Dużo się ostatnio mówi o tym, że wykład jest formą przestarzałą, mało angażującą i najlepiej byłoby go czymś zastąpić albo omijać szerokim łukiem. Czy aby na pewno jest to dobry pomysł? – zastanawia się Alina Guzik z Politechniki Gdańskiej.
Często słyszymy, że skuteczne nauczanie powinno opierać się na zadaniach, projektach, eksperymentach i symulacjach, a nowoczesna dydaktyka musi realizować ideę active learning. Nasza intuicja i badania podpowiadają, że jest to dobry kierunek, ale nie dajmy się zwieść półprawdzie. Nie wierzmy, że aktywności i ćwiczenia to jedyne, na czym powinniśmy się skupiać.
Nie każda wiedza budowana jest w działaniu, nie każda abstrakcja wyłania się z przykładów, a zasada – odkryta w drodze rozwiązanych zadań. Gdybyśmy wszystkiego mieli się uczyć wyłącznie metodą prób i błędów, prawdopodobnie nie starczyłoby nam życia, aby się wykształcić. Zresztą cywilizacja nie rozwinęłaby się tak daleko, gdyby każde pokolenie musiało od początku samo odkrywać prawa i pojęcia, które ktoś wcześniej już nazwał, sprawdził i uporządkował. Człowiek uczy się przez doświadczenie, ale również dzięki temu, że może nabywać wiedzę od innych.
Stan agonalny?
Całkiem niedawno burzliwą dyskusję wywołał na LinkedIn wpis dr. hab. inż. Andrzeja Zalewskiego z Politechniki Warszawskiej. Opisał on sytuację, w której na jego zajęcia przyszło… 4 studentów, czyli co dziesiąty z całej grupy. Autor na tej bazie postawił mocną tezę, jakoby tradycyjny wykład na studiach dziennych znajdował się już w stanie agonalnym.
W dyskusji pod wpisem szczególnie mocno wybrzmiał zarzut, że wykład, jaki znamy, nie ma już większego sensu, gdy wiedza dostępna jest na wyciągnięcie ręki w internecie: na YouTube, kursach online czy narzędziach typu ChatGPT. Inni wskazywali, że problem stanowi formuła, w jakiej wykład się odbywa, a więc np. poprzez odczytywanie slajdów, odtwarzanie podręcznika, a do tego nużący styl mówienia, brak kontaktu z grupą i brak klarownej wartości, jaką z takich zajęć można wynieść.
Były też głosy samych studentów, którzy pisali, że nie chcą słuchać tych samych treści, które później mogą przeczytać w skryptach albo znaleźć w materiałach online. Poza tym słuchacze coraz częściej dokonują prostego rachunku zysków i strat: jeśli wykład nie wpływa na ocenę końcową, nie pomaga zrozumieć trudnych treści i nie wnosi niczego nowego, wybierają zamiast niego inne zajęcia albo samodzielną naukę.
Z drugiej strony wielu komentujących zwracało uwagę, że istnieją wykłady, których słucha się z zapartym tchem, bo są po prostu ciekawe. Doceniali spotkania z pasjonatami i wykładowcami, którzy mają zdolność porządkowania chaosu i przedstawiania trudnych zagadnień w przystępny sposób. Niektórzy podkreślali, że wykład to wydarzenie ze swoim rytmem, dostarczające poczucie obecności, dyskusje, napięcie i reakcję sali – takiego doświadczenia nie da materiał znaleziony w internecie. Ktoś słusznie zauważył, że jeśli myślimy głównie kategorią opłacalności, to wykład chcąc nie chcąc musi konkurować z innymi pokusami. To o tyle trudne, że jego przydatność ujawnia się nierzadko dopiero po czasie, podczas gdy dziś liczą się natychmiastowe korzyści.
Obie strony mają swoje racje, których nie można tak łatwo zlekceważyć. Skoro jednak sprawa nie jest przesądzona, spróbujmy zmierzyć się z pytaniem, czy w dzisiejszych czasach wykład jest czymś martwym? Szukając odpowiedzi, nie da się uciec od utartego wyobrażenia o tym, jaką rolę wykład odgrywa w procesie dydaktycznym i jaką formę powinien przyjmować.
