W polskim środowisku naukowym funkcjonuje osobliwy, choć powszechnie akceptowany, podział naukowców na samodzielnych i niesamodzielnych. Nie jest on zapisany w obowiązującym prawie, nie wynika wprost z aktualnych regulacji dotyczących szkolnictwa wyższego i nauki, a mimo to silnie porządkuje relacje w akademii, wpływając na organizację pracy, decyzyjność, udział w gremiach i rozwój zawodowy. Dlatego warto zadać pytanie: czy ten podział ma sens, czy raczej reprodukuje hierarchiczne uprzedzenia i prowadzi do dyskryminowania części środowiska naukowego?
Hierarchiczność akademii opiera się dziś na trzech filarach. Pierwszym są stopnie i tytuły naukowe: doktor, doktor habilitowany i profesor, drugim filarem są stanowiska: asystent, adiunkt, profesor uczelni lub instytutu, trzeci zaś to nieformalna, zwyczajowa „samodzielność”. Ta ostatnia, choć powszechnie używana, pozostaje kategorią nieostro zdefiniowaną. Wielki słownik języka polskiego opisuje samodzielnego pracownika naukowego jako osobę posiadającą habilitację lub tytuł profesora, uprawnioną do określonych czynności akademickich, zaznaczając jednocześnie, że nie jest to termin specjalistyczny, lecz środowiskowy. Problem zaczyna się tam, gdzie z tej definicji próbuje się wyprowadzić jej przeciwieństwo. Jeśli bowiem sięgniemy po słownik antonimów, samodzielności przeciwstawione zostają pojęcia takie jak: zależność, podległość, niedojrzałość czy bierność. Nietrudno zauważyć, jak głęboko deprecjonujące skojarzenia niesie ze sobą etykieta „niesamodzielnego” pracownika naukowego. Tymczasem aktualny porządek prawny tego podziału nie zna.
W obowiązującej ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce nie znajdziemy pojęcia samodzielnego pracownika naukowego. Co więcej, ustawodawca zrezygnował z obligatoryjności habilitacji jako etapu awansu zawodowego. Historycznie było inaczej. Ustawa o szkolnictwie wyższym i pracownikach nauki z 1951 roku oraz rozporządzenie Rady Ministrów z 1961 roku o instytutach naukowo-badawczych wyraźnie dzieliły pracowników nauki na samodzielnych i pomocniczych. Świat akademicki przeszedł jednak istotną ewolucję. Zniknął pomocniczy pracownik nauki, ale pozostała „samodzielność”, funkcjonująca dziś głównie jako symbol prestiżu.
Rodzą się więc pytania: kim są asystenci i adiunkci posiadający stopień doktora, ale bez habilitacji? Czy rzeczywiście ich głos ma mniejsze znaczenie? Czy ich wkład w rozwój nauki jest mniej istotny? I wreszcie: czy brak habilitacji oznacza brak samodzielności badawczej?
W debacie na temat habilitacji padają różne opinie na temat jej pozostawienia w hierarchii akademickiej. Prof. Grzegorz Węgrzyn, członek Rady Doskonałości Naukowej, zauważa, że habilitacja jest formą kontroli jakości polskiej nauki, która nadaje pewne uprawniania akademickie i wiąże się z pozycją samodzielnego pracownika, teoretycznie niezależnego od kogoś innego w strukturze instytucjonalnej. Stopień ten pozwala na promowanie doktorantów i stanowi pozycję ustabilizowanego naukowca w strukturach uczelni czy instytutu. Prof. Marek Przybylski z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, pisał na łamach „Forum Akademickiego”, że habilitacja potwierdza naukową dojrzałość, zdolność formułowania problemów badawczych i prowadzenia zespołów.
Wypowiedzi wielu naukowców pokazują, że nawet samo rozumienie „samodzielności” nie jest jednoznaczne. Z jednej strony habilitacja ma nadawać autonomię i kontrolę jakości, a z drugiej strony doktorzy bez habilitacji mogą kierować badaniami i prowadzić wykłady, jeśli statut uczelni na to pozwala. To odsłania centralny problem: czy etykieta „samodzielny” naprawdę odzwierciedla samodzielność naukową, czy raczej reprezentuje dostęp do przywilejów i instytucjonalnych funkcji?
Warto w tym kontekście odwołać się do głosu prof. Dariusza Jemielniaka, wiceprezesa Polskiej Akademii Nauk, który w publicznej debacie o habilitacji podkreśla, iż należy patrzeć szerzej niż tylko na stopień naukowy. Jego argumentacja zaznacza, że habilitacja stanowi element europejskiego standardu jakości akademickiej, który ma sens wtedy, gdy rozumiany jest w kontekście rzeczywistych mechanizmów kontroli jakości naukowców, a nie jak protekcjonalna przepustka do hierarchicznych praw i uprawnień. Z kolei prof. Piotr Sankowski, dyrektor Instytutu Badawczego IDEAS, zauważył, że sam stopień habilitowany nie gwarantuje kompetencji menedżerskich ani dydaktycznych, a przez młodszych badaczy bywa postrzegany jako narzędzie kontroli i hierarchicznego podporządkowania. Prof. Andrzej Jajszczyk, pierwszy dyrektor Narodowego Centrum Nauki, zwraca uwagę, że habilitacja ma dziś niewielki związek z realną jakością prowadzonych badań, a w niektórych przypadkach daje jedynie „złudne poczucie wielkości”.
Wypowiedzi profesorów rzucają światło na to, jak łatwo język instytucjonalny – kategorie, stopnie i etykiety – przekłada się na realne praktyki społeczne i zawodowe. Jeśli habilitacja ma służyć jako narzędzie potwierdzania jakości badań, to powinna być częścią mechanizmów, które rzeczywiście weryfikują dorobek, a nie jedynie selekcjonują zgodnie z przyjętymi zwyczajami. W przeciwnym razie mamy do czynienia z sytuacją, w której część naukowców jest postrzegana jako „samodzielni”, a inna – często pomimo rzeczywistej autonomii badawczej – jako „niesamodzielni”.
Szczególnie problematyczne staje się to, że właśnie osoby określane mianem „samodzielnych” najczęściej oceniają, opiniują i decydują o kierunkach rozwoju jednostek naukowych, nawet jeśli ich własna aktywność badawcza od lat pozostaje znikoma. Tymczasem tzw. niesamodzielni pracownicy naukowi realnie funkcjonują jako w pełni autonomiczni badacze. Samodzielnie formułują hipotezy, planują badania, aplikują o granty, budują zespoły i sieci współpracy międzynarodowej. Mimo tej odpowiedzialności ich wynagrodzenia pozostają niższe niż pozostałych pracowników, a obciążenie pracą znacznie wykraczają poza standardowy czas pracy.
Co więcej, system finansowania badań wspiera samodzielność naukowców bez habilitacji. Konkursy Narodowego Centrum Nauki (SONATA, SONATA BIS), program LIDER Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, FIRST TEAM Fundacji na rzecz Nauki Polskiej finansowany ze środków Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG) czy prestiżowe granty ERC Starting Grant są adresowane do badaczy na wczesnym etapie kariery, którzy mają prowadzić niezależne, pionierskie badania i kierować własnymi zespołami. Beneficjenci tych programów spełniają wszelkie kryteria faktycznej samodzielności naukowej.
Mimo to zwyczajowy podział na samodzielnych i „tych pozostałych” wciąż funkcjonuje w praktyce instytucjonalnej. Pojawia się w statutach i regulaminach jednostek naukowych, w ocenach instytutów PAN, w raportach Polskiej Komisji Akredytacyjnej (pomimo braku takiego podziału nauczycieli akademickich w jej procedurach), a przede wszystkim przekłada się na ograniczenie udziału części badaczy w gremiach decyzyjnych i debacie o przyszłości nauki.
Z tej perspektywy język zwyczajowy, instytucjonalna praktyka wobec habilitacji i kategoryzowanie pracowników naukowych nie tylko odzwierciedlają pracę systemu, ale ją wzmacniają. Wskazuje to na konieczność krytycznej refleksji nad tym, czy etykiety w nauce odpowiadają realnym kompetencjom i wkładowi w rozwój dyscypliny.
Nie chodzi mi o negowanie wartości habilitacji jako mechanizmu potwierdzającego kompetencje, ale o sposób funkcjonowania w praktyce takich kategorii jak „samodzielny” i „niesamodzielny”. Czy to nie blokuje potencjału naukowców i nie reprodukuje hierarchii, które niekoniecznie odpowiadają rzeczywistości badawczej? Równocześnie trudno ignorować fakt, że istnieją mechanizmy oceny jakości badań – prestiżowe granty, międzynarodowe recenzje, ewaluacje – które nie opierają się na formalnych etykietach, lecz na realnych wynikach.
Jeśli Konstytucja dla Nauki miała być krokiem w stronę nowoczesnego systemu, opartego na realnych osiągnięciach, a nie na stopniach i tytułach naukowych, to utrzymywanie zwyczajowego podziału pracowników na „samodzielnych” i „niesamodzielnych” pozostaje z tym celem w sprzeczności. Być może nadszedł czas, by uporządkować hierarchiczne myślenie w systemie akademickim i zrewidować język, którym się w nim posługujemy.
dr inż. Przemysław Kopeć
Instytut Fizjologii Roślin im. Franciszka Górskiego PAN
Znam wielu tzw. samodzielnych, którzy nic nie wymyślili, co najwyżej odtwarzali pomysły innych (zwykle z miernymi efektami).
Problemem nie jest habilitacja lub jej brak. Problemem jest negatywna selekcja do nauki. Od lat powtarzam, że w tzw. nauce połowa zatrudnionych jest zbędna, lub co gorsze, szkodliwa. Znaleźli sobie ciepłą posadkę i nigdy nie kierowała nimi zwykła ciekawość świata, chęć odkrywania, zadawania pytań (choćby naiwnych).
Drugim problemem jest model kariery od studenta do profesora na tym samym wydziale.
Niestety, nie widzę szans na zmianę tej sytuacji. Ostatecznie każde stanowisko na uczelni jest poprzedzone wyborami, mniej lub bardziej demokratycznymi, nie w tym rzecz. Kandydaci z pomysłami na zmiany nigdy nie uzyskają poparcia. Wspomniany brak mobilności sprzyja tworzeniu układów i powiązań i niechęć do jakichkolwiek zmian.
"połowa zatrudnionych jest zbędna"
Poważnie? Przy takiej liczbie studentów?
Wtedy trzeba by zamknąć połowę uczelni. Coś, co w pewnym sensie już proponowałem :-)
Jeżeli pracownik (w tym wypadku naukowy) nie może ponieść finansowych konsekwencji swej niedostatecznie dobrej pracy, to pozytywna selekcja nie jest możliwa, bowiem nie istnieje dźwignia, którą można by się posłużyć. A w sytuacji, gdy wynagrodzenie naukowca jest na na tyle niskim poziomie, że trudno je nawet obniżyć, oraz gdy (w związku z tym) trudno jest znaleźć innego chętnego na takie stanowisko, wspomniany uczony może czuć się bezpiecznie, przynajmniej dopóki nie zacznie notorycznie przychodzić nago na zajęcia. Bo jeden raz, przypuszczam, też przeszedłby bez konsekwencji.
A wspomniany brak mobilności też wynika z kiepskiego wynagradzania, jedyne, czego można ewentualnie zażądać to zagraniczny postdok opłacany z jakiegoś stypendium. Ale mobilność typu każdy stopnień w innym miejscu pracy jest możliwa tylko tam, gdzie uczony z rodziną może wynająć mieszkanie płacąc ze swoich zarobków, i przeżyć.
@Alek Rachwald
Odnośnie wyjazdów na postdoki:
Czytając komentarze na FA dowiaduję się, że wyjazdy na postdoki sa niepotrzebne. Czyli wnioskuje z tego, że dosyć znaczna grupa naukowców, którzy nie chcą i nie próbują jechać na postdoki nie dlatego, iż ogranicza ich w jakiś sposób sytuacja rodzinna lub finansowa, tylko traktują takie wyjazdy jako swojego rodzaju nikomu i niczemu nie służący przeżytek. Potem oczywiście może nastąpić zderzenie ze ścianą, kiedy patrzy się w rekomendacje przy aplikacjach o granty europejskie, ale to już nieco inny temat.
Druga sprawa to sprawa "zagranicznego postdoka opłacanego z jakiegoś stypendium". Liczba dostępnych stypendiów jest dosyć ograniczona. Zarówno, jeśli chodzi o finansowanie z instytucji krajowych, jak i organizacji takich jak EMBO, FEBS czy HFSP. Są to stypendia bardzo prestiżowe, trudno je dostać. Zdecydowanie większe szanse na wyjazd na postdoka mają osoby zwyczajnie szukające takich możliwości poprzez śledzenie ogłoszeń o pracę. Jest ich mnóstwo. To jest właśnie dominująca metoda przy znajdowaniu miejsca na postdok.
Nie wydaje mi się, żeby oczekiwanie, aby przynajmniej w niektórych dziedzinach wiedzy aplikanci na stałe pozycje mieli zrobione staże podoktorskie, było wygórowane. To nie muszą być koniecznie wyjazdy zagraniczne, ale oczywiście w im lepszym labie/zespole, tym lepiej.
Postdoc nie jest celem sam w sobie, został wymyślony jako sposób na to, by młody człowiek miał trochę czasu na znalezienie posady. Podobno w latach 70-tych, kiedy znalezienie posady było łatwe, nie korzystano z postdoków. Tak mi opowiedziano, sam tego nie pamiętam.
Ja wybrałem miejsce do odbycia postdoka, żeby spędzić rok w dobrym labie zajmującym się moją tematyką i nawiązać dobre naukowe kontakty.
Z kolei mój postdok (w sensie stażysta) wybrał mój lab w tym samym celu (i żeby wziąć udział w dobrze rokującym projekcie badawczym).
Posadę miałem już wcześniej, po stażu na nią wróciłem, więc jak widać nie każdy używa stażu podoktorskiego jako czegoś w rodzaju płatnego urlopu. A to już było w XXI wieku, a nie w latach 70.
