Współczynnik sukcesu nie powinien być tak drastycznie różny pomiędzy badaczami z dużych i badaczami z małych ośrodków naukowych. Coś musi tu zawodzić. Albo jakość naukowców, albo jakość systemu, albo jedno i drugie – zastanawia się prof. Rafał Adamus, prawnik z Uniwersytetu Opolskiego.
Narodowe Centrum Nauki w latach 2011–2023 sfinansowało 29 584 projektów, przyznając na badania 15,69 mld zł. Strumień pieniędzy nie poszedł jednak równomiernie do polskich ośrodków akademickich. Tymczasem realizacja tak finansowanych projektów badawczych ma znaczenie z punktu widzenia zasad ewaluacji szkół wyższych czy z punktu widzenia przesłanek dla uzyskania tytułu profesora. Przy skromnych poborach na uczelni finansowanie z NCN staje się kołem zamachowym dla rozwoju karier naukowych wielu osób. W niektórych dziedzinach wiedzy finansowanie jest mniej lub bardziej potrzebne. Np. w nauce prawa, w której wykorzystuje się metodę formalno-dogmatyczną, nie ma zapotrzebowania na finansowanie zakupu drogiej aparatury badawczej. Zapewne prawnikom jest łatwiej niż przedstawicielom innych kosztochłonnych dyscyplin realizować swoje badania naukowe bez grantów.
Jak wyjaśnia NCN, „najwięcej grantów otrzymują Mazowsze i Małopolska, co jest wynikiem większej liczby podmiotów aplikujących z tych województw”. Z pewnością stołeczna Warszawa i ex–stołeczny Kraków są najbardziej liczącymi się ośrodkami akademickimi w Polsce. To jednak bardzo powierzchowna logika dla wytłumaczenia sukcesów i porażek badaczy w konkursach NCN. Warto zatem przypatrzeć się bliżej publikowanym przez agencję danym dotyczącym konkursów krajowych w latach 2011–2023 (wszelkie wykorzystane tu informacje pochodzą ze strony internetowej Narodowego Centrum Nauki).
Palmę pierwszeństwa dzierżą badacze z woj. mazowieckiego. Złożyli oni do NCN aż 35 633 wniosków (co stanowiło 26,6% ogółu suplik badawczych). Przyznano finansowanie 9103 wnioskom z Mazowsza (czytaj: z Warszawy). Było to aż 31,8% ogółu wniosków, które uzyskały finansowanie. „Liczbowy wskaźnik sukcesu” wyniósł 26%. Zatem większość wysiłku wkładanego w przygotowanie projektu badawczego to syzyfowa praca. Istotny wpływ na jedynie 26% wskaźnik sukcesu jako maksimum ma marny poziom nakładów na polską naukę. W czasie bitwy pod piramidami Napoleon miał wydać armii formułującej czworoboki rozkaz: „Osły i uczeni do środka”. W Polsce oszczędności dla równoważenia budżetu szuka się w wydatkach na naukę. Jako skutek uboczny niskich nakładów na badania narodziła się pseudo-specjalizacja – „grantologia”. Sprowadza się ona do znalezienia sposobu na odpowiednią prezentację bez większej dbałości o merytoryczną treść.
Najbardziej wymierny charakter ma podana przez NCN statystyka liczbowego wskaźnika sukcesu. Liderem tabeli są badacze z woj. mazowieckiego ze wspomnianym rezultatem 26%. W drugim szeregu są naukowcy z innych dużych ośrodków akademickich. Wskaźnik sukcesu dla badaczy z woj. małopolskiego wynosi 24%. Niewiele tracą do lidera Wielkopolska i Dolny Śląsk ze wskaźnikiem sukcesu na poziomie ex aequo 23%. Przyzwoite miejsca ze wskaźnikami od 20 do 18% przypadły kolejno naukowcom z województw: pomorskiego, łódzkiego, kujawsko-pomorskiego i podlaskiego.
Najgorzej w Polsce wypadają badacze z województwa świętokrzyskiego z 10% wskaźnikiem sukcesu, w towarzystwie kolegów i koleżanek z Opolszczyzny i Podkarpacia z o oczko wyższym wynikiem. Osobiście ponoszę odpowiedzialność za zaniżanie poziomu woj. opolskiego. W latach 2011–2023 złożyłem 10 wniosków badawczych do NCN, bez powielania wcześniejszych tematów, z zerowym wskaźnikiem sukcesu. Moje wnioski aplikacyjne przed wysłaniem do NCN sprawdzane były pod względem formalnym przez wyspecjalizowaną wewnętrzną komórkę uniwersytecką, aby wykluczyć błędy formalne. Można założyć, że jest to powszechna praktyka i badacze biorą na siebie głównie ciężar jakości merytorycznej strony wniosku.
Piętnastopunktowa różnica we wskaźniku sukcesu, przy maksimum na poziomie 26%, pomiędzy uczonym z Mazowsza a tym z np. Opolszczyzny (w moim indywidualnym przypadku nawet większa), w perspektywie dwunastoletniego okresu, jest trudno wytłumaczalną dysproporcją w odniesieniu do przeciętnego, statystycznego badacza. Mniejsza grupa naukowców z natury rzeczy złoży mniejszą liczbę wniosków i otrzyma mniejszą liczbę grantów. Natomiast współczynnik sukcesu nie powinien być tak drastycznie różny pomiędzy badaczami z dużych i z małych ośrodków naukowych. Coś musi tu zawodzić. Albo jakość samych naukowców (tu sam rzucam w siebie kamieniem), albo jakość systemu. albo jedno i drugie. Gdy NCN orzeka ex cathedra o jakości projektów badawczych, nie ma atrybutu nieomylności. Zauważy to z łatwością każdy, kto trochę poczyta uzasadnienia popełnione przez ekspertów agencji. Wskaźnik sukcesu w konkursach grantowych NCN jest dotknięty anomalią i samo Centrum powinno odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak jest.
Rafał Adamus
Słuszne spostrzeżenia, choć problem ma charakter globalny i nie dotyczy tylko NCN..
System grantów jest bardzo ułomny, a z założenia zbyt elitarny. Wielokrotnie zwracałem uwagę na konieczność silnego wsparcia jednostek badawczych dotacjami instytucjonalnymi dla utrzymania pełnej zdolności prowadzenia badań przez wszystkich zatrudnionych naukowców.
(Przy okazji, eksperci - także zagraniczni - opiniują wniosek, lecz nie decydują o przyznaniu grantu.)
Szanowni Państwo,
Uprzejmie dziękuję wszystkim za żywą dyskusję. Podaję tytuły moich wniosków:
Efektywność postępowań restrukturyzacyjnych prowadzonych na podstawie ustawy z 15 maja 2015r. Prawo restrukturyzacyjne.
Ocena efektywności trybu przygotowanej likwidacji uregulowanej ustawą Prawo upadłościowe.
Dyrektywa restrukturyzacyjna w prawie Unii Europejskiej i jej przyszły wpływ na prawo polskie.
Specjalna regulacja prawa o niewypłacalności na wypadek poważnego kryzysu ekonomicznego.
Problematyka podziału spółek osobowych w wymiarze krajowym i transgranicznym.
Optymalny model regulacji normatywnej umowy kontraktacji w polskim Kodeksie cywilnym w świetle zmian społecznych, ekonomicznych i przyrodniczych.
Wpływ ponadnarodowych i transgranicznych norm prawnych na polskie prawo finansowe i gospodarcze (w tym przypadku byłem tylko uczestnikiem)
Pomocnicza procedura masowej restrukturyzacji zobowiązań i oddłużania grup dłużników de lege ferenda (zasada : wielu dłużników i jeden lub wielu wierzycieli).
Badanie wyników wybranych instytucji prawnych w ramach znajdujących się w franczyzie w Polsce: Analiza praktycznych problemów prawnych.
Niewypłacalność municypalna - nowy kierunek rozwoju prawa o niewypłacalności w Polsce.
W zasadzie w każdym z w/w tematów zrealizowałem częściowo zamierzony plan badań i opublikowałem ich efekty.
1) Spoglądam na tę tabelę NCN: opolskie - złożyło 1,1 tys wniosków w ciągu kilkunastu lat działania agencji. W tym czasie Mazowsze - ponad 35,5 tys. wniosków. No więc sukces Mazowsza jest do pewnego stopnia sukcesem wynikającym ze skali. Jak się mało składa, to sukcesów nie będzie. 2) Dla zagranicznych ekspertów NCN czy wniosek jest z Poznania, Krakowa czy z Opola czy z Łodzi nie ma żadnego znaczenia, bo są one pewnie dla niego równie mało znane. 2) Czy autor wziął udział w jakimkolwiek szkoleniu organizowanym przez NCN z pisania/oceny wniosków?
~Alek Rachwald i ~Marcin Przewloka wielki szacunek za komentarze pod swoim imieniem i nazwiskiem. A reszta Panów (jak wnioskuję po stylu wpisów i nicków) - to anonimowo świata nie zmienicie. Rozumiem obawy przed wykluczeniem ze środowiska i obawą przed złamaniem kariery naukowej. Ale bez waszego wyjścia z cienia feudalizm będzie trzymał się mocno.
Jest też pewnie grono osób, które chciało coś robić pod swoim nazwiskiem, zgłaszało pewne rzeczy na różnych szczeblach uczelni od profesorów, aż po rektora, który nawet się ze sprawą zapoznał i do niej ustosunkował. Ale koniec końców wyszło z tego nic. Więc zamiast kopać się z koniem poszli dalej, do innego miejsca i sobie dobrze radzą i zajmują swoimi sprawami zamiast marnować czas.
No bo co zrobić jak się słyszy, że na zatrudnienie nie ma szans, bo brak godzin dydaktycznych, a potem przez 2 lata zatrudnione są 4 inne osoby (z których swoją drogą dwie po 2 latach porzuciły uczelnie)? Jak się ma lepszy dorobek od sumarycznie całej czwórki i nieskończenie więcej projektów (bo jak wiemy wynik dzielenia przez 0 zmierza do nieskończoności)? I jedyne co wszyscy wokół włączając władze uczelni mówią to "no szkoda"?
Niestety na rewolucję szans raczej nie ma, więc trzeba czekać na zmiany ewolucyjne, a to musi potrwać, ale w międzyczasie trzeba jakoś żyć i pracować.
@Paweł Płatek
Są i panie też. Na szczęście są
Cyt."Ale bez waszego wyjścia z cienia feudalizm będzie trzymał się mocno."