Skoro wiedza jest wszędzie…
Można oczywiście powiedzieć, że dziś wszystko da się znaleźć w książkach i internecie. Problem polega na tym, że samodzielne poszukiwanie wiedzy bywa zadaniem karkołomnym, szczególnie w świecie postprawdy, nadmiaru informacji i zalewu treści niskiej jakości. Musimy pamiętać, że dostęp do informacji nigdy nie był równoznaczny z ich zrozumieniem.
Dlatego wykładowca wciąż i niezmiennie wnosi nieocenioną wartość. Selekcjonuje informacje, sprawdza ich wiarygodność, łączy je ze sobą, porządkuje, przetwarza, dobiera przykłady i wyjaśnia, co z czego wynika. Pamiętajmy, że dobry nauczyciel projektuje także zadania, pytania, dyskusje i aktywności, które zmuszają studentów do przetworzenia tej wiedzy, na przykład do zastosowania jej, porównania, wyjaśnienia własnymi słowami, sprawdzenia w praktyce i połączenia z wcześniejszym doświadczeniem. Podczas samodzielnej nauki bardzo trudno jest osiągnąć ten sam efekt na własną rękę.
Zanim zaczniemy działać, potrzebujemy struktury
Ponadto dzięki założeniom konstruktywizmu i pracom psychologa Jeana Piageta wiemy, że uczący się buduje wiedzę poprzez aktywne wchodzenie w relację ze światem. Zgodnie z tą myślą nowe informacje są włączane do istniejących struktur poznawczych poprzez asymilację albo prowadzą do przebudowy tych struktur poprzez akomodację. Aktywność studenta ma sens poznawczy wtedy, gdy nowa wiedza może osadzić się w jego wcześniejszych schematach, pojęciach i doświadczeniach.
Z perspektywy kognitywizmu, szczególnie w ujęciu Jerome’a Brunera, uczenie się polega na kategoryzowaniu doświadczeń, nadawaniu im znaczenia i organizowaniu wiedzy w strukturę. Dlatego samo działanie nie wystarcza, jeśli student nie widzi, do jakiej większej całości ono prowadzi. Zadanie, eksperyment czy projekt ma wartość wtedy, gdy jest w stanie rozpoznać układ pojęć, zależności i zasad stojących za konkretnym doświadczeniem.
Dobrym przykładem może być nauka gotowania. Można przez lata próbować różnych przepisów metodą prób i błędów, ugotować wiele zup, upiec tuziny ciast i przygotować dziesiątki obiadów, jednak dopiero poznanie kilku zasad sprawia, że zaczynamy rozumieć mechanizmy stojące za gotowymi daniami. Podobnie jest w edukacji. Student może wykonać wiele zadań, ale dopiero pojęcia i teorie pomagają nazwać obserwowane zjawiska i zobaczyć głębsze zależności między nimi.
Wiedza ekspercka przypomina pajęczą sieć
Im mniej zewnętrznego wsparcia potrzebuje uczący się, tym większe znaczenie ma to, jak wewnętrznie porządkuje swoją wiedzę. Wydawałoby się, że eksperci po prostu wiedzą więcej, jednak odkrycia psychologii poznawczej dowodzą, że różnią się oni od początkujących przede wszystkim sposobem organizacji informacji. Adept często poznaje pojedyncze fakty, definicje albo przykłady, natomiast ktoś z większym doświadczeniem częściej dostrzega relacje, hierarchie, zależności, wyjątki i wzorce. Innymi słowy, specjalista przez lata buduje w swoim umyśle rozległą siatkę pojęciową, a im bogatsza i bardziej elastyczna jest ta struktura, tym łatwiej człowiek interpretuje nowe informacje. Zadania mogą ten proces wspierać, rzadko jednak same z siebie tworzą spójną sieć. Z tego powodu uczący się potrzebuje kogoś, kto pomoże mu nazwać kluczowe pojęcia, wskazać relacje między nimi i osadzić pojedyncze doświadczenia w szerszym systemie znaczeń. Dobrze poprowadzony wykład lub szerszy komentarz nauczyciela pełnią właśnie taką porządkującą funkcję.
