Aktualności
Sprawy nauki
27 Lipca
Źródło: archiwum prywatne
Opublikowano: 2026-07-27

Strukturalne źródła polskich wojen o ewaluację

Polski spór o ewaluację ma taki kształt dlatego, że jest prowadzony w systemie, który nazywam aspirującymi półperyferiami światowej nauki, systemie zależnym od zewnętrznego uznania, a zarazem niezakotwiczonym trwale w jego centrum. W takim położeniu miary stają się walutami uznania, zaś ich kursy wymiany pozostają chwiejne i politycznie renegocjowane – pisze dr Łukasz Remisiewicz z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Gdańskiego.

Już od początku lat dziewięćdziesiątych w dyskusjach wokół Komitetu Badań Naukowych i pierwszych wykazów czasopism punktowanych krystalizowały się osie sporu o ewaluację nauki, które potem, przy każdej kolejnej reformie, wracały w podobnej formule. W internacjonalizacji nauki jedni widzą warunek uczestnictwa w światowej nauce, inni technikę symbolicznej dominacji. Miary i punkty są dla jednych narzędziem obiektywizacji i ochrony nauki przed nepotyzmem, dla innych narzuconą z zewnątrz formą podporządkowania. Dlaczego mimo tylu lat debata nie posuwa się naprzód?

W tym tekście chcę zaproponować socjologiczną odpowiedź, która tę osobliwość tłumaczy. Stawiam tezę, że polski spór o ewaluację ma taki kształt dlatego, że jest prowadzony w systemie, który nazywam aspirującymi półperyferiami światowej nauki, systemie zależnym od zewnętrznego uznania, a zarazem niezakotwiczonym trwale w jego centrum. W takim położeniu miary stają się walutami uznania, zaś ich kursy wymiany pozostają chwiejne i politycznie renegocjowane. Aktualność tego sporu nie jest więc dowodem polskiej skłonności do jałowych wojen, lecz logicznym skutkiem strukturalnej pozycji, z jakiej go prowadzimy. Uświadomienie sobie tej sytuacji może jednak pomóc w tym, aby tę debatę uczynić bardziej użyteczną i wziąć pod uwagę różne racje.

Miary, które stały się walutą

Punktem wyjścia niech będzie proste rozróżnienie. Jeśli wskaźnik bibliometryczny jest tylko miarą, to spór o niego powinien dotyczyć trafności, tego, na ile liczba cytowań albo pozycja czasopisma w bazie oddają to, co intuicyjnie nazywamy wartością pracy. Tymczasem w polskiej debacie szybko od tematu trafności przechodzi się do zupełnie innych, takich jak godność, przynależność, a niekiedy także suwerenność. To przesunięcie jest sygnałem, że w grze chodzi o coś więcej. Argumentuję, że wskaźniki funkcjonują jako tokeny wartości, zestandaryzowane, certyfikowane i przenośne ślady recepcji, które można mobilizować w kolejnych sytuacjach oceny jako kapitał metryczny. Nie każda miara jest takim kapitałem. Staje się nim dopiero wtedy, gdy uczestnicy danego pola uznają ją za prawomocny skrót wartości, wymienialny na punkty, kategorie, granty i prestiż.

Otóż gdy miara staje się walutą, pojawia się pytanie, którego przy zwykłym narzędziu pomiaru w ogóle by nie było: o kurs wymiany. Ile waży publikacja w wysoko punktowanym czasopiśmie wobec obszernej monografii? Kiedy indeksacja jest jeszcze sygnałem jakości, a kiedy staje się rytualnym skrótem, pozwalającym zamknąć ocenę bez kosztownej rekonstrukcji tego, co naprawdę zostało zrobione? Ten sam token, powiedzmy liczba cytowań, nie wszędzie ma tę samą wartość. W gęstych sieciach reputacyjnych centrum, dysponujących bogatą wiedzą lokalną i historycznie skumulowanym prestiżem instytucji, wskaźniki bywają jedynie pomocnicze. W systemie aspiracyjnym kurs zostaje mocniej wprzęgnięty do globalnych znaków wartości, bo to one są rozpoznawalnym nośnikiem członkostwa. Liczba staje się wtedy twardą walutą, i właśnie dlatego jest broniona z taką siłą i równie gwałtownie kontestowana. Dodajmy do tego własność, która często umyka – aktorzy opowiadają się za wskaźnikami z powodu funkcji koordynacyjnej, nierzadko pomimo ich ograniczeń, bo liczby pozwalają domknąć spór tam, gdzie pełna rekonstrukcja jakości byłaby kosztowna i niepewna. To dlatego ich obrona bywa żarliwa również tam, gdzie nikt nie wierzy, że oddają one wartość danej pracy w sposób pełny.