Na to, żeby ten feudalizm w swojej patologicznej postaci upadł, potrzebne jest zorganizowanie się w jakieś stowarzyszenie, które mogłoby jawnie występować na rzecz tego, żeby nastała normalność. WTEDY miałoby sens występowanie pod własnym imieniem i nazwiskiem. Natomiast, osamotniony heros podpisujący się własnym imieniem i nazwiskiem, NICZEGO nie zmieni. Grupa akademickich feudałów, będąca podzbiorem właściwym kasty habilitowanych, będzie nadal grała rólki "czystych" i "niewinnych".
(1) Zespoły powoływane międzynarodowo, do każdego konkursu nowe.
Ad 1. tak właśnie sie dzieje, polecam poczytać tryb powoływania Zespołów Ekspertów
(2) double blind.
Ad. 2. na pewno wtedy wszyscy "z mniejszych ośrodków" otrzymają finansowanie...bo to dorobek jest ważący, nie pomysł...
(3) bez oceny wnioskującego! Co to jest?! Nieważne jaki wniosek napisał, dostanie punkty "za pochodzenie" a ktoś kto nie ma dorobku, chociażby grant był genialny NIGDY nie wygra! Banach by grantu w NCN nie dostał...
Ad. 3. nie ma punktów za pochodzenie; a dorobek albo jest dobry albo go nie ma; trzeba w końcu dorosnąć do konfrontacji
(3) recenzje jawne
Ad. 3. proszę swoje upublicznić, nikt nikomu nie broni
(4) śledzenie konfliktu interesów - pamiętam pierwszy konkurs dla młodych naukowców z moejej dziedziny - wszystkie granty dostali doktoranci jednego faceta, legitymujący się jedna i tą samą publikacją.
Ad. 4. śledzone są wzdłuż i wszerz; a case sprzed dekady nie stanowi o regule. zresztą nie ma pan/pani dowodu na zaistnienie coi w tym przypadku...może po prostu były to dobre wnioski...?
(5) okresowa ewaluacja NCN przez zagraniczną komisję. Decyzje NCN, danych Komisji muszą podlegać kontroli!
Ad. 5. i vice versa: okresowa ewaluacja pracowników naukowych wszystkich jednostek przez zagraniczne komisję.
Czy mogę otrzymać wyjaśnienie w sprawie Dr. Bilala?
Czy wnioski przechodziły przez międzynarodowych ekspertów NCN?
Czy był to dobre wnioski (liczba mnoga)?
Ponadto, czy mogę uzyskać wyjaśnienie dotyczące poniższego artykułu:
https://forumakademickie.pl/sprawy-nauki/paper-mills-czlonek-rady-ncn-pod-lupa-komisji-ds-etycznych/
recenzje są takie, jak pracownicy ncn, którzy pownni je weryfikować i nie dopuszczać byle czego.
A że pracownicy ostatnio średni, konkursy na koordynatora po kilkanaście rocznie (czyli wymiana na nowych), to nie ma komu czytać i sprawdzać tych pseudoekpsertów.
pracownicy NCN niczego nie recenzują.
Znam profesora belwederskiego, który zajmuje się od lat matematyką stosowaną. Ma uznaną pozycję w świecie, dużo publikacji, dużo punktów itd. Na pierwszy rzut oka, w kontekście szans na otrzymanie grantu, prawie wszystkie "kropki nad i" miał postawione, z wyjątkiem jednej. Tą jedną była (nie)łaska ludzi, którzy oceniali jego dorobek pod kątem grantu. Orzekli bowiem, że to, czym się zajmuje, to... rzemiosło (sic!!!). Zatem z grantu - nici. Bez komentarza.
Te komisje habilitacyjne, grantowe - duży odsetek z nich, mam takie wrażenie, ma ogromną ochotę "uwalania klientów", i to gdzie się da.
"Rzemiecha" - pogardliwe określenie ulubione przez osoby, który uważają siebie za wielkich artystów lub teoretyków nauki i tym samym za osoby wyżej postawione od rozmaitych podejrzanych wyrobników.
ot! to, to! to właśnie.
Dostałem grant europejski z 5% wskaźnikiem sukcesu.
Projekty stosowane typu fundusze strukturalne, LIFE itp. - miliony euro.
W ministerstwie, przed NCN, wskaźnik sukcesu miałem 90%.
Teraz dostaję głupie - nie recenzje! - ale jestem odwalany na wstępie. Do recenzji można by się odnosić, do opinii komisji - nie. A kto siedzi w komisji decyduje o grantach - co jest ważne co nie ważne. I kto siedzi w tych komisjach? Czy aby na pewno siedzą tam ludzie , którzy orientują się w Nauce i Potrzebach cywilizacji? Czy są tam wybierani ci, którzy już granty dostali więc dostaną następne? BŁĘDNE KOŁO: ci co mają granty, mają publikacje, więc dostaną następne granty i tak w koło Macieju. A że kręcą się w tej samej tematyce od wieków i tylko tę tematykę uważają za istotną, chociaż nieaktualna , bo świat się zmienił... to innych uwalają, "bo to przecież nieważne" tylko moja tematyka jest ważna.
(1) Zespoły powoływane międzynarodowo, do każdego konkursu nowe.
(2) double blind.
(3) bez oceny wnioskującego! Co to jest?! Nieważne jaki wniosek napisał, dostanie punkty "za pochodzenie" a ktoś kto nie ma dorobku, chociażby grant był genialny NIGDY nie wygra! Banach by grantu w NCN nie dostał...
(3) recenzje jawne
(4) śledzenie konfliktu interesów - pamiętam pierwszy konkurs dla młodych naukowców z moejej dziedziny - wszystkie granty dostali doktoranci jednego faceta, legitymujący się jedna i tą samą publikacją.
(5) okresowa ewaluacja NCN przez zagraniczną komisję. Decyzje NCN, danych Komisji muszą podlegać kontroli!
Efekt Pareto? Albo damy lepszym być coraz lepszym albo witamy w PRL bis. Nie po to najlepsze uczelnie przyciągają najlepszych pracowników i studentów, żeby na koniec dnia mieć takie same efekty jak gorsze ośrodki.
efekt Pareto - problem jest w UMOŻLIWIENIU awansu, a nie na betonowaniu istniejącego układu. Tym sposobem mamy "bonzów" którym coraz mniej się chce, robią stale to samo z odkrywczością = 0. Mały ośrodek może być świetny, jak ma mocne placówki. Nie wielkość tylko jakość. A w Polsce mit "Polskiego Pana" ma się świetnie - musi być arystokracja by był plebs, którym można gardzić. Poza tym = pracujesz Pan za podatki - płacą je także w Rzeszowie i nic z tego nie mają, bo futrują Warszawę... rozwój zrównoważony. To po co nam Uniwersytet Warszawski skoro mamy Cambridge?
Cambridge przy Londynie to jednak miasteczko...
Cyt."A w Polsce mit "Polskiego Pana" ma się świetnie - musi być arystokracja by był plebs, którym można gardzić. Poza tym = pracujesz Pan za podatki - płacą je także w Rzeszowie i nic z tego nie mają, bo futrują Warszawę... rozwój zrównoważony. To po co nam Uniwersytet Warszawski skoro mamy Cambridge?
Cambridge przy Londynie to jednak miasteczko..."
No pewnie, w Polsce istnieją kasty "dr hab-ów" i "prof. dr hab-ów", zatem istnieje też zbiór plebejuszy, tzn. dr-ów bez habilitacji, no, a ten, czy ów pan rektor, Minister Nauki itp. itp. jest uśmiechnięty, mówiąc o "wartościach akademickich" (może to liczby zespolone lub urojone, te wartości ????).
A Polska to "(nie)wesołe miasteczko", przy USA, czy Wlk. Brytanii...
A skąd wniosek że uczelnie i uczeni spoza Warszawy są gorsi? Ja myślę, że na układy nie ma rady. Niestety.
Z osobistych doświadczeń. I nie tylko "spoza Warszawy".
a ja akurat nie "haby" miałem na myśli, tylko "pochodzenie z prowincji. Widziałem, jak przy habilitacji z Rzeszowa dziewczyna była niszczona przez Jaśniepana z Krakowa (5 tys. cytacji) chociaż Jaśniepan nie znał się kompletnie na dziedzinie, którą recenzował (a ja owszem, ale mnie nie powołano) i nie mogę się oprzeć myśli, że ona oberwała za to, że się pchała między Pany (jak to w czasach 3 maja "Nowi ludzie" byli tępieni przez Panów). Ten Rzeszów ją determinował. I podobnie jest na świecie - ludzie z jakiegoś Krakowa nie robią odkryć... oni są zawsze podejrzani... dopiero jak wejdą w kliki ("rozpoznawalność"!) to dopiero mogą robić jakąś tam karierę...
Wydawanie pieniędzy na małe ośrodki "naukowe" które i tak nie mają szans na prowadzenie poważnych badań jest dzieleniem biedy. Prawda jest taka, że większość prowincjonalnych szkółek i "uniwersytetów" powinna zostać zlikwidowana. Kasę przeznaczyć na te 5-7 wiodących jednostek i stworzyć mechanizmy promowania jakości. Najlepsi ludzie z małych miast czy wsi i tak pracują w tych największych i najlepszych podmiotach. No ale u nas politycy naobiecywali uniwersytet w każdej wsi no to mamy
dzielenie biedy - stale t osłyszę - a co to ma za znaczenie? liczy się innowacyjność projektu, nie kto i GDZIE go robi. Niech będzie Psia Wólka, ale jak tam ktoś wynajdzie napęd nadświetlny - niech ma, niech robi to co odkrywcze. Największe ośrodki będą wkrótce (już tak jest) robić coraz mniej za coraz większe pieniądze i będą WYKASZAĆ konkurencję. Tylko wykaszać, administracyjnie, opiniotwórczo, byleby "populiści" z małych instytutów nie przetrwali i nie stanowili dla nich nieprzyjemnej konkurencji.
Inna rzecz, że tu wszyscy o Ameryce UK a nikt nie mówi że sukcesy ich instytutów wynikają z wielokrotnie wyższego finansowania nauki.
Niekoniecznie. Koszmarnie niski poziom możliwości przemieszczania się w Polsce, spowodowany proporcją zarobków do kosztów mieszkań, powoduje, ze często naprawdę dobrzy uczeni nie podejmują wysiłku przenoszenia się do znanych krajowych ośrodków na drugim końcu kraju, bo w naszych warunkach oznacza to życie na kartonowych pudłach w wynajętym pokoju niemal do emerytury. Zdaje się, że takie również czołowe uniwersytety, jak UW czy UJ, nie przydzielają mieszkań nawet profesorom, mylę się?