Fałszywa dychotomia
Wykład nie zasługuje ani na bezwarunkową obronę, ani na wieczne potępienie. Podobnie zajęcia aktywne nie powinny budzić ani bezkrytycznego zachwytu, ani nadmiernej podejrzliwości. Zła sława wykładu nie wzięła się jednak znikąd. Przez lata wielu studentów doświadczało go w najmniej inspirującej formie, czyli jako długiego, nużącego monologu, bez przestrzeni na interakcję. Trudno się dziwić, że wykład zaczął kojarzyć się z biernością i dydaktycznym skansenem.
Bądźmy jednak sprawiedliwi i przyznajmy, że wielu wykładowców prowadzi świetne wykłady: wciągające, uporządkowane, z ciekawymi przykładami i żywym kontaktem ze słuchaczami. Nie bronię wykładu jako obowiązkowego rytuału, bronię jednak prelekcji, gdy jest dobrze zaprojektowaną narracją, która objaśnia i pomaga łączyć teorię z jej praktycznym wykorzystaniem. Uważam więc, że pogłoski o śmierci wykładu są mocno przesadzone.
Jak zaprojektować dobry wykład?
W jaki sposób zatem zaprojektować wykład i ćwiczenia, aby ten pierwszy nie zamieniał się w nużące przemówienie, a te drugie nie sprowadzały się do chaotycznej aktywności?
Dobry wykład potrzebuje narracji. Nie wystarczy ułożyć treści w poprawnej kolejności i przejść przez kolejne slajdy. Słuchacz powinien czuć, że prowadzący prowadzi go przez pewną opowieść. Wykład, podobnie jak dobra historia, potrzebuje początku, który budzi ciekawość, środka, który rozwija napięcie poznawcze, i zakończenia, które pozwala zobaczyć sens całej drogi.
Student łatwiej podąża za wykładem, gdy rozumie, dlaczego jedna myśl wynika z innej, skąd bierze się kolejne pytanie i po co pojawia się dany przykład, dlatego warto świadomie budować przejścia między częściami wykładu, wracać do głównego problemu i pokazywać, jak poszczególne elementy układają się w większą całość.
Sam wykład warto przygotować zgodnie z ideą microlearningu, dzieląc go na krótkie części teoretyczne przeplatane małymi zadaniami, pytaniami, dyskusją i przykładami, tak aby stopniowo budował ramę dla dalszego działania. Czasem wystarczy jedno pytanie, krótka diagnoza, prośba o porównanie dwóch przykładów, głosowanie, miniankieta albo chwila na zapisanie jednej wątpliwości. Takie drobne zatrzymania pomagają studentom przetwarzać wiedzę na bieżąco, a prowadzącemu sprawdzić, czy grupa nadal podąża za tokiem rozumowania. Przed zadaniem warto pokazać studentom mapę pojęć. Nawet kilka dobrze nazwanych kategorii może zmniejszyć chaos poznawczy.
Po prezentacji przykładu warto nazwać zasadę. Studenci nie zawsze samodzielnie wydobędą regułę z doświadczenia, dlatego dobry wykład powinien przechodzić od przykładu do pojęcia i od pojęcia do kolejnego zastosowania. Wtedy teoria nie zostaje zawieszona w powietrzu, a przykład nie staje się tylko atrakcyjną historią bez dydaktycznej konsekwencji.
Nie warto też czytać slajdów. Slajd powinien wspierać myślenie, a nie zastępować prowadzącego. Może zawierać wizualizację, schemat, pytanie, mapę, wykres lub zdjęcie, które budzi emocje. Obecność prowadzącego ma sens wtedy, gdy wnosi interpretację, komentarz, rytm, dopowiedzenie, przykład i reakcję na to, co dzieje się w sali.
Po aktywności warto wrócić do teorii, aby student mógł dostrzec, jak zdobyte doświadczenie wpłynęło na jej rozumienie. Między jednym a drugim powinien pojawić się komentarz, który pomaga studentom połączyć doświadczenie z pojęciami.
I jeszcze jedno: poziom samodzielności powinien zależeć od poziomu wiedzy. Początkujący potrzebują więcej prowadzenia, osoby bardziej zaawansowane mogą otrzymywać więcej przestrzeni do odkrywania. Nie każda grupa potrzebuje tego samego stopnia swobody. Czasem więcej wartości przyniesie krótkie wyjaśnienie, przykład i dobrze poprowadzone pytanie, a dopiero później samodzielna analiza.
