalowego myślenia oraz wsparcia finansowego.
I to jest ta twoja mądrość wyrażana w słowach:, że "potrzeba strategicznego, myślenia oraz wsparcia finansowego".. Gościu ta wypowiedź jest na poziomie licealisty, a w dodatku trąci socjalizmem, którym jesteś przesiąknięty do krwi i kości, bo tak wypowiadali się w PRL.
Nie wiem z jakiego wydziału Pan czy Pani jest ale podciąganie całego środowiska pod picie kawy jest dopiero śmieszne. Są środowiska, które wiedzą co to "zapierdol" w nauce. Nie wydaje mi się, aby postulaty obu Pań były śmieszne. I właśnie napisały o przeświadczeniu o własnej nieomylności co niektórych.
W laboratoriach pracują non stop jeśli chcą mieć odkrycia po 200 godzin mają etaty. To nie są nauki humanistyczne że ma etat 20 parę godzin na uczelni w potem pracuje sobie w prywatnej firmie. Zgadzam się na kierunkach technicznych biologia chemia analiyka medyczna biotechnologia siedzą w laboratoriach non stop.
A może 8 grzech ? Brak czytelnej , obiektywnej koncepcji ocen i niekompetencja kolejnych ekip.
Brakuje najważniejszego.
0. REKTORZY upolityczniają Uczelnie !! I to zjawisko jest coraz bardziej znaczące!!.
A politycy zacierają ręce dzieląc środki, a za chwile mącąc w Ewaluacji i konkursie IDUB.
Bo w tym kraju politycy to debile i sprzedajne prostytutki na pieniądze. Jak będą wiedzieli możliwość zarobku na lewizinie tym bardziej będą wspierać korupcyjne procesy. System partyjny jak z komuny gwarantuje im nietykalność prawna przez sądy i prokurature. Swoich nie ciąga się po sądach, umarza zamyka się sprawy. Dlatego tutaj nic się nie zmieni za milion lat świetlnych. Polska powstała aby politycy mogli kraść wraz z budżetówka i być bezkrarni. Źródłem szczęścia w tym kraju jest zapisanie się do partii. Oni do polityki idą dla kasy aby zostać bogatym. A w co głowie mają nie trzeba komentować wystarczy oglądać dziennikarskie prowokacje. Dodatkowo wszyscy od prawicy po lewicę klękają przed klerem i biskupami mają wyuczony odruch jak psy Pawłowa.
Można rozmawiać o zawartości tej „listy grzechów” oraz dyskutować o tym, jak pozbyć się tych grzechów ze środowiska.
Chciałem jednak zwrócić uwagę na to, że rachunek sumienia robią tylko ci, którzy chcą coś poprawić, i zwykle zaczną od siebie samych. Niech Państwo sami ocenią odsetek środowiska naukowego, które uważa, że wszystko idzie w bardzo dobrym kierunku, a jedyne czego brakuje, to pieniądze. A uważa tak dlatego, że obecny system pozwala im utrzymać się na stanowiskach i całkiem nieźle zarabiać. Ile będzie takich osób, 5% czy raczej 50% środowiska w Polsce?
Niestety, te osoby są często na tyle wysoko w procesach decyzyjnych, że mają władzę i siłę decyzyjną w sprawach często naprawdę ważnych (jeśli ktoś nie wierzy, niech poczyta o aferze Collegium Humanum).
Ta grupa osób nie będzie współpracować w kierunku zmian, jeśli którekolwiek z tych zmian zagrożą ich pozycji. Proszę się więc zastanowić, jak poradzić sobie z tym problemem.
"Gościu z tobą o niczym nie można rozmawiać. Jesteś tak oporny na argumenty innych i na zrozumienie świata, że rozmowa z tobą to jak rzucanie gruchu o ścianę."
To nie pierwszy przypadek, gdy kk rozmawia sam ze sobą. 🤪
Pan Wojtasek uczuł się być urażony jak mu kiedyś przygadałem i teraz się odzywa.
Panie Wojtasek najwyraźniej u pana dominują uczucia a nie rozum, więc dobitnie pan daje wyraz tego, że jest pan słabym naukowcem, gdyż naukowiec kieruje się rozumem, a nie odczuciami.
Zmień pan uczelnie i przestań pan być gwiazdą opolska, wtedy pogadamy.
Gościu z tobą o niczym nie można rozmawiać. Jesteś tak oporny na argumenty innych i na zrozumienie świata, że rozmowa z tobą to jak rzucanie gruchu o ścianę.
