Nie twierdzę, że brak habilitacji jest rozwiązaniem fundamentalnie złym. Taki model funkcjonuje bardzo dobrze w warunkach amerykańskich. Jednak realia polskie są zasadniczo odmienne. W Polsce jakość badań naukowych praktycznie nie podlega weryfikacji rynkowej, konkurencja pomiędzy naukowcami i instytucjami badawczymi jest słaba, a system ocen i awansów nie zawsze był budowany w sposób spójny i rygorystyczny – pisze prof. Marek Przybylski z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, w latach 2013–2025 dyrektor Akademickiego Centrum Materiałów i Nanotechnologii AGH.
Przeczytałem uważnie „Dwugłos o habilitacji” opublikowany w Academii – portalu Polskiej Akademii Nauk, zapoznając się z poglądami zarówno prof. Andrzeja Jajszczyka, jak i prof. Dariusza Jemielniaka. Prof. Jajszczyk sprzeciwia się habilitacji, postrzegając ją przez pryzmat obecnych realiów („Już od dawna stopień doktora habilitowanego ma niewielki związek z jakością badań uprawianych przez legitymujących się nim naukowców, dając jednocześnie niektórym z jego posiadaczy złudne poczucie wielkości”). Z kolei prof. Jemielniak opowiada się za jej zachowaniem ze względu na to, czym habilitacja powinna być („Co zatem należy zrobić z habilitacją? Nie likwidować, ale reformować. Poprawić i ujednolicić standardy”). Pozornie obie wypowiedzi są sprzeczne. Wydaje się jednak, że tak naprawdę mają wspólny mianownik: „tak” dla habilitacji, ale tylko jeśli będzie ona miała rzeczywisty sens.
Rynkowa weryfikacja
Środowisko akademickie wytwarza dwa zasadnicze rodzaje dóbr: absolwentów (licencjatów, inżynierów, magistrów, doktorów) oraz wyniki badań naukowych. Absolwenci podlegają teoretycznie jasnej weryfikacji rynkowej – uczelnie muszą dostosowywać ofertę kształcenia do potrzeb gospodarki, oczekiwań pracodawców oraz aspiracji kandydatów na studia, którzy w przyszłości wejdą na rynek pracy (jakkolwiek w czasach gwałtownego postępu technologicznego, szybko zmieniającego się rynku pracy i pewnych „słabości systemowych” nie zawsze ten rynkowy mechanizm jest skuteczny).
Znacznie gorzej wygląda sytuacja w przypadku „rynkowej” weryfikacji wyników badań naukowych. W warunkach polskich można mieć poważne wątpliwości, czy taka weryfikacja w ogóle zachodzi. Jeśli badania są poprawne, mogą pozostawać na poziomie elementarnym, wtórnym lub przyczynkowym, ponieważ polska gospodarka i życie społeczne w niewielkim stopniu opierają się na krajowych osiągnięciach naukowych. System oceny wartości tych badań – zarówno na poziomie indywidualnych naukowców, jak i jednostek naukowych – ma charakter ilościowo-parametryczny i jest podatny na wypaczenia. W praktyce realnym zewnętrznym kryterium oceny poziomu polskiej nauki pozostają granty Unii Europejskiej. Tam nie finansuje się projektów niestanowiących wyzwania, a mechanizmy przyznawania środków są niezależne od krajowych okoliczności i procedur. Niestety, na tym polu wypadamy słabo.
Trudno się więc dziwić sceptycyzmowi polityków wobec finansowania nauki: tylko niewielka część środków, które Polska wpłaca do unijnego budżetu na badania, wraca do naszych zespołów badawczych. Tym bardziej, że nie jest łatwo wskazać przełomowe technologie/rozwiązania w gospodarce, będące efektem rodzimych prac badawczych. Co więcej, nawet w tak perspektywicznej dziedzinie jak sztuczna inteligencja jesteśmy już wyraźnie spóźnieni – mimo że dysponujemy bardzo dobrymi informatykami. Pojawia się więc pytanie, czy są oni równie dobrzy jako „kreatorzy rynku”, a nie jedynie jego wykonawcy. Warto zauważyć, że w skali globalnej rozpoznawalna jest właściwie jedna polska firma informatyczna (i to niezwiązana z AI): CD Projekt, twórca serii gier „Wiedźmin”. Wniosek? Skoro rynek w niewielkim stopniu weryfikuje efekty polskich badań naukowych, konieczny wydaje się centralny – a nie lokalny – mechanizm oceny rzetelności i jakości badań. Habilitacja mogłaby stanowić istotny element takiego mechanizmu. Habilitacji nie należy rozpatrywać w oderwaniu od całokształtu rozwiązań funkcjonujących w polskiej nauce i szkolnictwie wyższym.
Wśród tych rozwiązań warto zwrócić uwagę chociażby na obowiązek zatrudnienia naukowca (najczęściej adiunkta) na czas nieokreślony najpóźniej po 33 miesiącach od nawiązania stosunku pracy. Podobnie ostrożnie podchodziłbym do argumentów odwołujących się do rozwiązań przyjętych w innych krajach. Owszem, w Niemczech habilitacja funkcjonuje (na co wskazuje prof. Jemielniak), podczas gdy w Stanach Zjednoczonych jej nie ma (jak zauważa prof. Jajszczyk), jednak oba modele są głęboko zakorzenione w odmiennych, całościowych systemach: ich historii, potencjale oraz specyfice organizacyjnej.
Dlaczego jakość habilitacji spada?
Rację mają ci, którzy wskazują na spadek poziomu habilitacji, co samo w sobie podważa zasadność ich przeprowadzania. Skąd bierze się ten problem? Moim zdaniem zasadniczą przyczyną jest fakt, że habilitacja jest koniecznością, a to pociąga za sobą szereg konsekwencji. Tak, robienie habilitacji jest w praktyce obowiązkowe. Wynika to z przepisów ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, która co prawda dopuszcza zatrudnienie doktora na stanowisku profesora uczelni (a więc teoretycznie umożliwia kontynuowanie kariery naukowej bez habilitacji), jednocześnie jednak wprowadza drugą, uprzywilejowaną kategorię profesorów uczelni — tych posiadających habilitację. Profesorowie uczelni z habilitacją mogą pełnić funkcję promotorów doktoratów, recenzować rozprawy doktorskie i habilitacyjne, opiniować wnioski o nadanie tytułu profesora oraz ubiegać się o ten tytuł. Tymczasem uprawnienia profesorów uczelni bez habilitacji w sprawach naukowych w praktyce niewiele różnią się od uprawnień doktorów zatrudnionych na stanowisku adiunkta. Z jednej strony stanowi to przejaw niekonsekwencji ustawy, z drugiej — tworzy możliwość zatrudniania na stanowisku profesora uczelni osób spoza akademii, na przykład praktyków z doświadczeniem w przemyśle.