Dobry wykład powinien też zostawiać studentów z pracą do wykonania. Zakończenie nie polega wyłącznie na podsumowaniu treści, ale może prowadzić do pytania, krótkiego zadania, refleksji, analizy przypadku albo przygotowania do kolejnych zajęć. Wtedy wykład nie zamyka tematu, lecz buduje pole do przemyśleń i staje się początkiem dalszej aktywności studenta.
Alina Guzik
Wydział Zarządzania i Ekonomii Politechniki Gdańskiej
Autorka jest ekspertką w obszarze cyfrowej i nowoczesnej edukacji, e-learningu, rozwiązań EdTech, rozwoju innowacji oraz projektowania nowych produktów edukacyjnych. Łączy naukę, design i technologię, tworząc kreatywne i praktyczne rozwiązania dla przyszłości edukacji na świecie. W Katedrze Inżynierii Zarządzania i Jakości PG prowadzi badania, w których analizuje, jak technologia i nowe podejścia dydaktyczne realnie zmieniają edukację.
Jakość wykładów zależy od wykładowcy i pracy włożonej w wykład.
Student wie, że nie pamięta jeśli nie nauczy się na pamięć, a za dwa lata to i tak nic z tego nie pamięta.
Formalnie można sprawdzać obecności i robić sprawdzian wiedzy na koniec wykładów i włączyć obecność w ocenę końcową.
Formy kształcenia są przestarzałe na uczelniach: proponuję na przykład włączyć wykład w inne formy kształcenia i tak połączyć wykład z ćwiczeniami tablicowymi, ćwiczenia tablicowe z projektami, itd.
Wykład jako forma kształcenia jest przestarzała, musi być włączony gdzie indziej. Wykład jest też obecnie formą braku odpowiedzialności wykładowcy. Z reguły coś tam powie nie interesując się tym czy to jest zrozumiałe czy potrzebne dla studentów. To takie coś co pozwala się cwaniakom z tytułami wykazać, że dydaktycznie popracowali, bo jak by mieli łączyć wykład z laboratorium skoro programować nie potrafią, a takich profesorów jest od metra.
Wykład jest na przykład podstawową formą przekazywania wiedzy na studiach prawniczych i dlatego mamy nieumiejących myśleć logicznie sędziów ( więcej sędziowie mają wspólnego z niewykształconą częścią społeczeństwa niż z wykształconą).
Ma Pan dużo racji w tym, co teraz Pan napisał. Ja też, prowadząc wykład z przedmiotów informatycznych, widzę że podział na wykłady i ćwiczenia np. z przedmiotu "Programowanie obiektowe", NIE ma po prostu, sensu. To już nie lata 70-te XX w., gdy np. jeden z pionierów informatyki w Polsce Prof. Andrzej Kotański (nota bene, świetny fizyk), pisał na wykładzie z programowania, na tablicy kod źródłowy w FORTRANIE (jak mi opowiadał jeden ze starszych Kolegów). Ale tego jakoś nie chce dostrzec nikt (?) z tych, co decydują o procesie kształcenia.
Jeśli chodzi o takie przedmioty, jak różne kursy z fizyki, czy matematyki, to podział na wykłady i ćwiczenia jeszcze mógłby pozostać.
"Pamiętajmy, że dobry nauczyciel projektuje także zadania, pytania, dyskusje i aktywności, które zmuszają studentów do przetworzenia tej wiedzy, na przykład do zastosowania jej, porównania, wyjaśnienia własnymi słowami, sprawdzenia w praktyce i połączenia z wcześniejszym doświadczeniem."
