Udawana, wymuszona, doklejana popularyzacja nie zadowala nikogo (…) Naukowcy komentujący w zachowawczy sposób bieżącą politykę, zamiast przedstawiać swoje innowacyjne badania, nigdy nie wzbudzą ekscytacji. W takiej formie zmniejszają raczej chęć społeczeństwa do inwestycji w naukę. To wymaga zmian, zarówno w podejściu samych naukowców, jak i w sposobie, w jaki nauka jest komunikowana społeczeństwu – pisze Konrad Kiljan, doktorant medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, absolwent St. Andrews University, ekspert w zakresie komunikacji biznesowej i politycznej, prezes Pracowni Zmiany.
Spór o IDEAS NCBR był jednym z najgorętszych w tym roku tematów w polskich mediach, wywołując ogromne społeczne poruszenie. Sytuacja początkowo wydawała się beznadziejna, kiedy w pierwszych dniach wiceminister nauki odmawiał dialogu. Zaskakująco szybko udało się doprowadzić do zmiany decyzji. Społeczny opór wobec początkowych planów uruchomił proces, w którym rządzący nie mieli innego wyjścia, jak zareagować. To ważna lekcja dla polskiej nauki.
Społeczne oburzenie, które wybuchło po ogłoszeniu decyzji o zmianie kierownictwa spółki IDEAS NCBR osiągnęło niespodziewane poziomy. Działanie i tłumaczenia wiceministra Macieja Gduli były niezrozumiałe. Świat nauki powinien być oczkiem w głowie rządzących. Jednak ciekawsze od przyczyn tej decyzji jest to, jak szybko rząd się z niej wycofał. Minister Dariusz Wieczorek zrozumiał, że w obliczu rosnącej presji społecznej musi zmienić zdanie. Wspólne zdjęcie z prof. Piotrem Sankowskim i ogłoszenie zapanowania nad sytuacją okazało się ważniejsze niż gorzki smak przyznania się do błędu. Pozostaje mieć nadzieję, że nowa formuła i tygodniowe zamieszanie z falą rezygnacji nie przełożą się na utratę projektów. Sama historia nie jest radosna. Każdy współpracujący z polskimi instytucjami będzie wiedział, że może się ona przecież powtórzyć. Choć nie jest to idealny rozwój sytuacji, wycofanie się rządu było krokiem naprzód i dowodem na siłę demokratycznej kontroli. W tym przypadku presja zadziałała skutecznie i dość szybko.
Czemu jednak tak się stało? Jak wokół tak technicznego tematu udało się rozpalić serca i klawiatury w całym kraju? Według Data House Res Futura o IDEAS NCBR pojawiło się aż 30 milionów wzmianek. Jednym z kluczowych elementów sukcesu było to, że temat dotyczył rozwoju sztucznej inteligencji. Społeczeństwo obawia się, że Polska, jeśli nie zaangażuje się wystarczająco, pozostanie na peryferiach globalnej modernizacji. Niektórzy komentatorzy próbowali połączyć IDEAS NCBR z projektami takimi, jak Centralny Port Komunikacyjny. Nie było to uczciwe postawienie sprawy. Sztuczna inteligencja to temat znacznie bardziej niezrozumiały, ale tym bardziej budzący atawistyczne lęki. W odróżnieniu od innych inicjatyw, nie dało się zakwestionować kompetencji kierownictwa. Prof. Sankowski stał się symbolem niedocenionego geniusza, co dodatkowo wzmacniało emocje. W zbiorowej wyobraźni dołączył on do korowodu postaci, takich jak Maria Skłodowska-Curie czy Ignacy Łukasiewicz. Odżyły narracje o krzywdzie i stracie wielkich talentów, kraju skazanym na utratę elit. Publiczność nie kojarzyła go zatem z konkretnym odkryciem czy wynalazkiem, ale z rozpalającym wyobraźnię tematem, uruchamiającym skojarzenia z technologicznym postępem, który tak wiele razy docierał do nas w podporządkowanej zewnętrznym interesom formie.