Konsekwencją tej konieczności habilitowania się — rozumianej jako „podążanie naturalną ścieżką rozwoju naukowego” — są niekończące się dyskusje dotyczące samej procedury habilitacyjnej. Ustawa dość jednoznacznie odwołuje się do „znacznego wkładu w rozwój określonej dyscypliny”. Jednak szczegółowa analiza prawna rzeczywiście nie wyklucza zaliczenia doktoratu jako części dorobku uwzględnianego w postępowaniu habilitacyjnym. Trudno jednak nie zauważyć, że od doktora oczekujemy czegoś innego („umiejętności samodzielnego prowadzenia badań”) niż od doktora habilitowanego. Zastanawiamy się, czy „jeden cykl powiązanych tematycznie artykułów naukowych” oznacza pięć publikacji czy siedem (typowo ilościowe podejście). Mamy też problem współczesnych patologii systemu publikacyjnego, takich jak drapieżne czasopisma czy szerzej — łatwe i szybkie publikowanie w płatnych periodykach (jakkolwiek często legitymujących się już wysokimi wskaźnikami wpływu). Gdy możliwość takiego publikowania jest finansowo wspierana ze środków publicznych, u wielu recenzentów postępowań habilitacyjnych rodzą się dodatkowo wątpliwości natury etycznej.
Coraz głośniej mówi się także o problemie tzw. spółdzielni publikacyjnych — zjawisku o specyfice w dużej mierze polskiej, nastawionym na sztuczne mnożenie dorobku autorów i instytucji. Ustawa wymaga również „istotnej aktywności naukowej realizowanej w więcej niż jednej uczelni (instytucji naukowej), w szczególności zagranicznej”. Powstaje więc pytanie, czy tygodniowy pobyt w innej uczelni, określany mianem stażu naukowego, rzeczywiście realizuje intencję ustawodawcy. Zgodnie z ustawą kolokwium habilitacyjne „przeprowadza się w zakresie osiągnięć naukowych osoby ubiegającej się o stopień doktora habilitowanego”, ale już sposób przeprowadzenia kolokwium regulują przepisy wewnątrzuczelniane i przepisy te znacząco różnią się pomiędzy uczelniami. Nie wspominam już o habilitacjach uzyskiwanych za granicą, gdzie pojęcie habilitacji może oznaczać zupełnie coś innego. Obniżanie wymogów formalnych przekłada się na obniżenie poziomu merytorycznego habilitacji oraz często ograniczone doświadczenie habilitantów w różnych aspektach pracy naukowej. Rodzi się wreszcie pytanie, czy „robienie habilitacji” nie zaczęło funkcjonować jako coś odrębnego od prowadzenia wartościowych badań naukowych. A przecież nie chodzi o mechaniczne spełnienie wymogów ustawowych, interpretowanych wyłącznie przez pryzmat ich litery, a nie ducha. Wszystko to nie oznacza jednak, że habilitacja jest pozbawiona sensu.
W argumentacji prof. Jajszczyka wielokrotnie pojawia się postulat zastąpienia habilitacji rzetelnym konkursem. W praktyce może tu chodzić o konkurs na stanowisko profesora uczelni — adiunktów zatrudnia się bowiem zazwyczaj krótko po uzyskaniu stopnia doktora, a profesorów uczelni po nadaniu tytułu profesora „automatycznie” przenosi się na stanowisko profesora. Otwarte konkursy na stanowiska profesora należą do rzadkości. W moim przekonaniu konkurs nie stanowi remedium na merytorycznie uzasadnione obsadzanie stanowisk i nie jest w stanie zastąpić wymagającej, centralnie nadzorowanej habilitacji. Dotyczy to nie tylko ograniczeń formalnych — takich jak ustawowy brak możliwości przeprowadzenia drugiego konkursu w tym samym miejscu zatrudnienia — lecz także samej istoty konkursu. Jego celem jest bowiem wyłonienie kandydata najlepiej spełniającego określone wymagania i oczekiwania w danym miejscu i czasie. Te wymagania powinny być pochodną potrzeb dydaktycznych uczelni (kształcenia specjalistów w określonych obszarach), uwarunkowań otoczenia gospodarczego (na przykład rozwoju regionalnych centrów technologicznych), planów umiędzynarodowienia badań czy merytorycznego profilowania jednostek organizacyjnych uczelni. Ale…
Jeśli wysokość subwencji otrzymywanej przez uczelnię zależy od struktury stanowisk (im większa liczba profesorów, tym wyższe finansowanie), to nie zawsze można oczekiwać, by awansowanie lub zatrudnianie na stanowisko profesora uczelni dotyczyło wyłącznie osób o ponadprzeciętnym dorobku naukowym. Najistotniejsze jest jednak to, że konkurs stanowi sensowne narzędzie wyboru tylko wtedy, gdy istnieje rzeczywista konkurencja — a więc gdy o stanowisko ubiega się wielu mocnych kandydatów, a nie jeden. Wygląda więc na to, że problem mamy nie tylko z habilitacją, ale także z konkursami. Nie oznacza to oczywiście, że konkursy nie mają sensu.
Konkursy, konkursy…
Zacznijmy od konkursów. Powinny one mieć zawsze charakter otwarty, a liczba dobrze wynagradzanych stanowisk profesorskich powinna być limitowana rzeczywistymi potrzebami dydaktycznymi uczelni, uwarunkowaniami otoczenia społeczno-gospodarczego oraz innymi strategicznymi celami rozwojowymi. Zdecydowanie zwiększyłbym konkurencję w obsadzaniu stanowisk profesorskich, tak aby mogły je obejmować wyłącznie osoby najlepsze — i to spoza „świata” określanego przez prof. Jemielniaka jako „świat akademickiej pracy pozorowanej, bez jakiegokolwiek wpływu na rozwój nauki”.
Po pierwsze, ograniczyłbym liczbę stanowisk profesorskich do rzeczywistych potrzeb kształcenia studentów oraz prowadzenia badań naukowych, przywracając obecnie odwróconą „do góry nogami” piramidę stanowisk (na przykład poprzez odpowiednie zmiany w ministerialnym algorytmie podziału subwencji). Po drugie, wprowadziłbym obowiązek posiadania habilitacji dla osób obejmujących stanowisko profesora uczelni, z przewidzianymi wyjątkami dla naukowców z zagranicy — którym należałoby zapewnić określony czas (np. 12 miesięcy) na przeprowadzenie habilitacji lub przeprowadzenie procedury uznającej ich dorobek za równoważny polskiej habilitacji — oraz w szczególnych przypadkach praktyków przychodzących z przemysłu. Szczerze mówiąc, nie dostrzegam racjonalnego uzasadnienia dla istnienia dwóch równoległych stanowisk: adiunkta i profesora uczelni dla osób bez habilitacji — stanowisk o zbliżonych uprawnieniach i nie do końca jasno zdefiniowanych kryteriach różnicujących.
Innymi słowy, postulowałbym: (1) stworzenie mechanizmu, w ramach którego możliwość ubiegania się o habilitację byłaby oferowana wyłącznie najlepszym — tym, którzy mają realne szanse zwycięstwa w konkursach na limitowaną liczbę stanowisk profesora uczelni; oraz (2) uczynienie stanowiska profesora uczelni elitarnym i prestiżowym, jednoznacznie kojarzonym z wysokim poziomem zarówno prowadzonych badań, jak i dydaktyki (a także godziwym wynagradzaniem, a może nawet przenoszeniem „w stan spoczynku” zamiast standardowej emerytury…), tak aby w konkursach na to stanowisko startowało wielu kandydatów.