W ubiegłotygodniowym New Yorkerze opublikowano artykuł a wypowiedziami 10 amerykańskich profesorów na temat ich doświadczeń z AI w nauczaniu w szkołach wyższych pod znamiennym tytułem.
https://archive.ph/2026.05.26-145624/https://www.newyorker.com/news/fault-lines/the-despair-of-the-professor-in-the-age-of-ai
Niestety, konkluzje nie są optymistyczne i muszę się z nimi zgodzić. W ciągu 25 lat pracy wykładowcy miałem okazję łączyć wykłady z konwersatoriami/seminariami do tego samego przedmiotu i nigdy nie chciałem się zgodzić na to, żeby to rozdzielić. Na te konwersatoria/seminaria starałem się przygotować zadania maksymalnie angażujące studenta, pozwalające mu zastosować wiedzę przekazaną na wykładzie do rozwiązywania problemów. Zgodnie z zasadą, że jeśli student nie potrafi zastosować takiej wiedzy, to jest ona martwa, bo po prostu jej nie rozumie. W ciągu tych 25 lat zbudowałem bazę ponad 1000 pytań z różnych podręczników (głównie amerykańskich, gdzie ta zasada jest szczególnie mocno stosowana), z moich własnych doświadczeń badawczych, a także wymyślonych samemu. W ciągu ostatnich 2-3 lat wiele z tych pytań stało się bezużytecznych do angażowania studentów, bo odpowiada na nie chat GPT. Zostały właściwie tylko te z bardziej skomplikowanymi wzorami chemicznymi, bo z tymi chat sobie nie radzi. A studenci nie rozumieją, że dając te zadania do rozwiązania chatowi bezpowrotnie tracą szansę na własny rozwój. A jak im ktoś kiedyś wyciągnie z gniazdka wtyczkę to tego komputera, to nawet ogniska nie będą umieli rozpalić bez zapalniczki.
@Hubert Wojtasek
W tym sensie z tym AI to rzeczywiście jest trochę problem. I też nie ma na to żadnego "lekarstwa".
Żeby wrzucić tutaj jakąś analogię, to powiem, że jeśli ktoś chciałby wiedzieć dokładnie, ile to jest 358.85 podzielone przez 12.5, to też nie wyciąga karteczki i nie zaczyna liczyć "na piechotę", tylko używa kalkulatora. Klik, klik, i już wie, a głowa w tym nie pomogła. Ja rozumiem, że tutaj problem jest trochę inny, ale rozwiązanie podobne – maszyna robi za nas. No i to oczywiście działa również w świecie pracy fizycznej, nie tylko umysłowej.
Jak to mówił Councillor Hamann z Matrix: These machines are keeping us alive… When I look at these machines I can’t help thinking that in a way we are plugged into them.
Jako cywilizacja jesteśmy coraz bardziej uzależnieni od maszyn, AI to tylko następny krok w tym uzależnieniu, które budujemy od już od bardzo dawna. Bardzo duży krok, ale kierunek ten sam.
Żeby zobrazować do czego takie rozleniwienie intelektualne i fizyczne może doprowadzić polecam obu Panom jeszcze jeden film - Wall-E.
@Hubert Wojtasek
No na przykład Wall-E. I pamiętajmy, kim są główne postacie z tego pięknego filmu, bo nie są to ludzie, chociaż ludzie również są tam przedstawieni.
Tak, były o tym wszystkim książki, były o tym filmy, a teraz patrzymy na to, co dzieje się naprawdę, w czasie rzeczywistym. I będzie trzeba radykalnie zmienić nasze podejście do wielu codziennych spraw, bo AI rzeczywiście poważnie namiesza. Również w kwestii edukacji i prowadzenia badań naukowych.
A że studenci już zaczęli korzystać z AI, to nie ulega wątpliwości. W olbrzymiej większości wypadków poznikały proste błędy językowe i wszystkie pisemne wypowiedzi są teraz piękne i takie okrągłe. To pierwszy i najłatwiejszy do zaobserwowania wpływ tego nowego trendu. Jeśli już więc rzeczywiście chcemy sprawdzać, co studenci mają w głowach, pozostają egzaminy pisemne pod kontrolą (‘invigilated exams’) oraz egzaminy ustne. Na razie. I zobaczymy, co będzie dalej.
A umieją panowie, i pozostali państwo forumowicze, pisać?