Jednak najważniejszym czynnikiem sukcesu obrony IDEAS NCBR byli ludzie, którzy stanęli na czele tego ruchu. Profesorowie Aleksandra Przegalińska, Andrzej Dragan czy Dariusz Jemielniak to naukowcy, którzy nie tylko osiągnęli sukcesy na światowym poziomie, ale potrafią o nich mówić w przystępny sposób. Są przyzwyczajeni do pracy w grupie, przekonywania do swoich racji i popularyzacji nauki. Nie walczyli o siebie, polityczną rację czy pensję, dzięki czemu wzbudzali sympatię i aspiracyjną identyfikację. Ich wcześniejsza aktywność medialna, znajomości biznesowe i dziennikarskie sympatie pomogły w zbudowaniu szerokiego społecznego poparcia dla obrony placówki naukowej. Tylko obecni w debacie publicznej naukowcy będą mogli liczyć na wsparcie społeczeństwa i wywieranie wpływu na polityków. Niestety, popularyzacja i w ogóle komunikacja projektów traktowane są jako obowiązkowe pole do odhaczenia. Widziałem to zresztą w projektach z całej Europy, których „outreach” zlecany jest zewnętrznym ekspertom. Takie działania mają po prostu doprowadzić do rozliczenia projektu przez uzyskanie arbitralnych wskaźników, takich jak osiągnięcie konkretnej liczby obserwujących. Martwe profile, strony internetowe znikające po zakończeniu projektu czy spotkania rozpoczynające się od przeraźliwie nudnych slajdów z informacjami o finansowaniu są stałym elementem uczelnianego krajobrazu.
Udawana, wymuszona, doklejana popularyzacja nie zadowala nikogo, obciąża tylko kadry. Zamiast brać udział w globalnych dyskusjach i udostępniać rodzimej publiczności przystępne opracowania, wielu naukowców wciąż broni publikowania w języku polskim. Dla starej gwardii, marcowych docentów i obrońców bylejakości społeczne uznanie jest poklaskiem gawiedzi kłócącym się z etosem naukowca. Oczywiście pojawiają się także przypadki nachalnej autopromocji. Problemem jest jednak to, że popularyzatorów w Polsce jest na tyle mało, że kilku sprawnych marketingowo twórców potrafi zgarnąć większość zainteresowania, a nie to, że są. Naukowcy komentujący w zachowawczy sposób bieżącą politykę, zamiast przedstawiać swoje innowacyjne badania, nigdy nie wzbudzą ekscytacji. W takiej formie zmniejszają raczej chęć społeczeństwa do inwestycji w naukę. Obywatele nie mogą wspierać działań, których nie widzą i nie rozumieją. To wymaga zmian, zarówno w podejściu samych naukowców, jak i w sposobie, w jaki nauka jest komunikowana społeczeństwu.
Jednym z największych wyzwań pozostaje przekonanie społeczeństwa, że nauka to inwestycja, która przynosi realne korzyści. Dla zbyt wielu absolwentów polskich uczelni wspomnieniem z lat uczelni jest linoleum i grzyb na ścianach. Od infrastruktury bardziej dołująca jest jednak atmosfera przeciętności i bylejakości. Największy wpływ na postrzeganie nauki ma nie jej popularyzacja, ale rzetelna dydaktyka. Zupełnie inaczej myślimy o płaceniu podatków na nauczycieli, którym zawdzięczamy pewność siebie, przydatne umiejętności i pozytywne podejście do świata. Młodzi powinni poznawać także toczące się w instytutach badawczych prace. Nie po to, aby zostać naukowcami, na tę ścieżkę wejdzie niewielu. Jedynie zapoznanie się z prowadzonymi badaniami pozwala docenić ich przydatność i czuć dumę z bycia absolwentem danej uczelni. Powinniśmy wykorzystać niż demograficzny do organizacji zajęć w mniejszych grupach, w których osobisty kontakt pozwoli na kształtowanie zaradności i wiary w siebie. Nauka może być postrzegana jako narzędzie poprawy jakości życia, a młodzi ludzie muszą być zachęcani do refleksji nad jej rolą w codziennym życiu.