Przyznam, że za interesujące uważam rozwiązanie funkcjonujące w Niemczech, zgodnie z którym o stanowisko profesora można aplikować wszędzie tam, gdzie ogłoszono konkurs, z wyjątkiem uczelni, na której kandydat uzyskał stopień doktora habilitowanego. Byłby to realny mechanizm mobilności akademickiej, sprzyjający w szczególności zatrudnianiu najlepszych badaczy w uczelniach, które dopiero aspirują do czołówki. Taki system mógłby przyczynić się do wyrównania szans w dostępie do programów takich jak „Inicjatywa doskonałości – uczelnia badawcza”, a także w pozyskiwaniu grantów i utalentowanych studentów. No i może jeszcze uwaga dotycząca konkursów w uczelniach, niezwiązanych z habilitacją. Szkoda, że tak rzadko uczelnie sięgają do konkursów jako narzędzia do wyłaniania najlepszych kandydatów do pełnienia funkcji dziekanów, dyrektorów, etc., oczywiście po wyłonieniu powoływanych na te funkcje przez rektora.
Jeżeli zaś chodzi o habilitację: postulując, że warunkiem przystąpienia do konkursu na stanowisko profesora powinna być habilitacja, mam na myśli habilitację o ujednoliconych wymaganiach, nadzorowaną przez organ zewnętrzny (nie tylko poprzez powoływanie recenzentów, ale z możliwością niezatwierdzania decyzji organu habilitującego), który skutecznie przeciwdziała dewaluacji oczekiwań — zwłaszcza, jak zauważa prof. Jemielniak, w systemie „podatnym w wielu miejscach na manipulację”.
Po pierwsze dlatego, że habilitacja zapewnia kandydatowi określone uprawnienia. Skoro „naukę robią doktoranci”, profesor bez habilitacji nie powinien nas szczególnie interesować, ponieważ nie może on pełnić roli promotora pracy doktorskiej, ani nawet jej recenzenta. Ale przede wszystkim dlatego, że habilitacja stanowi (czy też powinna stanowić) gwarancję wysokiego poziomu naukowego kandydata. Rolą habilitacji jest bowiem potwierdzenie „wniesienia znacznego wkładu w rozwój określonej dyscypliny”, a tego nie sposób dokonać bez naukowej dojrzałości, umiejętności formułowania istotnych problemów badawczych, ich rozwiązywania na światowym poziomie, tworzenia kompetentnych zespołów, współpracy oraz prezentowania własnych osiągnięć w szczególności na forum międzynarodowym. Taka habilitacja mogłaby również skuteczniej odróżniać rzeczywisty dorobek naukowy od dorobku „pozorowanego”, niemającego realnego znaczenia dla rozwoju nauki.
Istotą habilitacji powinno być formalne potwierdzenie wysokiego poziomu naukowego, rzeczywistego doświadczenia badawczego (w tym tego wszystkiego, o czym powyżej), wreszcie uznania środowiska, czyli uzyskania krajowej i międzynarodowej rozpoznawalności. Przez lata pracy w Niemczech przyzwyczaiłem się, że istotnym potwierdzeniem wniesienia istotnego wkładu w rozwój dyscypliny są zaproszone referaty na cyklicznych konferencjach o zasięgu światowym, organizowanych przez instytucje akademickie, a nie podmioty komercyjne. Jeśli ktoś rzeczywiście wniósł znaczący wkład w rozwój danej dyscypliny, gremia naukowe odpowiedzialne za program takich konferencji powinny to zauważyć. Taka osoba powinna być zapraszana — i to nie tylko na konferencje.
I wreszcie: czy oraz co należałoby zmienić w habilitacji? W samej procedurze — niewiele albo nic, przynajmniej w świetle przepisów obowiązującej ustawy. Warto jedynie bardziej restrykcyjnie interpretować nie zawsze precyzyjne zapisy (albo je poprawić ograniczając pole do „twórczych” interpretacji) oraz dostosować merytoryczne oczekiwania i wymagania do standardów obowiązujących w innych krajach Unii Europejskiej (w których habilitacja funkcjonuje). Tak czy inaczej, habilitacja ma być formalnym, ale silnym potwierdzeniem istotnych osiągnięć naukowca. Należy też zauważyć, że mimo istnienia innych możliwości prawnych, na wielu polskich uczelniach warunkiem awansu na stanowisko profesora uczelni pozostaje habilitacja — i często nawet ona okazuje się niewystarczająca. Moje doświadczenie podpowiada ponadto, że weryfikacja umiejętności dydaktycznych, wciąż praktykowana w Niemczech, ma swoje uzasadnienie, zwłaszcza w czasach, gdy uczelnie konkurują o studentów, a jakość oferowanej dydaktyki nabiera coraz większego znaczenia (połączenie nauki z dydaktyką praktykowane w uniwersytetach ma swój wielki sens). Być może warto również nieco uprościć dokumentację załączaną do wniosku o nadanie stopnia doktora habilitowanego — słusznie bowiem zauważa prof. Jajszczyk, że „proces habilitacyjny pochłania znaczne ilości czasu na czynności administracyjne, odciągając uczonych od pracy naukowej i dydaktycznej”.
Wzorce i wartości
Prof. Jemielniak pisze również: „Tymczasem kultura akademicka zmienia się powoli, przez pokolenia, poprzez praktykę, wzorce i wartości. Żadna reforma legislacyjna nie sprawi, że recenzenci zaczną pisać rzetelne, krytyczne recenzje. Żadna ustawa nie zmusi środowiska do nagradzania rzeczywistej doskonałości zamiast pozorów aktywności”. To trafna diagnoza. Problem polega jednak na tym, że przestrzeganie owych „wzorców i wartości” musi się opłacać — albo przynajmniej nie może opłacać się ich celowe („pragmatyczne”) ignorowanie. Stąd z jednej strony potrzeba ich kodyfikacji (jakkolwiek stabilnej, czyli unikanie zbyt częstych zmian), ale z drugiej, ważniejszej strony, stworzenie mechanizmu, które pewne nasze zachowania po prostu by wymuszał. To stąd powyższe propozycje ograniczonej liczy stanowisk profesorskich, a zarazem podniesienia ich środowiskowego i ogólnospołecznego prestiżu, wynikającej z tego elitarności habilitacji (bo niewielu osobom będzie potrzebna), czyli poszukiwanie mechanizmu, który w konsekwencji spowoduje podniesienie poziomu habilitacji.
Tymczasem coraz wyraźniej widoczny jest niepokojący trend zauważony przez prof. Jemielniaka: „galopująca inflacja uprawnień do nadawania stopnia doktora habilitowanego”. Habilitacja traci bowiem znaczenie także w sytuacji, gdy zbyt wiele słabych ośrodków uzyskuje prawo jej nadawania. W praktyce uprawnienia te są chyba jedynym realnym sensem prowadzonej co cztery lata ewaluacji dyscyplin naukowych w jednostkach badawczych — podział subwencji został bowiem na tyle spłaszczony, że lepszy wynik ewaluacji ma dziś niewielkie przełożenie finansowe. Jeśli hierarchiczność uczelni i instytutów, wynikająca z kategorii naukowych przypisanych do prowadzonych w nich dyscyplin, rzeczywiście ma odzwierciedlać jakość prowadzonych badań, to przynajmniej ograniczmy uprawnienia do nadawania stopnia doktora habilitowanego wyłącznie do tych jednostek, w których dana dyscyplina posiada kategorię A+ lub A. Natomiast jeśli tak nie jest — to mamy do czynienia z tym samym problemem systemowym. Skoro chcemy naprawić habilitację, między innymi poprzez „mniejszy nacisk na wkład ilościowy, który łatwo poddaje się manipulacji” (jak zauważa prof. Jemielniak), to analogicznie powinniśmy podjąć próbę naprawy systemu ewaluacji dyscyplin i jednostek badawczych — w tej sprawie słyszę bowiem argumenty bardzo podobne, jeśli nie identyczne.