Pytam serio. Chodzi mi o umiejętność pisania ręcznego. Ja czasem poradzę, np. jak prowadzę na kartce jakieś rachunki albo robię uwagi do drukowanego tekstu. Ale z trudem to robię, kulfony mi się stawiają. Gdybym - jak w złym śnie - miał wrócić do ławy studenckiej i notować wykład, czyli pisać szybko, dużo i wyraźnie, tak, żebym sam siebie umiał odczytać, tobym chyba poległ. Inna sprawa, że zawsze bazgroliłem :D
Nie sądzę, żeby AI samo w sobie stanowiło duży problem, gdyż w różnych wariantach dydaktycznych można byłoby wprowadzić różne ograniczenia. Ja tutaj widzę to tak, że my jako Polacy mamy problem, gdyż musimy czekać na decyzje z USA, Niemiec, a może nawet z UK. Inaczej będzie, że mamy tutaj zaścianek, ciemnogród i że wykształceni mieszkańcy dużych miast domagają się standardów zachodnich (no i woleliby to jednak skonsultować z Brukselą), itd. Więc jak już w USA i Europie powstaną jakieś dobre praktyki, to wówczas my jako ci światli zaczniemy je naśladować z dumą. To nam zawsze dobrze wychodzi w kontaktach z nowymi technologiami.
Każdy rozwój technologii pozwala ludziom oszczędzać czas i przy okazji rozleniwia ich. Może należy pamiętać o takiej prostej koncepcji działania uniwersytetu, polegającej na założeniu, że w gruncie rzeczy ludzie dzielą się na samouków i nieuków, i że tym pierwszym uniwersytet może trochę pomóc.
Powinno się iść w formę warsztatową, czyli możliwość mieszania wykładu, ćwiczeń i innych form dydaktycznych w zależności od potrzeb. Oczywiście są też przypadki, gdzie wykład rozdzielony od ćwiczeń spełnia swoją rolę. Z tym, że tu bym zostawił otwartą drogę prowadzącym. Niestety obowiązek prowadzenia sylabusów i cała celebra z ich zmianą powoduje, że obecny system jest mało responsywny.
Sylabusy i inne narzędzia administracyjnego torturowania pracowników naukowych mają im utrudniać wykonywanie pracy, uzasadniając jednocześnie dalszy rozrost biurokracji i formalizmu. Dziwne, że uczelnie nie dostają jeszcze punktów za ubezsensownienie organizacji i pracy.
Na wykłady chodziłem sporadycznie i było to pod koniec lat 80-tych. Część z nich zniechęcała - wyglądało na to, że poczuwają się do ich prowadzenia kierownicy jednostek uczelnianych i po prostu muszą je odhaczyć. Były też wykłady bardzo systematyczne, pozwalające zdać egzamin pod warunkiem zrobienia notatek i zapamiętania ich treści. Były także wykłady interesujące, na których wykładowcy mówili nam to, czego nie wolno im było wtedy napisać. Były takie, które streszczały podręcznik, który paradoksalnie nie był podręcznikiem polecanym przez wykładowcę.
Pamiętam bardzo dobrze prowadzony wykład Profesora Tadeusza Calińskiego, który jednak nie docierał do nas, studentów pierwszego roku, ponieważ nie rozumieliśmy jeszcze zasad planowania eksperymentu naukowego, a i błąd pomiaru to było coś nowego, co właśnie, równolegle pojawiło się na zajęciach praktycznych z fizyki. To były świetne wykłady dla wytrawnych eksperymentatorów, którymi my jeszcze nimi nie byliśmy.
Najlepszy wykład, jaki pamiętam, to wykład z gleboznawstwa Profesora Wojciecha Dzięciołowskiego. Wykład był prostym objaśnieniem napisanego przez niego skryptu – podręcznika, będącego obszerną (ok. 140 stron) lecz zwięzłą pracą przeglądową, która stawała się zrozumiała i bardzo pomocna pod warunkiem wysłuchania wykładów.
Ten przykład pokazuje, ze wykładowca musi poświęcić bardzo dużo czasu, żeby wykłady były bardzo dobre.
Bardzo dobry wykład powinien być objaśnieniem bardzo dobrze napisanego podręcznika, z odniesieniami do innych, rzetelnie dobranych źródeł, żeby pomóc zdobywać wiedzę studentom, którzy chcą się nauczyć więcej, niż przewiduje podstawowy program studiów.
Żeby wykład działał, musi być właściwie umiejscowiony w programie studiów.