Nauka w Polsce jest głęboko niedofinansowana. Nawet tam, gdzie zaobserwowaliśmy w ostatnich latach poprawę infrastruktury, podstawowe wynagrodzenia personelu pozostają obraźliwie niskie. Akademia daje jednak swobodę robienia tego, co się kocha i decydowania o tematyce badań. Ścieżka naukowca oznacza rezygnację z owoców biznesowej kariery, ale nie powinna być rezygnacją z możliwości utrzymania rodziny i zakupu mieszkania. Czas już na stawianie ambitnych celów, tak aby adiunkt zarabiał przynajmniej dwukrotność średniej krajowej. Postulaty lekarzy specjalistów domagających się trzykrotności średniej są już traktowane poważnie – pytanie, czy umówimy się ze społeczeństwem, że zaraz po ratowaniu życia podstawową i wypełnianą przez akademię potrzebą jest jego rozumienie. Bez takich zmian prace na boku, chałtury i raporty dla biznesu dalej będą zajmować uwagę kadr bardziej niż własne badania. Wymagać one będą także dobrego opłacenia administracji, inaczej nie odciążymy naukowców w pracy biurowej oraz rozliczaniu grantów. Tylko wtedy będziemy mogli przyciągać najlepsze talenty i konkurować na arenie międzynarodowej.
Nie ma co się łudzić, że dyskusja o finansowaniu Narodowego Centrum Nauki czy budżetach uczelni wzbudzi chociaż połowę tych emocji co sprawa IDEAS NCBR. Jeśli jednak nie zadbamy o lepsze przedstawianie nauki, nie powinna nas dziwić obojętność społeczeństwa na nasze problemy. Przypadek prof. Sankowskiego pokazuje, że Polacy potrafią docenić naszą pracę. Dajmy im do tego więcej okazji.
Konrad Kiljan
A ja chciałabym dopytać, co jest celem tego artykułu. Czy chce Pan powiedzieć, że opisana sytuacja z NCBR Ideas pokazała, że popularyzacja nauki może być skuteczna?
Jeśli dobrze rozumiem to Pana główne przesłanie dotyczy wagi tego, jak przedstawiać wyniki badań naukowych w społeczeństwie. Z czym trudno się nie zgodzić - jest to bardzo ważne. Nie rozumiem jednak połączenia afery wokół IDEAS NCBR z popularyzacją nauki.
Awantura o IDEAS NCBR dotyczy tzw. spraw nauki. W przekazach medialnych nie było nawet słowa o wynikach badań tam prowadzonych, a to jest warunek, aby popularyzacja zaistniała.
Co więcej, mamy w Polsce bardzo dużo popularyzatorów nauki. Znajdzie Pan ich od kilku do kilkudziesięciu w każdej poważanej jednostce naukowej, a liczba będzie pochodną jej wielkości. To będą i naukowcy i osoby z biur promocji. Osobno mamy cały katalog naukowców, którzy samodzielnie niezależnie od aktywności popularyzatorskich z ramienia uczelni prowadzą kanały na YT, czy Instagramie. Nie zapominajmy o uznanych i najbardziej zasięgowych naukowych influencerach, których jest co najmniej kilkunastu.
Naukowcy są w debacie publicznej. Ale jak w podanym przez Pana przykładzie największą skuteczność mają, gdy są bohaterami afer publicznych i stają się osobami publicznymi.
A to skłania do pytania - kto "chciałby" być kolejny, aby ponownie przywołać sprawy nauki do mainstreamu. Popularyzacją nauki tego jednak nie uzyskamy. A winni temu nie są naukowcy.