@Profesor PAN
Pierwszy przykład, jaki mi przychodzi do głowy, to James Watson, który odkrywał strukturę DNA kiedy był na postdoku w Cambridge. Za to Crick po obronie doktoratu również od razu wyjechał na postdoka do Stanów. A były to lata 50-te zeszłego stulecia.
Natomiast oczywiście robienie postdoka, jako etap kariery, ewoluowało w czasie, to nie ulega wątpliwości. Z tego co wiem obecnie również są kierunki naukowe, gdzie nie robi się postdoka. Tym nie mniej w STEM jest, jak jest. Waga robienia stażu podoktorskiego urosła zapewne z powodu bardzo dużej konkurencji przy aplikowaniu o stałe pozycje na uniwersytetach.
Mobilność, tak mocno promowana również w Europie, nie bierze się z chęci wspierania branży turystycznej, tylko z realnych korzyści takich długoterminowych wyjazdów dla prowadzenia badań, rozwoju organizacji nauki w innym kraju oraz umiejętności kierowania wielonarodowymi zespołami naukowców.
Tak. Ale jest ważna kolejność, w jakiej stawiamy wóz i konia.
@Profesor PAN
Oczywiście, kolejność jest ważna. Ale również ważne jest to, że zarówno koń, jak i wóz, są na miejscu. Obecne. Poza wyjątkami, kiedy to można jechać na oklep, bez wozu.
@prof. dr hab. ZS.
A kto im daje te ciepłe posadki?
Czy za rozdawaniem cennych pozycji na uczelniach stoją prawdziwe otwarte konkursy, w których prawdziwie ocenia się kandydatów i wygrywa prawdziwie najlepszy?
Może właśnie tutaj jest pies pogrzebany.
"Nie chodzi mi o negowanie wartości habilitacji jako mechanizmu potwierdzającego kompetencje..."
Taaaaak, ale zdanie! Istny syf. Wprowadźmy Posthabilitację, pre-profesurę i post doka jako oficjalny stopień. Przecież nie ma co negować potwierdzania kompetencji :)
"NAJPIERW żądam, aby stworzono mi WARUNKI do pracy naukowej" Jacy to wielcy DR i jakie mają mniemanie o sobie i jakie warunki mają być im stworzone i to przez kogo? No wiadomo przez tych co mają hab. Kiedy czyta się takie posty, to wiadomo, że po zniesieniu hab. to dopiero by było kolesiostwo, kliki i kokieterie wszelkiej maści nawiedzonych i żądających od innych, byle nie od siebie, bo ja jestem wielki PAN DR. Trzeba jednak przyznać rację prof. Józefowi Betonowi, że "Jak się nie ma hab. i jest nikim, a nawet niczym" to trzeba ich gnać do roboty by im w głowie nie świtały takie bzdury, i żądania "aby stworzono mi WARUNKI do pracy naukowe" zapracuj na siebie i nie przynoś wstydu sobie i instytucji, i zrób hab, byś mógł godnie prezentować naukę w kraju i w świecie.
Brawo. Proszę osobo naukowa pisz więcej takich komentarzy. Jesteś emanacją kasty.
Grzesiu, życzę Ci żebyś podobnie jak ja miał choć tyle samo projektów zagranicznych i krajowych i uczestniczył w takich misjach jak ja. To z pewnością bylibyśmy o wiele lepsi w nauce światowej i krajowej. Nie zabiegałem o stopnie i tytuły, one same się realizowały i były potwierdzone osiągnięciami. W tej ścieżce naukowej nie lubiłem wypełniania dokumentów, to mnie nudziło i nie miałem chęci, ale miałem kierowników co mnie poganiali do administracyjnych czynności. Wołałem pisać projekty, publikacje i jeździć na konferencje by nawiązywać kontakty. Pracę w nauce zawsze traktowałem jako hobby i zabawę w odkrywanie i co by tu jeszcze ciekawego zrobić i tym się cieszyć. Ot i tak sobie pracuję do dziś, bez pośpiechu i wtedy kiedy chcę.
Dziękuję za życzenia ale dokładnie też tak mam i to bez ulegania presji kierowników i bez kastowej pogardy do innych naukowców.
Pogardę chyba masz we krwi, skoro innym bezpodstawnie stawiasz takie zarzuty. Skąd ja to znam i widziałem wiele razy jak to się robi. Tak jest, pełne usta pouczeń by siebie wybielać, a pierwszy jestem by dołożyć i się cieszyć, jak w kreskówkach.
Bezpodstawnie? Z dużym obrzydzeniem zacytuję "Trzeba jednak przyznać rację prof. Józefowi Betonowi, że "Jak się nie ma hab. i jest nikim, a nawet niczym" ...
A GUZIK Pan/Pani wie o tym, czym się zajmowałem i zajmuję w nauce. NIC Pan/Pani nie wie o tym, jaki wysiłek musiałem włożyć w utrzymanie się na uczelni, gdzie przydzielono mi zajęcia mające się NIJAK do mojej działalności naukowej. Ażeby je prowadzić, jeszcze jako bezrobotny, musiałem się przekwalifikować na dziedzinę, z której były te zajęcia (i to w dużej ilości). W międzyczasie starałem się prowadzić działalność naukową, na samym początku, tuż po doktoracie, niemal pozbawiony opieki merytorycznej. SAM musiałem dochodzić do pewnych rzeczy, i pewne projekty naukowe udało mi się, dzięki Bogu, zrealizować.
Habilitacja jest kosztowna (finansowo - łącznie ok. 0,9 mld PLN wydanych na i czasowo), korupcjogenna (system kastowy - feudalny) i nic nie wnosząca do jakości nauki (sklejka ocenionych już niemiarodajnych publikacji). Jedynym uzasadnieniem kasty (dr hab./prof.) na istnienie habilitacji jest stwierdzenie, że habilitacja zawsze była, jest i będzie, a "dobrą" radą jest podporządkuj się systemowi, zrób habilitację i wstąp do kasty. Oczywistym faktem jest, że kasta naukowa jest zainteresowana trwaniem procedury habilitacji, na zasadzie trwania zjawiska "fali" w wojsku PRL i sama się nie oczyści.
"Habilitacja jest kosztowna (finansowo - łącznie ok. 0,9 mld PLN wydanych na i czasowo)"
Co to znaczy? I co to za suma? I co oznacza sformułowanie "niemiarodajne publikacje" i z jakiego powodu ta niemiarodajność dotyczy publikacji będących podstawą habilitacji? Czy może miał kolega na myśli publikacje nieaktualne?
Proste: 30 tyś. hab. x 30 tyś. PLN. Publikacje stały się niemiarodajnym kryterium w ocenie kogokolwiek i czegokolwiek ponieważ ... - proszę poczytać o wszystkich patologiach związanych z publikowaniem.
Koszty postępowania są podawane przez RDN. W przypadku postępowania profesorskiego (pięciu recenzentów, pisowski pomysł, nikt nie wie, po grzyba aż tylu) wynoszą obecnie oficjalnie 18740,00 PLN. W przypadku postępowania habilitacyjnego odpowiednio mniej. Zatem nie 0,9 miliarda ("na i czasowo" czy też nie, co by to nie znaczyło). Poza tym tylu jest łącznie wszystkich profesorów i doktorów habilitowanych, razem z tymi, którzy habilitowali się za Rydza-Śmigłego, Bieruta, Gomułki, a także np. w tym roku. Twierdzenie, że każda z tych habilitacji kosztowała 30 tysięcy (zwłaszcza, że w rzeczywistości, jak zostało wykazane, koszt wynosi połowę tego, plus kawa i ciasteczka dla komisji) jest nadużyciem tak grubym, że nie warto dalej tego ciągnąć.
No to policytujmy się bo chyba faktycznie nie wie Pan ile społeczeństwo kosztował Pański stopień naukowy.
Habilitacja:
Recenzje: ~16 000 zł
Komisja: ~4 500 zł
Logistyka: ~1 500 zł
Administracja: ~6 000 zł
Razem: ~28 000 zł
+ koszty instytucji zatrudniającej habilitanta (wynagrodzenie za czas pracy habilitanta nad habilitacją). Jeśli habilitacja powstaje w ramach etatu i jeśli habilitant przykładowo: przygotowuje wniosek, opisuje sklejkę publikacji i dorobek przez miesiąc, to koszt stanowi miesięczne jego wynagrodzenie.
A procedura habilitacji za Bieruta była darmowa? Pewnie nie było to dzisiejsze 30 tyś. PLN (bo denominacja, inflacja ...) ale nominalnie była to taka wartość (choć dzisiaj załatwia się wiele spraw administracyjnych taniej - zdalnie).
!!! Do niedoszacowanej kwoty 0,9 mld PLN należy doliczyć jeszcze koszty tych procedur habilitacyjnych, które nie zakończyły się sukcesem (ok. 20%).
Natomiast w przypadku profesury to:
Recenzje: ~17 000 zł
Administracja: ~3 000 zł
Logistyka: ~0–500 zł
Razem: ~20 000 zł
+ koszty instytucji zatrudniającej przyszłego profesora (wynagrodzenie za czas pracy nad wnioskiem o profesurę).
To wszystko są zmarnowane pieniądze społeczeństwa, które mogłyby zostać przeznaczone zamiast na fanaberie, to stricte na badania naukowe.
Czy mógłby Pan rozpowszechnić te kalkulacje wśród swojego środowiska naukowego?
Praca badawcza kolegi robi wrażenie, chociaż arytmetycznie już nie bardzo. Nie wątpię, że była wykonywana po godzinach pracy, ale niezależnie od tego odczuwam ogromne zawstydzenie, że tak pasożytuję na zdrowym ciele narodu. Usilną pracą będę starał się wyrównać te straty. W każdym razie przyjemnie jest się dowiedzieć, że profesura jednak jest tańsza. Po prostu lepszy interes.
A nie lepiej przyznać tak po prostu, że kolejny raz nie miało się racji?
Nie wydaje mi się, żeby tak było, przynajmniej dopóki zdaniem kolegi cztery recenzje kosztują 16 tysięcy złotych, zaś pięć recenzji tysięcy złotych 17. A także kiedy znaczna część dowodzenia opiera się na zgadywaniu.
Panie Grzesiu, czy był pan w wojsku ?
Jeśli nie to proszę nie teoretyzować.
Nie. Habilitacje w polskich warunkach jest niekiedy jedyną możliwością dla człowieka z doktoratem, żeby uniezależnić się od lokalnej kliki zarządzającej instytucja. Regularnie wspomina się tutaj o takich sytuacjach. Gdyby habilitacja nie istniała, wszyscy doktorzy byliby równi, ale dobrze umocowani funkcyjni doktorzy równiejsi, i to już na zawsze. A uprawnienia zależałyby już tylko od widzimisię kierownictwa. Czytamy tutaj niekiedy o blokowaniu czyichś habilitacji przez lokalne koterie. Dlaczego blokują? Ano właśnie dlatego, bo po habilitacji ktoś by się od nich uniezależnił. Gdyby jej w ogóle nie było, to kto by na tym stracił...? Powtarza się to tutaj regularnie i jak krew w piach: ciągle pojawiają się naiwni z teorią, że sama likwidacja habilitacji psiejsko-czarodziejsko otworzyłaby przed nimi szalone możliwości.
Czy potrafisz spojrzeć na problem habilitacji nieco z szerszej perspektywy, a nie tylko przez przez pryzmat własnego ja i tego co jest dla ciebie najkorzystniejsze? Ty się człowieku nie uzależniasz od kliki ale stajesz się tą kliką (tak jak "kot" w LWP stawał się "dziadkiem"). Nie bardzo rozumiem sformułowanie "psiejsko-czarodziejsko" ale proszę sobie wyobrazić, że ja akurat nie liczę na to, że likwidacja habilitacji otworzy przede mną jakiekolwiek dodatkowe możliwości. Ja jestem za likwidacją habilitacji, bo tak jak napisałem wcześniej: habilitacja jest kosztowna (finansowo - łącznie ok. 0,9 mld PLN i czasowo), korupcjogenna (system kastowy - feudalny) i nic nie wnosząca do jakości nauki (sklejka ocenionych już niemiarodajnych publikacji).
Kolega oczywiście może mieć własną opinię w tej sprawie.
Dziękuję. Wzruszyłem się.
Do usług.
Kol. Alek ma rację w jednym: nie należy oczekiwać, że likwidacja habilitacji wszystko rozwiąże. Przypomina mi to trochę fakt opisany przez Prof. Leopolda Infelda (współpracownik Einsteina, po wojnie odbudowywał fizykę teoretyczną w Polsce, współautor m.in. tzw. nieliniowej elektrodynamiki, zwanej elektrodynamiką Borna-Infelda), w jednej z jego książek (chyba "Szkice z przeszłości. Wspomnienia"). Otóż, tuż po wojnie, na Pradze (jedyna wówczas dzielnica Warszawy nadająca się do zamieszkania), mieszkało ileś tysięcy ludzi, urzędował tam też polski rząd, i u premiera był klucz do jedynej działającej wówczas ubikacji. Każdy, kto musiał załatwić potrzebę fizjologiczną, musiał poprosić premiera o klucz do WC.
Pytanie, co należałoby zrobić, żeby zmienić tę sytuację tzn. uzależnienie osoby muszącej załatwić potrzebę fizjologiczną od premiera? Możliwe wyjścia z tej sytuacji (pomijam tu uwarunkowania polityczne, jakie były w Polsce od 1945 r.):
1. rozwiązanie rządu i zastąpienie go np. dyktatorem lub królem
2. przekazanie klucza od WC innej osobie, niż premier (ale bez rozwiązywania rządu), i bardziej od niego dostępnej.
W każdym z ww. rozwiązań, klucz od WC powinna mieć inna osoba, niż premier. To, że tą osobą byłby dyktator lub król, rzecz jasna, niczego by nie rozwiązało. Zatem, najlepsze byłoby wyjście nr 2, ale czy załatwiłoby sprawę całkowicie? Oczywiście, nie. Każdy chyba zgodzi się, że TO NIE WSZYSTKO, następnym krokiem po zastosowaniu wyjścia nr 2, byłoby jak najszybsze zorganizowanie przenośnych toalet, do momentu, gdy będą budowane nowe mieszkania.