Co do sylabusów, jeśli ktoś nie potrafi docenić dobrego podręcznika / skryptu dla studentów, lektura sylabusa w niczym mu nie pomoże.
A ja z kolei zapamiętałem, jako najlepsze, wykłady Prof. Andrzeja Staruszkiewicza z "Algebry liniowej i geometrii" (w oparciu o jego skrypt), "Mechaniki klasycznej", "Teorii pola" i "Teorii pól podczerwonych" (dla Studentów V r.). Jeśli ktoś studiował fizykę lub matematykę na UJ, to wie, że w tamtych czasach Prof. Staruszkiewicz od lat wygrywał studenckie ankiety. Miał (ma) fenomenalny dar czynienia niemal dramatu na wykładzie tzn. dramatu intelektualnego, przez co wykładu słuchało się z zapartym tchem.
Przeciętny popularnonaukowy youtuber robi dziś ciekawsze i bardziej wartościowe filmy, niż większość wykładów. Profesorowie, którzy byli w stanie wykładać dobrze (według starej szkoły) w większości nie żyją lub są dziś 80+. Obecne pokolenie wykładowców wyrabia sloty, a nie zastanawia się nad wykładami. Co drugi student nie ma wewnętrznej potrzeby słuchania o niczym (celem życia jest spokój), więc nawet najlepszy wykład jest w stanie zainteresować jakąś część i to jeszcze średnio...
Wszystko to prawda, jeśli wykładowca jest dobry i potrafi prowadzić dobry wykład, a byłoby jeszcze piękniej, gdyby wykład nie musiał sztywno mieścić się w Sylabusie. Pytanie kto to zrozumie? Mądry student zrozumie i jeśli to 10% to warto. 10% tak rozumnych studentów to dużo! Ale czy zrozumieją władze uczelni? Dobry wykładowca to zwykle doświadczony wykładowca –„Adept często poznaje pojedyncze fakty, definicje albo przykłady, natomiast ktoś z większym doświadczeniem częściej dostrzega relacje, hierarchie, zależności, wyjątki i wzorce”. A doświadczony wykładowca to droższy wykładowca, więc księgowy zechce oszczędzić: „Przecież slajdy potrafi przeczytać młodszy asystent", a on jest tańszy. Pojawia się też wymóg nagrywania wykładów i udostępniania ich studentom w formie elektronicznej, "żeby wykład student mógł odtworzyć w dogodnym dla niego czasie". A gdzie jest zrozumienie korzyści z bezpośredniej interakcji student-wykładowca? Pomysł nagrywania wykładów ma drugie dno; pozwala na odtwarzanie tego samego wykładu nawet przez kilka lat, a to oszczędność dla uczelni.
Szkoda, że nasi włodarze kierują się kalkulatorem, a nie rozumieją, że odgrzewane nagrane wykłady będą się szybko starzeć, a dobrych wykładowców będzie ubywać. Mom zdaniem, to doprowadzi do zmierzchu wykładu akademickiego, a nie niska frekwencja.
Czy tak trudno zrozumieć, że do teatru chodzimy na dobrego aktora i dla sposobności obcowania ze sztuką na żywo. Nie zastąpi tego odtworzenie nagranego spektaklu. Wykład też może i powinien być twórczy.
A slajdy generuje ChatGPT na podstawie wgranego podręcznika w PDF. Więc nie jest potrzebny nawet ten młodszy asystent.
Co Państwo sądzą o wykładach? Czy ich kres jest bliski, czy jednak wciąż stoją Państwa w obronie dobrze podanej teorii?
@Alina
Wydaje mi się, że komponent zgadywania w odpowiedzi na Pani pytanie jest duży, że nie jest istotne, co ktokolwiek Pani odpowie, ponieważ zwyczajnie nie wiadomo, co przyniesie najbliższa przyszłość. Nasze odpowiedzi nie maja zbyt wielkiego znaczenia.