Brakujące grzechy to: feudalizm i pańszczyźniany sposób zarządzania niewolnikami w publicznej instytucji, plagiaty i sprawy zamiatane pod dywan, tytuły naukowe przyznawane błyskawicznie dla polityków, mobbing i zastraszanie ludzi, przewalanie grubej kasy, podlizywanie się politykom rządowym i samorządowym w zamian za stanowiska w publicznych instytucjach, branie udziału w eventach promujących polityków biznesmenów i kler, bycie uległym wobec kleru. Ściema komisje. A także w niektórych przypadkach przeszlosc zamknięta w IPNie. Brak konsekwencji prawnych takich sytuacji bo w Polsce jest bezprawie .
Moj kuzyn pracujący w Salt Łąkę City Uniwerytet powiedział: " W Polsce naukocy to ludzie, którzy robią wiele wspaniałych aczkolwiek nikomu nie potrzebnych rzeczy".
To jest smutne ale prawdziwe. Tam naukowiec nie dostanie grantu ani innego finansowania jesli jego robota nie rokuje zastosowania i zysku.
Dlatego Amerykanie stopami na Księżycu 60 lat temu a nam za 60 lat to nie grozi.
Taki system Autorki mają rację.
Takich dyrdymałek dawno nie słyszałem. Sam brałem w Stanach udział w dwóch grantach, których wyniki nie miały żadnych szans na natychmiastowe przełożenie na praktyczne zastosowania, np. poszukiwania receptora hormonów juwenilnych owadów -w dalekiej perspektywie (20-30 lat) może jakieś zastosowania w zwalczaniu szkodników roślin, ale przede wszystkim jego celem było poznanie cyklu rozwojowego owadów.
Poza tym nie ma Salt Łąkę City Uniwerytet, ani nawet Salt Lake City University. W Salt Lake City jest University of Utah, na który po moim wyjeździe ze Stanów przeniósł się promotor mojej pracy doktorskiej i który dwukrotnie odwiedzałem.
To ten promotor co mu usunięto artykuł za fałszowanie danych badawczych?
Posłuchaj pan siebie, panie Wojtasek i swoje dyrdymały.
Jest pan zwykłym obciążeniem polskiej nauki, w tym względzie, że polska przez takich jak pan nie staje się innowacyjna.
i jak na takich jak pan będzie dalej wydawać to nigdy i przenigdy nie stanie się innowacyjna i konkurencyjna.
Gdybym wybrał takie studia jak pan wybrał to dawno miałbym większe osiągnięcia niż pan, ale jak pamiętam ze szkoły średniej to takie osobniki niezbyt uzdolnione jak pan na takie studia szły.
@Jurek
"Tam naukowiec nie dostanie grantu ani innego finansowania jeśli jego robota nie rokuje zastosowania i zysku" - nie wiem, skąd się biorą takie przedziwne pomysły. Przecież obecnie można granty sprawdzać samemu, w dużej części ich tytuły i przedmiot badań są dostępne online.
Na setkach uczelni w całych Stanach badania skupiają się na poznawaniu fundamentalnych zjawisk przyrody czy też interakcji człowieka ze światem zewnętrznym. Badania te, finansowane z takich źródeł, jak NSF czy NIH, absolutnie nie mają na celu dojścia do "zastosowania i zysku".
Pragmatyzm ameryki jest jej fundamentem, więc proszę nie wmawiać, że romantyzm im teraz przyświeca. Jeśli są takie badania jak pan pisze, również o zboczeńcach przeróżnej maści, to tylko dlatego, by nie było morderstw kradzieży itp, bo amerykanie wiedzą, że trzeba trochę dać ludziom zajęcia, aby różnej maści patologie się nie szerzyły i nie strzelano do ludzi na uczelniach. Jakiś zdesperowany wykształcony nieudacznik w biologii może być świetnym mordercą z karabinem w ręku, więc zajadaj pan ten socjal amerykański i rób pan cokolwiek, nawet pisz pan głupoty na tym forum, tylko nie strzelaj. Niestety jak forsa się skończy tacy pierwsi wylatują z amerykańskich uczelni. Tyle lat jest pan w USA i pan tego nie wie. Bardzo powoli się pan uczy.
No, to z tego, co Pan napisał, wynikałoby, iż np. ludzie zajmujący się teorią strun, nie dostają grantów w USA. Tymczasem, "strunowcy", jak wiadomo, już ileś lat temu mocno "obsiedli" etaty na uczelniach amerykańskich, co doprowadziło do niesnasek. Obecnie sytuacja w tej kwestii jest już inna, niż była w latach 90-tych XX w., ale mimo wszystko, towarzystwo "strunowców" trzyma się chyba nieźle. Ale czy musimy sięgać do teorii strun? Przecież wielu ludzi zajmuje się kosmologią, czy też nieliniowymi równaniami różniczkowymi - czy wyniki tam uzyskane, rokują szanse na bycie zastosowanymi?
Podobnie można byłoby wnioskować np. o badaniach w: geometrii niekomutatywnej, teorii modeli, logice algebraicznej, topologii algebraicznej itp. innych dość abstrakcyjnych dziedzinach.