Wiecznie aspirujący

Kategoria półperyferii, którą tu przejmuję z tradycji teorii systemów-światów, opisuje pozycję mieszaną, zawierającą aktywności typowe dla centrum, lecz nie w pełnym wymiarze, i aktywności peryferyjne, do których się jednak nie redukuje. Z tej mieszaniny wyrasta charakterystyczne napięcie. Półperyferie są strefą systemowo zobowiązaną do ruchu ku centrum albo ku peryferiom, a zarazem zabezpieczaną przed tym, by którykolwiek z tych ruchów dokonał się do końca. Stąd osobliwa stałość, w której aspiracja i zagrożenie nie wykluczają się, lecz wzajemnie podtrzymują. W polskiej nauce objawia się ona jako powracający spór o „dogonienie Zachodu”, podszyty równie trwałą obawą o „utratę własnego głosu”. Dodaję do tej kategorii przymiotnik „aspirujące”, bo zależy mi na uchwyceniu czegoś więcej niż samej pozycji strukturalnej – także postawy aktorów, którzy inwestują w mechanizmy potwierdzające ich częściowe członkostwo w centrum, a nie w mechanizmy, które sam ten układ miałyby przekształcić.

W takim położeniu lokalne uznanie traci zdolność samoutrzymywania się, nie wystarczy bowiem być cenionym „u siebie”, jeśli system oceny, kariery i prestiżu coraz mocniej zależy od znaków rozpoznawalnych poza krajem. Dlatego tak zbudowany system będzie ponadprzeciętnie inwestował w przenośne tokeny uznania. To one pozwalają częściowo obejść asymetrię wymiany, czyniąc dany dorobek porównywalnym również z dorobkiem naukowców z centrum, bez pośrednictwa nieoficjalnej reputacji czy sieci zależności, do których naukowiec z półperyferii ma ograniczony dostęp. To, że stają się one przedmiotem tak gorącego sporu, jest konsekwencją konstytutywnego napięcia tej pozycji, tj. między koniecznością przekładu dorobku na formy rozpoznawalne w centrum a lojalnością wobec obiegów, których asymetrycznego statusu nie sposób jednocześnie odwrócić.

Skąd biorą się postawy

Pozostaje pytanie, które wydaje mi się najważniejsze: skąd biorą się tak różne postawy wobec miar i dlaczego niektórzy bronią ich z gorliwością, jakiej nie tłumaczy sama użyteczność? Sięgam tu po pojęcie konformizmu statusu pośredniego, sformułowane przez Damona Phillipsa i Ezrę Zuckermana. Jego sens jest następujący: największa skłonność do podporządkowania się obowiązującym normom pojawia się nie na szczycie hierarchii i nie na samym jej dole, lecz pośrodku, tam, gdzie aktor pragnie przynależności, ale nie może być pewny, że jego status jest już zabezpieczony. Gracze o wysokim statusie mogą sobie pozwolić na odchylenie, bo ich członkostwo jest mniej zagrożone. Outsiderzy są albo zbyt daleko, by zgodność im się opłacała, albo podporządkowują się z konieczności, lecz bez tej samej stawki. Cała presja spada więc na kandydatów do pełnego uznania. Przeniesiona na grunt nauki, intuicja ta tłumaczy, dlaczego w systemie aspiracyjnym zgodność z normami centrum przestaje być wyłącznie wyborem strategicznym i staje się testem przynależności, i dlaczego zakwestionowanie internacjonalizacji albo wskaźników bywa odbierane jako zagrożenie dla samej możliwości wejścia do uznawanego obiegu.

Byłoby jednak nadużyciem twierdzić, że systemowy status Polski działa na wszystkich jednakowo. Konformizm statusu pośredniego jest skłonnością układu. To, w jaki sposób konkretny badacz reaguje na wzrost znaczenia kryteriów metrycznych w ewaluacji, zależy od tego, w którym miejscu wewnątrz tej struktury się znajduje, w dyscyplinie o silnej czy słabej globalnej infrastrukturze, w instytucji o wysokim czy niskim prestiżu, w obiegu silnie umiędzynarodowionym czy niemal wyłącznie krajowym, z dorobkiem zakorzenionym w języku angielskim czy polskim. Dlatego aspirujące półperyferie trzeba rozumieć nie jako jednolitą presję, lecz jako układ napięć, w którym poszczególni uczestnicy zajmują różne pozycje i z tych pozycji wyprowadzają różne postawy wobec miar, a każda z nich jest racjonalna z konkretnego punktu widzenia.