W tej sytuacji niektóre oddalone uczelnie MOGĄ mieć naprawdę dobrych naukowców na stanie, kwestią jest, czy te uczelnie to doceniają i czy ci uczeni mają możliwości zbudowania silnych naukowo zespołów i czy uczą się u nich dobrzy studenci.
UW ma "Dom Pracownika Naukowego" i "obiekt hotelowy Sokrates". Standard tragiczny (bloki z lat 70tych), da się dostać tam mieszkanie (dwa pokoje z kuchnią i łazienką: 40 m2), ale nie jest łatwo. Ja zawsze staram się tam wsadzać moich postdoków, jakoś 2 lata przetrzymają ;). Jest za to bardzo tanio, ok. 1000 za miesiąc. Wiem jednak, że są profesorowie, którzy mieszkali tam wiele lat, oszczędzając w ten sposób na własne mieszkanie lub wkład własny do kredytu.
@Marcin
Bardzo dawno temu, kiedy robilem doktorat, staralem o miejsce w takim "akademiku dla doktorantow" na UW, ale nie mialem zadnych szans. Juz nawet nie pamietam, jakie bylo oficjalne uzasadnienie uniwerku... Moja aplikacja nie byla sztuczna czy udawana; potrzeba byla prawdziwa i szczera. Ale nie udalo sie.
Natomiast ten problem wcale sie nie skonczyl i absolutnie nie dotyczy tylko Polski. Jesli beda mieli Panstwo okazje, to goraco zachecam, zeby porozmawiac z osobami, ktore dostaly pierwsze niezalezne pozycje na uniwersytetach w San Francisco albo w Londynie. To dopiero sa historie godne wsluchania sie.
Niektóre "wiodące" jednostki przy okazji IDUB pokazały, w jaki sposób promują jakość. Nie mam pewności, czy to właściwa droga.
Dopóki będzie monopol dofinansowania to taka sytuacja będzie trwać. Gdyby było kilka ośrodków dofinansujących konkurujących pomiędzy sobą, bo mają w tym korzyść realną, to jestem przekonany byłoby lepiej. Analizowaliście casusy wynalazców i naukowców, którzy zapisali się w annałach nauki? Co z tego wynika?
No, co wynika?
To co napisałem w pierwszym zdaniu. ;-)
Doświadczyłam czego bardzo podobnego. Kilka wniosków złożonych w kolejnych latach, i zerowa skuteczność. Ocena za każdym razem dość wysoka, ale jednak zbyt niska aby załapać się na finansowanie. Po 5 latach próbowania, zrezygnowałam, gdyż szkoda mi kolejnych miesięcy pracy, nad kolejnymi wnioskami, pracy za którą nikt nie płaci, kolejnych poświęconych na ten cel wakacji itp. Natomiast widać wyraźnie kanalizowanie strumienia pieniędzy w konkretne ośrodki. Raz nawet "odnalazłam" miejsce gdzie był realizowany grant o finansowanie którego się starałam, ja go nie dostałam, ale rok później ktoś inny napisał wniosek o prawie identyczny grant i go zrealizował. To już sprawa dla prokuratora, ale nie mam na to siły. Trzeba skupić uwagę na tworzeniu publikacji bez finansowania, bo przecież ocena naukowca opiera się na liczbie zdobytych punktów.
To może pani odpowie na pytanie, które zadałem panu Adamusowi: Gdyby ten wysiłek i czas włożyła pani po prostu w pracę naukową, ile to by było artykułów? Tak, mniej więcej.
PS. Istnieje takie słowo "naukowczyni"? Prawo do słowotwórstwa jest bardzo ograniczone i USAID nie ma na liście.
Pani profesorze PAN, nauka to nie jest skrobanie piórem po papierze. Nie da się robić badań (przynajmniej w naukach eksperymentalnych) bez pieniędzy.
W porządku, akceptuję ten pogląd. Ale domyślam się (być może myląc się), że uczelnia daje jakieś możliwości prowadzenia pracy naukowej, że ma te wszy i ten tyfus, by je zarażać (utkwiła mi w głowie ta piosenka Kelusa, przepraszam). Bo byłoby straszne takie postawienie sprawy: masz pensję i biurko a nauką się zajmiesz dopiero, kiedy sobie kasę na to załatwisz. W rozsądnym systemie granty powinny być wyjątkowym finansowaniem na wyjątkowe badania. Oczywiście - rozsądek między Bugiem a Odrą jest rara avis, zwłaszcza wśród rządzących.
"byłoby straszne takie postawienie sprawy: masz pensję i biurko a nauką się zajmiesz dopiero, kiedy sobie kasę na to załatwisz"
Dokładnie tak to działa, nie wiedzą Państwo?
Właściwie to wiem ale miałem nadzieję, że gdzie indziej może jest lepiej. Wiem, taka naiwność w tym wieku jednak kompromituje.
@Profesor PAN
Nie wiem, czy to jest rownie szokujace, czy nie, ale w Wielkiej Brytanii rowniez dziala to wlasnie dokladnie tak samo: zero 'core funding'. Tylko, jak sie zdobedzie pieniadze z zewnatrz da sie robic jakies badania.
Dlatego tez pisalem juz tutaj kiedys, ze systemy niemiecki lub francuski wydaja sie robic znacznie lepszy uzytek z pracownikow naukowych, z ich potencjalu i doswiadczenia, niz system brytyjski.
W połączeniu ze skutecznością starań o granty w okolicach 10% daje to taki efekt, że zatrudnia się pracowników, by brali pensję, puszczali bąki w stołek i się stresowali. Może znajdzie się ktoś, kto będzie bronić takiego systemu.
@Profesor PAN
W Wielkiej Brytanii ta skutecznosc oficjalnie oscyluje w okolicach 20% (dla UKRI), ale przy 40 - 50% aplikacji, ktore sa oceniane przynajmniej jako bardzo dobre, odmowy sa naprawde trudne do przelkniecia. Odpowiedz UKRI streszcza sie mniej wiecej do tego: "wlasciwie nie mozna ulepszyc tego proposalu, bo jest swietny, ale nie pieniedzy na to nie damy".
Jedna wazna cecha tego systemu: nie ma 're-submissions', ktore sa dopuszczane na przyklad w Stanach.
Tak.
Regularnie pojawiaja sie pomysly o zostosowaniu loterii po skrotowej ocenie proposali, bo obecnie niby loteria to nie jest, ale..... jednak tak, jakby byla.
:-)
Koleżka mój jako nowy naukowiec w instytucie PAN dostał pusty pokój i maszynę do pisania. (pokojów akurat mieli sporo). Kiedy zaś zgłosił, że zamierza z właśnie otrzymanego indywidualnego grantu kupić do pracy komputer, został poinformowany, ze "my nie popieramy sobkostwa" i że jego komputer zostanie umieszczony w ogólnodostępnej komputerowej komnacie do użytku dla wszystkich. Robotę rzucił. Było to ładnych kilka lat temu, ale jakoś mi się zapamiętało.
Ile teraz kosztuje komputer? Dwa tysiące złotych? Mam jeden nawet przyzwoity w pracy ale głownie korzystam z domowych, ten w pracy służy do podłączania się do firmowych baz danych.
Ależ dokładnie tak jest jak Pan pisze! Naukowiec w instytucie panowskim ma pomieszczenia i czasem meble i biurka (najczęściej dziedziczy je po poprzednim użytkowniku pomieszczeń :-)). Dotacja statutowa wystarczy na opłacenie poczty, może zakup podstawowego oprogramowania komputerowego, papieru do drukowania itp. Naliczana jest w zależności od wielkości zespołu więc zespoły małe mają niewiele pieniędzy. Wszystko kupuje się z grantów, od których jest przecież haracz dla instytutu. Naukowiec jest od przynoszenia w zębach pieniędzy i robienia wspaniałej nauki a instytucja łaskawie mu to umożliwia. Wiele sprzętów jest kupowane z grantów właśnie - PCR-y, mniejsze mikroskopy, kriostaty. Duże, światowej klasy sprzęty instytuty kupują od wielkiego dzwonu, jeśli uda się wyszarpać jakieś pieniądze od ministra.
Niestety Instytuty PAN mają bardzo mało środków dlatego komputer i podstawowe opragramowanie jest kupowane z grantów. Brak grantów sprawia że niektore osoby nie mają na czym pracować ani nawet pisać. Znam pracowników naukowych, którzy kupują odczynniki z własnej pensji aby dokończyć doświadczenie.
Moje meble są ze śmietnika. Znaczy - nie z takiego śmietnika pod blokiem tylko lepiej traktowani dostawali nowe meble a stare wystawiali na korytarz i tego udało się coś skompletować, nawet nie jest specjalnie odrapane. Pewnie z lat 90-tych bo taka stylistyka. Komputer nawet dostałem tylko monitor musiałem sobie sam kupić. No i krzesło, bo to instytutowe się rozleciało a na nowe nie było fuduszy.
Z mojej dyscypliny (dużo aparatury): jeszcze 5-10 lat temu dało się tak pracować. Obecnie dostępne z dotacji statutowej pieniądze przestają nam wystarczać na samo podtrzymanie funkcjonowania aparatury, a bez grantów prowadzenie jakichkolwiek badań jest już w zasadzie niemożliwe.
Dotacja statutowa wyniosła w moim zakładzie (nauki medyczne) w tym roku 8000 zł. Starczy na papier i przeglad ultrawirówki. Całkowity brak środków na cokolwiek. Granty są wysoko punktowane w konkursach ale niestety nie otrzymują finansowania.
Mnie głodzono już w latach 80-tych. Takiej fobii nabrałem, że nie pojadę na konferencję, jeśli organizatorzy nie zapłacą choć wpisowego.
A ja bym odpowiedział. Miałbym dużo więcej pieniędzy i napisałbym że dwa trzy review o niczym do płatnych czasopism z grupy MDPI byle tylko miałem 100 MEIN I TYLE!. System grantowy jak i doskonałość naukowa to słowo klucz które ukrywa zwykle znajomości. Dla mnie najważniejsze pytanie to takie co z tych badań ma podatnik? Moim zdaniem zwykle nic. To że pchnie się do przodu wiedzę w naukach podstawowych. Super i z niej skorzystają Amerykanie lub Chińczycy.......
Terapia genowa w USA dystrofi mięśniowej Duchenne dla jednej osoby to koszt ok. 16.5 mln zł. Polskie granty 48 mce oscylują w granicach max. 4 mln zł. Agencje finasujące badania nie oferują środków które na opracowanie takich terapi wystarczają. Dodatkowo jeśli ambitny naukowiec zyskuje finansowanie raz na 5 -10 lat to mimo że pisze dużo grantów to i tak do niczego to nie prowadzi jeśli nic nie otrzymuje finansowania.