Podobnie jest ze zniesieniem habilitacji: SAMO niewiele zmieni, musi być połączone z KOLEJNYMI zmianami (oczywiście, przemyślanymi).
Cyt."Ja jestem za likwidacją habilitacji, bo tak jak napisałem wcześniej: habilitacja jest kosztowna (finansowo - łącznie ok. 0,9 mld PLN i czasowo), korupcjogenna (system kastowy - feudalny) i nic nie wnosząca do jakości nauki (sklejka ocenionych już niemiarodajnych publikacji)."
Ma Pan niemało racji, a ja to uściślę: habilitacja BYŁABY dobrym rozwiązaniem, gdyby była zastosowana WŁAŚCIWIE. Natomiast, w polskim systemie nauki i szkolnictwa wyższego mamy z habilitacją sytuację trochę taką, jakby silnik nowoczesnego BMW wsadzić do np. samochodu dostawczego "Żuk", i próbować nim potem jeździć, jak BMW...
Sam już pisałem, że habilitacja generuje kastę "lepszych" i kastę "gorszych" ("lepsi", to oczywiście samodzielni, a reszta, to ci "gorsi"). Powoduje to wytworzenie AUTOMATYCZNIE, u wielu osób, nie znających dorobku naukowego danej osoby bez habilitacji, że taka osoba, to ktoś "gorszy". I myślę, że właśnie TO w tym wszystkim jest najgorsze tzn. szufladkowanie.
Ja nigdy nie twierdziłem, że likwidacja habilitacji wszystko rozwiąże, natomiast może wstrząsnąć wadliwym, kastowym systemem. Odnośnie przypowieści z kluczem do WC, to muszę przyznać, że coś w tym jest, bo całkiem niedawno jeden ze świeższych (pełnych POGARDY) członków kasty, tu na FA uświadamiał mnie, że habilitacja jest wyznacznikiem tego czy naukowiec może SAMODZIELNIE chodzić do toalety.
Napisałem m.in. "[...] habilitacja BYŁABY dobrym rozwiązaniem, gdyby była zastosowana WŁAŚCIWIE. "
A powinienem jeszcze dodać, że być może W OGÓLE nie daje się jej zastosować właściwie w polskich warunkach. Tyle, że chyba NIEMAL NIKT się nad tym nie zastanawiał. Po prostu, przetrwała sobie z czasów austriackich (o ile się nie mylę, z wyjątkiem chyba lat 50-tych i 60-tych XX w., gdy byli profesorowie, mający doktorat bez habilitacji).
Przypomniał mi się tutaj pewien dowcip w kontekście tematu tej dyskusji: rozmawiają dwa szczury, jeden zwyczajny, a drugi laboratoryjny. Ten zwykły pyta tego drugiego: "Słuchaj, czemu ciebie ludzie tak hołubią, bywasz między uczonymi i w ogóle oni się tobą nie brzydzą, a mnie przeganiają, zastawiają trutki i mnie nie znoszą?"
A ten drugi popatrzył się na tamtego z wyższością i odparł: "No cóż, kolego, po prostu, Public Relations." :))))
Może niech poszczególne instytucje same decydują czy potrzebują habilitacji, czy nie?
Co należy zmienić?
Przede wszystkim i najpierw sposób finansowania uczelni.
Nie może on promować przyjmowania i przepuszczania przez uczelnie jak największej liczby studentów. Taki system finansowania przyczynił się już do utworzenia nadmiernej liczby uczelni, które trzeba teraz utrzymywać: opłacać administrację, ogrzewać, zasilać i remontować budynki, etc. Skutki: problemy z finansowaniem, brak środków na badania naukowe, na których najłatwiej oszczędzić. Marna jakość kształcenia. Płacenie naukowcom za stanie w gotowości.
Finansowanie uczelni musi zależeć od jakości kształcenia. Jeśli mamy 250 tys. maturzystów, rząd powinien opłacać nie więcej niż 250 tys. miejsc na pierwszym roku studiów, oferując studia za darmo tylko dla tych, którzy faktycznie się uczą. Uczelnie, które oferują aktualnie niemal 400 miejsc musiałyby o te 250 tys. miejsc refundowanych konkurować, np. poprawiając programy kształcenia. Uczelnia decydowałaby którzy studenci mogą studiować za darmo, a którzy już nie. Wtedy sami studenci nie pozwolą a to, żeby niektórzy z nich dostawali dobre oceny za darmo.
Kiedy to rozwiązanie zacznie działać (trzeba będzie sprawdzać czy działa), należy przyznawać uczelniom coraz większą autonomię w sprawach zatrudniania, płac i inwestycji.
Instytuty? Także. Najpierw sposób finansowania. Instytuty mogą zrobić dla państwa bardzo dużo dobrego. Wystarczy o konkretne rozwiązania poprosić i zapłacić.
Najlepiej, żeby klucza nie było, bo o klucz nikt by się nie starał, a smród rozchodziłby się wszędzie.
Z kastowością walczy się poprzez sprawowane kadencje. Może na uczelniach skoro środowisko gorsze niż ogół społeczeństwa należałoby ograniczyć liczbę sprawowanych kadencji do jednej.
Rzeczy dzieją się w czasie.
Jeśli pewne zmiany już zaszły, trudno je cofnąć. Zrezygnowaliśmy ze szkół zawodowych i z techników, żeby młodym ludziom dać ogólne, średnie wykształcenie i kilka lat więcej by dojrzeli do wejścia na rynek pracy. Skutek jest taki, że studia dzisiaj zastępują szkoły zawodowe i technika, zwłaszcza kierunki mniej popularne, na które przyjmuje się wszystkich jak leci, żeby tylko dostać subwencję dydaktyczną. Na studiach mamy zatem więcej ludzi niż w szkołach średnich: 900 tys. / 1.300 tys.
Przy założeniu, że tego już się nie da cofnąć, część uczelni lub część kierunków studiów powinna się naturalnie przekształcić w koledże, dające konkretne, praktyczne wykształcenie.
Obniżyliśmy jakość kształcenia w szkołach i na uczelniach. Obniżyliśmy rangę doktoratów tworząc studia doktoranckie i ograniczając czas na uzyskanie stopnia doktora. Kiedyś trzeba było coś konkretnego zrobić i to obronić, a dziś w większości przypadków, ludzie bronią tego, co dali radę zrobić w trzy lub w cztery lata. To nie tylko polski problem. Taki jest trend europejski i światowy. W takiej sytuacji może się wydawać, że utrzymanie habilitacji ma jednak sens.
Tu jednak pojawia się problem czasu i zagospodarowania ludzi i ich umiejętności. Po doktoracie łatwiej zdecydować, że kończy się z pracą na uczelni i przechodzi do przemysłu, niż po habilitacji lub bez niej. Czas płynie.
Czy lepiej podnieść rangę doktoratu, żeby uznać doktora za samodzielnego badacza, czy pozostawić doktoraty na niskim poziomie i utrzymać habilitację? Kwestia czasu. Inaczej pracuje w nauce ktoś, kto ma perspektywę popracowania nad interesującym go zagadnieniem przez lat dwadzieścia i inaczej ktoś, kto wie, że musi cokolwiek szybko opublikować, za rok, za dwa.
Czy Europa podąża we właściwym kierunku? Patrząc na relację PKB Europy do PKB reszty świata (spadek z 25 do 14% w dziesięć lat), widzimy, że nie, że stajemy się skansenem samych siebie. O dominacji nad „mniej cywilizowanym” światem możemy już zapomnieć i czas myśleć jak doganiać tych, którzy wypracowali znacznie więcej pieniędzy na badania i rozwój niż my.
Cyt." Inaczej pracuje w nauce ktoś, kto ma perspektywę popracowania nad interesującym go zagadnieniem przez lat dwadzieścia i inaczej ktoś, kto wie, że musi cokolwiek szybko opublikować, za rok, za dwa. "
OWSZEM, ale jak napisałem już poniżej w odpowiedzi na inny post, kasta "habilitowanych wybrańców" wie "lepiej". W OGÓLE, to środowisko akademickie musiałoby NAJPIERW zdecydować, która ze zmian ma najwięcej zwolenników (oczywiście, po jakiejś dyskusji), i wysłać list do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ktoś napisze zapewne w odpowiedzi, że taka dyskusja już była (sławetny Kongres Nauki Polskiej w 2017 r., z udziałem ówczesnego Ministra Gowina), i chyba niewiele to dało, ale czy mamy inne wyjście?
Ale czemu pracownicy naukowi mieli by o tym decydować? Co to za logika?
Może jeszcze pijani kierowcy by decydowali o tym co ma się dziać z pijanymi kierowcami, a górnicy z górnictwem (WINCEJ!)?
Skoro tak, to można postawić pytanie zadane tutaj przez Profesora PAN. Mianowicie, KTO zna się na tym, jak prowadzi się badania naukowe (bo przecież tylko taki ktoś mógłby tutaj jeśli nie podejmować decyzje, to mieć na nie wpływ), nie będąc przy tym pracownikiem naukowym?
Chyba, że ma Pan jakieś własne propozycje co do tej kwestii?
@komentator (poprzedni)
Moja (smutna w sumie) konstatacja z czytania artykułów i komentarzy na FA jest taka, że zmiany, bardzo głębokie zmiany systemowe, powinny być wprowadzone w Polsce przez ludzi, którzy są w obiegu nauki, dokładnie wiedzą, jak działa nauka światowa. Nie są politykami, są specjalistami z merytorycznego punktu widzenia, i nie boja się obrazić ¾ polskiego środowiska naukowego. Tak więc nie, nie „oczywiście, po jakiejś dyskusji”, tylko zupełnie niezależnie od tego, co kto myśli o tych zmianach. Ale to muszą być ludzie, którzy rzeczywiście wiedzą, o czym mowią, a takich ministrów od spraw nauki praktycznie nigdy w Polsce nie było.
Cyt."Obniżyliśmy jakość kształcenia w szkołach i na uczelniach."
Jeden z moich Kolegów dr X. (pracował na innej uczelni), usiłował coś zrobić z tą niską jakością kształcenia. W sylabusie przedmiotu "Matematyka" był tylko rachunek całkowy, bez wzmianki o pochodnej funkcji. Gdy ów Kolega postanowił postąpić zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, tzn. zaczął mówić o pochodnych funkcji, studenci wnieśli na niego skargę, w rezultacie nie przedłużono mu umowy o pracę. Wyjechał pracować na innej uczelni, daleko od polskiego systemu nauki i szkolnictwa wyższego. Oczywiście, państwo "prof. dr hab.", którzy dali wiarę studentom, że dr X. jest taki "niedobry", siedzą sobie wygodnie, i popijają kawkę, wielce ukontentowani...
Inny dr Y., też na przedmiocie matematycznym, z entuzjazmem starał się wyjaśniać studentom zawiłości różnych zagadnień, pokazywał studentom na zajęciach nawet rzeczy nieco wykraczające poza przedmiot (żeby je znali, gdyż są one dość ważne, jako takie). W "podziękowaniu" dostał w ankiecie "prezent" w postaci zarzutu o... niekompetencję (sic!), a innym razem napisali na niego donos do dyrekcji, że jego zajęcia są na "niskim poziomie merytorycznym".
Oczywiście, nie wolno postawić się tym ludziom, no nie, skądże. Przecież mają swoje "prawa", no tak, i nie omieszkają z nich korzystać.
No, chyba że sięgniemy po środki prawne, i prokurator zaprosi "elokwentnych" studentów na pogawędkę, i to bynajmniej nie o matematyce...
Przykłady, które Pan podaje nie są przypadkami odosobnionymi: nie należy np. oczekiwać, że studenci przeczytają zadane materiały przed zajęciami i absolutnie nie wolno drwić ze studenta IV roku, który nie nauczył się jeszcze skracania ułamków. Niektóre uczelnie poszły już dalej i studenci dają oceny nauczycielom. Poważnie! To jest już bardzo niepokojące, ale jak się okazuje, już tylko dla nielicznych, co znaczy, że negatywna selekcja nauczycieli działa bardzo dobrze.
Aktualny, zepsuty system działa tak: liczba studentów jest najważniejsza, ponieważ od niej zależy subwencja. Z tego powodu wszyscy studenci muszą wszystko pięknie zaliczyć i dostać dyplom - bo subwencja. Nie muszą się uczyć, o czym doskonale wiedzą już nawet studenci - migranci.
Co odróżnia inne uczelnie od Collegium Humanum? To, że zajęcia się odbywają.
Doktoranci i adiunkci - to tylko tani robotnicy sezonowi. Szybka rotacja i nabór kolejnych naiwnych entuzjastów trzyma system przy życiu.
Jeśli nadal nikt nie będzie oceniał jakości kształcenia, Polską rządzić będą absolutni dyletanci i będzie już tylko coraz gorzej.
Byłoby to śmieszne, gdyby nie było prawdziwe... mój kolega pracował na uczelni, do czasu gdy studenci złożyli do Rektora skargę. Zarzutem było, że Pan Doktor kazał im się do wszystkich ćwiczeń przygotowywać, i jeszcze sprawdzał czy się przygotowali!
Habilitacja = tenure -> assoc. prof. w krajach anglosaskich. Jedyna różnica: habilitacja przechodzi przez centralne RDN, a tenure jest w ramach uczelni. Proponowałbym również zastosować to do warunkuów polskich: dr X Y, hab. Ucz.A. To mogłoby podnieść jakość habilitacji i potencjalnie ograniczyć kolesiostwo, albowiem uczelniom zaczęłoby bardziej zależeć na wypuszczaniu jakościowych habilitowanych.
Uczelnie powinny być autonomiczne, ludzie na nich zatrudnieni powinni robić naukę, a nie stroszyć papiery.