Z grubsza można wyróżnić kilka takich pozycji. Aktorzy silnie związani z centrum, regularnie obecni w prestiżowych czasopismach, utrzymujący ścisłe kontakty z prestiżowymi instytucjami zagranicznymi, występujący w rolach recenzenckich, traktują internacjonalizację jako infrastrukturę normalnej nauki, a miary jako użyteczne, lecz wtórne wobec realnej reputacji. Niepokoją ich przede wszystkim lokalne, polityczne korekty kursu, które zaburzają ich czytelność. Aktorzy aspirujący ze środka, najczęściej na początkowym lub środkowym etapie kariery, konkurujący o granty i stypendia, gdzie liczą się wskaźniki, dostosowują się najmocniej. To oni najpełniej ucieleśniają konformizm statusu pośredniego, bo ich stawka członkostwa jest najbardziej otwarta. Elity silne lokalnie, lecz słabiej zakotwiczone globalnie, bronią pluralizmu form publikacyjnych, wagi monografii i języka polskiego. I czynią to z trafnego strategicznie rozpoznania, że wchłonięcie ich zasobów przez jedną walutę centrum oznaczałoby strukturalną utratę kapitału zgromadzonego w lokalnych obiegach. Wreszcie outsiderzy wobec obu obiegów, dla których kapitał metryczny jest walutą widoczną, lecz niemożliwą do wytworzenia w wymaganej ilości – ich reakcją bywa epizodyczne dostosowanie do formalnego minimum, okazjonalny cynizm, niekiedy wycofanie.

Ten sam mechanizm dobrze widać na przykładzie internacjonalizacji, która w systemie aspiracyjnym jest obciążona kilkoma sensami naraz. Bywa strategią awansu, próbą wejścia do obiegów, w których publikacja zostaje uznana za „naprawdę naukową”, bo przeszła przez sito selekcji szanowane poza krajem. Bywa dyscyplinującym wymogiem własnej instytucji. Bywa wreszcie doświadczeniem narzucenia, bo standard, do którego trzeba się dostosować, jest wyobrażany jako ustanowiony gdzie indziej, wymaga posługiwania się językiem obcym, podjęcia problemów odbiegających od lokalnej struktury zapotrzebowania poznawczego. Stąd biorą się argumenty o „polskości nauki”, o nieprzekładalności części problemów badawczych na anglojęzyczne formaty, o nieadekwatności kryteriów centrum dla dyscyplin mocniej osadzonych w państwie, prawie czy kulturze. Splot aspiracji i resentymentu jest tutaj logicznym skutkiem położenia: można zarazem uznawać, że bez internacjonalizacji trudno wejść do pożądanego obiegu i obawiać się, że pełne dostosowanie osłabi lokalne funkcje nauki albo uderzy w tych, którzy z natury swoich dyscyplin nie mają równych szans przekładu dorobku na mainstream.

Z tej perspektywy staje się jasne, dlaczego polska debata nie układa się w prosty podział na „zwolenników liczb” i „obrońców jakości”. Każda z tych postaw broni realnego interesu osadzonego w innej walucie uznania, i każda opisuje rzeczywistą własność wskaźników, tyle że podkreśla ich inny aspekt. Te same liczby, które jednym pozwalają ograniczyć lokalne układy i nepotyzm, dla innych są narzędziem zależności, wymuszającym podporządkowanie walutom centrum albo, w wersji krajowej, pozwalającym politycznie manipulować kursem wartości bez jawnej debaty o jakości.

Przekształcenia kursów wymiany mają dosłowny wymiar regulacyjny. Wartość publikacji w ewaluacji zależy od periodycznie ogłaszanych i korygowanych wykazów, a każda taka korekta sprawia, że jedne kanały publikacyjne zyskują zdolność szybkiej konwersji na punkty i zasoby, inne zaś ją tracą. Gdy ministerialna lista nagle podnosi punktację wybranych tytułów, można to odczytać albo jako przywrócenie równowagi wobec dominacji centrum, albo jako nieuzasadnione uprzywilejowanie lokalnych obiegów. W obu odczytaniach stawką nie jest sam instrument, lecz to, czyj kapitał zyska na konwertowalności.