W dziedzinach eksperymentalnych czy przyrodniczych do napisania artkułu niezbędne są dane i wyniki, których otrzymanie jest kosztowne. Więc wysiłek włożony w uzyskanie dofinansowania jest wysiłkiem poprzedzającym wysiłek napisania publikacji. Nie "zamiast". Jaką Pan Profesor PAN reprezentuje dziedzinę, jęli wolno spytać?
PS. Język jest tworem żywym, dostosowującym się do otoczenia, opisującym otoczenie ale i wpływającym na nie.
Pogranicze informatyki, matematyki i kilku nauk stosowanych. Nie zarażam wszy tyfusem, nie detonuję ładunków wybuchowych, nie daję pacjentom pigułek, za to prowadzę rachunki na papierze i na komputerze. Mam kilka komputerów o wystarczającej mocy, wszystkie potrzebne programy i dostęp do baz danych. Grantów nie potrzebuję a występowałem o nie w przeszłości tylko dlatego, że brakowało mi pieniędzy. Teraz mi nie brakuje, więc nie marnuje na bzdury tego czasu, który mi jeszcze pozostał.
Prawo do tworzenia nowych słów prof. Hugo Steinhaus nadawał tylko poetom, dzieciom i uczonym czyli tym, którzy tworzą nowe pojęcia, słowo to nic więcej niż ubranko dla pojęcia. Prawa tego nie mają agencje rządowe w rodzaju USAID i opłacani przez nie tzw. aktywiści.
1) Często obserwuję wśród eksperymentalistów skręcanie w stronę modelowania właśnie ze względu na koszty. Komputer to tanie narzędzie w porównaniu z różnymi układami pomiarowymi. Natomiast bądźmy szczerzy modelowanie nie tworzy nowej wiedzy co najwyżej nowe hipotezy do sprawdzenia.
2) Po I wojnie światowej mieliśmy wysyp feminatywów, ale komunizm to zabił. Język polski jest bardzo zmaskulinizowany. Akurat słowo naukowczyni brzmi dość zręcznie i nie ma innego znaczenia więc czemu je tępić - dla zasady? Czyli kreatywność ma być zarezerwowana tylko dla dzieci? Szkoda...
W mojej dziedzinie komputer wystarczy, danych dostarcza świat, ale jest prawdą, że jest ona specyficzna i nie rości sobie prawa do narzucaia innym standardów. Chciałem tylko wskazać, że istnieją nauki empiryczne, które przy tym nie są eksperymentalne.
W kwestii języka: słowo 'naukowiec' jest już paskudne (nałóg owiec) a 'naukowczyni' to najgorszy potworek, jaki może stworzyć tępy polski fagas amerykańskich urzędników. Istniało piękne polskie słowo 'uczony', które znaczyło to samo i miało feminatyw, choć moim zdaniem ładniej brzmiało w formie męskiej, nawet w odniesieniu do kobiet. Ona jest uczonym...
Możemy dyskutować, kto ma prawo tworzyć nowe słowa, ale jeśli je damy urzędnikom i to jeszcze obcym, nic dobrego z tego nie wyniknie.
"Uczony" oraz "uczona" wydają mi się bardzo stosowne.
Problem się pojawi jak świat przestanie dostarczać danych i zaczniemy żyć wyłącznie w świecie halucynacji komputerów. To się moim zdaniem już dzieje. Vide ostatnia nagroda Nobla z chemii oparta de facto na mrówczej pracy wielu eksperymentalistów poddanej biegłej (nie neguję) analizie statystycznej.
Co do słowotwórstwa to może być tak, że mózg odbiera jako ładne to do czego się przyzwyczaił. Przyznam, że nie wiem o co chodzi z obcymi urzędnikami, spróbuję doczytać.
Dokładnie. Sprzedawczyni nie budzi obiekcji, a naukowczyni już tak. Do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić.
A proszę mi wyjaśnić - dlaczego pani koniecznie chce podkreślać płeć jakiejś pani profesor czy pani doktor? Uważa pani, że w jakiś sposób praca naukowa wykonywana przez kobiety różni się od tej męskiej, jest jakoś bardziej czy mniej prawdziwa? Chętnie bym się coś dowiedział, bo moje 45 lat doświadczenia w nauce nie wskazuje na jakąkolwiek różnicę. W kamieniołomach istotnie jest różnica pracy kobiet i mężczyzn ale nie w nauce.
A poza tym - sprzedawczyni to feminatyw od sprzedawcy, to słowo o innej strukturze. Naukowiec nie ma naturalnego feminartywu, poza tym samo to słowo jest tak koszmarne, że lepiej go nie używać.
Tak. Ale czy słowo "uczony" lepsze (poza dłuższą tradycją używania)? Wynika z niego tylko, że jakiś człowiek był nauczany czegoś, ale już nie wynika, czy się nauczył :-)
Problem się pojawi jak świat przestanie dostarczać danych i zaczniemy żyć wyłącznie w świecie halucynacji komputerów. To się moim zdaniem już dzieje. Vide ostatnia nagroda Nobla z chemii oparta de facto na mrówczej pracy wielu eksperymentalistów poddanej biegłej (nie neguję) analizie statystycznej.
Co do słowotwórstwa to może być tak, że mózg odbiera jako ładne to do czego się przyzwyczaił. Przyznam, że nie wiem o co chodzi z obcymi urzędnikami, spróbuję doczytać.
Świat będzie dostarczać dane, jak długo będzie istnieć. W mojej dziedzinie nie robi się eksperymentów, bo się nie da, to jest jej słabość.
A w kwestii języka: to żadna tajemnica. Sensowne i bezsensowne feminatywy promowały różne organizacje, które zupełnym przypadkiem zaczęły piszczeć, kiedy Donald Trump wstrzymał finansowanie USAID. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by pokojarzyć fakty.
Przyczyną nepotyzmu i kumoterstwa jest mechanika kwantowa....
... zwłaszcza, gdy się rozważy wartości własne operatora pędu do rozwoju naukowego... ;=) ;=)
Zdziczenie widać wszędzie nie tylko w sądach.
Uniwersytet Opolski ma bardzo rozbudowane biuro nauki i obsługi projektów, które ma pomagać min w przygotowaniu wniosków grantowych. Byłem i widziałem. Nigdy nie spotkałem się z tyloma pracownikami w podobnych działach w mniejszych jednostkach. Więc nie rozumiem skąd te żale odnośnie pisania wniosków pana profesora. Ja również pracowałem w małym ośrodku ale nie mielismy biura które z nami tworzyło by wnioski grantowe tylko sami je pisaliśmy a nasz dział nauki ograniczał się tylko do formalnych spraw i składał się z 5 osób. Uniwersytet Opolski ma bardzo rozbudowane biuro więc może czas zagonić ludzi tam pracujących do pracy skoro jedynym z istotnych aspektów tego biura jest pomoc w pisaniu wniosków grantowych.
Tu nie chodzi o to kto pisze grant, ale kto go ocenia
Pytanie po co mamy finansować z publicznych pieniędzy słabe ośrodki że słabymi naukowcami, skoro moglibyśmy przerzucić te środki na dalsze ulepszanie najlepszych. Akademii, jako wyjątkowi od reguły, moim zdaniem sprzyja centralizacja.
Często ludzie najzdolniejsi pracują w małych ośrodkach, oto przyczyna.
Czy lista dyskusyjna jest cenzurowana?
Jestem świeżo upieczonym doktorem. Poddaję pod dyskusję temat czy posadę na prowincji w zakresie urzędu lub uczelni lub inne profity n.p. grant można uzyskać tylko pod warunkiem współpracy agenturalnej z policją polityczną. Od razu uprzedze że odpowiedzi na to pytanie nie podają na uczelni.
Jest tez proste, wrecz okhamowe, wyjasnienie. Male osrodki sa po prostu slabsze i zatrudniaja gorszych naukowcow. Wiadomo czemu Autor temat ignoruje - Opolu do czolowki duzo brakuje, mimo swiatowej klasy naukowcow z Indii.
Ciekawe tez skad wyspecjalizowana komorka uniwersytecka... wyspecjalizowana w pisaniu zlych grantow, skoro tyle Panstwu odrzucaja?
W jednej recenzji jej autor wprost napisał do mnie, że badania ciekawe i precyzyjnie zaplanowane, że autor wniosku reprezentuje uczelnię, ktora zdaniem recenzenta nie gwarantuje realizacji zadań badawczych, więc uwala wniosek.
Wtedy juz nie mozna bylo odwolywac sie od decyzji recenzentow i ekspertow, nawet jesli tresc recenzji byla jawnie dyskryminująca.
Z drugiej strony konkursy to chyba najlepszy (chociaż ulomny) ze sposobow przydzielania finansowania.
Ciekawe podejście. Recenzent odchodzi już od oceny pozycji i możliwości naukowych autora projektu na rzecz recenzowania całego uniwersytetu. Mimo, że to nie uniwersytet będzie wykonywał projekt, tylko autor projektu z dobranym przez siebie zespołem wykonawców, uniwersytet zaś będzie dawał pomieszczenie, sekretariat i konto bankowe do przekazywania środków. Czyżby recenzent uważał, że pokoje są tam za małe, sufity za niskie?
Zawsze można odwoływać się od treści recenzji, jeśli coś z tą treścią jest nie tak. Na przykład, jeśli jest nierzetelna. To jest błąd formalny eksperta, jeśli pisze bzdury.
tylko grant musi dojść do recenzji, tymczasem Komisja uwali wstępny opis, aby przeszły do etapu recenzji te co trzeba.
W jednej recenzji jej autor wprost napisał do mnie, że badania ciekawe i precyzyjnie zaplanowane, że autor wniosku reprezentuje uczelnię, ktora zdaniem recenzenta nie gwarantuje realizacji zadań badawczych, więc uwala wniosek.
Wtedy juz nie mozna bylo odwolywac sie od decyzji recenzentow i ekspertow, nawet jesli tresc recenzji byla jawnie dyskryminująca.
Z drugiej strony konkursy to chyba najlepszy (chociaż ulomny) ze sposobow przydzielania finansowania.