To dopiero by było, hulaj dusza piekła niema, i co nam zrobicie, że hab. dajemy jak chcemy i komu chcemy, a głównie swoim, nawet ze stopniem mgr, no bo wiadomo, swój, córcia synuś "wielkiego naukowca ze wsi kolesiostwo" no bo "uczelniom zaczęłoby bardziej zależeć na wypuszczaniu jakościowych habilitowanych" Dałeś czadu, do wiwatu. I takie coś chce uzdrowić naukę, doprawdy, patologie by dna sięgnęły. Polecam encyklikę prof. Józefa Betona i jego 5 zasad.
Najśmieszniejsze jest to, że oryginalnie habilitacja miała znaczenie lokalne - była po prostu nostryfikacją doktoratu.
Wie Pan, co by Pan nie proponował, to i tak chyba jest "wołanie na puszczy". Kasta habilitowanych wielmożów "wie lepiej".
Drogi na skróty nie ma, a doktorat to dopiero początek ścieżki naukowej. Jak ktoś robi badania, publikuje, to stopnie i tytuły przyjdą same, bez wysiłku.
Oczywiście, że jest. Wystarczy wyjechać z Polski.
I faktur nie trzeba procedować. Czysta nauka.
Ale jeśli ktoś lubi wspinać się po ulicy....
Absurd tej (formalnie nieistniejącej) granicy, za którą polski naukowiec zyskuje potocznie zwaną samodzielność, znalazł szczególnie dobitny wyraz w wypowiedzi felietonisty naukowego, pedagoga prof Śliwerskiego, który parę lat temu wyraził na swym blogu opinię, że uczony ze stopniem doktora jest tylko pracownikiem naukowym pomocniczym.
No i ta wypowiedź prof. Śliwerskiego wpisuje się w to, co już napisałem: niektórym przedstawicielom akademickiej magnaterii i zamożnej szlachty (czyli NIEKTÓRYM dr hab.-om i prof. dr hab.-om), "woda sodowa" w postaci ich stopni i tytułów naukowych uderzyła "do głowy".
Był też czas, że po ośmiu latach ten stopień ulegał praktycznie unieważnieniu z powodu niezrobienia habilitacji. Udało się tym sposobem zmieść z powierzchni Ziemi całe pokolenie zaczynające pracę naukową na początku lat 90-tych tzw. "generation gap".
Zapytasz Niemca po doktoracie co robi - opowie ci o swoich badaniach, zapytasz Polaka - powie, ze robi habilitację ;-)
Samodzielność?
Ktoś, kto skończył studia, popracował solidnie naukowo i obronił pracę doktorską jest, a przynajmniej powinien być samodzielny.
Po co przez następne lata ma raz jeszcze udowadniać, że nie jest wielbłądem?
Kontrola jakości w Polsce:
Pierwszy problem pojawia się na etapie doktoratu. Już tu powinniśmy mieć kontrolę jakości, czyli doktoraty powinny być oceniane, a nie wyróżniane, czy nagradzane. Sformalizujmy to: przyjmijmy łacińskie oceny także w Polsce: https://en.wikipedia.org/wiki/Latin_honors
Jeśli doktorant otrzyma najwyższą ocenę: summa cum laude, powinien mieć możliwość założenia zespołu zaraz po obronie.
Jeśli otrzyma ocenę niższą, powinien mieć szansę wykazać się jeszcze trochę po doktoracie, pracując u kogoś w zespole.
Oceny doktoratów są także ocenami promotorów doktorantów i mamy tu podwójną kontrolę jakości pracy naukowej: kto ma dobrych doktorantów – ma szansę utrzymywać większy zespół badawczy. To normalne i oczywiste.
Jesteś promotorem kilku doktorantów, którzy otrzymali najwyższą ocenę – możesz aplikować o stałe zatrudnienie. Pozostali – na kontraktach.
To czy uczelnia oferuje komuś stałe zatrudnienie (na stanowisku profesora), czy kontrakt, powinno pozostawać wyłącznie w gestii uczelni.
Uczelnie i instytuty powinny być autonomiczne, a rząd oferujący im pieniądze podatników, powinien stawiać tym instytucjom, konkretne zadania, których wykonania powinien w imieniu podatników dopilnować.
Bardzo dobry pomysł z tym summa cum laude, bo doktorat doktoratowi nierówny, ale tak samo jest z habilitacją. Kto konkretnie na uczelni ma decydować o stałym zatrudnieniu? Właśnie z tym jest problem.
@sk
No właśnie
Tylko dlaczego na uczelniach zachodnich to nie wydaje się takie skomplikowane, a na polskich jest? Znalezienie stałej pozycji na uczelni jest tam bardzo wąskim gardłem. To jest właśnie ten etap, który w karierze jest najtrudniejszy do przejścia.
Cyt."Ktoś, kto skończył studia, popracował solidnie naukowo i obronił pracę doktorską jest, a przynajmniej powinien być samodzielny.
Po co przez następne lata ma raz jeszcze udowadniać, że nie jest wielbłądem?"
No bo musi być szansa dla kasty dr hab.-ów na to, żeby pokazać takiemu miejsce w szeregu. Dzięki temu niektórzy z nich mogą sobie leczyć swoje kompleksy, a pechowcy, którzy przepadli w postępowaniu habilitacyjnym, mogą sobie tylko posłuchać wzruszających przemówień i życzeń "Wszystkiego Najlepszego" rektora, czy ministra na inaugurację kolejnego roku akademickiego. Oczywiście, badania naukowe sobie mogą prowadzić, ale rektora i ministra to chyba guzik obchodzi. Dla tych ostatnich liczą się tylko wygrani, reszta to właściwie tylko tło.
Cyt."Jeśli otrzyma ocenę niższą, powinien mieć szansę wykazać się jeszcze trochę po doktoracie, pracując u kogoś w zespole. "
OWSZEM, ale aby mógł pracować w zespole, ktoś musi go tam skierować. Bez tego, chyba ani rusz.
Pana pomysły są nawet niezłe, ale jakie by pomysły nie były, obecny system nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce, trzyma się chyba co najmniej tak mocno, jak swego czasu starożytny Rzym.
Ja widzę w tym "trzymaniu się", na zasadzie, że tak "utarło się", taki niezwykle silny konserwatyzm, konserwujący starożytny PRL z fasadą udającą, że jest już inaczej: praworządnie, uczciwie i demokratycznie.
No, i chyba ma Pan tutaj dużo racji. Jest chyba zbyt wielu zadowolonych z obecnego "status quo" w tzw. nauce polskiej, żeby coś dało się zmienić.
Jak to ładnie ujął Mohandas Karamchand Ghandi: "Największym osiągnięciem systemu totalitarnego jest to, że ludzie, którzy się go boją zaczynają go naśladować".
Skończcie z tą stygmatyzacją, samodzielny niesamodzielny.
Wszyscy ciężko pracujemy, pora z tym skończyć.
Zresztą w wielu ośrodkach Ci niesamodzielni są lepsi naukowo i dydaktycznie od tych niby samodzielnych.
Oj, droga Klaro... Tak szybko ten podział nie zostanie zniesiony. Musi on być, dzięki niemu samodzielni mogą szybciej trawić obiady.. ;=) ;=) Dostojne profesorskie i habilitowane głowy rozglądają się dookoła z ukontentowaniem na uroczystościach uniwersyteckich, a niemały odsetek niesamodzielnych może tylko sobie pomarzyć o tzw. samodzielności.
A już całkiem NA SERIO: podział ma sens TYLKO WTEDY, gdy służy ogółowi, a nie tylko kaście wybranych. Czy podział na habilitowanych (magnaterię i średnią szlachtę akademicką) oraz niehabilitowanych (ubogą szlachtę akademicką) komuś lub czemuś służy, poza kastą magnaterii i średniej szlachty akademickiej? Może tak, ale nic o tym nie wiem. Jeśli ktoś napisze mi RZECZOWO, że się mylę, to proszę. Do tej pory, jak pisał niejednokrotnie Dr Józef Wieczorek w swoich tekstach, byliśmy i jesteśmy potęgą habilitacyjną i naukową mizerią, więc...
Jak się nie ma hab. i jest nikim, a nawet niczym, to choć ulżę sobie i dołożę tym "Dr Józef Wieczorek w swoich tekstach, byliśmy i jesteśmy potęgą habilitacyjną i naukową mizerią, " Gdyby nie ci z hab. a tylko z dr, to wtedy nie byłoby mizerii a bryndza. Tacy wielcy dr i nic a nic nie wnoszą do nauki, czas zlikwidować dr, niech mgr pracują bo dr są do bani. Oczywiście dr hab. to tak, ale bez stopnia dr. Satyra na w nauce.
Cyt."Tacy wielcy dr i nic a nic nie wnoszą do nauki[...]"
A SKĄD Pan/Pani to wie? Tylko proszę nie pisać, że "wystarczy popatrzeć na wyniki tych i tamtych ze stopniem dr i od razu widać, że nic nie wnieśli do nauki". Skoro pisze Pan/Pani "Tacy wielcy dr i nic a nic nie wnoszą do nauki[...]", to oznacza, że wg Pana/Pani DLA KAŻDEGO dr: ten dr nie wniósł niczego do nauki.) A więc, należałoby przewertować dorobek iluś tysięcy dr-ów bez habilitacji w Polsce i wykazać, że faktycznie jest tak, jak Pan/Pani pisze.
Lepiej OSTROŻNIEJ stosować duże kwantyfikatory.
Sam jestem dr bez hab. i jeśli miałoby się ode mnie wymagać, żebym "coś wniósł do nauki" (przy okazji: CO TO oznacza: że mam mieć dużą liczbę cytowań, duży indeks Hirscha, czy ileś patentów?), TO NAJPIERW żądam, aby stworzono mi WARUNKI do pracy naukowej. Tymi warunkami NA PEWNO NIE BYŁO:
1. pozostawienie mnie prawie "na lodzie" przez opiekunów pracy doktorskiej na samym początku, tzn. tuż po doktoracie, a przed rozpoczęciem pracy na uczelni - I TAK, mimo tych okoliczności, udało mi się pewne projekty naukowe zrealizować
2. mus przekwalifikowania się na pewną dziedzinę, a wszystko to po to, żeby móc prowadzić zajęcia dydaktyczne z nią związane.
Klara jesteś chyba niby niesamodzielna i widocznie nie lepsza niż samodzielni., jesteś typem chwalipięty. A według prof. Józefa Betona jeśli bez hab. to jesteś nikim, a nawet niczym, bo nie masz habilitacji.
Jacy samodzielni, skoro pracują na nich ci tzw. niesamodzielni zgodnie z hierarchią i feudalizmem? Po to jest utrzymywany ten podział i dlatego obrońcy habilitacji tak jej bronią, bo bez niej już nie można wykorzystywać tych niesamodzielnych adiunktów.
Jaka dojrzałość naukowa samodzielnych ? Wystarczy wejść choćby na google scholar albo na research gate, wielu profesorów belwederskich oczywiście wcześniej habilitowanych z pompą i dzierżących władzę nad niesamodzielnymi, i blokujących ich awans, nie ma nawet tam profilu i żadnych cytowań! Odwrotnie w przypadków adiunktów. którzy są obecni i cytowani na tych platformach. Farsa!
/?
Jeśli dr mają tak fantastyczny dorobek, no to jaki problem uzyskać stopień dr hab? A potem profesurę?
Może lepiej podnieść wymagania względem stopnia doktora, np. 5 samodzielnych publikacji w Scopusie 1 lub 2 Quartyl lub tradycyjnie pisany, żeby recenzować osiągnięcia osoby a nie zespołu. Wtedy zlikwidować habilitację.
Także uważam, że należy zacząć od podniesienia wymagań dotyczących doktoratów. Jakiś czas temu uczestniczyłem w publicznej obronie pracy doktorskiej z telekomunikacji na prowincjonalnej nieco Politechnice w Kartagenie, w Hiszpanii. Komisja doktorska składała się w dwóch trzecich z naukowców spoza Hiszpanii, a wśród recenzentów były także dwie osoby z zagranicy. I jak mi powiedziano, taki dobór oceniających to reguła, a nie wyjątek. Członkowie komisji doktorskiej muszą być aktywnymi naukowcami. Sprawdzane jest na przykład, czy w ostatnich sześciu latach opublikowali co najmniej cztery artykuły w czasopismach znajdujących się na liście ISI-JCR, z odpowiednim współczynnikiem wpływu (IF). Co najmniej jedna z tych prac musi być opublikowana w czasopiśmie o IF mieszczącym się pierwszym kwartylu czasopism z danej dyscypliny. Jakkolwiek nie jestem entuzjastą ocen opartych na tego typu numerycznym podejściu, to jednak jest to dosyć skuteczny filtr, eliminujący z oceniania doktoratu osoby nieprowadzące badań na niezłym międzynarodowym poziomie.
Doktorant, aby dopuszczono go do obrony, także musi mieć publikacje w czasopismach znajdujących się liście ICI-JCR. Taki warunek muszą zresztą spełnić, w części jednostek, doktoranci w Polsce. Doktorant, w obronie którego uczestniczyłem, miał w dorobku siedem publikacji w czasopismach ze wspomnianej listy, nie licząc prezentacji na kilku ważnych konferencjach międzynarodowych.
Sama obrona wyglądała bardzo poważnie. Na prezentację, w języku angielskim, hiszpański doktorant miał pełną godzinę, którą zresztą dobrze wykorzystał. Po prezentacji oczywiście nastąpiła dogłębna merytoryczna dyskusja. Na moim Wydziale prezentacja trwa piętnaście minut, a i tak często mam wrażenie, że członkowie komisji nie mogą się doczekać jej końca.
Prowokacja? :) Nie każdy profesor ma 5 publikacji w Scopusie. Są dyscypliny, w których się zostaje profesorem bez żadnej.
@Ireneusz
Jakie to są "samodzielne publikacje"?
Też mnie to bardzo ciekawi.
Pan Kopeć pewnie nigdy nie pracował ani w USA ani w Niemczech, tam by się dopiero dowiedział, co to jest hierarchia akademicka. Ja też jestem zwolennikiem likwidacji habilitacji ale pod jednym warunkiem - że zostanie zastąpiona amerykańską tenure. Na pełnej petardzie.