Zgadzam się z Panem, że najważniejszym czynnikiem sukcesu obrony IDEAS NCBR byli ludzie, którzy stanęli na czele tego ruchu. Burza medialna wyrosła z afery politycznej, a te "kręcą" media. Dalej wydarzyło się to, co Pan ładnie ujął w tym fragmencie: "Prof. Sankowski stał się symbolem niedocenionego geniusza, co dodatkowo wzmacniało emocje. W zbiorowej wyobraźni dołączył on do korowodu postaci, takich jak Maria Skłodowska-Curie czy Ignacy Łukasiewicz. Odżyły narracje o krzywdzie i stracie wielkich talentów, kraju skazanym na utratę elit. Publiczność nie kojarzyła go zatem z konkretnym odkryciem czy wynalazkiem, ale z rozpalającym wyobraźnię tematem, uruchamiającym skojarzenia z technologicznym postępem, który tak wiele razy docierał do nas w podporządkowanej zewnętrznym interesom formie".
Dziękuję i pozdawiam.
Szansą na komunikowanie społeczeństwu co dzieje się w nauce, jak wyglądają badania, za które społeczeństwo płaci jest otwarta nauka. Warto zastanowić się czy nie "przesunąć" środków finansowych z opłacania "prestiżowych" wydawców na rzecz wzrostu wynagrodzenia naukowców, którzy "otwierają" swoje osiągnięcia. Zmiana sposobu oceny pracy naukowej? Temat jest skomplikowany, ale zdecydowanie wart poważnej analizy i odważnych decyzji. Bez tego ciągle będziemy dyskutować o niewystarczających nakładach, przy jednoczesnym wydawaniu środków tam, gdzie można (a nawet powinno się) je zracjonalizować.
Dodam tylko, ze podobnie, jak nie kazdy naukowiec musi byc swietnym popularyzatorem, podobnie nie kazdy naukowiec musi miec na celu natychmiastowa komercjalizacje swoich badan.
Komunikowanie sie ze spoleczenstwem, wspolpraca z przemyslem, translacja wynikow badan w kierunku praktycznym, to sa przyklady niezwykle czasochlonnych zadan, ktore powinny byc przedmiotem zainteresowania osob naprawde sie na tym znajacych. CZASEM to moga byc naukowcy i wtedy ich wysilek powinien byc jak najbardziej doceniony. Ale bycie dobrym naukowcem nie wymaga umiejetnosci popularyzatorskich czy tez biznesowych.
Nie każdy naukowiec musi być mistrzem mediów, tak jak nie każdy żołnierz musi równocześnie być snajperem, saperem i rzecznikiem prasowym. Nauka potrzebuje specjalistów w różnych rolach – badaczy, którzy odkrywają nowe horyzonty, oraz komunikatorów, którzy potrafią przekazać te odkrycia w przystępny sposób. Popularyzacja nauki działa najlepiej na poziomie instytucjonalnym. Obecny system nakłada na naukowców w Polsce nierealistyczne wymagania, oczekując sukcesów na wszystkich polach, w tym od naukowców-badaczy, by zajmowali się nie tylko dostarczaniem wyników naukowych i pracą dydaktyczną, ale także popularyzacją nauki (często po godzinach i za darmo). Czas to zmienić i przebudować system tak, aby umożliwić naukowcom skupienie się na tym, co robią najlepiej, a odpowiedzialność za komunikację przenieść na poziom instytucji naukowych, zapewniając instytucjom odpowiednie środki na profesjonalną realizację tego zadania. I na wsparcie tych naukowców, którzy mają talent, czas i siłę, żeby być snajperem, saperem i rzecznikiem prasowym.
Konrad Kiljan > Dziękuję za ten tekst. Przystępne komunikowanie osiągnięć naukowych jest bardzo ważne, a jednym z jej elementów jest komercjalizacja wyników badań. Dookoła otacza nas wszystkich własność intelektualna, która jest rezultatem badań naukowych czy to zrealizowanych na uczelniach, instytutach, czy też... w działach badawczo-rozwojowych firm. I o tym musimy komunikować społeczeństwu, że nauka ma na nie wpływ i aby przychylnie patrzyło na przekazywanie swoich pieniędzy z podatków na działalność naukową.