Patrząc przez pryzmat firmy doradczej od ponad 20-lat obserwuję "grantologię" i beznamiętne wysysanie pieniędzy publicznych idące w miliardy złotych na badania które są pompowane kosztowo i terminowo do granic absurdu. Przykład coś co przedsiębiorca mogby zamówić u innego przedsiebiorcy za 200 tys zł i uzyskac efekt w postaci dzialajacego prototypu urzadzenia w ciągu 6 miesiecy, po "obowiązkowym" narzuconym przez wymogi konkursie unijnych włączeniu w to uczelni kosztuje 2 mln zł i trwa 3 lata. Gdzie jest sens ? Druga sprawa Ci naukowcy na samym dole którzy mogliby coś zrobić i tak są przez system rozdziału tych środków które płyną do uczelni są tak traktowanì że po zabraniu swojej doli przez Rektorat, Wydział, Katedrę, kierowników, towarzyszy w Zespole którzy tylko "są bo są" dostaje 1/14 wynagrodzenia. Gdzie tu sens? Trzecia i ostatnią sprawa- najważniejsza- jaki jest realny rezultat dla gospodarki z tych miliardów które pochłonęły te badania ? ile jest projektów które po przeprowadzeniu tych przesądzonych kosztowo działań naprawdę zwróciły się i zarobiły na siebie lub coś ludziom narawde pomogly, rozwiazaly jakiś problem? . Realnie może 1 - 5% - reszta to "pic na wodę " oszustwo "półkowniki" , branie na siłę przedsiębiorców aby pomagali tą fikcję rozliczyć, byle by wskaźniki rezultatu projektów się zgadzały. Gdzie tu sens? Dla mnie to zwykła patologia . Dlatego jesteśmy niekonkutencyjni , rozdawnictwo kwitnie byle więcej zgarnąć dla uczelni na pseudobadania i samemu wyciągnąć jak najwięcej . Jesteśmy skazani na reformę jak u Muska... któregoś pięknego dnia ktoś się temu przyjrzy i te struktury musi rozwalić. Może Rafał Brzózka szef Inpostu by się nadawał?
@Okiem firmy doradczej
Mysle, ze poruszyl Pan wazny temat.
Rzeczywiscie, jest tak, jak Pan pisze: "Przykład coś co przedsiębiorca mogby zamówić u innego przedsiebiorcy za 200 tys zł i uzyskac efekt w postaci dzialajacego prototypu urzadzenia w ciągu 6 miesiecy, po "obowiązkowym" narzuconym przez wymogi konkursie unijnych włączeniu w to uczelni kosztuje 2 mln zł i trwa 3 lata."
Otoz chodzi o to, ze uniwersytety oraz instytuty, w ktorych prowadzi sie badania podstawowe nie maja na celu tworzenia "dzialajacych prototypow" dowolnych urzadzen. Naukowcy pracujacy w tych miejscach generalnie maja sie zajmowac odkrywaniem tego, jak dziala swiat wokol nas. Wiekszosc naukowcow nie jest zainteresowana produkcja "dzialajacych prototypow" czegokolwiek. Od tego sa przedsiebiorcy, firmy prywatne, przemysl.
Tak wiec nie nalezy od naukowcow oczekiwac tego, ze zaczna produkowac "dzialajce prototypy". Natomiast mozna i nalezy oczekiwac od nich zrozumienia i wyjasniania nam wszystkim tego, jak to wszystko dookola nas dziala.
Dla ilustracji tego, o czym pisze podam przyklady tytulow paru publikacji z przedwczorajszego Nature:
The bulk motion of gas in the core of the Centaurus galaxy cluster
Millihertz oscillations near the innermost orbit of a supermassive black hole
Earliest short-tailed bird from the Late Jurassic of China
C-terminal amides mark proteins for degradation via SCF–FBXO31
Nie sadze, zeby te odkrycia dalo sie natychmiast bezposrednio zastosowac w przymysle lub na ich podstawie opracowac od razu nowa technologie lub leki. Ale wnosze, ze sa one interesujace, wazne i popychaja nasze wiedze do przodu - zwykle nie jest latwo opublikowac wyniki swoich badan w tym pismie.
Wazne jest aby zdawac sobie sprawe z tego, jak odkrycia w naukach podstawowych przekladaja sie potem na rozwoj technologii. Jak zachodzi ta translacja. Jak to sie dzieje, ze jakis przedziwny mianiak-naukowiec, ktory strasznie chce sie dowiedziec, jak meduzy swieca pod woda, odkrywa bialko za to swiecenie odpowiedzialne, i pozniej zastowanie tego w nauce jest tak niezwykle istotne, ze ten odkrywca dostaje za to Nobla, a technologii wykorzystujacych to bialko sa przynajmniej setki, jesli nie tysiace. Jakim sposobem z jakiejs niszowej dziedziny mikrobiologii, w ktorej naukowcy badaja jak bakterie bronia sie przed bakteryjnymi wirusami, wychodzi nagle technologia, ktora posluzy do modyfikowania genomow w komorkach czlowieka.
Warto rozumiec te mechanizmy interakcji badan podstawowych z rozwojem technologii i przemyslu.
"Otoz chodzi o to, ze uniwersytety oraz instytuty, w ktorych prowadzi sie badania podstawowe nie maja na celu tworzenia "dzialajacych prototypow" dowolnych urzadzen."
Różnie bywa, ja na przykład mam. I zawsze, kiedy chciałem coś zrobić dla firmy za pośrednictwem instytutu, słyszałem, że mnie chętnie zatrudnią ale po co ten instytut? W USA, Niemczech i pewno innych krajach robią to mądrzej - rektorat, wydział i katedra nie dostają od firmy ani grosza a czasem nawet jeszcze coś im płaci państwo, bo współpraca z przemysłem dla uczelni jest korzystna per se.
@Profesor PAN
Jesli start-up, ktory rzeczywiscie zaczal sie na uniwersytecie, korzysta z pomocy uniwersytetu aby rozkrecic jakis pomysl w kierunku komercjalizacji, to o ile zakonczy sie to sukcesem, firma bedzie placic uniwersytetowi tyle, na ile sie umowili. Niezaleznie od tego, start-up moze rzeczywiscie dostac pieniadze ze zrodel rzadowych (w Wilekiej Brytanii na przyklad z UK Innovate), ale to zwykle nie sa duze pieniadze.
Dobrze jest, kiedy z uniwersytetow wychodza firmy, aby wprowadzac do przemyslu pomysly, ktore sie na tych uniwersytetach urodzily. Jednak tak naprawde to misje uczelni i firm komercyjnych sa inne. Tak wiec start-up - dobrze, trzeba zaczac, trzeba pomoc, ale pozniej "do widzenia", jesli wszystko dobrze idzie. Firma sie uniezaleznia.
Naprawde etos uczelni, dazenie do zrozumienia swiata, to jednak jest co innego, niz zadania firm ktore generalnie daza do zarabiania pieniedzy. Transfer wiedzy jest bardzo wazny, powinno sie do niego zachecac i powinno sie go zauwazac i nagradzac (np. w czasie ewaluacji), ale to nie jest glowna misja uczelni oraz instytutow, ktore zajmuja sie badaniami podstawowymi.
To jest właśnie ta niema część systemu, która umożliwia trzymanie finansowania nauki na ogólnie niskim poziomie. Dla większości tylko środki, które zapewnią bieżące funkcjonowanie, czyli kształcenie i przesiew doktorantów. A ci lepsi, którzy w procedurze grantowej potrafią uzyskać finansowanie, dostają pieniądze nie tylko na sam projekt, ale dodatki do śmiesznie niskiej pensji, dodatki dla swojej grupy badawczej i administracji, no i pieniądze na koszty pośrednie uczelni. Dlatego te środki są tak rozdmuchane względem prywatnego sektora. Ich celem jest nie tylko realizacja projektu, ale "znormalizowanie" kulawego systemu, żeby jednak trochę tych bardziej wybitnych jednostek w tej nauce zostało. Więcej grantów, więcej dodatkowych środków uczelni do wypłacania dodatków motywacyjnych, wyższe pensje względem minimów ustawowych i tym samem lepsza sytuacja w ściąganiu bardziej wykwalifikowanych naukowców.
W latach 2012-2019 brałem udział w realizacji trzech projektów NCN. Najbardziej znamienny wydaje mi się przykład projektu z 2015 r. Projekt początkowo został odrzucony na I etapie. Wtedy można było jeszcze pisać odpowiedź na recenzję. W dość ostrych słowach udowodniliśmy, chyba dobitnie, że recenzent nie ma fioletowego pojęcia o czym pisze.
Ostatecznie projekt został zakwalifikowany do finansowania z trzecią lokatą na liście rankingowej.
Po 2019 roku próbowaliśmy jeszcze dwa razy. Opinie recenzentów były na podobnym poziomie, ale już możliwości odpowiedzi na nie nie było.
Dziękuję, wystarczy.
Właśnie brak możliwości odpowiedzi na recenzje czyni pisanie grantu syzyfową pracą.
Szczególnie spodobała mi się ocena: "realizacja projektu nie będzie miała znaczenia dla nauki światowej".
Tu nawet pola do dyskusji specjalnie nie ma, takim argumentem można uwalić każdy projekt.
Dokładnie i jeszcze przekładanie wymagań z innych grantów. Kilkukrotnie składałam Miniaturę i za każdym razem brakowało mi 2-3 pkt. pomimo, że cały projekt i jego idea były wysokopunktowane, ale główny zarzut polegał na tym, że nie miałam dotąd grantu i z pewnością nie poradzę sobie z kierowaniem zadania badawczego. Hmmm a czy właśbie ten program grantowy, dedykowany młodym naukowcom, przypadkiem nie powinien być "trampoliną" do znacznie poważniejszych badań?
Powinien. Ba, warunkiem uczestnictwa jest właśnie to, że nie realizowało się wcześniej żadnego projektu NCN jako kierownik. Dziwaczne. Tym bardziej, że w Miniaturze, o ile dobrze pamiętam (brałem udział na samym początku), zadanie badawcze nie jest przesadnie skomplikowane, bo i środki nieduże.
"Strumień pieniędzy [z NCN] nie poszedł jednak równomiernie do polskich ośrodków akademickich".
Ten strumień nie jest przeznaczony na statutową działalność dydaktyczną, gdzie przydział środków jest ustalany na podstawie liczby studentów, lecz na indywidualne projekty naukowe, które podlegają recenzowaniu. Nawet jeśli przyjmiemy jako pewnik niedoskonałość procedury oceny wniosków (z czym się zgodzę również na podstawie własnych doświadczeń), to postulat, żeby wszystkie "ośrodki akademickie" dostawały równą liczbę tyle samo kosztujących indywidualnych projektów badawczych (lub też przyznawano im je na podstawie proporcji składalności), wydaje się niezbyt racjonalny i to z kilku powodów na raz. Koniecznie je wyliczać?