W badaniach podstawowych często NIE DA SIĘ orzec, że dane wyniki znajdą zastosowania, czy też nie.
To nie samo zajmowanie się badaniami, których wyniki nie rokują nadziei na zastosowania, jest problemem w Polsce. Problemem (oczywiście, nie jedynym) jest to, że ZBYT MOCNO (w kontekście możliwości finansowych RP), finansuje się etaty i badania ludzi zajmujących się dziedzinami humanistycznymi i społecznymi. Człowiek uzdolniony w fizyce, czy matematyce jest postrzegany przez polski system, jako OBSŁUGUJĄCY studentów, tzn. prowadzący z nimi zajęcia. Nie ma godzin zajęć => nie masz czego szukać na danej uczelni.
W RZECZY SAMEJ
Bardzo dojrzały tekst. Brawo obie panie. Z tych siedmiu grzechów dwa są szczególnie istotne: "nieczystość intencji" oraz "pycha regulacyjna". W pierwszym przypadku mamy sytuację, w której wyższa kadra, mająca się lepiej niż dobrze (podwójne etaty, dodatki za recenzje, dodatki funkcyjne), reprezentuje doktorantów i młodych pracowników w sprawie podwyżek. A w drugim przypadku, mamy w PL nieprawdopodobny wręcz rozkwit zjawiska narcyzmu (wystarczy choćby poczytać listy w sprawie obrony doskonałości NCN). A potem przychodzi rozdanie grantów ERC. I znowu następuje przebudzenie z ręką w nocniku. Czyli podsumowując na chwilę obecną mamy nie tyle elity co grupy aroganckich dupków.
Celna analiza problemów polskiej nauki.
Analiza celna, tyle że nie w 10-tkę, a raczej co najwyżej w 7-tkę. Pewne fakty są PRZEMILCZANE przez te Panie. Jakie to fakty - to już napisałem poniżej.
System nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce daje możliwości do pracy naukowej tylko WYBRANYM. Reszta nie ma za bardzo czego tutaj szukać, chyba raczej mogą liczyć na ROZCZAROWANIA. To trochę, jak z niemałym odsetkiem szpitali w Polsce: żeby móc się leczyć na NFZ, to dobrze jest być w miarę zdrowym.
Panie w duchu chrześcijańskim biją się w piersi.. Ja nie zamierzam. Gdy się trafiło na oddział siostry Ratchet to wiadomo ze trzeba przetrwać i nic więcej.....Skończcie proszę wreszcie z mitycznym naukowcem. Jakoby to wcześniej było fajniej. Też bywali naukowcy oszuści i idioci, i gwiazdorzy. Nie zgadzam się na wieczne samobiczowanie. Dlaczego weterynarze nie zastanawiają jak być powinno, albo tynkarze, albo hodowcy kotów, albo kierowcy autobusow. Robisz co możesz i wracasz do domu.
A poza tym ludzie mają pracę :-)
U nas paragon fiskalny na parówki do projektu studenckiego to 18 osób ksiegowało w ezd. Albo Pani sprzątaczka to jedna na każdym piętrze, a kibelki tylko 4 na piętro. A żeby zasoby w magazynie 5m2 i 6 ćwiczeń laboratoryjnych tygodniowo obsłużyć to aż dwie osoby muszą być techniczne. Przy czym pracują tak wolno, że należy szukać trzeciej. Albo ile to osób jest potrzebnych aby studenta obsłuzyć w dziekanacie. Kiedyś było setki petentów i jedna Pani Zosia co znała każdego delikwenta, wiedziała kim byli dziadkowie i mimo swej szorstkiej natury niejeden tyłek studencki skutecznie uratowała. Dzisiaj 1/5 studentów się ostała ale za to 3 dziekanaty i 8 kobiet tam. Wszystkie zmęczone i z RODO. Zmęczone tak bardzo, że do planów trzeba kolejna osobę zatrudnić. Albo PKA - ileż tam ludzi ma pracę - planuje, mierzy i notuje, każe wysyłać dowody edukacyjne. Wszystko na papierze. Wtedy papiernia zatrudnia, drwal ma pracę a leśnik drzewa sadzi. Myśliwy strzela do saren, żeby nie obgryzły młodnika, bo papieru zabraknie i co wtedy.... A papier tez potrzebny w archiwum. I teczki. Ach teczki muszą być podpisane ale w niezwykle wysublimowany sposób i zawiązane na okrągła pętelkę. Tutaj niezbędna jest osoba szkoleniowa - już zatrudniona. I teraz mamy szkolenia z tych teczek. No a informatycy. Toż to zastępy kadr niezbędne do utrzymania cyfrowych form nadzoru pracy - wszelkich systemów sprawozdawczych. Na koniec przydługiego komentarza stwierdzam, że nie zauważyłem aby ktokolwiek z przedstawicieli wyżej wymienionych profesji był nadto chciwy, obżarty, gniewny, pyszny i cały czas obmyślał jak ma się poprawić....