Stanę sobie z boku i będę patrzeć, jak dotychczasowi przeciwnicy habilitacji wyją z rozpaczy.
Pana warunek jest już spełniony. Mamy w Polsce dość powszechne umowy na czas nieokreślony i jeśli ktoś spełnia minimalne wymagania (prowadzenie zajęć i 1 publikacja na 4 lata), to nie straci pracy, czyli tak jak w przypadku tenure.
Tia, mamy tenure w stylu walki bez walki Bruce'a Lee - stała posada bez procedury tenure. A potem zaskakuje nas nasza beznadziejność.
@ Profesor PAN,
Dobry post. Moim zdaniem każdy, kto rzetelnie pracuje uzyska polską habilitację, a tym bardziej, że rygle habilitacyjne poluzowano już dawno. Przeciwnicy habilitacji powinni jeszcze dodać, że jej istnienie blokuje rozwój demokracji w nauce, to ostatnio modne. O ile mi wiadomo, to trudno jest zdobyć tenure w USA, gdyż amerykańskie uniwersytety mają tutaj wyśrubowane kryteria. Nie ma lekko, i tak być powinno.
Cyt."Moim zdaniem każdy, kto rzetelnie pracuje uzyska polską habilitację[...]"
No to, po przeczytaniu tego, podniesiony na duchu, idę spać. ;=] ;=]
A na serio, moim zdaniem, istnienie habilitacji powoduje, że pewien odsetek jej posiadaczy zatraca dużą dozę pokory, za to nabiera niemałą dozę pychy... Patrzą się "z góry" na tych, którzy habilitacji nie mają.
@ komentator (poprzedni),
Napisał pan powyżej, że doktorzy habilitowani patrzą z góry na tych, którzy jej nie mają. Ja tego nie wiem, bo jestem osobą z poza środowiska. Mi zależy na tym, aby polska nauka była dokapitalizowana, a tym samym mogła się rozwijać. A habilitacja, jak habilitacja jest składową procesu ścieżki kariery akademickiej w PL.
Cyt."Napisał pan powyżej, że doktorzy habilitowani patrzą z góry na tych, którzy jej nie mają. "
Nie wszyscy, napisałem "pewien odsetek posiadaczy" habilitacji tak ma. Znam ludzi z habilitacją, a niektórych nawet z profesurą zwyczajną, którzy pewnej dozy pokory nie zatracili. Ale są też i tacy, którym "woda sodowa uderza do głowy", i u niektórych zaczyna się to chyba nawet wcześniej. Przykładem tego był pewien gość, który obroniwszy doktorat, jeszcze przed nadaniem mu stopnia dr, powiedział do swojego kolegi, że tamten ma się do niego zwracać per "Panie doktorze".
Cyt."Mi zależy na tym, aby polska nauka była dokapitalizowana, a tym samym mogła się rozwijać."
No to witam w klubie. ;=) Sęk w tym, że poza tym, iż co jakiś czas mamy "sezon" dyskusji o ewaluacji, a czasem o habilitacji, czy o tzw. reformie nauki polskiej itp., NIC ISTOTNEGO (tzn. czegoś, co wniosłoby POWAŻNY wkład w rozwiązanie problemu, choćby częściowe), z tego nie wynika.
Ciągle piszę się o likwidacji habilitacji, a dlaczego nie profesury tytularnej także?
Nie daje żadnych praw, więc nikomu nie przeszkadza. Poza być może panem prezydentem, który przez nią marnuje jeden dzień w miesiącu. Do zlikwidowania w pierwszej kolejności.
Czytam, że "ustawodawca zrezygnował z obligatoryjności habilitacji jako etapu awansu zawodowego".
Nie jestem pewien, czemu służył ten zabieg. Jeśli jednak miał na celu uniezależnienie możliwości prowadzenia prac naukowych od uzyskania habilitacji, to mam taką propozycję: niech formalnie habilitacja istnieje, ale niech nie będzie absolutnie do niczego wymagana. Zobaczymy wtedy, jakie będą losy tej procedury. Zniknie, czy nie? Pewnie trzeba by było poczekać jakieś 3-6 lat, żeby wyciągnąć wnioski.
Z racji istnienia systemu anglosaskiego w niektórych krajach Europy, dostęp do finansowania unijnego nie zależy od posiadania habilitacji.
Jednak ciągle odnoszę wrażenie, że w polskim systemie kariery naukowej brakuje tego przynajmniej jednego "checkpointu", czyli momentu, w którym jakość jest kluczowa do przejścia do następnego etapu. Gdzieś powinna być ta kontrola jakości. Kontrola, która nie pozwoli na dostanie się na następny szczebel przez zasiedzenie, czy też tylko dlatego, że ktoś istnieje.
Formalnie tych checkpointem jest habilitacja. Natomiast faktycznie spełnia tę funkcję średnio (w znaczeniu: niezbyt), bo kryteria, które trzeba spełnić dla uzyskania habilitacji są albo łagodne (to te wyrażone w ustawie w sposób jednoznaczny), albo rozmyte i zostawiające pole do sympatycznej interpretacji.
Dlaczego uważam, że tym checkpointem nie jest profesura belwederska? Otóż jestem zdania, że tytuł profesora belwederskiego nie jest kolejnym etapem uzyskiwania uprawnień, ale nagrodą naukową. 90% uprawnień profesorskich ma doktor habilitowany i właściwie jedyne, czego nie może, to recenzować wniosków profesorskich właśnie. Tytuł profesora jest raczej honorowym dyplomem, przyjęciem do Izby Lordów, która (podobnie jak w Wielkiej Brytanii) nie ma żadnych dodatkowych uprawnień, być może poza takimi przywilejami jak prawo do wypasu owiec na Piccadilly Circus nadane przez króla Ryszarda III, albo coś w tym guście. No i oczywiście profesura uprawnia do nieco wyższej pensji, co jest od lat rządowym sposobem pokazania, że naukowcy w Polsce mają z czego żyć i mają do czego dążyć, bo wprawdzie magistra stać na najwyżej frytki w McDonaldzie, ale już taki profesor może raz w miesiącu dobrze podjeść.
Czy jestem przeciwnikiem habilitacji i profesury? Nie, bo w polskich warunkach, mimo swoich wad, jest to coś, co naukowe plemiona osiadłe zmusza jednak czasem do wykonania jakichś realnych ruchów.
@Alek Rachwald
Pisze Pan: "Formalnie tych checkpointem jest habilitacja. Natomiast faktycznie spełnia tę funkcję średnio (w znaczeniu: niezbyt), bo kryteria, które trzeba spełnić dla uzyskania habilitacji są albo łagodne (to te wyrażone w ustawie w sposób jednoznaczny), albo rozmyte i zostawiające pole do sympatycznej interpretacji."
A ja czasem sprawdzam jakie publikacje mają ci wybrańcy, którym prezydent przyznaje profesury i widzę, że jest w wielu wypadkach jest naprawdę bardzo kiepsko. Czasami poziom jest wręcz żenujący. To oznacza, że od samego początku aż "do końca" (czyli tej prezydenckiej profesury) te checkpoints nie działają. Albo ich w ogóle nie ma. Czyli rzeczywiście, funkcja kontrolna jest spełniania kiepsko.
I wszystko znowu sprowadza się do tego samego: brak jakości.
Przecież przeciwnikom habilitacji tylko o to chodzi - by awansować przez zasiedzenie, czy też tylko dlatego, że się istnieje. Marzą im się gołąbki, co same lecą do gąbki.
Jakość kontroluje klient. Państwo nie jest klientem. Klientem może być student.
Żaden naukowiec oceniający prace innego naukowca nie sprawdza w żaden sposób jakości nauki.
Z reguły recenzenci nie znają się na tym co recenzują, a jakby się znali sami by taki artykuł opublikowali.
Klientem może być przedsiębiorca, który zatrudnia studenta.
Ogólnie im mniejszy dochód na głowę mieszkańca (nie całkowity), tym gorszy poziom nauki jest danym kraju.
Polska jest na czterdziestym którymś tam miejscu pod względem dochodu na głowę mieszkań i taki jest poziom polskiej nauki.
Żadni zachodni eksperci, żadne per review, żadne cytowania czy IF wskaźniki tylko liczba startapów wokół uczelni powstających w poszczególnych dyscyplinach nauki, to jest możliwy poziom oceny naukowców z danej oceny, niżej zejść się nie da. Ocena indywidualna naukowca jest niemożliwa, a opieranie jej o publikacje, to obrana patologii polskiej nauki.
Cyt."Jakość kontroluje klient. Państwo nie jest klientem. Klientem może być student. "
A to dopiero, studenci mieliby wg Pana, oceniać prace naukowe swoich wykładowców? :)
Cyt."Z reguły recenzenci nie znają się na tym co recenzują, a jakby się znali sami by taki artykuł opublikowali."
Nie wiem, skąd taki wniosek. Zdanie to jest raczej fałszywe (oczywiście, z pewnymi wyjątkami). Sam recenzowałem np. pewne prace nadesłane do Proceedings po pewnej Konferencji, i były one z mojej dziedziny badawczej.
Z drugiej strony, byłem świadkiem, jak pewni recenzenci z pewnej komisji habilitacyjnej, ocenili dorobek pozostały habilitanta, jako słaby, BEZ podania jakiegokolwiek uzasadnienia, nie mając przy tym ANI JEDNEJ publikacji z dziedziny, której dotyczył ów dorobek.
Cyt."Żadni zachodni eksperci, żadne per review, żadne cytowania czy IF wskaźniki tylko liczba startapów wokół uczelni powstających w poszczególnych dyscyplinach nauki, to jest możliwy poziom oceny naukowców z danej oceny, niżej zejść się nie da. Ocena indywidualna naukowca jest niemożliwa, a opieranie jej o publikacje, to obrana patologii polskiej nauki."
Nie wszystkie badania od razu prowadzą do startupów.
Cyt."Ocena indywidualna naukowca jest niemożliwa, a opieranie jej o publikacje, to obrana patologii polskiej nauki"
Rozumiem, że swoje poglądy traktuje Pan trochę, jak aksjomaty, tzn. bez dowodu. Ale w ten sposób, to zawsze każdy może "dowodzić" swoich racji.
Cyt."Jakość kontroluje klient. Państwo nie jest klientem. Klientem może być student. "
A to dopiero, studenci mieliby wg Pana, oceniać prace naukowe swoich wykładowców? :)
Studenci oceniają uczelnie. Studiują tam, gdzie uważają. Bardzo dobry wskaźnik do temperowania tych naukowców, którzy uważają się za wybitnych, a nie mają chętnych osób np. na doktoraty.
Cyt."Z reguły recenzenci nie znają się na tym co recenzują, a jakby się znali sami by taki artykuł opublikowali."
Nie wiem, skąd taki wniosek. Zdanie to jest raczej fałszywe (oczywiście, z pewnymi wyjątkami). Sam recenzowałem np. pewne prace nadesłane do Proceedings po pewnej Konferencji, i były one z mojej dziedziny badawczej.
Z drugiej strony, byłem świadkiem, jak pewni recenzenci z pewnej komisji habilitacyjnej, ocenili dorobek pozostały habilitanta, jako słaby, BEZ podania jakiegokolwiek uzasadnienia, nie mając przy tym ANI JEDNEJ publikacji z dziedziny, której dotyczył ów dorobek.
Jakby się znali to by sami napisali taki artykuł. Są recenzenci, którzy piszą pozytywne opinie nie czytając prac.
Cyt."Żadni zachodni eksperci, żadne per review, żadne cytowania czy IF wskaźniki tylko liczba startapów wokół uczelni powstających w poszczególnych dyscyplinach nauki, to jest możliwy poziom oceny naukowców z danej oceny, niżej zejść się nie da. Ocena indywidualna naukowca jest niemożliwa, a opieranie jej o publikacje, to obrana patologii polskiej nauki."
Nie wszystkie badania od razu prowadzą do startupów.
Cyt."Ocena indywidualna naukowca jest niemożliwa, a opieranie jej o publikacje, to obrana patologii polskiej nauki"
No tak, tylko po co one są prowadzone. Przykład Kariko pokazuje, że jej koledzy prowadzili latami badania, które teraz lezą w szufladach, bo to jej praca przyniosła skutek.
Rozumiem, że swoje poglądy traktuje Pan trochę, jak aksjomaty, tzn. bez dowodu. Ale w ten sposób, to zawsze każdy może "dowodzić" swoich racji.
Wie Pan, a czym są obecne wskaźniki jakości prowadzonych badan naukowych i oceny pracy naukowca.
To są taki modele, których walidacja polegała na tym, ze walidowało się je w oparciu o to co ma wyjść przecież, a nie o prawdziwe wartości ocen naukowców.
@kk
„Jakość kontroluje klient. Państwo nie jest klientem. Klientem może być student.”
Klientem badań naukowych są wszyscy ludzie na świecie. Nauka jest światowa. Nie mówimy tutaj o tajnych badaniach wojskowych. Studenci są tak samo „klientami” nauki, jak każdy inny człowiek.
„Żaden naukowiec oceniający prace innego naukowca nie sprawdza w żaden sposób jakości nauki.”
Jak najbardziej, jedni naukowcy mogą ocenić dorobek naukowy innego naukowca. Mogą tez spróbować ocenić tego naukowca potencjał. Jakkolwiek ta ocena jest obarczona błędem, pozwala ona na zatrudnianie na przykład jednego ze stu aplikantów (to standardowa liczba) na stałe pozycje naukowców w krajach zachodnich oraz przejście na tzw. ‘tenure’. Nie jest to nic nowego ani nie ma w tym nic niemożliwego.
„Z reguły recenzenci nie znają się na tym co recenzują, a jakby się znali sami by taki artykuł opublikowali.”
To stwierdzenie nie zasługuje na komentarz.
„Klientem może być przedsiębiorca, który zatrudnia studenta.”
Klientem czego? To, że istnieją przedsiębiorcy, którzy zatrudniają studentów (jak rozumiem absolwentów) ma się nijak do oceny dorobku naukowców, którzy prowadza badania naukowe.