Natomiast czym innym byłoby poważne zwiększenie dotacji statutowej na badania, która rzeczywiście mogłaby być przydzielana w jakimś stopniu proporcjonalnie (bo też nie równomierne przecież, to arytmetyka). W takiej sytuacji granty ze źródła zewnętrznego byłyby dodatkowym źródłem finansowania poważnych badań, a nie de facto warunkiem prowadzenia na uniwersytecie sensownej działalności naukowej w ogóle.
"Czym innym byłoby poważne zwiększenie dotacji statutowej na badania, która rzeczywiście mogłaby być przydzielana w jakimś stopniu proporcjonalnie. W takiej sytuacji granty ze źródła zewnętrznego byłyby dodatkowym źródłem finansowania poważnych badań, a nie de facto warunkiem prowadzenia na uniwersytecie sensownej działalności naukowej w ogóle."
I to byłoby z grubsza najrozsądniejsze rozwiązanie tylko jakoś nikt na nie nie potrafi wpaść, przynajmniej ci u władzy.
Prawdopodobnie dlatego, że korekta systemu we wskazanym przeze mnie kierunku byłaby zobowiązaniem do stałego finansowania na określonym poziomie, wyższym niż obecnie. Natomiast na granty NCN w każdej chwili można po prostu nie dać, jak tylko pojawi się "ważniejsza potrzeba". Fakt, że obecny system jest mniej wydajny i przez swą nieprzewidywalność zniechęca do większego zaangażowania, stanowi koszt, który dotychczasowe rządy gotowe były ponosić.
Szanowny Autorze artykułu.
Już odnośnie reformy Kudryckiej mówiłem w swoim prywatnym gronie (ale pewnie znajdą się osoby, które to pamiętają), po co jest to organizowanie polskiej nauki na, bardzo ładnie brzmiących, zasadach konkurencyjności. W naszym wydaniu oznacza to, że państwo może sobie łatwo obniżyć finansowanie nauki, jak chce. Jak zechce to do 50% potrzeb, jak zechce, do 12% potrzeb, jak zechce to i do 10% i 5%. Przy czym każdemu indywidualnie, jeśli zacznie protestować, można powiedzieć, że przegrał rywalizację, odpadł w równej walce na obiektywnych zasadach, że był po prostu słabszy. To jest zresztą poniekąd to, co Pan słyszy tu w niektórych komentarzach. Choć jaka to uczciwa rywalizacja, to dzisiaj, po latach, wszyscy wiedzą.
Gorzej, jak się przyjrzymy, jak Pan, nie indywidualnemu przypadkowi, ale prostej statystyce. No, oczywiście, że jest coś nie w porządku. Mówienie, że duże ośrodki są po prostu lepsze, będzie coraz mniej przekonujące. Jasne, że pozostali jeszcze w systemie ludzie wybitnie uzdolnieni, jest ich pewnie jeszcze sporo, ale już bałbym się powiedzieć, że większość. A że lepsi studenci idą do wielkich miast .... I tak dzisiejszy habilitant wie nieraz mniej od magistra z lat 90-tych.
Chyba właśnie tak to powinno wyglądać. Budowanie nauki wokół największych, najlepszych ośrodków. W takim otoczeniu jest większa konkurencja, ale też więcej okazji do kontaktów z osobami, które mają duże doświadczenie z pozyskiwaniu grantów. Gdyby system funkcjonował sprawnie, to headhunterzy powinni pozyskiwać najlepszych naukowców z mniejszych ośrodków do większych, oferując lepsze warunki pracy. W Polsce często fiksujemy się na idei mieszkania w jednym miejscu, stąd brak legendarnej NCNowskiej "mobilności", natomiast w Stanach przenoszenie się z mniejszych ośrodków do większych jest dość powszechne.
Jeżeli autor w ciągu 10 lat złożył 10 wniosków, każdy z innego tematu, to nie jestem specjalnie zaskoczony brakiem sukcesu. Jeśli natomiast skupiłby się na jakiś zagadnieniu i dopracował wniosek po odrzuceniu, to uzyskanie finansowania dla 3 idei w ciągu 10 lat wydaje się bardziej realne.
O matko! Head-hunterzy z uczelni badawczych szukający talentów w małych, regionalnych ośrodkach… W rzeczywistości w IDUB-ach wszyscy trzymają się pazurami stołków i bacznie rozglądają, czy ktoś nie chce ich podsiąść :)
Może nieco przesadziłem, bo nie wiem dokładnie kto się tym zajmuje. Może dziekan? A z drugiej strony jak się pojawia otwarta oferta z większego uniwersytatu, to osoby z mniejszych ośrodków same startują.
Drogi KB, zapewniam, że „otwarte oferty” w IDUB-ach są baaardzo precyzyjnie sformułowane. Tak to ujmę delikatnie, z ostrożności procesowej :) Wystarczy poczytać te płody geniuszu rekrutacyjnego zamieszczone na ministerialnej „tablicy ogłoszeń”.
Pracowałem kilka lat w Stanach i tam główne kierunki mobilności są następujące:
- najlepsi uczniowie szkół średnich dostają stypendia i studiują na najlepszych uniwersytetach w danym stanie
- najlepsi absolwenci tych uniwersytetów, jeśli są zainteresowani karierą akademicką, robią doktorat w topowych uczelniach (Ivy League, Caltech, inst. Scripps'a, etc.)
- z nich (i tylko z nich) rekrutują się kadry wszystkich uczelni badawczych; dostać pozycję assistant professora jest trudno, nawet po doktoracie u noblisty trzeba wysłać wiele podań i przyjmuje się pozycję w nie-topowym miejscu bez narzekania (ludzie po doktoracie ze średnich lub tylko dobrych miejsc nie mają z reguły szans)
- jeśli ktoś z nich osiągnie sukces i rozpoznawalność, może przenieść się jako profesor do topowej uczelni
Także generalnie wszystkie uczelnie badawcze, nawet mniejsze i mniej prestiżowe, mają dużą większość kadry po ok. 20 topowych uniwersytetach. Jeśli taki system byłby w Polsce, to na wszystkich uczelniach pracowaliby głównie ludzie po doktoratach z uczelni IDUB + dobrych inst. PAN (nawet z dużym przechyłem w górę rankingu IDUB).
A potem przyjeżdża Elon MUSK z RPA i robi karierę w poprzek tego co napisano powyżej
Elon Musk nie jest naukowcem, on zrobił karierę biznesową. Natomiast jego droga była tak jak opisano powyżej, szkoła stanowa (UPenn) -> topowa uczelnia (Stanford).
Gdyby amerykański system był tak hermetyczny jak w Polsce, to nikt by o Musku nie usłyszał. W RPA nie miałby nawet procenta tych możliwości. Dlatego warto ściągać talenty i inwestować w mobilność.
Elon Musk to tylko przykład. Poza tym gdyby miał czas to łatwo byłby naukowcem biorąc pod uwagę jego talenty informatyczne gdy był w młodym wieku.
Tak naprawde chodzi o to że podana powyżej analiza rozwijania talentów w USA to tylko jedne ścieżka których jest tam dużo więcej. Siła innowacyjności USA polega na istnieniu wielu różnych ścieżek awansowych.
Jeszcze raz dodaem tu.
NCN jest instytucją dziająca głeboko nietransparentnie, szczególnie w drugim etapie wniosków gdy NCN (poprzez opeikuna panelu) umieszcza wśród recnezentów sobie znane osoby niezbyt kompetentne ale wierne polityce grupy trzymajacej władzę w NCN. Jedyny sposób aby to zmienic to wymiana połowy składu NCN co 2 lata.
NCN zdaje sobie sprawę z tych krytyk więc wprowadził program Miniatura w którym brak drugiego etapu i zgrubsza tansparentność jest trochę lepsza.
Żeby taki system był w Polsce, to za pensję adiunkta trzeba by móc wynająć mieszkanie w mieście uniwersyteckim, choćby w przyczepie kempingowej, byle dużej. Nie erem jednopokojowy ze wspólną kuchnią z gospodarzami, tylko mieszkanie, w którym da się umieścić małżonka, dzieci i psa. Nie ma tego? Nie ma wspomnianego systemu. I tyle.
Jeśli faktycznie uczelnie pozyskiwałyby naukowców to wyobrażam sobie, że płaciłyby więcej niż najniższa stawka. Niemniej, najniższa stawka adiunkta to 7200 brutto, czyli jakieś 5000 zł na rękę. Zarówno w Warszawie jak i w Krakowie znajdzie się mieszkanie w tych pieniądzach, tak że nawet jeszcze zostaje na normalne życie.
Chyba, że mówimy o przypadku z poprzedniej epoki, gdzie jedna osoba utrzymuje rodzinę, trójkę dzieci i psa. Wtedy taka pensja prawdopodobnie nie wystarczy ani w Opolu, ani w Bydgoszczy, ani innym mniejszym mieście.
Pod Warszawą rzeczywiście znajdzie się mieszkanie zaczynając od 3000 pln plus oczywiście opłaty (za małe dwupokojowe). Zatem da się na upartego mieszkać w Ząbkach lub pod Raszynem, wydając na wynajem łącznie co najmniej 70% pensji netto adiunkta. Tylko że te pozostające 30% to jest bardzo mało, przynajmniej dopóki pensja nie wzrośnie dwukrotnie.
Zatem przenoszę się ze swojego Olsztyna lub Szczecina do Warszawy (umyślnie już nie piszę o małych ośrodkach, tylko o średniej wielkości miastach), żona/małżonek szuka pracy, powiedzmy znajduje, ale ponieważ to nie małżonek/żona poszli za dobrą ofertą, tylko my, partner zaś jest w sytuacji niejako przymusowej, to przeważnie znajdą gorzej płatną robotę niż mieli wcześniej. OK, do tego dwójka dzieci (w innym wątku ubolewaliśmy, że się uczeni nie rozmnażają, no to ci się rozmnożyli). Przyjmijmy, że nie ma psa.
No i teraz jest ta rodzina, cztery osoby, w dwóch małych pokoikach w sumie 45 metrów, rodzice zasuwają od zmierzchu do świtu, adiunktka bierze zewnętrzne zlecenia żeby utrzymać ten cyrk, mąż naszej adiunktki robi na kasie w Żabce, dzieci chodzą do szkoły w Ząbkach i wszyscy się modlą, żeby nie dostały się na studia, bo wtedy koszty już ich zabiją.
Ale to nie koniec. Teraz, drogi adiunkcie, pisz wniosek do NCN, pisz wniosek ERC, twórz wiekopomne dzieła, a w domu wal się wykończony na siennik, uprzednio zadawszy dzieciakom chloroformu, żeby się nie darły. Nie ma psa, więc przynajmniej nie trzeba go wyprowadzać.