Niezależnie od istnienia habilitacji, czy nie, hierarchiczność w nauce i tak pozostanie — zarówno ze względu na strukturę stanowisk, jak i, w jeszcze większym stopniu, na pełnione funkcje (dziekana, dyrektora i inne), które nadal w największym stopniu determinują pozycję naukowca na polskiej uczelni. Nie podzielam opinii, że „habilitacja zmniejsza uzależnienie pracownika naukowego od władzy rektora i dziekana — feudał co prawda nadal może zwolnić z pracy, ale nie może odebrać niezależnej certyfikacji” (prof. Jemielniak). W rzeczywistości rektor czy dziekan często nie mogą zwolnić pracownika z pracy, co stanowi kolejną słabość polskiego systemu (jedyną ustawową możliwością jest dwukrotna negatywna ocena okresowa, której na większości uczelni stosunkowo łatwo uniknąć, ponieważ wewnętrzne wymagania konieczne do uzyskania pozytywnej oceny często nie są szczególnie wygórowane). Argumentem za utrzymaniem habilitacji nie jest więc dla mnie istnienie „głęboko zakorzenionej kultury hierarchicznej, w której relacje mistrz–uczeń bywają bardziej feudalne niż partnerskie”, na którą wskazuje prof. Jemielniak. Zapisy ustawy – w szczególności silna pozycja rektora – dotyczą bowiem wszystkich pracowników akademickich, zarówno tych bez habilitacji, jak i tych, którzy ją posiadają.
I na sam koniec: nie twierdzę, że brak habilitacji (jak proponuje prof. Jajszczyk) jest rozwiązaniem fundamentalnie złym. Taki model funkcjonuje bardzo dobrze w warunkach amerykańskich. Jednak realia polskie są zasadniczo odmienne. W Polsce jakość badań naukowych praktycznie nie podlega weryfikacji rynkowej, konkurencja pomiędzy naukowcami i instytucjami badawczymi jest słaba, a system ocen i awansów nie zawsze był budowany w sposób spójny i rygorystyczny. W tych warunkach trudno zakładać, że mechanizmy samoregulacji zadziałają automatycznie. Wydaje się więc – przynajmniej na obecnym etapie – że potrzebne są silne autorytety naukowe, które będą pilnować standardów i porządku. W przeciwnym razie nawet najlepsze idee reform mogą przegrywać z dobrze znaną polską umiejętnością „dostosowywania się” do „litery” reguł, zjawiskiem powszechnym i bynajmniej nieograniczonym do uczelni słabszych – występującym także w instytucjach wiodących i uznanych.
prof. Marek Przybylski
(śródtytuły od redakcji)
Habilitacja działa jak przepustka do samodzielności naukowej. Stąd w naturalny sposób bezpośrednio ogranicza konkurencję pomiędzy naukowcami. Dopiero po jej zniesieniu możemy się przekonać jaka jest możliwość weryfikacji rynkowej jakości badań poszczególnych naukowców ubiegających się o stanowiska w Polsce.
Habilitacja w obecnej sytuacji i przy obecnej mentalności jest niekiedy jedyną drogą dla polskiego naukowca, żeby uniezależnić się od nieformalnych układów towarzyskich, które często funkcjonują na uczelniach zamiast powiązań merytorycznych. Parę razy już pisałem, że utrwalony układ złożony z doktorów-ekscelencji nie dawałby najmniejszej szansy potencjalnym konkurentom na wybicie się na niezależność, bowiem decydowałoby już tylko stanowisko i widzimisię takich ekscelencji. Natomiast habilitacja jest zewnętrznym, państwowym potwierdzeniem kompetencji, nie do podważenia nawet przez osoby, które wcześniej usadowiły się na stanowiskach lokalnych decydentów.
Trudno, taki mamy klimat. I idealnie wyobrażona "wolna konkurencja" w nauce skończyłaby na tym samym, co wolna konkurencja w gospodarce: na interesującej intelektualnie teorii. Zresztą czy habilitacja jako pewien punkt rozwoju naukowego nie podlega również regułom konkurencji?
"Habilitacja działa jak przepustka do samodzielności naukowej. "
W jaki sposób?
Przed habilitacją/bez habilitacji ktoś jest ubezwłasnowolniony? Nie może używać swojego mózgu?!
Przepustką nie jest habilitacja a bilet lotniczy do normalnego kraju.
Nie, nie. Ależ niehabilitowany X. może używać mózgu, tyle że mało kogo to obchodzi, czy to robi, czy nie... ;=)))
Ale to tak sarkastycznie napisałem. Natomiast, chodzi o to, że bez habilitacji jest jakby trochę człowiekiem III kategorii. W polskim systemie nauki i szkolnictwa wyższego jest silny feudalizm, podobny do tego, który był w społeczeństwie Japonii, i chyba jest tam nawet nadal.
Jest chyba dość mocna analogia:
kat. IV parobki - magistrzy
kat. III szlachta zaściankowa - doktorzy
kat. II zamożna szlachta - doktorzy habilitowani
NO I WRESZCIE
kat. I magnateria, czyli profesorowie belwederscy
albo analogia z hierarchią Kościoła:
wikary - magister
proboszcz - doktor
biskup - doktor habilitowany
arcybiskup - docent (o ile jeszcze jest, przynajmniej był)
NO I
kardynał - prof. "belwederski".
No, z tym ostatnim to się muszą liczyć. Wystarczy popatrzeć na sam tytuł i już. Nawet samo "dr hab." robi wrażenie. A dr? Niiic tam... taki sobie człek...
Cały ten układ trzyma się dobrze, a przedstawiciele kat. I oraz kat. II zadowoleni z siebie, wodzą wzrokiem w auli na inauguracjach roku akademickiego, czy podczas świąt uczelni.
Z całym szacunkiem dla Profesora, ale "Coraz głośniej mówi się także o problemie tzw. spółdzielni publikacyjnych — zjawisku o specyfice w dużej mierze polskiej, nastawionym na sztuczne mnożenie dorobku autorów i instytucji. " Jest zdaniem nieprawdziwym, choćby z tego względu, że spółdzielnie publikacyjne i cytowań, kwitną tam, gdzie jest system ewaluacji nauki i pracownika nauki na rozwiązaniach ilościowych, a w mniejszym stopniu jakościowych. Stąd nie, nie jest to polska specyfika, wręcz zaryzykowałbym stwierdzenie, że my w porównaniu do Azjatów, zwłaszcza Chińczyków, Irakijczyków, Saudyjczyków, Malezyjczyków, Hindusów, to jesteśmy jakimiś harcerzykami. Można też znaleźć takie zjawiska w Europie, np. Hiszpanii, Bułgarii, też w Ameryce, np. Brazylii. Nie jest wolna też od tego GB, ani USA. Zwłaszcza teraz, po wejściu AI problem na świecie narasta. Co raz mniej osób coś bada w labie, za to co raz więcej robi symulacje, a później jeszcze symulacje do tych symulacji i jeszcze zaprawiając sieciami neuronowymi, by na końcu bezkrytycznie stwierdzić, że jest super. To jest zjawisko zwane krojeniem salami lub mieleniem kotleta. Po czym widać, jak ten szum jest podbijany w cytowaniach. Trzeba stwierdzić, że zjawisko spółdzielni publikacyjnych i cytowań, to zjawisko światowe, co z resztą widać po wysypie "artykułów" i czasopism. Z resztą w naszym kraju lista czasopism punktowanych obejmuje ponad 31 000 tytułów, a na naszych kontach pocztowych w zakładce spam można znaleźć zaproszenia do kolejnych editorial board nowych "świerszczyków", tworzonych także przez uznanych dotychczas wydawców.