Dlatego bardzo proszę już skończyć ze spowiedzią powszechną i wskazówkami do samobiczowania dla osób zatrudnionych do planowania, przeprowadzenia i opisania eksperymentów tudzież do kształcenia w zawodzie.
Tak sobie myślę. Albo pracujemy dokładnie w tym samym miejscu (teczki! pętelki!), albo ta absurdalna biurokracja jest już wszędzie taka sama.
Niestety, obie te Panie, z racji swoich specjalności naukowych, NIE chcą lub NIE MOGĄ zauważyć INNYCH, wcale nie mniej poważnych grzechów polskiej nauki. Już o tym pisałem, więc przypomnę tylko, że jednym z tych grzechów jest obecność w polskiej nauce amatorów robienia karier akademickich poprzez shumaniszczoną pisaninę. REZULTAT: płynie kasa m.in. na etaty dla autorów: dzieła o korespondencji poetów sprzed iluś tam lat (ciekawe, czy się w grobach nie przewracają), albo o filozofii polityki, czy prawa, a to znowu o socjologii, a to dywagacje o polityce polskiej w okresie międzywojennym ktoś sobie napisze, albo o rozbiorach itp. itp. itp. itp.
Te szanowne Panie, najprawdopodobniej GUZIK wiedzą, jak to jest, gdy jest się zmuszonym do przekwalifikowania się na inną branżę, po to tylko, żeby móc prowadzić zajęcia na uczelni lub żeby pracować np. w sektorze IT, czy banku. Pewnie, co ich to obchodzi. Pani filozof, czy pani z Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej, nie wie zapewne, co to takiego język UML, czy jak postawić serwer PostgresSQL do bazy danych, ani jak zarządzać zespołem programistycznym itd. itd. Tym Paniom, podobnie jak ich koleżankom i kolegom wydaje się zapewne, że skoro informatyka jest dziedziną ścisłą, to powinna pomóc fizykowi, czy matematykowi w jego działalności naukowej. No cóż, wydawać, to się może...
Uczelnie mają służyć, jako takie "wyższe" technika, tyle że wypuszczają zastępy magistrów, którzy nierzadko mało co umieją. NIEWAŻNE, CO studiują, ważne, żeby kierunki studiów miały takie wzięcie, jak świeże bułeczki.
Powinno się położyć u nas nacisk na badania PODSTAWOWE i STOSOWANE, oraz dać wielu zdolnym ludziom (chemikom, fizykom, matematykom, inżynierom itp.), szansę na to, że by pokazali, na co ich stać. Ale tym Paniom, niestety, to by chyba nie odpowiadało. No cóż, biorąc pod uwagę kondycję finansową RP, wymagałoby to po prostu, ZWOLNIENIA z uczelni i z PAN, tak przynajmniej 30 % ludzi zajmujących się dziedzinami humanistycznymi i społecznymi.
INNYM grzechem jest zasada wg której człowiek działający w pojedynkę w nauce, nawet po doktoracie, nie ma co raczej liczyć na karierę naukową. Nie, on jest prawdopodobnie "załatwiony" tzn. jego wyniki (JEŚLI uda mu się takowe osiągnąć i opublikować), prawdopodobnie będą "olewane" przez towarzystwo zajmujące się tą samą dziedziną. Dotyczy to wyników nawet opublikowanych w dobrych czasopismach. I tego faktu, te Panie też chyba nie zauważają, no może trochę o to "zahaczyły" w p. 3 "Nieczystość intencji".
JESZCZE inny grzech, to "cytoza": konieczność bycia cytowanym (o czym wspomniałem powyżej), żeby można było powiedzieć, iż cokolwiek się znaczy. NAJBARDZIEJ GROTESKOWE jednakże jest to, że NIKT nie musi kogokolwiek cytować, chyba że jawnie używa metody opracowanej przez inną osobę lub zespół.
Ostatni akapit zrobił na mnie szczególne wrażenie. Czy kolega mógłby w związku z tym coś konkretnego zapostulować? W związku z tą groteskowością niemuszenia, jak sobie z nią poradzić.
Przepraszam, powinienem był doprecyzować: GROTESKOWE jest to, że trzeba się wykazywać ilością cytowań prac (indeks Hirscha), zaś NIKT nie musi kogokolwiek cytować, chyba że jawnie używa metody lub wyników uzyskanych przez inną osobę lub zespół.
Cytowanie jest uznaniowe. To chyba nie jest normalne, że jest się niejako na łasce i niełasce innych osób.
@dr-On
Może nie rozumiem czegoś w dyskusji tutaj, ale dla uproszczenia, ja widzę to tak:
Spośród dwóch naukowców pracujących w tej samej lub bardzo podobnej dyscyplinie, jeśli jeden ma tysiąc cytowań, a drugi sto cytowań, to oznacza, że prace tego pierwszego zwróciły znacząco większą uwagę, niż prace tego drugiego.