Mogę tylko powiedzieć, że na mojej uczelni studenci otrzymują kopie prezentacji w PowerPoint na 3 dni przed wykładem oraz każdy wykład jest nagrywany i studenci mają do tych wszystkich nagrań dostęp. Ciągle jednak musze powiedzieć, że na wykłady przychodzi ich całkiem sporo. Starałem się zgadnąć, dlaczego tak się dzieje, i moje dwa wytłumaczenia są takie: 1. Ponieważ na egzaminie pytamy głównie z tego, czego uczymy na wykładach, studenci przychodzą, żeby lepiej zrozumieć materiał, który później będzie na egzaminie; 2. Mają chęć uczestniczenia w wykładach, bo im się to podoba. Ewentualnie to może być miks tych dwóch rzeczy.
Moje wykłady nie są zbyt interaktywne, w czasie wykładu nie zadaję wielu pytań, nie ciągnę studentów za języki. Jestem pewien, że obserwacje wykładowców i ich własne doświadczenia w tej kwestii będą się różnić dramatycznie w zależności od uczelni, kierunku, osoby wykładającej, tematu, a przede wszystkim "jakości" studentów. Tak więc czy wykład jako forma nauczania jest "w stanie agonalnym"? To zależy w czyich rękach.
PRZEDE WSZYSTKIM, należałoby zacząć od PRZEdefiniowania pojęcia, kim POWINIEN być student. Bowiem, obecnie studenci, to (parafrazując powiedzenie tytułowego bohatera filmu "Obywatel Kane", reż. Orson Welles), "polskie społeczeństwo w przekroju". Dopóki tak będzie, wielu (oczywiście, nie wszyscy) z tych ludzi NIE będzie zainteresowanych zdobywaniem wiedzy i umiejętności, ale PRZEŚLIZGIWANIEM SIĘ "psim swędem", żeby tylko zdobyć zaliczenie. Wykłady jako takie, MIAŁYBY ZNACZENIE, gdyby studenci podchodzili WŁAŚCIWIE do procesu zdobywania wiedzy i umiejętności. Ale skoro jest, jak jest, to widać, że być może (?) nie należy być zaskoczonym np. za 5 lat, że w roli wykładowców będą zatrudnione Chaty Gpt... Wszak składek zdrowotnych, ani ZUS-u uczelnia nie musi na nich płacić...
Nie wszystko, co znane od lat jest złe i wymaga naprawy. Nic nie zastąpi dobrego wina lub sera wytworzonego według stuletniej tradycji. Przynajmniej nie w dającej się przewidzieć przyszłości. Ok. 10% obecnych studentów jest rzeczywiście zainteresowanych nauką. Reszta korzysta z przywilejów (wiza, ZUS, ulgi w komunikacji publicznej) lub kupuje sobie dyplom za pieniądze i wcale się nie zamierza uczyć. Nie dziwmy się więc 10%-owej frekwencji na nieobowiązkowym wykładzie. Nie wierzę w to, że pozostałe 90% uzupełnia sobie wiedzę korzystając z Internetu. Nawet gdyby chcieli, to nie mają takich kompetencji, by oddzielić ziarno od plew. Przygotowujmy więc dobre wykłady dla owych 10% studentów rzeczywiście zainteresowanych nauką i nie przejmujmy się resztą.
Cyt."Nie wierzę w to, że pozostałe 90% uzupełnia sobie wiedzę korzystając z Internetu. Nawet gdyby chcieli, to nie mają takich kompetencji, by oddzielić ziarno od plew. Przygotowujmy więc dobre wykłady dla owych 10% studentów rzeczywiście zainteresowanych nauką i nie przejmujmy się resztą."
No, nie tak do końca. Byłbym ostrożny w tym "nie przejmowaniu się resztą", gdyż może się okazać, że napiszą dużo niepochlebnym zdań w ankietach, a te dyrekcje instytutów traktują niemal, jak orzeczenia sądu itp.
Zdecydowanie tak! Jednak wprowadzanie wykładów hybrydowych to absurd. Wykład, dialog ze studentami jest wartościowy dla dwóch stron. Ale nie przez Teams...
Prowadzę bardzo dużo wykładów (informatyka) przed Trans. Również laby. Prowadzenie ich "na żywo" i przez rzutnik to jest całkowity anachronizm i stara potencjału technicznego (teams i moodle dają narzędzia niedostępne podczas zwykłego wykładu). Studenci bardzo sobie chwalą. Zatem - zależy od kierunku i przedmiotu.