„Ogólnie im mniejszy dochód na głowę mieszkańca (nie całkowity), tym gorszy poziom nauki jest danym kraju.”
Tak, ale niestety to działa w obie strony – im gorszy poziom nauki w danym kraju, tym mniejsze ten kraj ma szanse na rozwój, i w związku z tym na dobry dochód w przyszłości.
„Polska jest na czterdziestym którymś tam miejscu pod względem dochodu na głowę mieszkań i taki jest poziom polskiej nauki.”
Nie, poziom polskiej nauki NIE jest na „czterdziestym którymś tam miejscu”, tylko niżej.
Zaś start-upy to tylko jeden z wielu możliwych rezultatów badań naukowych. Można to również brać pod uwagę w ocenie, jak najbardziej, ale jest wiele innych sposobów, w jaki naukowcy dokładają się do społeczeństwa.
„Żaden naukowiec oceniający prace innego naukowca nie sprawdza w żaden sposób jakości nauki.”
Jak najbardziej, jedni naukowcy mogą ocenić dorobek naukowy innego naukowca. Mogą tez spróbować ocenić tego naukowca potencjał. Jakkolwiek ta ocena jest obarczona błędem, pozwala ona na zatrudnianie na przykład jednego ze stu aplikantów (to standardowa liczba) na stałe pozycje naukowców w krajach zachodnich oraz przejście na tzw. ‘tenure’. Nie jest to nic nowego ani nie ma w tym nic niemożliwego.
Oczywiście każda procedura zatrudnienia ma na celu zatrudnienie najlepszego. Ale czy tak jest ? Nie. Każda procedura zatrudniania to tak na prawdę sprawdzanie wymagań formalnych i nijak się ma do tego co dany człowiek może wnieść w przyszłości. To tak jak to że małe dziecko potrafi znaleźć rozwiązanie problemu nad którym głowią się inżynierowe. Kirko jest świetnym przykładem, gdyż zajmowała się czymś co inni nie doceniali.
„Z reguły recenzenci nie znają się na tym co recenzują, a jakby się znali sami by taki artykuł opublikowali.”
To stwierdzenie nie zasługuje na komentarz. Wszystko zasługuje na komentarz, a Pana obiekcje pokazują, że był Pan recenzentem wielu artykułów. O motywach recenzentów dlaczego recenzują nie będę pisał. Naśladownictwo i poprawki są naprawdę łatwe.
„Klientem może być przedsiębiorca, który zatrudnia studenta.”
Klientem czego? To, że istnieją przedsiębiorcy, którzy zatrudniają studentów (jak rozumiem absolwentów) ma się nijak do oceny dorobku naukowców, którzy prowadza badania naukowe.
Klientem nauki jest to oczywista oczywistość. Naukowiec to jest najemny pracownik.
Loty w kosmos to nie wyłączna domena Państwa czy uczelni, zresztą uczelnie jednostki naukowe są żebrakami u różnych źródeł finansowych.
„Ogólnie im mniejszy dochód na głowę mieszkańca (nie całkowity), tym gorszy poziom nauki jest danym kraju.”
Tak, ale niestety to działa w obie strony – im gorszy poziom nauki w danym kraju, tym mniejsze ten kraj ma szanse na rozwój, i w związku z tym na dobry dochód w przyszłości.
To jest dokładnie to co napisałem, poziom rozwoju gospodarczego jest miernikiem aktywności naukowców w danym kraju.
„Polska jest na czterdziestym którymś tam miejscu pod względem dochodu na głowę mieszkań i taki jest poziom polskiej nauki.”
Nie, poziom polskiej nauki NIE jest na „czterdziestym którymś tam miejscu”, tylko niżej.
Nie, niżej jest wedle wydumanych kryteriów. Proszę nie wmawiać, że kraje o wyższym poziomie nauki mają gorszy poziom życia. To jest pobawione logiki.
Zaś start-upy to tylko jeden z wielu możliwych rezultatów badań naukowych. Można to również brać pod uwagę w ocenie, jak najbardziej, ale jest wiele innych sposobów, w jaki naukowcy dokładają się do społeczeństwa.
Albo żyją na koszt społeczeństwa. Koledzy Pani Kirko prowadzili badania, ale to Pani Kirko zasłużyła się społeczności, a i koledzy Pani Kirko byli wyżej oceniani wedle wydumanych kryteriów oceny pracy naukowców.
@kk
Proszę Pana, z badań archeologicznych, etnograficznych, historycznych, z badan języka oraz paleontologii żadnych start-upów nie będzie, a jednak są to ciągle bardzo ważne badania, ważne dla budowania wiedzy o świecie i dla społeczeństwa.
Zaś ocena publikacji naukowych to najlepszy sposób oszacowania, co w jakiejś dziedzinie dzieje w się w danej jednostce naukowej. Prowadzenie badań i publikowanie wyników to są ciągle najważniejsze zadania, jakie stawia się przed naukowcami.
Jeśli można się podeprzeć danymi liczbowymi to bardzo dobrze. Należy to robić. I tutaj w ocenie instytucji naukowych czy uczelni pomagają międzynarodowe porównania i zestawienia. Możemy rankingów nie lubić, ale jak się ich zobaczy kilka, a nie tylko jeden, to wszystkie razem mogą już dać jakiś obraz sytuacji. W tychże rankingach nasze uczelnie zaczynają się od miejsc 200-300 lub niżej. Czyli kiepsko.
Już pisałem tutaj wcześniej, że przy pomocy SCIMAGO możemy oszacować cytowalność artykułów wyprodukowanych w Polsce i tutaj też jesteśmy na miejscu poniżej setki.
Bardzo bym chciał, żeby to wyglądało lepiej, ale liczby mówią same za siebie. Prawda jest taka, że być może Polska w niektórych dziedzinach życia rzeczywiście już jest w G20 i jest w pełni "europejska", to jednak nie w nauce. Tutaj jest naprawdę kiepsko, ale ta słaba pozycja nie wynika z braku ilości, tylko z braku jakości. Jakość jest kluczowa, stąd właśnie piszę o niej w moim komentarzu.
No dokładnie tak jest liczby mówią same za siebie.
Skoro PKB na głowę mieszkańca plasuje Polskę na czterdziestym którymś to tak jest z nauką polską.
A przywoływane przez Pana rankingi to fikcja. To jest coś gdzie widać sterowanie ręczne i taki a nie inny dobór kryteriów. Te rankingi to już nie są sprzeczne z samą logiką, ale już ze zdrowym rozsądkiem. W jaki sposób kraj, w którym nauka jest na niższym poziomie może mieć gospodarkę funkcjonującą na wyższym poziomie niż w kraju gdzie nauka stoi na wyższym poziomie. Zdrowy rozsadek podpowiada, że to brednia.
Akurat polskie badania archeologiczne, etnograficzne czy historyczne, które Pan przywołał nie odbiegają od badań prowadzonych w innych krajach. Tylko tutaj akurat jakości badań nie da się w ogóle ocenić, w tym sensie, że ktoś prowadzi je gorzej czy źle i one zależą wyłącznie od mecenasów i darczyńców, a największym mecenasem nauki są państwa. Jeśli nie zrobi tego polski archeolog to robi to archeolog z innego kraju. Jaka jest więc strata dla nauki narodowej skoro można o tym przeczytać w artykułach ? Jak do tej pory nie wiedzą skąd znaleźli się Słowianie nad Wisłą i prawdopodobnie nie będą wiedzieć nigdy, tak jak tego czy były jeszcze jakieś człekokształtne czy też nie, bo po niektórych mogło się nic nie zachować.
@kk
"Skoro PKB na głowę mieszkańca plasuje Polskę na czterdziestym którymś to tak jest z nauką polską."
Proszę Pana, NIE jest. Czy może Pan przyjąć do wiadomości, że nie jest?
Podawałem już tutaj ten przykład: jeśli weźmie się pod uwagę liczbę cytowań na publikacje, SCIMAGO klasyfikuje Polskę na 176 miejscu na świecie. Można dane na SCIMAGO filtrować na różne sposoby, ale za każdym razem cytowania pokazują, że publikacje z Polski są bardzo słabe, nisko cytowane przez naukowców na świecie. A niezaprzeczalnie cytowalność publikacji mówi coś o tym, jak one wpływają na rozwój danej dziedziny naukowej.
To jest mój przykład. Czy może Pan podać liczby, popierają pańskie stanowisko w tej sprawie? Tylko proszę nie konfabulować tutaj, tylko w końcu podać liczby.
Nie. Rankingi to nie fikcja. To liczby. I czy patrzymy na rankingi wygenerowane przez instytucje chińskie, brytyjskie czy ten holenderskie, pokazują one wszystkie podobny trend, jeśli chodzi o klasyfikacje polskich uczelni. Można się spierać o kryteria, ale te kryteria są takie same dla wszystkich uczelni na świecie. Ma Pan jakikolwiek dowód na to, że ma tam miejsce "ręczne sterowanie"? Jakikolwiek dowód lub chociaż przesłankę?
Jakość badan w dziedzinach, które wymieniłem jako przykłady, również da się ocenić, metodą identyczną do tej, która działa dla wszystkich dziedzin i dyscyplin. Nie ma różnicy – naukowe publikacje opisują prace naukowców i do tychże publikacji należy się kierować, by dowiedzieć się, co w ciągu ostatnich lat odkryli i zaobserwowali. Tak się robi w krajach, w których ewaluacje istnieją.
Pan wierzy, że cytowania coś znaczą. Jak Pan ma sprzęt, którego inni nie mają to Pan pierwszy opublikuje artykuł i tak to już jest. Cytowania potem same się pojawiają. Cytowania pokazują jak łatwo dana dziedzina się rozwija. Proszę nie wmawiać, że jest przodownik, a za chwilę bardziej od niego inteligentni, którzy poprawiają jego prace i stąd te cytowania. Samo pierwszeństwo publikacji nie wynika, ż poziomu naukowego danego kraju. Może wynikać z nasycenia sprzętem naukowym, a tu kłania się historia.
Rankingi nigdy nie były walidowane o rzeczywiste wartości, gdyż tych nigdy nie było i nie ma. Rankingi wypluwają to co mają wypluwać. Zdrowy rozsądek to jest najlepsze narzędzie. Skoro dany kraj jest bogaty to tam poziom nauki jest wysoki skoro jest wysoki to uczelnie muszą się plasować wysoko i taki jest klucz, to mają wypluwać rankingi.
@kk
Wie Pan, według "zdrowego rozsądku", to Słońce kręci się wokół Ziemi. Przecież to widać i codziennie można to samemu zaobserwować, wystarczy w ciągu dnia spojrzeć na niebo, prawda?
Z tego, co widzę, żadnych statystyk ani liczb Pan nie poda na poparcie swoich twierdzeń. Czyli tutaj dyskusja się kończy.
Jak głupoty naukowcy wypisują czy wygadują to dobrze.
Tylko z reguły i liczba są łaszywe, gdy łaszywości mają dowodzić.
Koledzy Kariko to nią pogardzali i z litością czy pobłażliwością ją traktowali, więc nie wiem co panu się tak w Pani Kariko podoba Szereg ich wybitnych dzieł naukowych wylądowało w kosztu, ale kasę za to wzięli bardzo duża.
Przypomnę wielkie oburzenie wielkich naukowców jak Darwin przedstawiał swoją teorię.
Może Pan Drwić ze zdrowego rozsądku, ale jest on zdrowy, a nie taki obraz naukowy z co w liczbach i wynikach kolegów Pani Kariko byl przedstawiany w renomowanych czasopismach naukowych na wielce szanowanych konferencjach naukowych.
Pani Kariko zdarła brudna zasłonę za która wielu naukowców się skrywa również z tych wielce szanowanych czasopism naukowych i tak bardzo cytowanych, tylko do niczego nie prowadzących. Koniec końców znalazły się w koszu.
@kk
Bez przerwy zmienia Pan temat rozmowy.
Nie jest Pan w stanie poprzeć liczbami tego stwierdzenia, że "Skoro PKB na głowę mieszkańca plasuje Polskę na czterdziestym którymś to tak jest z nauką polską."
Nie jest Pan w stanie poprzeć liczbami czy też statystykami ŻADNEGO ze stwierdzeń, które Pan tutaj serwuje. Po raz kolejny okazuje się, że dyskusje na temat wyssanych z palca i kompletnie, w całości nieprawdziwych teorii nie mają najmniejszego sensu. Tak więc tutaj zakończę.
Pan natomiast swoje tezy potwierdza jakimiś rankingami i jest Pan wśród tych co byli oburzeni stwierdzeniem Darwnina, że człowiek pochodzi od małpy, bo wyznaje Pan teorie oparte o to czym posługuje się środowisko naukowców. Pana umysł jest naśladowczy . Jak małpa Pan obserwuje i powiela zachowania innych. Nic przełomowego Pan nie zrobił i nie zrobi w nauce. Nie będę dyskutował na temat fałszywych danych na jakich Pan chce się opierać,, czyli rankingach i cytowania jako miarach jakości nauki. Żyje Pan w fałszywym świecie iluzji, bo chce Pan wierzyć, że Pan i Pana prana praca coś znaczą.
Takie miary oceny jakości pracy naukowej pewnie się pojawią, ale dziś ich nie ma. Pan chce dyskutować o prądzie elektrycznym będąc wczasach średniowiecza. To tylko pokazuje jak małym człowiekiem Pan jest nie potrafiąc myślami sięgać tego co w przyszłości może być. Przywołam tu hinduskiego matematyka Srinivasa Ramanujan Aiyangar. Jego przykład pokazuje wyraźnie, że Pana poglądy to poglądy człowieka nierozumnego.
Wie pan, Pani MInistra (takiej formy sobie życzy) zapytana wprost, czy cytowania będą wliczane do ewaluacji, bardzo wprost odpowiedziała, że w żadnym razie.
Miisterstwo sobie cytowań nie życzy, więc nie dostaje. Nad czym tu jeszcze deliberować?
@Profesor PAN
No może nad tym, że cytowania są bardzo ważne w świecie nauki. Decyzje i rozporządzenia ministerstwa tego nie zmienią. Może więc warto, żeby ministerstwo o tym wiedziało, trzeba im przypominać.