Są starsze roczniki, które habilitację zrobiły np. na cyklu publikacji o bardzo niskim IF, BEZ DODATKOWYCH OSIĄNIĘĆ. I takie stare dziadki siedzą na stanowiskach profesora instytutu, często, gęsto z jedną (lub zero) publikacją na rok. A tymczasem, całkiem sporo młodszych ludzi z habilitacją obejmującą "lot na księżyc" jest trzymanych na stanowisku adiunkta, za minimalną, wymaganą ustawowo pensję.
O jeszcze habilitacja....
Ci którzy ją już mają -zrobili często monografię i tyle wystarczyło jeszcze kilka lat temu.
Ale teraz tym młodym to dowalić , żeby czuli że żyją, roczne staże razy 6, potem 30 artykułów... , patenty ... co by tu jeszcze dorzucić.. .hm?
Jakie to żałosne ........
Bieda i zazdrość!
Wymagania habilitacyjne były raczej obniżane, niż podnoszone.
Tak sobie myślę, że to, czy coś jest nauce lub w nauce potrzebne, zależy od naszych oczekiwań. Warto się zastanawiać jakim celom nauka ma służyć. Jeśli cel prowadzenia badań naukowych w Polsce potrafilibyśmy w miarę zgodnie określić, można by się zastanowić się co nas do tego celu przybliża, a co od niego oddala. Czy nauka ma służyć w Polsce ludziom, którzy ją finansują, a jeśli tak, to w jaki sposób, czy wystarczy by służyła tylko samej sobie? Czy uczelnie powinny być autonomiczne, a jeśli tak, to w jakim stopniu, czy może wymagają ścisłego centralnego sterowania? Wiele podstawowych pytań dotyczących nauki od dziesięcioleci pozostaje w Polsce bez odpowiedzi. Dlaczego?
Może tę sytuację dobrze opisuje fragment wiersza Juliana Tuwima p.t. Mieszkańcy (Polski)
” I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc - widzą wszystko oddzielnie:
Że domy... że Stasiek... że koń... że drzewo...”
Samo zniesienie lub zostawienie (moim zdaniem archaicznej i szkodliwej) habilitacji niewiele zmieni. System jest zdecydowanie bardziej zepsuty niż się na pierwszy rzut oka wydaje, a każdy z nas widzi tylko tę drobną część zepsucia, o którą się najczęściej potyka.
Czy środowisko naukowe może ten system naprawić? Teoretycznie by mogło, gdyby było solidarne, ale jak dotąd takie nie jest.
@Przemo
Wydaje mi się, że jeśli mamy się "zastanawiać jakim celom nauka ma służyć", to warto spojrzeć w definicje nauki.
Wtedy będziemy lepiej rozumieli cele nauki oraz oczekiwania wobec prowadzących badania naukowe naukowców.
Przykłady:
Wikipedia
"Science is a systematic discipline that builds and organises knowledge in the form of testable hypotheses and predictions about the universe."
Encyclopedia Britannica | Britannica
"Science - any system of knowledge that is concerned with the physical world and its phenomena and that entails unbiased observations and systematic experimentation. In general, a science involves a pursuit of knowledge covering general truths or the operations of fundamental laws.
To są tak ogólne definicje, że można tam wpasować nawet badanie włosów własnej brody ;-)
I nie odnoszą się do habilitacji.
@Przemo
W pierwszej części Pańskiego komentarza wyraz "habilitacja" się nie pojawia. A ja właśnie odnoszę się to tej pierwszej części. I to jest raczej oczywiste, wynika wprost z kontekstu mojego komentarza.
Coś nie-tak z tymi definicjami, które podałem?
Wg mnie habilitacja doprowadziła do wygenerowania w Polsce kasty osób, których niemały odsetek patrzy się z wyższością na tych, którzy nie dostąpili tego zaszczytu bycia uprawnionym do napisania przed imieniem i nazwiskiem "dr hab.". Być może niemało z nich uważa, że po wspięciu się na ten upragniony szczebel drabiny akademickiej, mogą osiąść na laurach.
Jeśli dodać, że część tych osób cierpi na "syndrom narcyza", to nietrudno chyba zrozumieć przeróżne nierzadko smutne historie, jakie można czasem przeczytać lub usłyszeć, odnośnie pewnych wydarzeń w systemie polskiej nauki i szkolnictwa wyższego.
PS. A tak na marginesie, dyskusja nad habilitacją przypomina mi trochę dyskusję, która ongiś rozpalała środowisko polskich krótkofalowców (i chyba nie tylko). Jeśli ktoś z Państwa miał takie hobby: krótkofalarstwo (nie mylić z CB-radio), to na pewno to pamięta. Otóż, rzecz dotyczyła tego, czy utrzymać egzaminowanie z telegrafii (CW) podczas egzaminu na świadectwo radiooperatora w służbie radiokomunikacyjnej amatorskiej (dawniej zwane "świadectwem uzdolnienia") na kat. A. Padały różne argumenty, "za" i "przeciw". Najczęstszym chyba argumentem używanym przez przeciwników egzaminowania z "titawy" (jak złośliwi nazywali telegrafię), był taki, że bardziej przydałoby się egzaminować przyszłych nadawców ze znajomości języka angielskiego, bowiem poziom tego, co słychać w łącznościach fonicznych stacji z SP (wtajemniczeni wiedzą, że chodzi o Polskę) ze stacjami zagranicznymi, jest często co najwyżej żenujący albo i gorszy. Zwolennicy egzaminowania z telegrafii przytaczali np. argument, że jest to najprostsza emisja radiowa, i że wstyd, żeby nadawca, który chce "robić DX-y" na falach krótkich (robić łączności z bardzo dalekimi krajami - przy okazji uwaga: pojęcie kraju "krótkofalarskiego" NIE zawsze jest tożsame z pojęciem kraju w sensie politycznym), a do tego upoważnia zezwolenie kat. A, nie potrafił posługiwać się telegrafią. Przyznam się, że należałem do zwolenników utrzymania telegrafii na egzaminach na świadectwo radiooperatora.
Ostatecznie zmora wielu nie lubiących alfabetu Morse'a, w postaci egzaminu z telegrafii, zniknęła z egzaminów na świadectwo radiooperatora w służbie radiokomunikacyjnej amatorskiej na kat. A. Od tamtej pory wszyscy nie cierpiący "titawy" mogą się czuć "habilitowani" z krótkofalarstwa. ;) 73 ! :)
No i masz tu ""syndrom narcyza", Gorzej jak u kogoś występuje "syndrom nieudacznika" i nie może z cierpieć, że nie jest narcyzem, jak ten gość od "syndrom narcyza". Zrób hab. ale chyba ci to nie grozi, trzeba coś z siebie dać, a nie tylko wyzwiska takie jak "syndrom narcyza" serwować. Żałosne są te wynurzenia.