To tak w skrócie. Owszem, TAK da się żyć i kupa ludzi tak żyje. Ale czy my nadal mówimy o typie, który ma być twórczy, odkrywczy, posuwać do przodu polską i światową naukę i technikę? Czy o facecie, który będzie tylko odwalał swoje osiem godzin przy taśmie?
Ja uważam, że to dalej nie są warunki do owocnej pracy naukowej dla uczonego z naukowym stopniem. Tak może działać asystent, doktorant, najlepiej samotny, który nie ma innych spraw na głowie niż rozwój osobisty, ale nie zaawansowany już fachowiec, od którego oczekuje się, jak to w Polsce, cudów. Jest to moja osobista opinia i być może przesadzam. Ale właśnie tak uważam.
@Marcin
Nie wszystko tak do konca sie zgadza w tym, co Pan pisze, ale z grubsza rzeczywiscie tak jest.
Natomiast prosze zwrocic uwage na to, ze w Europie dziala to wszystko troche inaczej. Wazne jest, zeby na koncu zbudowac system promujacy jakosc. Drog do tego celu jest wiecej, niz jedna. Ale ta jedna, ktora dziala, trzeba zidentyfikowac i wprowadzic w zycie.
Kto to zrobi?
"Piętnastopunktowa różnica we wskaźniku sukcesu, przy maksimum na poziomie 26%, pomiędzy uczonym z Mazowsza a tym z np. Opolszczyzny (w moim indywidualnym przypadku nawet większa), w perspektywie dwunastoletniego okresu, jest trudno wytłumaczalną dysproporcją w odniesieniu do przeciętnego, statystycznego badacza."
Jest bardzo prosta do wytłumaczenia: duze ośródki maja potencjalnie więcej dobrych studentów, którzy potem "zrobią"doktorat i zostaną naukowcami. Natomiast male ośrodki dostają często studentów z drugiej reki, tj. tych którzy w procesie rekrutacji nie dostali się na "lepsze uczelnie". Myślenie, że w takiej sytuacji współczynnik sukcesu będzie jednakowy dla każdego regionu jest po prostu naiwne.
Duże ośrodki to dostęp do lepszej aparatury i specjalistów na miejscu. To zapewnia znacznie większy komfort pracy.
Widzi Pan, tutaj trafnie dotknął Pan podstawowego problemu nauki w Polsce – braku mobilności, czyli chowu wsobnego.
Polska jest jednym z nielicznych krajów, gdzie można zrobić doktorat i od razu zostać naukowcem w tej samej jednostce (wyrobnikiem swojego szefa -często nawet jeśli ma się własny grant NCN). NCN niestety wspiera ten system (np. grant SONATA można otrzymać bez stażu zagranicznego), co prowadzi do sytuacji, w której dobrzy studenci często zostają przeciętnymi naukowcami.
Może warto zachęcać najlepszych doktorantów do przenoszenia się na inne uczelnie i zakładania tam zespołów badawczych, aby podnosić ich poziom? Czasami mniejsze ośrodki dysponują znakomitą infrastrukturą, ale – jak już wspominałem – nie jest ona wykorzystywana, bo brakuje środków na badania. To również patologia, że można kupić sprzęt za kilka milionów, który potem się marnuje.
No ale przecież ktoś, kto będzie chciał przenieść się z renomowanego ośrodka np. do Lublina, Białegostoku, i tak nie dostanie grantu z NCN...
Uwielbiam tę fetyszyzację mobilności. Naukowiec (na razie przyszły) ma zrobić magisterium w jednym miejscu, doktorat w drugim. Następnie odbyć pielgrzymkę po pięciu ośrodkach zagranicznych, a później wrócić do Polski i koniecznie zatrudnić się w miejscu, w którym jeszcze nie przebywał. Wprawdzie raczej się nie rozmnoży, ale za to dostanie szansę pracy za przeciętną pensję w ilościowym i całkowicie skompromitowanym systemie. Odnosząc się do wpisu Weroniki, warunkiem sine qua non rozpoczęcia kariery naukowej powinno być posiadanie mózgu i pomysłów, a nie chęć do prowadzenia życia nomada. Czy Państwo macie chociaż ślad naukowych dowodów na to, że mobilność sprzyja jakości badań? Skoro już w gronie naukowców rozmawiamy, to może warto by potraktować rozmowę poważnie, a nie na zasadzie "bo tak jest przyjęte" i "powszechnie wiadomo"? Dogmatyczność naprawdę tu nie pomoże.
jakiej mobilności? Jakiej? Tak, to są fetysze z czasów komuny, forsowane przez stare "profesorstwo", gdy dostanie się na "zachód" gwarantowało sukces, bo był dostęp do czasopism. Ja nie muszę nigdzie jeździć, do mnie przyjeżdżają, ja do nich, po prostu wsiadam w samolot i jestem za 1.5 godz w Cambridge. Napisałem grant szwajcarski z koleżankami z 3 krajów na Teamsach. Świat się zmienił. A w małym ośrodku - przecież Cambridge to małe miasteczko w uniwersytet to były klasztor franciszkanów na wsi, daleko od Londynu. Nie lokalizacja, duże małe miast, a kadra!
@Kopt
Co do latania do Cambridge, tego w UK, to niestety nie da sie tam doleciec z Polski w 1.5 godziny. Podroz tam zajmie wiekszosc dnia, jakikolwiek sposob podrozowania nie wybierzemy. Do tego drugiego Cambridge oczywiscie leci sie jeszcze dluzej. Ale to szczegol.
Istotniejsza sprawa dotyczy tej mobilnosci, w ktora Pan/Pani nie wierzy.
Nie wiem, czy rzeczywiscie jest to "fetysz z czasów komuny", ale jesli tak, to beda musialy sie go pozbyc takie organizacje, jak ERC czy tez brytyjskie instytucje rzadowe fundujace nauke (np. stypendia dla mlodych group leaderow), poniewaz one wyraznie preferuja naukowcow, ktorzy ta mobilnoscia moga sie wykazac.
I rzeczywiscie, ma to swoje uzasadnienie, poniewaz fundatorzy chcieliby, aby dobre zasady gry, dobre zwyczaje i metody pracy, byly przenoszone pomiedzy roznymi osrodkami naukowymi, i to dotyczy nie tylko metod pracy eksperymentalnej, ale rowniez szeroko rozumianej organizacji nauki.
Poza tym, przy zatrudnianiu nowych niezaleznych PIs zapobiega to dosyc groznemu zjawisku chowu wsobnego.
Jeszcze tylko dodam, ze Franciszkanie nie mieli raczej za duzo wspolnego z zakladaniem pierwszych college'y w Cambridge. Tamtejszy uniwersytet wyrosl raczej z tego, ze grupa uczonych uciekla z Oxfordu przed lokalna spolecznoscia, i czesc z nich trafila wlasnie do Cambridge.
Lokalizacja czołowych uniwersytetów np. angielskich vs. lokalizacja uniwersytetów w Polsce wynikała między innymi z tego, że łatwiej było dojechać dyliżansem, a potem koleją żelazną z Londynu do Cambridge, niż w analogicznym okresie z Krakowa do Nowego Sącza. Cambridge nie jest małym miasteczkiem z uniwersytetem, tylko potężnym środkiem akademickim z miasteczkiem dookoła. Natomiast małe miasteczka z czymś w rodzaju uniwersytetu to Rzeszów albo powiedzmy Krosno.
Praca w tym samym miejscu sprzyja obrastaniu w przyjaciół i wrogów. Zamiast skupiania się na pracy ludzie zaczynają się skupiać na polityce (jakkolwiek rozumianej). Podaję przykład tego jak mobilność pozytywnie wpływa na poziom nauki: USA, Niemcy (wymuszana do habilitacji włącznie). Oceniam poziom badań naukowych w tych krajach jako bardzo wysoki. Wszystko to wiadomo od bardzo dawna, żadne odkrycie. Mieszając się uczymy się nowego - to jak z mieszaniem genów.
A ja wyciągnę odwrotny wniosek z tego stwierdzenia. Praca w tym samym miejscu sprzyja obrastaniu w przyjaciół i wrogów. Z czasem człowiek ich rozpoznaje i uczy się postępować tak, by nie marnować czasu na politykę. A w nowym miejscu musi je rozpoznać, będzie też popełniać błędy i na politykę zmarnuje więcej czasu niżby chciał. I jak?
Ponieważ jesteśmy różni to i wnioski wyciągamy różne. Posłużę się zatem Pana wnioskiem i będę spać spokojnie ponieważ w takim razie nasza polska nauka jest jedną z lepiej zorganizowanych na świecie. Nie ruszamy się z naszych pokoików, jesteśmy najlepszymi naukowcami na swoim korytarzu co wprawia nas w dobry humor i wiemy kto nas podgryza więc nie musimy marnować czasu na dociekanie. Jest to dla mnie niezmiernie ciekawe podejście, ale czemu nie skoro się sprawdza...
Czy ja uważam, że nie powinniśmy się ruszać z naszych pokoików? Nigdzie tak nie napisałem i nie ma pani podstaw, by taką tezę mi przypisywać. Czy więc pani tak uważa? Pewnie też nie. Dlaczego więc napisała pani 'nie ruszamy się z naszych pokoików'? By wyolbrzymić, sparodiować i w sumie wykręcić to, co napisałem ja. To nie jest najlepszy obyczaj polemiczny, w sumie chyba rzeczywiście lepiej kopnąć w kostkę. Wiem, przez internet się nie da.
Jeśli chcą się skupić na polityce, to się skupią. Albo pójdą w zarządzanie, zamiast w badania. Mobilność tego nie zmieni. Wciąż to, co piszesz, to tylko przypuszczenie. Ja proponuję alternatywne - nauka w tych krajach jest na wysokim poziomie, bo finansowanie nauki jest tam na wysokim poziomie.
"Może warto zachęcać najlepszych doktorantów do przenoszenia się na inne uczelnie i zakładania tam zespołów badawczych, aby podnosić ich poziom?"
Prawdopodobnie tak, ale nie zapominajmy, ze doktoranci to młodzi ludzie, którzy mają rodziny i niekoniecznie mobilność (nawet krajowa) jest dla nich najlepszym rozwiązaniem.
Gotowość do mobilności to powinien być warunek sine qua non rozpoczęcia kariery naukowej, tak jak jest w służbowe zagranicznej. Osoby, dla których ważniejsza jest stabilizacja, powinny przechodzić do biznesu.