Co z tego wynika praktycznie? Przede wszystkim postulat zmiany języka. Dopóki będziemy ujmować ten konflikt jako dylemat „jakość vs. lokalność” albo „miary vs. eksperckość”, dyskusja o reformach nie wyjdzie poza moralizujący język wojny. Proponowane tu przesunięcie nie rozstrzyga, kto ma rację i nie taka jest jego ambicja. Pozwala natomiast zobaczyć spór inaczej, jako konflikt strategii konwertowalności w warunkach strukturalnie asymetrycznej wymiany uznania. A jeśli tak go odczytamy, zasadnicze pytanie brzmi: jakie waluty uznania, dla jakich aktorów i w jakich obiegach mają być uznawane za prawomocne? Może stać się ono elementem konkretnego namysłu dla architektów zmiany polityk naukowych oraz samego środowiska naukowego.

Łukasz Remisiewicz

Tekst jest skróconą wersją artykułu Wiecznie aspirujący. Konsekwencje miejsca Polski w globalnej stratyfikacji nauki w kontekście dyskusji o ewaluacji nauki, „Studia Socjologiczne”, nr 2 (261)/2026, s. 203–240

Dyskusja (17 komentarzy)
  • ~Polonista 28.07.2026 19:18

    Dzień dobry.
    Rzecz jasna, jest sporo emocji, na wielu różnych liniach, również między reprezentantami różnych dyscyplin - wydaje się, że komentarze znakomicie odzwierciedlają istotę wypowiedzi Ł. Remisiewicza, za którą dziękuję.
    Można wiele dyskutować, zwłaszcza na temat umiędzynarodowienia. Warto jednak zwrócić uwagę na zupełnie inny aspekt tej kwestii. I może to jest jakaś miara, którą obserwuję od 2023 roku (zob. niżej). W Polsce umiędzynarodowienia się oczekuje, ale niewiele w tym zakresie jest jakiegokolwiek wsparcia. Próby wyrwania się z peryferiów polegają na zdobyczach punktowych - i to jest cud, że się udaje. Oczywiście niektórym.
    Polska słabo wypada w aktywności lekturowej materiałów oznaczonych doi. Może dlatego właśnie, że za wszelką cenę usiłujemy sprostać wymogom administracyjnym. Słowem, nie czytamy, nie jesteśmy na bieżąco. Zapewne również w naukach ścisłych. Nie ma co do tego wątpliwości, bo nie nauka stoi na pierwszym miejscu, lecz punkty i kategorie, a co za tym idzie - pieniądze.
    Sądzę, że podane wyniki są wymowne. Dotyczą miesiąca wstecz (od 28 bm.).
    Polska - 7 899 776, Czechy - 6 632 250, Niemcy - 74 474 408, Ukraina - 9 586 949.
    Dane te kształtują się podobnie od 2023 roku. Liczbę ludności poszczególnych krajów znamy, ich status (wojenny) także - nie tłumaczą w żadnym razie oczywistych dysproporcji.

    • ~maciej 30.07.2026 15:47

      "Polska - 7 899 776, Czechy - 6 632 250, Niemcy - 74 474 408, Ukraina - 9 586 949.
      Dane te kształtują się podobnie od 2023 roku. Liczbę ludności poszczególnych krajów znamy, ich status (wojenny) także - nie tłumaczą w żadnym razie oczywistych dysproporcji."

      Ale co to za liczby? Liczba cytowań?

      • ~Polonista 30.07.2026 17:41

        Przepraszam, zgubiło się źródło. Ale dziękuję za przywołanie do porządku.
        Chodziło, jak w komentarzu, o "aktywność lekturową" w odniesieniu do obiektów cyfrowych oznaczonych sygnaturą doi. Tylko tyle, nic więcej.
        Źródło tych danych jest oczywiście powszechnie dostępne - serwis internetowy DOI Foundation.
        Tu link (na samym dole znajduje się interaktywna mapa globu, należy użyć myszki, by uzyskać odpowiednie dane dla poszczególnych krajów): https://www.doi.org/the-identifier/what-is-a-doi/

  • ~maciej 27.07.2026 15:09

    "Gdy ministerialna lista nagle podnosi punktację wybranych tytułów, można to odczytać albo jako przywrócenie równowagi wobec dominacji centrum, albo jako nieuzasadnione uprzywilejowanie lokalnych obiegów. "