Cytowalność jest pewną miarą jakości pracy; oczywiście daleko jej do miary doskonałej, ale w połączeniu z ocenami w innych kategoriach może dać bardzo dobry pogląd o istotności dla rozwoju danej dziedziny wiedzy.
Ważne: z tej oceny powinny być wyłączone artykuły przeglądowe (przegląd literatury), ponieważ one nie odzwierciedlają badawczej pracy naukowej autora.
"Spośród dwóch naukowców pracujących w tej samej lub bardzo podobnej dyscyplinie, jeśli jeden ma tysiąc cytowań, a drugi sto cytowań, to oznacza, że prace tego pierwszego zwróciły znacząco większą uwagę, niż prace tego drugiego."
Niestety, ostatnio znacznie częściej oznacza to, że ten pierwszy jest członkiem kartelu, a ten drugi nie.
Masakra... członek kartelu... co to za nomenklatura..
Wg COPE kartel cytowalniczy oznacza że jedno czasopismo cytuje drugie. Oczywiście osoby niedouczone interpretują to jak chcą i przenoszą na osoby. Ale przyznaje że nazwa jest niefortunna.
"co to za nomenklatura.."
Bynajmniej nie moja.
https://www.science.org/content/article/citation-cartels-help-some-mathematicians-and-their-universities-climb-rankings#
https://www.nature.com/articles/d41586-024-01672-7
@Hubert Wojtasek
Wydaje mi się, że tutaj tajemnica tkwi w tym „znacznie częściej”. Co to dokładnie oznacza, również liczbowo (statystycznie)? Dodam tylko, że ja osobiście się z przykładem osoby będącej w kartelu nie spotkałem (ew. nie zdaję sobie w z tego sprawy).
No wiem, jak ktoś się tym nie interesuje, to po prostu nie wie. Mogę podać konkretne liczby z uczelni, które dokładnie przeanalizowałem, np. na PG ok. 50% z listy tzw. Top 2% Highly Cited Researchers.
Proszę spojrzeć na tę listę (Nagrody Rektora PG I stopnia za osiągnięcia naukowe i artystyczne)
https://pg.edu.pl/aktualnosci/2023-12/pracownicy-uczelni-wyroznieni-podczas-uroczystego-senatu-pg
Chciałem Panu podać link do najnowszej listy z grudnia 2025, ale jak kilka miesięcy temu podałem go na tych łamach, to teraz wyświetla mi się komunikat "Strona, której szukasz nie istnieje", to samo ze stroną z 2024. Pewnie za chwilę ta z 2023 też zniknie (ktoś po prostu zapomniał ją usunąć).
Cztery osoby z tej listy mają już retraktowane artykuły, a mimo to w 2025 też dostały te nagrody. Pięć następnych ma powiązania ze światowymi sieciami papierniczymi i retrakcje to tylko kwestia czasu.
A z Pana podwórka (tak, wiem, to podwórko sąsiada), proszę sobie sprawdzić np. taką panią
https://www.southampton.ac.uk/people/5xrjbr/doctor-larisa-yarovaya
Publikuje z taki tuzami jak Brian Lucey (10 retrakcji) czy Muhammad A. Naeem (3 retrakcje).
Takich osób z High Risk Articles (współautorzy z retrakcjami) na U Southampton baza Argos podaje kilkanaście, a to tylko tacy, którym takie powiązania z oszustami udowodniono.
No z 18 osób 9 to polowa, bardzo dużo.
Prawdę mówiąc jakoś trudno mi jest sobie to wyobrazić w takich dziedzinach, jak STEM, kiedy publikacje oparte są na badaniach laboratoryjnych. Tutaj jakiekolwiek „mieszanie” jest zwykle dosyć łatwo wykazać. O ile pewnie przechodzą pojedyncze publikacje, które nigdy nie powinny zobaczyć światła dziennego, to po pierwsze nie w wysoko cytowanych pismach, a po drugie one rzeczywiście są raczej pojedyncze, bo jakieś konsorcja czy kartele stosunkowo łatwo zauważyć. W innych dziedzinach wiedzy, jednak, to rzeczywiście może być duży problem (tej pani, która Pan podał jako przykład „problemu” z mojego miejsca pracy, nigdy nie spotkałem).