Byłem na kilku posdokach i nigdy nie spotkałem tam mężatek, a tym bardziej dzieciatych. Te, które były na posdokach, przypominały bardziej facetów, często także wyglądem. Pisanie, że mobilność to warunek konieczny kariery naukowej (też mi kariera, hehe) to nieporozumienie. Tak jak porównywanie roboty za minimalną do pracy dyplomaty. Widać, że niektórym nieźle wyprało to i owo.
"Gotowość do mobilności to powinien być warunek sine qua non rozpoczęcia kariery naukowej"
To jest tylko Pani zdanie, dogmatyczne twierdzenie. Mobilność nie musi wyrażać się wyjazdami długoterminowymi. Ja przykładowo nie odbytem stażu zagranicznego (jednorazowo dluzszego niz miesiac), ale regularnie realizuje wyjazdy badawcze korzystając z aparatury w na praktycznie całym świecie.
"Osoby, dla których ważniejsza jest stabilizacja, powinny przechodzić do biznesu."
A może powinnny zostać zakonnikami? Przestańmy wymagać niczego nie oferując. Bo wysyłanie kogoś na 2 letniego post doka mówiąc mu, że jak wróci to może dostanie etat jest co najmniej niepoważne. Prędzej będzie chciał się zaczepić gdzieś indziej, gdzie lokalna waluta ma jakąkolwiek siłę nabywczą w zachodnim świecie.
W taki właśnie sposób tracimy młode talenty: wymagamy mobliności, dogmatycznie zakładając że jest dobra. A z moich obserwacji wynika, że nie zawsze.
@Weronika
Tez mi sie tak wydaje.
Osoba, ktora wybrala sobie dziedzine ekperymentalna nie moze miec pretensji do systemu, ze oczekuje sie od niej, iz ma isc do labu i przeprowadzac eksperymenty. Takie oczekiwania przychodza razem z praca.
Naukowcy nie moga miec pretensji do systemu, ze oczekuje sie od nich, iz spedza znaczaca ilosc czasu na pracy za granica, lub przynajmniej w innych osrodkach w tym samym kraju.
Porównanie niefortunne. Jeśli uniwersytet w Radomiu zaproponuje mi mieszkanie w kampusie i pensję takie, jak choćby ambasada w Tiranie, rozważę propozycję. Na razie nie.
Do mobilność muszą być odpowiednie środki. Jeśli nauka oferuje niemal minimalna krajową i brak wsparcia przy relokacji, konieczność szukania lokum na start na własną rękę na wolnym rynku to nie ma szans na mobilność.
A nie odwrotnie? Przepracowałem 20 lat w biznesie i 30 w nauce (wiele lat jednocześnie w obu sferach) i to biznes kojarzę z szybkimi decyzjami i zmianami, nauka jest raczej miejscem refleksji i spokojnej analizy. Przerzucenie się z branży samochodowej na spożywczą a chwilę później do sektora finansowego jest dla biznesmena niczym specjalnym i wzbogaca go jako osobę (nie o pieniądzach piszę). Naukowiec goniący za modnymi tematami najczęściej niczego wartościowego nie stworzy.
Może warto byłoby się przyjrzeć zespołom eksperckim oceniającym wnioski w konkursach NCN – bliższa koszula ciału.
Temat ten został wyczerpująco wyjaśniony tutaj https://forumakademickie.pl/sprawy-nauki/rzetelna-analiza-czy-pozory-oceny/
Wszystko wyjaśnia właściwie jedno zdanie: "Oceny eksperckiej dokonują dwaj eksperci, którzy nie muszą być, i z reguły nie są, specjalistami w danej dziedzinie."
Rozumie pan? Na etatach "ekspertów" zatrudniani są ludzie, którzy pewnie nawet mają dobre intencje ale ekspertami nie są, przynajmniej w tym znaczeniu, jakie temu słowu nadają słowniki.
Ten cały NCN to jedna wielka pomyłka.
"W latach 2011–2023 złożyłem 10 wniosków badawczych do NCN, bez powielania wcześniejszych tematów, z zerowym wskaźnikiem sukcesu."
Nie wiem, czy autorzy tekstów z FA mają obyczaj dyskutowania na ich temat ale zaryzykuję i zadam pytanie: Gdyby ten wysiłek i czas włożył po prostu w pracę naukową, ile to by było artykułów? Tak, mniej więcej.
To może wyjaśnię. Jeszcze kilka lat temu w NCN wnioski pisało się po polsku, oceniali je polscy eksperci i recenzenci. To z tych czasów pochodzi mit o znaczeniu jednostki, z której pochodził badacz lub do której aplikował z grantem(taplaliśmy się we własnym sosie to absurdy tego typu się pojawiały). Odkąd wniosek jest po angielsku, w panelu ekspertów przewaga międzynarodowych uczonych, a wśród recenzentów to już w ogóle....to skąd jest wnioskodawca jest bez znaczenia!!!!Serio. Proszę zgadnąć dlaczego? Bo to nie ma dla tych ludzi znaczenia....Dodatkowo ludzie zwyczajnie zaczęli pisać lepsze wnioski, budują lepsze cv dobrymi publikacjami w obiegu międzynarodowym więc zwyczajnie konkurencja zrobiła się większa.
Proszę spróbować złożyć grant na UW albo UJ, jeśli projekt będzie słaby to afiliacja raczej panu nie pomoże. Może natomiast lepiej skontaktować się z osobami, które granty dostały, dać im wniosek, niech przeczytają, ocenią, doradzą.....będzie to bardziej efektywne niż tego typu marudzenie.
Ja też może wyjaśnię -ten tekst jest o statystyce, z liczbami trudno dyskutować.
Niestety, ale ja również nie rozumiem, dlaczego jest taka dysproporcja, nie jest to naturalne. Ta dysproporcja może być jeszcze bardziej zastanawiająca w naukach humanistycznych.
Jeśli chodzi o ST in NZ to proszę zwrócić uwagę, że w ostatnich czasach jednostki spoza głównych miast (Warszawa, Kraków…) w wielu przypadkach mają dosyć dobrze rozwiniętą infrastrukturę badawczą i kupiły sporo drogiego sprzętu (niestety, w wielu przypadkach nie jest on wykorzystywany - ale to już inna sprawa, choć pewnie, gdyby jednostki dostawały granty, to sprzęt byłby lepiej wykorzystywany).
PS
Autor grantu powinien otrzymać rzetelną ocenę od NCN, a ta ocena powinna mu pomóc poprawić wniosek. O tym
AKA nie napisał.
Polemizowałbym z tezą o nienaturalności. W państwach uważanych za wzorcowe pod względem badań naukowych projekty też nie są rozłożone równomiernie i nikt raczej nie wątpi, że na przykład Kalifornia, ze swoim gigantycznym kompleksem Uniwersytetu Kalifornijskiego w kilkunastu mutacjach, jest lepszym ośrodkiem badawczym niż uniwersytet stanowy gdzieśtam. Nawet niż Bloomington, Indiana, bardzo dobra uczelnia skądinąd. Tam są uczelnie, tam jest przemysł i przemysłowe laboratoria, tam idą najambitniejsi studenci i tam ściąga się najlepszych gości z całego świata, którzy potem piszą te wnioski grantowe. Podobnie, uczciwszy proporcje, będzie w skali większości krajów. Bo tak musi być i cześć, ewolucja i prawo natury.
Może i jednostki kupiły dużo sprzętu i mają ładne nowe budynki, ale to chyba nie o to tu chodzi. Granty składają ludzie nie sprzęty.
Ps. jeśli wniosek odpada na 1 etapie, tzn. że nie jest na tyle dobry, żeby go wysyłać do recenzji. Rolą recenzentów nie jest uczyć autora jak poprawnie formułować np pytania badawcze. Mogą zwrócić uwagę co należy dopracować, ale takich uwag trudno spodziewać się po 1 etapie bo tam zazwyczaj kończą karierę kiepskie projekty.
Grant nie jest prawem człowieka...
Zgadzam się, że grant nie jest prawem człowieka. Ale na pierwszym etapie kończą wnioski nie dobre czy złe tylko takie które nie zmieściły się w dwukrotności finansowania w danym konkursie.Ten nad kreską mógł mieć 81 punktów a ten pod kreską 80. I co, ten pierwszy był dobry a ten drugi od razu kiepski? Można stwierdzić co najwyżej, że ten pierwszy był lepszy a drugi gorszy - i to tylko w opinii ekspertów.
Na etapie pierwszym mamy takie konstruktywne i jakże istotne zarzuty, jak "nie organizował konferencji międzynarodowej", "nie jest wystarczająco rozpoznawalny w obiegu międzynarodowym" (nie mam pojęcia, jak mierzą) lub "nie wykazuje aktywności recenzenckiej". To tyle, jeśli chodzi o jakość oceny przez Ekspertów.
Sam sobie AKA przeczy.
Jeśli uczelnie dostały ten sprzęt, to musiały składać wnioski, starać się o dofinansowanie itd. wiec chyba coś tam napisać potrafią.
"Mogą zwrócić uwagę na to, co należy dopracować, ale trudno spodziewać się takich uwag już na pierwszym etapie, bo zazwyczaj tam odpadają najsłabsze projekty."
Przepraszam, ale co właściwie dostaje się po pierwszym etapie? Czy dobrze rozumiem, że AKA sam nie wierzy w jakość oceny na tym etapie?
Po co ludzie mieliby składać granty z dobrych jednostek (gdzie nie ma miejsce na ich grupę -bo jest jedne wielki szef wszystkich szefów) w "słabych jednostkach", skoro i tak na 99% odpadną?
"Jeśli uczelnie dostały ten sprzęt, to musiały składać wnioski, starać się o dofinansowanie itd. wiec chyba coś tam napisać potrafią."
Widział pan może jak wygląda wniosek i recenzja wniosku o grant inwestycyjny?
Proszę opowiedzieć, jestem ciekawy.
Sam wniosek to raczej pisanie, dlaczego aparatura jest unikalna i jakie badania będą na niej prowadzone, oraz uwaga - jakie będą wyniki tych badań. Bardzo krótko, w zasadzie do zrobienia w jeden dzień.
Recenzja to natomiast w moim przypadku 3 zdania, które w zasadzie zawierają powtórzenie informacji z wniosku.
Ale jeszcze ciekawsze jest to, że pozycja na liście rankingowej nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo ostateczną decyzję podejmuje Minister i on może sobie wybrać projekty które chce, bez względu na recenzje.
Ale czy Pan nie rozumie prostych zasad matematyki?
26% osób wnioskujących jest z Mazowsza i 26% osób otrzymuje grant.
Proporcjonalnie mniej osób jest z Opola i mniej otrzymuje grant.
Jeśli nie wnioskują, to w jaki sposób mają te granty dostawać? Punkty za pochodzenie?