    Moim zdaniem takie ruchy należy odczytać następująco: Ręczne sterowanie w celu zadowolenia pewnej grupy docelowej (np. kolegi, który często publikuje w danym czasopiśmie. O jakiej równowadze mowa? Przyroda i cała działalność naukowa, łącznie z ewaluacją nauki opiera się na nierówności: lepszy, bardziej uzdolniony, i oczywiście doskonalszy, bo z jakiegoś powodu orędownicy doskonałości odmieniają ją nie tylko przez przypadki, ale również przez stopnie. I nie, to nie lista podnosi. Robi to konkretna osoba z konkretnego powodu. Skąd takie instytucjonalizowanie odpowiedzialności?

    Generalnie mój odbiór tekstu jako ścisłowca jest następujący: puste frazesy bez żadnych konkretów tworzące niepotrzebny podział.

    • ~Paradigmatix 28.07.2026 10:42

      Panie ścisłowcu, od kiedy to wolna wola jednostek jest adekwatnym naukowym wyjaśnieniem w nauce - w fizyce, chemii matematyce? Tu ma pan cząstkowe wyjaśnienie w polu kapitałów i w kategoriach gier interesów.Woli pan w kategoriach psychologicznych? To może od razu uwzględni pan pragnienie wiedzy albo władzy i dobry albo zły charakter. I jak to ściśle zbadać - czipy w mózgu albo intuicja?

      • ~maciej 30.07.2026 15:54

        "Panie ścisłowcu, od kiedy to wolna wola jednostek jest adekwatnym naukowym wyjaśnieniem w nauce - w fizyce, chemii matematyce? "

        Kolega widzę niezbyt zrozumiał mój krótki komentarz, więc napiszę jeszcze raz: nagłe zmiany w punktacji (jak za Czarnka) mają na celu podniesienie liczby punktów wniesionych do ewaluacji przez pewną docelową grupę interesów. Gdzie ja tu pisałem o wolnej woli? W miejscu, gdzie twierdzę, że konkretna osoba zmienia punktację z konkretnego powodu? To tak, wtedy można to uznać, że przejaw wolnej woli. I co ma zmiana punktacji wspólnego z chemią / fizyką / matematyką?

    • ~komentator 2 27.07.2026 16:20

      Owszem, W OGÓLE te wszystkie artykuły tutaj, jak też i nasze komentarze, NIE mają przecież charakteru wiążącego dla decydentów, którzy i tak postąpią, jak będą chcieli. Wszystkie te artykuły tych mądrych i zorientowanych w temacie itd. NICZEGO nie zmieniają. Za miesiąc, dwa itd. ktoś inny (prawdopodobnie "dr hab" lub "prof. dr hab.") napisze kolejny artykuł, w którym zawrze kolejną porcję, tym razem jego "wspaniałych" rad na poprawę sytuacji. I ZNOWU NIC się tutaj nie zmieni. Jak to pisał Einstein do Infelda, dopóki ludzie mają pełne żołądki, dopóty nie są fanatyczni. Zatem, fanatyków GRUNTOWNYCH zmian nie będzie, bowiem wśród decydentów musiałaby istnieć pewna grupa niezadowolonych, żeby można było coś tutaj ruszyć do przodu.

  • ~Ambrosius 27.07.2026 12:30

    Może pan jest aspirujący, nauki ścisłe w Polsce są w centrum światowej nauki od dobrych stu lat. Nazwać Banacha peryferyjnym, albo Trautmana, albo Pawlaka. Żarty.

    • ~Albert 27.07.2026 15:19

      Czy Boniek i Lewandowski wprowadzili polski futbol do światowego centrum?

      Nauki ścisłe w Polsce są przeraźliwie peryferyjne, a kilkanaście jaskółek w każdym kolejnym pokoleniu wiosny nie czyni.