Myślę, że w STEM takie oszukańcze publikacje to robota szyta grubymi nićmi, dosyć proste do zweryfikowania. Chociaż oczywiście zdarzają się takie przypadki:
https://www.nature.com/articles/d41586-024-03796-2
Może jeszcze takie linki, które podałem wyżej. Może zresztą zna Pan już te artykuły. Problem rynku cytowań był dość szeroko dyskutowany w literaturze w ciągu ostatnich 3 lat.
https://www.science.org/content/article/citation-cartels-help-some-mathematicians-and-their-universities-climb-rankings#
https://www.nature.com/articles/d41586-024-01672-7
Najnowszy wynalazek do mnożenia cytowań to przeglądówki tzw. "fake authors". Jego istotą jest to, że w razie retrakcji nie cierpi żaden rzeczywisty "badacz". A sprzedane cytowania pozostają.
https://www.pubpeer.com/publications/B5D15F8911B6517F2E64901B98E236
A gdyby Pan był zainteresowany, to proszę wejść na tę stronę.
https://spubl.pl/pl
Jak Pan zamówi u nich artykuł to do 100 cytowań dostanie Pan gratis. Taka promocja - jak w Biedronce (o przepraszam, u Pana to będzie bardziej Tesco - to tam, gdzie mają odbywać praktyki ci bezużyteczni badacze podstawowi).
Fabrykowanie wyników to inny problem, choć oczywiście ważniejszy. Pewnie zna Pan przypadek Jana Hendrika Schöna - podobna tematyka. Ale tu mówimy o cytowaniach.
"Myślę, że w STEM takie oszukańcze publikacje to robota szyta grubymi nićmi, dosyć proste do zweryfikowania."
Tak, ale ktoś to musi wykryć i upublicznić (np. zgłosić do czasopisma). Żeby Panu uzmysłowić skalę problemu, podam kilka przykładów. Taki artykuł retraktowany w tym tygodniu po moim zgłoszeniu w lutym ubiegłego roku. Autor korespondencyjny zatrudniony w polskim instytucie badawczym przez 1,5 roku.
https://www.pubpeer.com/publications/998B5C2F49A36D24F9F45BC4889182
Na PubPeer specjalizuje się w wykrywaniu takich praktyk użytkownik Hoya camphorifolia - 10 lat doświadczenia, zaawansowane narzędzia i kilka tysięcy takich wpisów, np. ten.
https://pubpeer.com/publications/D97A908FD26D5899F204584A14BAF0
@Hubert Wojtasek
Ma Pan racje. Mnożenie cytowań to jednak inny problem, niż fabrykowanie wyników. Trudniejszy do wykrycia, i to zakładając, że w ogóle ktoś będzie szukał tej nieprawidłowości.
Podejrzewam, że częściowo dlatego właśnie mamy obecnie takie zatrzęsienie artykułów przeglądowych, między innymi w czasopismach MDPI, ale nie tylko. Recenzenci takich artykułów (o ile w ogóle są i robią cokolwiek) musieliby zwrócić uwagę na to, jak dokładnie cytowane są prace, a to zwykle nie jest na pierwszym planie, kiedy recenzujemy artykuły.
Skala ciągle pozostaje dla mnie tajemnica, ale rzeczywiście problem jest trudny. Może można by przeszkolić AI w celu screeningu prac pod tym katem?
I tak dyskusja odpłynęła od głównego tematu artykułu…
"I tak dyskusja odpłynęła od głównego tematu artykułu…"
Myślę, że wcale nie. Fabrykowanie wyników i kupowanie cytowań (ewentualnie udział w kartelu cytowań) to dość powszechne grzechy polskich uczonych.
@Hubert Wojtasek
No tak, ale proszę pomyśleć, kto umieści takie rzeczy w swoim rachunku sumienia..?
:-)
Ale generalnie to tak, oczywiście, trzeba walczyć z nieprawidłowościami i oszustwem.
Panie Przewłoka pana myślenie jest bardzo, ale to bardzo prymitywne. Że czegoś jest więcej to jest ważniejsze. Tak to dzieci w przedszkolu mogą rozumować.
Widać, w pana dziedzinie czy tam dyscyplinie naukowej nie musi się być inteligentnym tylko wystarczy coś tam wiedzieć mieć dostęp do mikroskopu coś tam poeksperymentować, ale to każdy absolwent potrafi, więc aby być naukowcem w pana dyscyplinie naukowej wystarczy tak na prawdę skończyć studia i mieć dużo samozaparcia. To właśnie takim niezbyt mądrym ludziom jak pan od samego początku ta dyscyplina naukowa została powierzona bo nie trzeba być geniuszem, aby tą dyscyplinę rozwijać. i ja sobie tak mogę tu pisać w różnych postach do pana, ale do pana nie dociera, że pana sufit intelektualny jest nisko zawieszony.
Długi tekst lecz niewiele z niego wynika, poza tym, że system jest zły ponieważ mamy kryzys zaufania.
Moim zdaniem wynika to z kryzysu kompletnej nieumiejętności zarządzania lub z celowo organizowanego bałaganu.
System sam się nie naprawi, ponieważ tworzą go ludzie nauki i tylko ludzie nauki mogą go naprawić. Mogą też nie naprawiać i zostanie jak jest.