No cóż, mam nadzieję, że jeśli prowadzi Pan pracę badawczą, to w swoich badaniach naukowych wykorzystuje Pan rozumowanie z prawdziwego zdarzenia, a nie ten typ "rozumowania", który tutaj Pan zaprezentował. Cyt. "Zrób hab. ale chyba ci to nie grozi, trzeba coś z siebie dać[...]" A cóż Pan wie o tym, co dałem z siebie? NIC Pan nie wie. Niejednokrotnie wiele osób wypowiadało się negatywnie o swoich doświadczeniach habilitacyjnych. Czy oni też mają "syndrom nieudacznika" (posługując się Pana słownikiem pojęciowym)? Nie chcę być narcyzem, bowiem ludzie mający taką przypadłość, raczej nie odznaczają się pokorą.
Feudalny system nauki w Polsce powoduje, że niemały odsetek (NIE WSZYSCY) tych, którym udaje się wspiąć na szczebel z napisem "dr hab." lub "prof. dr hab.", niejako "zachłystują się" swoją pozycją. Rzecz jasna, są też i tacy, którzy (dzięki Bogu) mają pewną dozę pokory.
Po tym wpisie pana widać słychać i czuć co pana reprezentuje, a dorobek jaki, jak sam pan pisze? "Obaj nie mamy habilitacji, więc się patrzą na nas zapewne, jak na takich "dr-ów na posyłki". To jak jest z tym "na posyłki" i kto tak sądzi? czy czasem nie sam pan?
Mógłbym napisać coś naprawdę mocnego, że poszłoby Panu "w pięty". Ale wolę stosować się do zasady "Mądrzejszy głupszemu ustępuje."
Nagrody, tytuły i pieniądze psują ludzi (ok. 50%), a każda zepsuta sroczka chwali swój ogonek ;-)
Taaa... i choć dyskusja nad (bez)sensownością habilitacji jest uzasadniona, to jednak wcześniej należałoby ustalić ramy znaczeniowe:
1. habilitacja - jako stopień _naukowy_ - powinna być przyznawana _tylko_ w dyscyplinach naukowych (oczywiście dotyczy to także tytułów naukowych);
2. w przypadku zrealizowania pkt. 1, a więc wówczas, kiedy humanistyka straci prawo do nadawania tytułów i stopni naukowych, należy się zastanowić nad:
2.1. urealnieniem doktoratów wdrożeniowych,
2.2. podniesieniem poziomu doktoratów zwykłych,
3. określeniu, że tzw. publikacje w postaci rozdziałów w monografiach są bezwartościowe,
4. zmniejszeniu znaczenie monografii w ogóle oraz wyrugowania ze świadomości tzw. książki habilitacyjnej (wiem, tutaj jest już znaczenie lepiej, ale wciąż nie idealnie),
5. oparciu się jedynie o międzynarodowe czasopisma naukowe z jawną polityką w stosunku do drapieżców,
6. zakazie zatrudniania w jednostce nadającej przez określony czas (min. 8 lat),
7. odsunięciu "zasłużonej" kadry (w szczególności zaś takiej, która ma zerowy dorobek międzynarodowy) od procedur awansowych,
8. wprowadzeniu okresu przejściowego niezbędnego na wdrożenie wszystkich zmian,
9 (być może) obowiązkowego stażu _przed_ doktoratem (i to w świecie zachodnim, a nie polskim grajdołku).
Wówczas - mając oczyszczone pole - można się zastanawiać, czy habilitacja (lub jej odpowiednik) ma zostać.
Uuuu. Odważne propozycje. Biorąc pod uwagę poziom wynagrodzeń młodych naukowców, to prosta recepta, by doprowadzić do sytuacji, w której jedynie mieszkańcy Iraku i Bangladeszu są jeszcze zainteresowani zatrudnieniem w polskich jednostkach. Nic im nie ujmując, ale z prowadzeniem dydaktyki mogą mieć jednak pewien problem.
Proszę też zdefiniować "drapieżców". Czy to wydawnictwa, których tytuły nie znajdują się na przeświętej liście ministerialnej? Czy też wydawnictwa, które się nam nie podobają?
1. Dlatego potrzebny jest okres przejściowy, w którym kandydaci mieliby środki na wyjazd i doktorat albo tam, albo po powrocie. I oczywiście karencja na odrobienie inwestycji podatnika w Polsce przez określony czas (min. 8 lat).
2. Polska (czy ministerialna) lista mnie nie interesuje. Są międzynarodowe zestawienia, na których należy bazować. W przypadku niejednoznaczności oceny, łatwo wygenerować miarę będącą podstawą łączenia. I tyle.
3. Drapieżcy dawno zostali zdefiniowani, a rzeczona definicja jest powszechnie dostępna. I naprawdę nie jest to problem, gdyż mam wrażenie, że na tym polu o konsensus będzie najłatwiej.
Nie istnieje żadna uzgodniona i uznana definicja drapieżców. A tym bardziej taka, którą da się włączyć do polskiego prawa.
Prawo można zmienić (choć nieociosany osiłek z definicji skreśli, bo mu wmówili, że jest ważny).
Lista istnieje: jej oryginalna wersja została opracowana przez Beall-a, a aktualny wykaz tutaj: https://beallslist.net/
No więc jest to prywatna inicjatywa (bardzo przeze mnie ceniona) pewnego człowieka. Ale nie ma żadnych podstaw, by tę listę w takiej formie włączyć do polskiego prawa. Zresztą, z powodów prawnych jest tam napisane "Potential predatory scholarly open‑access publishers". Hmmm. To jak to jest z tą definicją?
Trzeba być uśmiechniętym i być na poziomie zrozumienia programu ośmiu gwiazdek, to zrozumie co to jest "definicja jest powszechnie dostępna" Nikt jej nie widział i nie wie co to jest, bo uśmiechnięci jej nie podali (nawet ich guru z MNiSW). Ci co są na takim poziomie mogą pleść tylko takie głupoty.
Lista w obecnym kształcie jest niewspółmierna do rzeczywistej pozycji czasopism w międzynarodowych rankingach. Kolejna kwestia: gdzie i na jakiej podstawie zostali zdefiniowani tzw. drapieżni wydawcy? Jeżeli przez to rozumiemy tytuły (w tym również duże marki, np. ze Springera), które utraciły IF, mają na koncie liczne retrakcje lub udokumentowane praktyki naruszające standardy etyczne, to należy to jasno powiedzieć i oprzeć się na publicznie dostępnych kryteriach.
Idąc tym tropem to większość wydawnictw jest nastawiona na zyski. Proszę zwrócić uwagę na serię Discover ze Springer Nature.
Odpowiadając na punkt 2 – polska, w tym ministerialna lista nie jest dla mnie punktem odniesienia. Istnieją międzynarodowe zestawienia i wskaźniki, na których należy bazować. W przypadkach niejednoznacznych można bez większego problemu wygenerować miarę syntetyczną, która stanowiłaby podstawę do dalszego porządkowania i łączenia kryteriów.
1. "Lista w obecnym kształcie" - ale jaka lista?
2. "gdzie i na jakiej podstawie zostali zdefiniowani tzw. drapieżni wydawcy" - pierwotna lista Beall-a + zmiany (https://beallslist.net/)
3. "Idąc tym tropem to większość" - ale jakim tropem?