Pani Ministry nikt nie cytuje z tego co widziałem, może stad ten kierunek?
Moje doświadczenie z kontaktów z politykami mówi jedno: oni wszystko zakomicie wiedzą, tylko nie zawsze chcą tego, czego my byśmy sobie życzyli.
Żyjemy w czasach profesjonalizmu, hydraulik zwykle zna swą robotę (a przynajmniej lepiej iż przemądrzały klient) i polityk zna swoją robotę. Ministerstwo sobie nie życzy cytowań, ministerstwo ie będzie miało cytowań.
Praca ze studentami nauczyła mnie, jak ważne jest mówienie i powtarzanie rzeczy oczywistych. Trzeba wykazywać się wielka cierpliwością i determinacją, ale to ważne, żeby przypominać o tych „oczywistościach” również wtedy, kiedy nie wszystkim się to podoba.
A że te cytowania nie będą uwzględnione w tej ewaluacji… No cóż. Trudno
Student jest plastyczny, on po prostu nie wie i nie ma zdania. Polityk zdanie ma wyrobione tylko nie zawsze o tym otwarcie mówi.
Chodzi o Panią Kariko (Noblistkę)
@kk
Dobrze, że Pan wspomniał Katalin Kariko. Bardzo lubię jej proste i bardzo prawdziwe podejście do nauki. Oto, co Katalin mówi w wywiadzie dostępnym na stronie Nobla:
- How does it feel to know that your research has saved millions of lives?
Katalin Karikó: I have to say that I myself, I never felt that I did. I relied on the work on many other people, I was doing research for 20, 30 years. I learned from reading articles from people who are not with us anymore, and I learned from it. I had colleagues and so many, many people who contributed. I feel that we did it. We scientists, with all of my colleagues at Pfizer, BioNTech as well as University Pennsylvania, and those scientists who worked on the field. […] For me, I feel that a lot of scientists, hundreds and thousands of scientists, contributed to the knowledge, because the RNA was discovered 60 years ago, and during those 60 years, many things happened. I will present that on my presentation and the Nobel presentation lecture. I will tell you that how many things was discovered and was contributed by scientists. […]
Tak, tak, niech Pan się wsłucha w słowa osoby, którą Pan podziwia: "Polegałam na pracy wielu innych osób", "Uczyłam się, czytając artykuły ludzi, których już z nami nie ma, i to mnie nauczyło. Miałam kolegów i tak wielu, wielu ludzi, którzy wnieśli swój wkład.", "setki i tysiące naukowców przyczyniło się do rozwoju wiedzy", "Powiem ci, ile rzeczy zostało odkrytych i ile wnieśli do tego naukowcy", mówi Katalin Kariko. Mówi rzeczy zdawałoby się oczywiste, ale jak widać, nie dla wszystkich.
Dokładnie sposób mówienia jak aktorów którzy dostają nagrody. Nikt wyłącznie sobie dziś nie przypisuje zasługi. Toż to oczywistość nad oczywistościami. Przecież inni też czytali, ale to nie inni, a Kariko tego dokonała, a przez lata wszystkie rankingi klasowały ją niezbyt wysoko, jak nie nisko.
@kk
„aktorów którzy dostają nagrody”??
Czyli sugeruje Pan, że Kariko nie mówi prawdy, tylko kłamie, żeby zadowolić publiczność albo tych, którzy czytają wywiad z nią? Sugeruje Pan, że ona w rzeczywistości myśli inaczej i w tajemnicy przed innymi sądzi, że jej praca w żaden sposób nie opierała się na odkryciach innych naukowców?
Każdy dziś umie czytać, ale nie sugerowała się kolegami i nie upatrywała w ich naukowej działalności publikowanej w wielkich czasopismach i o wielkiej cytowalności sensu, skoro robiła coś innego i jej się udało i tak na prawdę wrzuciła wieloletnie prace publikowane wielokrotnie wielkich czasopismach i o wielkiej cytowalności do kosza. To pokazuje jak Pana wiara w w cyferki ułożone ludzką ręką jest zdecydowanie co najmniej niemądra.
@kk
Czy może Pan podać przykłady na to, jak Kariko „wrzuciła wieloletnie prace publikowane wielokrotnie wielkich czasopismach i o wielkiej cytowalności do kosza”?
Może Pan podać przykłady takich prac? Może chociaż jeden przykład?
@kk
Czy może Pan podać przykłady na to, jak Kariko „wrzuciła wieloletnie prace publikowane wielokrotnie wielkich czasopismach i o wielkiej cytowalności do kosza”?
Może Pan podać przykłady takich prac? Może chociaż jeden przykład?
To jest chyba Pana działka naukowa.
Pan wierzy, że błądzenie po omacku zawsze przynosi rezultaty.
Ale jak Pan nie zna prac naukowych, które wrzucono do kosza z Pana działki, to o Panu źle świadczy.
Z innej działki. Jest coś takiego jak prąd stały.
Było kiedyś prowadzonych dużo badań w tym zakresie, a dziś nie ma publikacji.
To co Pana otacza to prąd zmienny.
Nikt już nie prowadzi badań podstawowych nad prądem stałym.
Nie przetrwał czasowej oceny przydatności.
Pana prace z pewnością też wylądują w koszu i za 20 lat już nikt Pana nie będzie cytował jeśli dziś ktoś Pana cytuje, a zapomniałem Pan publikuje w zespołach wieloosobowych tak ponad 15 osób minimum.
@kk
Nie. Te "prace wyrzucone do kosza" nie istnieją.
Ale problem polega właśnie na tym, że to „nie Pana działka naukowa”, ale Pan ciągle o tym wszystkim pisze i stara się sprawiać pozory, że wie, o co chodzi.
Nieważne – mówili tutaj "nie karmić trolla", a ja nie posłuchałem. Musze się lepiej pilnować.
Jak Pan patrzy na cytowania Pani Kariko to widać wyraźnie, że naukowe małpy zaczęły naśladować ją po 2020 i wielu z nich ma duże cytowania, choć zasługi pod znakiem pytania, bo to raczej praca inżynierska niż naukowa.
Ale to tak jest, jak się nie rozróżnia prac inżynierskich od naukowych i nie wie na czym polega rozwój nauki, a na czym polega dyfuzja nauki, to wtedy miesza się wszystko w jednym kotle tak jak Pan i Panu podobni i wszystko nazywa się nauką co jest publikowane w artykułach recenzowanych.
Skoro jakieś publikowane wyniki nie przynosiły skutku, a przyniosły je prace Pani Kariko, to jak można twierdzić tak jak Pan, że tamte prace, które nie przyniosły żadnego skutku nie trafiły do kosza. W taki sposób to każdy może publikować i mówić próbowałem tak jak moi koledzy naukowcy w tym samym temacie w bioinżynierii, ale nie wyszło, ale nawzajem się cytowaliśmy więc te prace nie można kwalifikować jako do kosza, choć, żadnego pozytywnego wyniku nie przyniosły no bo to są prace podstawowe i przyniosą z pewnością za 100 lat. Takie twierdzenia jak Pan wygaduje wskazuje na to , że nie jest Pan naukowcem mimo cytowań i publikacji jakie Pan ma. Nawet jak jestem trollem to z Pańskich wypowiedzi wychodzi taki bełkot.
Obawiam się, że prace Katalin Kariko również mogą być cytowane, co oczywiście pozbawia je wszelkiej wartości i kieruje również do tego wspomnianego kosza. A K. Kariko w tej sytuacji nie wiem, chyba do grobu albo przynajmniej na emeryturę, nie mylę się?
Właśnie Kariko jak i Srinivasa Ramanujan podaję jako przykład prawdziwych naukowców.
Pani Kariko była pomiatana przez jej kolegów jako naukowiec, przez tych co pisali w uznanych czasopismach i mieli wiele cytowań. Nad czym pracowała też było im wiadome i nie cenili tego. Nie włączali się w te badania, ani takich nie prowadzili, bo je odrzucali jako bez perspektyw bez żadnych powodów. To dobitnie świadczy o środowisku naukowców proszę zauważyć, że jest to w kraju, w którym nauka stoi na jednym z najwyższych poziomów.
Już może ją pan skreślić. Na WoS ponad 20 000 cytowań, H=53. Przestała się nadawać jako pozytywny przykład zapoznanego naukowca pracującego w piwnicy, zapisała się, łobuzica jedna, do naukowych nierobów-krwiopijców.
Tylu zasługuje na Nobla. Tyle nowych leków. A i tyle profesorów.
Tych naukowców trzeba złotem obsypać, ale to chyba praca inżynierska, a nie naukowa.
1. ustawa ustawą, a statuty uczelni statutami uczelni.
2. skąpość / okazjonalność finansowania badań wymusza "zasiedzenie".
@Przemo
Zatrudnianie na stałe wiąże się z wydawaniem budżetowych pieniędzy. Tak więc ta decyzja powinna być przemyślana. Chodzi nie tylko o pensję, ale również o potencjalne możliwości wydawania funduszy statutowych oraz o inne obowiązki, na przykład kształcenie studentów.
Dlatego wydaje mi się, że bez tej kontroli jakości samo zwiększenie funduszy może nie zadziałać. Te pieniądze mogą być zwyczajnie zmarnowane. Jakaś kontrola jakości powinna istnieć. To nie musi wcale naruszać idei wolności w prowadzeniu badań naukowych. Na przykład w Stanach jest pomysł tego ‘tenure’, kiedy to dana osoba jest zatrudniana rzeczywiście na stałe i może wtedy naukowo robić co tylko chce.
"Kontrola jakości powinna istnieć"
Oczywiście, że tak.
Kontrola punktozowa nie działa. To wiemy. Jaką Pan proponuje?
Propozycja @kk jest moim zdaniem dobra - jakość kształcenia i przełożenie na gospodarkę.
Także uważam, że oceniane powinny być instytucje, a nie osoby, a do tego instytucje powinny mieć wolną rękę w zatrudnianiu ludzi, wynagradzaniu ich i wydawaniu przyznanych pieniędzy.
@Przemo
Proponuję ocenę jednostek, w której będą uczestniczyć tylko naukowcy z zagranicy. Można zebrać małe zespoły specjalistów w tych dziedzinach wiedzy, w których prowadzona jest ewaluacja, i oni ocenialiby dane instytucje na podstawie publikacji oraz innych aktywności, w których biorą udział pracownicy.
Pan Leszek Kaczmarek opisywał swoje obserwacje z ewaluacji Portugalii, w artykule na FA jakiś czas temu. Brzmiało to sensownie. Szczegóły też są ważne, należy się nad nimi zastanowić, ale generalnie ocena przez grupę ekspertów jest lepsza niż zbieranie punkcików za pisma, w których się publikuje. Tylko w przypadku Polski szczególnie ważne jest, aby robiły to osoby całkowicie spoza systemu polskiego (zresztą dokładnie tak samo, jak to miało to miejsce w Portugalii).
Po co importować węgiel, kiedy można go samemu wykopać?
Jeśli będzie słabej jakości, można poprawić sposób wydobycia, a jeśli będzie to konieczne, część zastąpić importowanym.
@Przemo
Kiepskie porównanie. Nie można go tutaj zastosować.
Tutaj chodzi o rzetelność, profesjonalizm, brak konfliktu interesów, brak kumoterstwa, "pleców" i znajomości.
Siedem słów, których Pan użył zamknąłem w jednym - jakość.
@Przemo
Przez "jakość" można rozumieć bardzo wiele rzeczy. Niektórzy zresztą mają nawet nie tyle odmienne, co całkowicie odwrotne zdanie na temat tego, co to jest "jakość" w nauce.
Dlatego zdecydowanie wolę te pojedyncze, oddzielne wyrazy, których użyłem w moim komentarzu. Wydaje mi się, że wtedy jestem lepiej zrozumiany.
Ale musze tutaj dodać, że ewaluacja instytucji to oczywiście co innego, niż ocena pracy pojedynczego naukowca, a to właśnie w tym drugim kontekście sugerowałem konieczność istnienia "kontroli jakości".
W artykule jest mowa o pojedynczych naukowcach.
Nauka to nie konkurs piękności, tylko praca zespołowa. W Polsce system się blokuje - za dużo habilitacji, potem wszyscy chcą rządzić, a nie ma komu pracować.
@Przemo
Nie jestem pewien, czy istnienie habilitacji lub jej nieistnienie jest kluczowe.
Habilitacja jest obecna w Niemczech i Szwajcarii, nauka idzie tam z grubsza nieźle.
Habilitacja jest nieobecna w USA i Wielkiej Brytanii, nauka tam przynajmniej do tej pory szła nieźle.
Czyli może to nie jest kwestia habilitacji, a raczej trzeba zwrócić uwagę na szereg innych, ważniejszych cech polskiego systemu, które nie działają, aby sprawę polepszyć.
Czy istnienie habilitacji jest kluczowe?
Samo istnienie nie jest. W Niemczech to działa na innej zasadzie, jako zjawisko mało istotne.
U nas w swojej formie jest jednym ze stu elementów zepsutych, które należałoby naprawić.
Jaką kwotę pan postawi, że habilitacja w Niemczech jest mało istotna? Nie o to idzie, że mi brakuje pieniędzy ale jak zdarza się okazja łatwego wzbogacenia...
@Przemo
Czym się różni istotność habilitacji w Polsce i w Niemczech? Na czym konkretnie polegają te różnice?
Entschuldigung, Juniorprofessorenschaft oder Juniorprofessur. Swoją drogą muszę zapanować nad literówkami, dla niektórych rozmówców tutaj to jedyny temat wart podjęcia.
Wskazywanie literówek pełni ważną funkcję, bowiem dowodzi, żeśmy nie łykiem szyci i humanistyki też trochę liznęli.
Udaje Pan?
Nawet jeśli tak Pan robi dla ewentualnie niezorientowanych czytelników, podam jedną, dosyć istotną różnicę: można być promotorem doktorantów bez habilitacji.
Tych różnic jest więcej na niekorzyść PRL-u.