Polskiej nauce niepotrzebni są ludzie z pasją, bo system i tak ich pasję zabije. Głupie regulacje, prymitywne rozumienie nauki i przede wszystkim państwowy status rodem z komuny z ministerstwem nastawionym nieomalże na sabotaż polskiej nauki. Niezależnie, nieudolność w nawiązywaniu współpracy z biznesem i sektorem samorządowym i pozarządowym, co prowadzi do sztucznego zaniku finansowania, ograniczonego do budżetu państwa oraz totalnego braku rozwiązywania problemów praktycznych. Nabór naukowców z grupy kujonów, którzy nie poznali praktyki Dramatycznie niski poziom umiejętności edukacyjnych nastawionych wyłącznie na wykład, także na cwiczeniach
Szkoda, że maseczki przeciwkowidowe z mchu (projekt SGGW) nie wypaliły.
Jeśli rządowi wybranemu przez naród, w tym światłą jego część, nie zależy na nauce, to mamy co mamy: im durniejszy projekt i im droższy, tym więcej kasy trafi do korporacji sprzedających naukowcom wszystko bardzo drogo. Ach snobem być, ach snobem być ;-)
Cyt."Polskiej nauce niepotrzebni są ludzie z pasją, bo system i tak ich pasję zabije."
Pasję to miałem ileś lat temu, gdy będąc świeżo po doktoracie, miałem entuzjazm i pomysły. Niestety, polski system nauki i szkolnictwa wyższego wylał na moją głowę "zimną wodę".
Obecnie to mam najczęściej SZEWSKĄ pasję, widząc jak masa publicznych pieniędzy jest "przepalanych" na etaty dla autorów czczej pisaniny o-siamtym-i-owamtym, i jak ten, czy ów minister bądź rektor "leje wodę" o ważności nauki dla rozwoju kraju. Czasem tylko takie "okruszyny" tamtej, dawnej (i właściwej) pasji się u mnie odzywają, ale po niedługim okresie czasu "wraca do normy".
Musicie zrobić ogólnopolski strajk generalny. Chodzić pod sejm palić gumy robić protesty co miesiąc. Wtedy do nich dotrze ze stracą wyborców. Macie szansę za rok wybory. Więc każda partia wam wszystko obieca aby wygrać wybory. Więc do dzieła. Walczcie o swoją godność. Lekarze wywalczyli miliony. Stworzyli sobie system kastowy drenowania środków publicznych., wybrani nie wszyscy. I tak wszyscy im finansujemy porche z salonu w ramach NFZu tym wybranym lekarzom. Ja się nie dziwię że takie coś wypłynęło przypadkiem. W tym kraju kłamie się i ukrywa prawdę bo politycy uważają społeczeństwo za idiotów którym można każdy kit wcisnąć. Bo nie czytają książek i nie są ciekawi świata.
Straszna samokrytyka: publikujemy „trochę dla punktów, żeby się nie czepiano”, a trochę (już po godzinach) dla faktycznego rozwoju nauki, walczymy między sobą o te same zasoby, próbujemy naśladować cudze modele, zatracamy się w myśleniu o tym, co jest ważniejsze, nowa wiedza, którą tworzymy wchodzi do szerszego obiegu z wieloletnim opóźnieniem, nie wyciągamy wniosków ani z popełnionych błędów, ani z osiągniętych sukcesów...
Nie wiem, o kim obie panie pisały - czy o nich samych czy o jakiejś większej zbiorowości. Niemniej - nie należy używać pierwszej osoby liczby mogiej bez precyzyjnego określenia, o kim się mówi.
Według Niemców Polacy mają im służyć.
Tak jak uważali przed wybuchem drugiej wojny światowej, tak uważają i dziś.
Tusk zadłuża kraj i w przyszłości nie będzie na naukę również.
Grzechy grzechami, a ogólnie głupota króluje i to wszędzie bez względu na to kto jaki tytuł naukowy ma.
Widzę kolejny efekt przegrzania organizmu !!
No tak, wyciągnie pan szabelkę i krzyknie: nie będziemy wam służyć i co z tego powodu nie będziemy podwykonawcami i nie będziemy im myć pleców w sanatoriach ? Niemcy podbijają Europę ekonomicznie i podbiją i zrobią to w pokoju. Wyciągnęli wnioski z II wojny światowej i nie będą już Europy podbijać zbrojnie.
Bardzo mi sie podoba ten artykul, obiektywny i nie zaklamany ani zalukrowany w patetyczne slowka.
Tak zal jest mlodych bo im sie wciska kity o pracy naukowej gdzie tak naprawde nie ma etatow dla nich na uczelni a po doktoracie dowidzenia. chodzi bardziej o to aby miec wieksze dorobki i dostac profesora od prezydenta.