4. "Odpowiadając na punkt 2" - ale gdzie ta odpowiedź?
No nie będę takich trywialnych odpowiedzi udzielał chyba...
Ad 1 Lista czasopism naukowych, nie słyszał Pan?
Ad 2 Śmiech na sali, proszę podać, kto bierze pod uwagę tę listę? Kto ją autoryzuje?
Ad 3 Zyski wydawców, co tu komentować, nie zna Pan zysków wydawnictw? Nie wie Pan, że to jedno z bardziej intratnych działalności?
Ad 4 Odpowiedź po myślniku, Pan musi mieć jakoś zaznaczone jak w szkole wg template'u "Odpowiedź:"?
Ehh, no to jak dziecku w szkole:
1. Napisałem, że polska lista mnie nie interesuje - trzeba było przeczytać.
2. Argument iście polski, czyli bez powołanego zespołu, odwołań, protokołów, etc ani rusz.
3. Każde przedsiębiorstwo jest nastawione na zyski, co więc ta uwaga wnosi to dyskusji?
4. Po myślniku znajduje się nieco zmieniony mój wpis - brak więc albo drugiego myślnika, albo... za duża konsumpcja.
Ad 2
Kto konkretnie tę listę aktualizuje? Proszę o podanie składu zespołu lub choćby informacji, jakie osoby i według jakiej metodologii dokonują tych ocen. Anonimowość w takim przypadku istotnie obniża wiarygodność – pod „anonimem” może podpisać się każdy.
Ad 3
Ta uwaga wnosi tyle, że warto spojrzeć na sprawę symetrycznie. Wydawnictwa naukowe w przeważającej mierze są dziś nastawione na generowanie zysków – czy to poprzez wysokie APC, czy modele subskrypcyjne. W związku z tym sam fakt wysokiego IF nie może być traktowany jako jednoznaczny wyznacznik jakości. Wystarczy spojrzeć na czasopisma, które IF utraciły lub wypadły ze Scopusa, by zobaczyć, że ten wskaźnik nie jest ani stały, ani nieomylny. To raczej argument za zmianą paradygmatu oceny, a nie za jego bezrefleksyjnym utrwalaniem.
1. "Kto konkretnie tę listę aktualizuje? Proszę o podanie składu zespołu" - nie wiem, proszę zapytać Beall-a.
2. "lub choćby informacji, jakie osoby i według jakiej metodologii dokonują tych ocen" - metodyki, nie metodologii. I też proszę zapytać Beall-a.
3. "Anonimowość w takim przypadku istotnie obniża wiarygodność" - słyszałem i wiedziałem już wiele, ale żeby Beall-a określić anonimowym...
4. "Wydawnictwa naukowe w przeważającej mierze są dziś nastawione na generowanie zysków" - zawsze były, tylko kiedyś sprzedawały papier, a teraz dostęp => tak jak mówiłem wcześniej, ta uwaga wnosi do dyskusji NULL.
Ad 1
Jeżeli ktoś rzuca w dyskusji „listą”, to minimum przyzwoitości intelektualnej polega na wskazaniu, dlaczego uznaje ją za wiarygodną. W przeciwnym razie jest to argument z kategorii „bo ktoś gdzieś napisał”. Skoro lista ma służyć do identyfikowania drapieżnych wydawnictw, to wypadałoby wiedzieć, na jakiej podstawie i przez kogo była (lub jest) tworzona.
Ad 2
Zarzut „czepiania się słówek” pojawia się zwykle wtedy, gdy zabraknie odpowiedzi na pytanie zasadnicze. Ja pytam wprost: kto obecnie odpowiada za listę Bealla? Tymczasem odsyła mnie Pan do osoby, która od lat nie aktualizuje tej listy. A przy okazji — forma „Beall-a” to naprawdę osobliwa konstrukcja językowa, której trudno doszukać się nawet w najbardziej liberalnych zasadach odmiany.
Zresztą, jak wynika z samej strony, na którą Pan się powołuje:
– lista jest kopią z 2017 roku,
– nie wiadomo, kto ją faktycznie prowadzi,
– brak informacji, do kogo można się zwrócić w sprawie korekt czy wyjaśnień.
To raczej słabe fundamenty dla narzędzia, które ma rozstrzygać o rzetelności czasopism.
Ad 3
Skoro sam Pan przyznaje, że „proszę zapytać Bealla”, to tym bardziej potwierdza Pan mój argument: nie wiadomo, z kim aktualnie się kontaktować. Przez niemal dekadę naprawdę mogło się zmienić bardzo wiele — zarówno na plus, jak i na minus. Udawanie, że czas się zatrzymał w 2017 roku, jest wygodne, ale ma niewiele wspólnego z realiami rynku wydawniczego.
Ad 4
Stwierdzenie, że wydawnictwa naukowe są dziś nastawione na zysk, wnosi bardzo wiele — tylko trzeba chcieć to zobaczyć. Pokazuje bowiem, jakie zachowania są systemowo premiowane i dlaczego presja publikacyjna wygląda tak, a nie inaczej. Analogicznie jak w ewaluacji nauki: naukowcy robią to, czego oczekuje ministerstwo, a nie to, co najlepiej służy nauce. Jeśli dla Pana jest to „NULL”, to raczej problem z wagą argumentu, a nie z samym argumentem.
Na marginesie: poprawianie kogoś z „metodologii” na „metodykę” jest miłe, ale nie zastępuje odpowiedzi na pytanie jakie kryteria i kto stosuje. A określanie Bealla jako „nieanonimowego” w sytuacji, gdy lista funkcjonuje dziś bez jasno wskazanych autorów i odpowiedzialności, brzmi co najmniej ironicznie — choć zapewne niezamierzenie.
Wezmą pana żywcem do Nieba za cierpliwość.
A polskie WYDAWNICTWA są na skraju wytrzymałości i załamania wręcz upadku, bo Polski naukowiec pracujący w Polsce musi zasilać finansowo wydawnictwa zagraniczne w czasach internetu i AI. Dostrzegam u MB jakieś kompleksy względem nauk społecznych i humanistycznych. Żenada.
Nie ma czasopism krajowych i zagranicznych. Są czasopisma lokalne i międzynarodowe.
1. "polskie WYDAWNICTWA są na skraju wytrzymałości i załamania wręcz upadku" - a co mnie to obchodzi? Chcą funkcjonować na rynku, to niech przedstawią atrakcyjną ofertę. Nie - byebye. A, no tak, zapomniałem: tylko gdzie wówczas humaniści będą publikować swoje bajania?
2. "musi zasilać finansowo wydawnictwa zagraniczne" - jedyne opłaty związane z publikowaniem na świecie, które poniosłem, to wstępne za złożenie tekstu/recenzje (rzadkość, ale jednak i mowa o kwotach <= 100$).
3. "Dostrzegam u MB jakieś kompleksy względem nauk społecznych i humanistycznych" - jakież to typowe dla humanisty wnioskowanie: szablonowe, odtwórcze, oczywiste i przewidywalne.
4. " Żenada" - jedyne, z czym się zgadzam.