      • ~komentator 2 27.07.2026 16:29

        Banach działał, jak wiadomo, w ramach Polskiej Szkoły Matematycznej, obok niego byli też tam np. Mazurkiewicz, Orlicz, Sierpiński, czy też Steinhaus. A we Lwowskiej Szkole Filozoficzno-Logicznej działała inna plejada gwiazd: Jaśkowski, Lindenbaum, Łukasiewicz, Presburger, Tarski, Wojsberg itd.
        I te Szkoły właśnie powodowały, że polska matematyka, czy polska logika były we światowej czołówce.
        Dzisiaj, cóż... mam wrażenie, że dzisiaj jest tak, iż są grupy MIĘDZYNARODOWE oraz pojedynczy, ODIZOLOWANI próbujący coś działać naukowo - to tacy, którzy nie należą do żadnego "klanu" naukowego (sam byłem wyłącznie odizolowany przez ileś lat z kilkuletnią przerwą, obecnie ta izolacja częściowo zniknęła).
        Działalność naukowa musi być jednak ZORGANIZOWANA w większą grupę, w pojedynkę można liczyć na docenienie, ale chyba raczej po wielu latach. Do tego czasu trzeba się uodpornić na to, że jest się "olewanym" przez innych.

        • ~Ambrosius 27.07.2026 17:03

          Geniusze nie rodzą się na zamówienie ale matematyka, fizyka i informatyka teoretyczna trzymają poziom, jest wiele nazwisk ze ścisłej światowej czołówki i całkiem mocna zespoły badawcze. Pawlak i Trautman już nie żyją ale ich uczniowie mają się dobrze. Nie przesadzajmy, że w Belgii, Holandii Hiszpanii to tylko noblista na nobliście i noblistą pogania.

  • ~hs 27.07.2026 12:23

    Gdyby rzeczywiście lokalne uznanie traciło zdolność samoutrzymywania się, to byśmy się kierowali Q1/Q2 Impact Factor, grantami ERC, MSCA, niektórymi Horyzontami oraz stażami i konferencjami w najlepszych ośrodkach. A tak miara sukcesu jest osiągalna: monografia, granty krajowe, ogólnopolska konferencja, liczba artykułów opublikowanych byle gdzie. Widać to w recenzjach i opiniach od doktoratu po profesurę. Tu wcale nie chodzi o suwerenność, tylko o to, że te pierwsze miary są nieosiągalne dla 80% pracowników. Nawet naszym postępowym globalistom byłoby trudno. „Konformiści statusu pośredniego” celują wysoko, a kończą tam, gdzie większość. Mało kto daje radę, stąd frustracja. Pielęgnowanie polskości to taka narracja na samoukojenie. Stosujemy te nasze substytuty, bo nikomu się nie opłaca brutalna weryfikacja naszych możliwości…No może młodym, żeby zobaczyli jak to jest i wyjechali za granicę

    • ~sdf 27.07.2026 21:07

      Muszę przyznać, że nie rozumiem argumentacji. Tzn. tak, prawdopodobnie granty ERC, MSCA, Horyzonty nie są osiągalne dla większości. Nie tylko w Polsce. Ale publikacje w Q1/Q2? Biorę pod uwagę, że występują jakieś różnice między dyscyplinami, ale w mojej Q2 jest spokojnie osiągalne dla 80% pracowników, o ile się trochę postarają i nie będą zrażać pierwszymi porażkami. Bo to przecież nie jest tak, że od razu się uda. Bądźmy poważni, Q2 to nie jest żaden światowy top, to przyzwoite pisma, tylko tyle. Na większość Q1 trzeba mieć już solidny pomysł, ale nadal nie jest to nie wiadomo co.

      Pewną przeszkodą jest jakość recenzji, coraz niższa z powodu nadmiaru tekstów. Gdy ja zaczynałem i wysyłałem pracę zbyt wysoko, dostawałem bardzo szczegółowe recenzje, które mi świetnie tłumaczyły, co jest z tekstem nie tak. Teraz to rzadkość, a łatwo się zniechęcić, jak się po prostu dostaje reject. Dlatego znacznie łatwiej jest, gdy się poprosi o opinię kogoś, kto ma w tym pewne doświadczenie, a komu można zaufać. Wiem, z tym może być problem.

      • ~Ambrosius 27.07.2026 23:40

        A dlaczego to granty ERC, MSCA, Horyzonty nie są osiągalne dla większości? Niech ktoś mi wytłumaczy, dlaczego granty należy przyznawać najlepszym a nie najgorszym. Grant to nie nagroda.

  • ~Flip 27.07.2026 11:56

    Brzmi jak AI generated....

  • ~prof. dr hab. ZS 27.07.2026 11:13

    Następny geniusz socjolog, który wie jak być powinno.
    Pieniądze wydane na humanistów nie zostały zmarnowane.

    • ~Alek Rachwald 10.08.2026 11:50

      To nie wina humanistów, że ścisłowcy piszą niechętnie.