Polskie spoleczenstwo jest straszne samolubne a relacje miedzyludzkie przypominaja karaje trzeciego lub czwartego swiata.
Wystarczy przejsc sie do publicznych instytucji i sie przekonac na wlasne oczy, PRL wieczny zywy.
Dobry artykuł.
Trafna i do bolu prawdziwa diagnoza
Zabrakło mi zróżnicowania płac ze względu na dyscypliny.
Teraz jest tak, że profesor polonistyki jest tak samo ważny jak profesor informatyki, bo minimalne wynagrodzenie ma takie samo.
Języka polskiego nie wyeksportuje się i nie zbuduje się na nim żadnej maszyny, a co innego jest z informatyką.
Oczywiście wszyscy możemy postawić na bioinżynierię i wtedy najzdolniejsi matematycznie się nią zajmą zakładając, że pójdą za forsą, ale to grozi katastrofą.
Skoro matematyka jest podstawą dzisiejszego rozwoju technologicznego to właśnie ona winna być promowana.
Powiedzmy sobie szczerze bez informatyki i elektryki Polska to kraj zacofany dziki no i cóż, że będą sędziowie i lekarze.
Propozycja gadań by coś ustalić, przecież gadają od samego początku.
Jedyny optymistyczny element który można wnieść po przeczytaniu tego artykułu i propozycja rozwiązania to wg. mnie korzystanie z osiągnięć innych.
Kryzys parametryzacyno-publikacyjnych dotknął cały świat. Czy Polacy mają tak wyjątkową naukę że żadne wnioski z krajów baradziej (naukowo) rozwinętych jak np. Norwegia czy Wlk. Brytania do nas nie pasuą Czy wnioski z polityki naukowej krajów podobnych, jak Czechy albo podobnie spolaryzowanych politycznie jak USA też się nie przydadzą?
Ten ostatni kraj bardzo starannie pilnuje rozbijania różnych monopolistycznych grup lobbyingowych.
Tak reformować instytucje grantowe aby nigdy nie było dominacji jakiejś grupy. Np. poprzez wymiany w połowie kadencji połowy składów NCN i ich paneli, NCBiR itp.
Końcówka artykułu jest bardziej ponura niż optymistyczna. Młodzi ("źródło naszej nadziei") nie mogą liczyć na etaty pomimo "pasji". Osoby urodzone po 1991 r. są pokoleniem straconym dla polskiej nauki. To pokolenie nie "przesiąknie systemowymi grzechami", bo się nawet nie dostanie do systemu.
Blisko współpracuję z jednym takim. Etat otrzymał. Czy to szczególny wyjątek?
Tak, wszytko to już było. Paniom od Górnika i Gowina dziękujemy za samokrytykę. Szkoda, że wcześniej nie były takie mądre.
A propos, fundamentem nauki jest konkurencja.
Jest jeden grzech główny, a mianowicie biurokracja.
Kiedy pracowałem (37 lat temu) na prywatnej amerykańskiej uczelni, całą administrację wydziału chemii (którego budżet był wielokrotnością budżetu największych polskich uczelni) stanowiły dwie panie. Wiktoria (Vicky) pracowała na cały etat i załatwiała praktycznie 100% spraw. Dwa-trzy razy w roku zdarzała mi się sprawa wykraczająca poza jej kompetencje i wtedy prowadziłą mnie do pani z rektoratu (wiedziała kiedy i do której) i załatwialiśmy to w 10 minut. Mary pracowała na pół etatu i zajmowała się księgowością całego wydziału. Chodziło o wielkie sumy i taki szeregowy pracownik jak ja spotykał ją tylko na korytarzu, ale niczego z nią nie załatwiał. Paru profesorów miało swoje osobiste sekretarki, ale one były opłacane z grantów i tylko grantami się zajmowały, więc nie stanowiły części administracji wydziału.
To wszystko prawda. Szkoda tylko że władze mają to głęboko w tyle i nic, ale to nic, nie zainspiruje jej (władzy) do zmian.
Patologiczny system będzie się umacniał i rozszerzał bo żaden urzędnik nie podejmie decyzji za którą będzie ciągany przez kolejnych żurków i krupników po sądach.
„Są nimi młodzi badacze, którzy mimo rozhuśtanego systemu nadal chcą tworzyć i tworzą dobrą naukę” – w Pani wypowiedzi są dwa warianty: albo to jest prawdziwy cud, albo pobożne myślenie życzeniowe?
Nie ma młodych badaczy, którzy mimo rozhuśtanego systemu nadal chcą tworzyć; nie tworzą dobrej nauki, ponieważ starzy badacze uniwersytetu III wieku wraz z dziedziczeniem stanowisk i tytułów na to nie pozwalają.
A jeśli jacyś się znajdą to są to badacze po selekcji negatywnej :)
Ci "lepsi" już dawno siedzą w biznesie lub przemyśle.
Albo robią naukę za granicą.