@Przemo
Czy w Polsce rzeczywiście bez habilitacji nie można być promotorem doktorantów?
Nie udaję, naprawdę nie wiem. Gdybym wiedział, to bym nie pytał.
Nie można. Dla adiunktów/doktorów pozostawiono możliwość kierowania magisteriami, a doktoraty to już najwidoczniej za wysokie progi.
Prawdę mówiąc nie wiem, z jakiego powodu doktor nie może kierować wysiłkami magistra zmierzającymi do uzyskania równego mu stopnia, podczas gdy np. doktor habilitowany może być recenzentem nie tylko doktoratu, ale również habilitacji. Sądzę, że to może być jakaś zaskorupiała tradycja z czasów pruskich.
Oczywiście - feudalizm pełną gębą i nie tylko to. Możesz się opiekować magistrantem, ale promotorstwo musi być przypisane habilowi.
Zapewniam Pana, że to nie wszystko.
Latający Cyrk Monty Pythona wysiada.
Dlaczego? Fatalny timing zmiany ustroju w roku 1989.
Tak jeśli z polskiego ośrodka naukowego, spoza Polski jeśli uczelnia/instytut uzna, że dość mądry.
@Profesor PAN
@Przemo
To jak sobie mają radzić wszyscy naukowcy, którzy chcieliby prowadzić badania z ośrodków polskich, ale nie mają habilitacji? Na przykład ktoś ze Stanów nie bardzo może się ot tak przenieść po prostu do Polski, bo straci doktorantów.
Najprościej zrobić habilitację. Powiem panu jak to zrobić: zszyć kilka swoich artykułów (tak do dziesięciu), zanieść je do odpowiedniej komórki uniwersytetu i zadeklarować jako habilitację. Tak do dziesięciu minut pracy ale potem trzeba poczekać na recenzje i resztę przewodu. W założeniu powinno to trwać pół roku ale dla bezpieczeństwa trzeba założyć rok.
@Profesor PAN
Chyba rzeczywiście, bo walczyć z wiatrakami nie ma co. Szkoda czasu.
Swoją drogą, ciekawe, czy podobnie radzą sobie z lokalnymi habilitacjami anglosascy naukowcy zaczynający prace w Szwajcarii czy w Niemczech, już jako profesorzy.
W Szwajcarii nie wymagają habilitacji od cudzoziemca a w Niemczech nie zatrudniają cudzoziemców na profesorskich etatach (z wyjątkiem Austrii i Szwajcarii).
Z grubsza na tym, że w Polsce nie ma większego znaczenia a w Niemczech ciągle jest podstawą wszystkiego. Od pewnego czasu Niemcy próbują małpować Amerykę i promują swoją wersję tenure, którą z właściwym sobie wdziękiem nazwali Juniorprofessorschaft ale niezbornie im to idzie, pruskie karki są sztywne. (pięć lat w Niemczech)
Polska, wliczając profesorów, ma 30 tysięcy doktorów habilitowanych. Wielka Brytania ma doktorów habilitowanych ZERO.
Brytyjczycy mogą być dumni z jakości publikowanych prac naukowych, a my raczej nie.
To prosty dowód na to, że ludzie zajmują się albo nauką, albo karierą naukową.
Brytole generalnie publikują u siebie, a my chcemy albo musimy publikować u nich, a jest drogo od 2000£
W Polsce wydawane jest najstarsze na świecie czasopismo poświęcone naukom leśnym. Nazywa się Sylwan, wydaje je Polskie Towarzystwo Leśne, i ma autentyczną historię praktycznie ciągłego ukazywania się od 1820 roku. Jest dobrym przykładem jaki maksymalny poziom międzynarodowej dostrzegalności (a co za tym idzie wpływ na światową naukę) może osiągnąć czasopismo wydawane po polsku, mające po swojej stronie gigantyczną przewagę w postaci uczciwych historycznych korzeni i długotrwałości wydawania. Otóż Sylwan jest czasopismem indeksowanym w JCR, i to po stronie plusów, ale ma zdecydowanie niski IF rzędu 0,6.
Dodam jeszcze, że decyzja o zmianie polityki wydawniczej i rozpoczęcia publikowania w języku angielskim została w redakcji podjęta, ale dopiero jakieś 2 lata temu. Na efekty więc trzeba będzie poczekać długo, bo efektem jest przyciągnięcie dobrych autorów ze świata. Potem z tego dopiero dostrzegalność, czytalność i cytowania.
@Ireneusz
Skąd ta informacja, że „Brytole generalnie publikują u siebie”?
To prawda, ale nie możemy mieć do nich pretensji o to, że sami nie próbujemy tworzyć dobrych wydawnictw naukowych.
aleś z ciebie matematyk, tu wliczasz profesorów, a tam pomijasz i mówisz, że zero jest. Coś chyba ci się pomieszało, no to ilu jest tam prof.? znawco od zera boleści?
piszę o habilitowanych + podzbiór profesorów.
Zabolało czy co?
Chodzi panu o profesorów tzw. belwederskich? Też zero, przecież polski prezydent nie będzie mianować angielskich profesorów.
Ot, i tyle są warte argumenty w stylu "a bo w Anglii..."
Wie pan, Wielka Brytania ma też zero absolwentów szkoły podstawowej, jeśli oczywiście za szkołę podstawową uznajemy tylko tę według polskiego wzorca. Z weryfikacją podoktorską (na kontynencie europejskim zwaną habilitacją lub rzadziej akredytacją) jest idetycznie - Polska ma swoje rozwiązania a Wielka Brytania swoje.
Ja jestem nieuleczalnym amarykanofilem - wszystko bym z USA kopiował z wyjątkiem być może systemu miar i wag i prądu w sieci. Chętnie bym zastąpił polską habilitację tenure z dajmy na to Columbii albo MIT. Może z dziesięć osób w Polsce by spełniło kryteria.
OK, ale krajowe wynagrodzenie profesora też trzeba zastąpić amerykańskim z MIT. A tak to są wymagania na poziomie światowym a wynagrodzenie na poziomie Zimbabwe....
Dla tych dziesięciu osób to można by nawet podwójnie.
Ja jednak dopatruję się odwrotnej zależności przyczynowo-skutkowej: w dużym stopniu polska nauka jest jaka jest z uwagi na niedofinansowanie, w tym przez niskie pensje. I żeby stosować kryteria oceny dorobku "amerykańskie", to trzeba by było pozwolić pracować polskim naukowcom w warunkach finansowania najlepszych uczelni USA przez dłuższy czas. I chodzi tu nie tylko o pensje, ale także o dostępność aparatury, obsługi administracyjnej, łatwość otrzymywania grantów. Tylko wtedy można by oceniać, ilu to osób z Polski "spełni kryteria tenure".
@Łukasz
Prezes PAN pisał tutaj parę dni temu, że „ jako środowisko umościliśmy się w nim [chorym systemie], dopasowaliśmy i czujemy się bardzo dobrze, bo doskonale poznaliśmy mechanizmy obchodzenia reguł” i wydaje mi się, że niestety, ale jest to prawda.
To sprawia, że zwykłe dorzucenie pieniędzy do tego systemu, w dowolnej ilości, może wcale nie poprawić jakości nauki polskiej. Te pieniądze mogą być zmarnowane, chyba że od razu, równolegle, zmieni się zasady, które tą jakość będą bardzo mocno promować.
Nie sądzę, aby zapewnienie "pracy polskim naukowcom w warunkach finansowania najlepszych uczelni USA przez dłuższy czas" było możliwe i w ogóle potrzebne. Jest sporo krajów na świecie, gdzie takich warunków nie ma, a jednak nauka ma się tam nieźle.
I jeszcze jedno, „łatwość otrzymywania grantów” – czy pracował Pan w Stanach i aplikował tam o granty?
Dosyć łatwo. Oczywiście, grantodajni w Stanach jest nieprzebrana ilość. Są arystokratyczne granty z NSF, o które rzeczywiście trzeba się postarać, ale i są drobne granty uczelniane, które są rozdawane na piękne oczy. Np. dostałem grant na konferencję z Fundacji Simonsa (żeby było śmieszniej - w Polsce) i musiałem podpisać tylko jeden papierek. Ale co najważniejsze - uczelnia naprawdę przykłada się do pomocy, nie tak jak w Polsce. Zajmował się tym u mnie na wydziale (akurat w Australii, ale tam jest podobnie) człowiek, który kręcił się po korytarzu i łapał ludzi za rękawy: A nie chcesz granta?
Ale nigdzie na Ziemi nie jest tak, że najpierw dajcie pieniądze a potem ewetualnie coś zrobię. Najpierw trzeba zacisnąć zęby na tym kawałku drewna...
@Profesor PAN
„grantodajni w Stanach jest nieprzebrana ilość” – ogólnie tak, ale to już bardzo zależy od dziedziny w jakiej się pracuje, czy rzeczywiście jest tak łatwo te granty uzyskać. Szczególnie, że niektóre badania wymagają stałego dopływu dosyć znaczącej gotówki (na przykład utrzymanie kolonii myszy transgenicznych).
Mój znajomy z uniwersytetu stanowego w USA właśnie mi mówi, że ich lokalne finansowanie uniwersyteckie wyschło i praktycznie nie mają nic poza grantami zewnętrznymi. To oczywiście bardzo zależy od uczelni, ale ich uniwersytet nie jest biedny (stan Massachusetts nie jest biedny).
Nie ma lekko. Są wyjątki, ale to rzeczywiście wyjątki.
Oczywiście, że nie jest tak, że wystarczy podstawić kapelusz i dolary będą już wpadać, niemniej człowiek nie czuje się zakładnikiem NCN, że jak dadzą, to będzie projekt, a jak nie dadzą, to nie będzie. Można kombinować, próbować w wielu miejscach licząc na to, że gdzieś się uda. I najczęsciej się udaje, przynajmniej na utrzymanie projektu. I druga rzecz - autentyczne, zaangażowane i profesjonalne wsparcie ze strony uczelni, w Polsce mi tego bardzo brakuje.
To prawda, mam wrażenie, że nauką powinienem zajmować się w czasie wolnym, bo ciągle mam jakieś zajęcia organizacyjne lub kolejną tabelkę do wypełnienia. Ogromną większość z tego mogliby wykonywać pracownicy administracyjni. W tym momencie, moja koleżanka z pokoju, młoda p. dr hab, porządkuje materiały promocyjne Wydziału, bo jest w zespole za to odpowiedzialnym. Zespół składa się z samych pracowników naukowo-dydaktycznych, a do promocji naprawdę nie trzeba doktoratu...
@Łukasz
Opowiada Pan o pracy pracowników naukowo-dydaktycznych w Wielkiej Brytanii?
Bo to wszystko, o czym Pan pisze, pasuje wręcz idealnie do tego, co ja robię na co dzień. Nie przesadzam.
:-)
Pracowałem, nie aplikowałem. Ale mój szef miał chyba dziesiąte przedłużenie grantu z NIH, co zapewniało możliwość zapewnienia ciągłości badań, oczywiście przy pozytywnych wynikach z poprzedniego okresu. W Polsce nawet takiego mechanizmu nie ma...
@Łukasz
Mówi Pan zapewne o dosyć specyficznym systemie przedłużania grantów RO1 z NIH. Tak rzeczywiście, nie wiem, gdzie jeszcze to tak działa, ale otrzymanie pierwszego RO1 jest sztuką. To wcale nie jest łatwa sprawa. Średni success rate w NSF czy w NIH oscylował zwykle pomiędzy 20 a 30%, ale obecnie spada mocno, a ostatnio dosyć dramatycznie. Być może będą to wkrótce liczby poniżej 10%.
Chce powiedzieć, że to, co obserwują studenci i postdocy to często jest tylko bardzo cienka wierzchnia warstwa, natomiast prze być PI, żeby wiedzieć, jakie trudności stoją za zapewnieniem stałego finansowania grupy/labu.
Wie pan, świat tak nie działa. Jak kto został z tyłu, to na niego nikt czekać nie będzie, albo zaciśnie zęby na kawałku drewna i przyśpieszy albo go zjedzą psy.
Ja wiem, że tak świat nie działa, ale jak Pan postuluje przenoszenie oceny pracowników z USA do Polski, to jednak nie można tego robić bez kontekstu, w tym finansowego. Ja nie widzę powodów, żeby się szarpać i przyspieszać przy mojej pensji.
Jest to sposób stwierdzenia, że dostaje się tyle, za ile się płaci i nic więcej. Odnoszę wrażenie, ze ta świadomość wreszcie staje się powszechna w polskiej nauce. Gdy dotrze również na poziom rządowy, nastąpi jakiś przełom. Ale nie wcześniej.
Politycy to wszystko znakomicie wiedzą! A działają tak jak działają, bo realizują inne cele, niż my to sobie wyobrażamy. POSIWID https://en.wikipedia.org/wiki/The_purpose_of_a_system_is_what_it_does
Cyt."W polskim środowisku naukowym funkcjonuje osobliwy, choć powszechnie akceptowany, podział naukowców na samodzielnych i niesamodzielnych. Nie jest on zapisany w obowiązującym prawie, nie wynika wprost z aktualnych regulacji dotyczących szkolnictwa wyższego i nauki, a mimo to silnie porządkuje relacje w akademii, [...]"
No pewnie, że jest taki podział. Jestem dr bez habilitacji, a "zawdzięczam" to NIEODPOWIEDZIALNOŚCI mojego promotora doktoratu, no i temu, że moje zajęcia dydaktyczne, które prowadziłem na początku mojej kariery (???) na Uczelni, mają się do mojej dziedziny nauki, jak piernik do wiatraka.
Oczywiście, próba zniwelowania tego, że w hierarchii jestem niżej od dr hab.-a, czy prof dr hab.-a z mojej dziedziny, poprzez np. przedstawienie mu tego, co wiem, jako prowadzący ww. dydaktykę, na czym się nie zna,, to uuuhu hu hu hu, to by się prawdopodobnie skończyło źle, prawda? No tak, przecież zostałaby w ten sposób naruszona godność "kardynała", czy też "biskupa" nauki polskiej...