Rel - da sie z powodzeniem publikowac w topowych wydawnictwach bez placenia za to, choc nie zawsze OA. Ale o przeciez nie problem :)
Mamy kilka czasopism w PL, ktore stoja przyzwoicie w obiegu miedzynarodowym. Na przyklad najwyzszy IF ze wszystkich polskich pism ma Biology of Sport, ktore plasuje sie w TOP10 swojej dzialki na swiecie (i w Scopus i w WoS). I nie wydaje sie zeby stalo na skraju upadku, jest raczej rozwijajacym sie i preznie dzialajacym pismem. Takze da sie robic dobre na poziomie miedzynarodowym czasopismo na polskim podworku.
Przestrzegalbym za to przed generalizowaniem i wrzucaniem nauk humanistycznych i spolecznych do jednego koszyka. Zreszta nawet w spolecznych - psychologia miedzynarodowo stoi naprawde dobrze, a ekonomia czy pedagogika sa calkowicie do zaorania i od lat nie wyprodukowaly sensownej oryginalnej mysli. Z kolei mam wrazenie ze w naukach humanistycznych w kazdej sa wybitne jednostki, ale to promil w morzu braku polotu.
Moim zdaniem jeszcze jedną bardzo ważną kwestię porusza ten artykuł: "W praktyce realnym zewnętrznym kryterium oceny poziomu polskiej nauki pozostają granty Unii Europejskiej. Tam nie finansuje się projektów niestanowiących wyzwania, a mechanizmy przyznawania środków są niezależne od krajowych okoliczności i procedur. Niestety, na tym polu wypadamy słabo." No i tu samoistnie nasuwają się dwa pytania:
1. Dlaczego nie korzystamy z tego kryterium? (Odpowiedź domyślna: bo "niestety na tym polu wypadamy słabo" i jeszcze by się mogło okazać, że nie wszystkie osoby prof./hab. uznawane przez siebie za wybitne są faktycznie takie wybitne,
2. Dlaczego pomimo tego że w polskim środowisku naukowym mamy samych wybitnych na skalę światową prof./hab. to na polu grantów UE (zwłaszcza ERC) wypadamy słabo? (Odpowiedź domyślna: bo ...).
Stara unia bierze prawie wszystko. Komisje konkursowe pewnie ustawione pid nich. Niepotrzebnie się dokładamy do budżetu. Te środki finansowe powinny zostać w Polsce.
Kraje z największym udziałem w grantach Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych (ERC) to niezmiennie liderzy europejskiej nauki. Na podstawie najnowszych wyników konkursów z 2025 roku, największą liczbę grantów otrzymują ośrodki badawcze w następujących państwach:
Kraje z największą liczbą przyznanych grantów (stan na 2025/2026):
Niemcy: Dominują w statystykach, uzyskując m.in. 99 grantów w kategorii Starting Grants 2025 oraz 58 w Consolidator Grants 2025.
Wielka Brytania: Mimo Brexitu, dzięki stowarzyszeniu z programem Horyzont Europa, utrzymuje silną pozycję (66 grantów Consolidator oraz 60 Starting w 2025 r.).
Holandia: Regularnie zajmuje miejsce w pierwszej trójce lub czwórce (np. 44 granty Starting w 2025 r.).
Francja: Tradycyjny lider z dużą liczbą projektów realizowanych m.in. w jednostkach CNRS (41 grantów Starting w 2025 r.).
Włochy i Hiszpania: Kraje te często zamykają ścisłą czołówkę rankingu pod względem liczby goszonych projektów.
Skuteczność i narodowość badaczy:
Choć powyższe dane dotyczą instytucji przyjmujących, statystyki narodowości naukowców potwierdzają dominację tych samych krajów. Przykładowo, w konkursie Starting Grants 2025 najwięcej laureatów było narodowości niemieckiej (87), włoskiej (55) oraz francuskiej (33).
Polska na tle liderów:
W 2025 roku Polska odnotowała jeden ze swoich najlepszych wyników:
6 grantów w konkursie Starting Grants 2025.
4 granty w konkursie Consolidator Grants 2025.
Średni wskaźnik sukcesu wniosków w całej Europie w 2025 roku oscylował wokół 12%. W roku 2026 planowane jest przyznanie około 450 grantów dla początkujących naukowców z budżetem 705 mln euro.
"Stara unia bierze prawie wszystko. Komisje konkursowe pewnie ustawione pid nich. Niepotrzebnie się dokładamy do budżetu. Te środki finansowe powinny zostać w Polsce." - Karol Marks miał jednak rację: byt określa świadomość.
Czyżby sugerował Pan, że ta ostoja demokracji i praworządności jaką podobno jest UE, dyskryminuje nas i to w tak wolnościowej dziedzinie jaką są badania naukowe. Pewnie po części tak jest ale jak wytłumaczyć fakt, że współczynnik sukcesu grantów ERC przypadający na milion mieszkańców dla Polski (0,26) jest wyższy tylko od Rumuni (0,21), spośród wszystkich krajów Europy Środkowo-Wschodniej? Przykładowo dla Czech ten współczynnik w 2025 roku wynosi 0,75.
Demokracja to władza ludu, najczęściej skutkująca oddolnym wyłonieniem przedstawicieli.
System konkursowy, to mechanizm odgórnego wyłaniania najlepszych jednostek.
Konkluzja: tylko prawdziwie prawomyślny "naukowiec" znad Wisły może te dwa mechanizmy pomylić/połączyć/porównać/etc.
Te jakże wnikliwe i pouczające komentarze osoby naukowej MB sprawiają, że nawet ci zazwyczaj uśmiechnięci przestają się uśmiechać.
Warto dodać, że w związku z niskim współczynnikiem sukcesu mało kto chce ryzykować wiele miesięcy przygotowań - problem sam się napędza.
Największa szansa na granty socjologiczne na LGBT i aborcję, ale nie każdy się na tym zna.
Tak, tylko to pójście na łatwiznę zgodnie z zasadą, kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. Ba uważam, że jest to nawet nieetyczne, że wybitny polski naukowiec, wykształcony i finansowany z pieniędzy polskiego podatnika nie stara się o odzyskanie polskich środków na naukę wpłacanych do budżetu UE. Oczywiście można powiedzieć, to nie wpłacajmy tej składki co jest praktycznie jednoznaczne ze stwierdzeniem wystąpmy z UE. Przypomnę, że nawet kraje nie będące w UE takie jak: Norwegia, Szwajcaria czy UK płacą tą składkę.
Może i nieetyczne, ale jeśli spojrzysz na praktykę, to wygląda to tak, że przy staraniu się o środki jesteś sam, a jeśli - nie daj Boże - te środki uzyskasz, to tym bardziej jesteś sam. A rozliczenie takiego grantu to sporo biurokratycznej roboty, którą naukowcy najzwyczajniej w świecie nie powinni się martwić. Po coś uczelnie zatrudniają tych wszystkich pracowników administracyjnych (średnio to chyba 1/3 wszystkich etatów). Naprawdę, mogę znać się na na prowadzeniu badań i na dydaktyce, ale niekoniecznie na księgowości oraz prawie. Mam w tej chwili mały projekt europejski. Przy rozliczeniu (na poszczególnych etapach) będę musiał sam iść do rektoratu i skanować wszystkie dokumenty, bo okazuje się, że ta 1/3 pracowników administracyjnych nie jest od tak przyziemnych czynności. To od czego jest? Nikt rozumny się w to nie właduje. I ja już też nigdy więcej.
Tak, znam ten ból ale praktycznie wszyscy moi zagraniczni konsorcjanci zawsze też narzekają na biurokrację i że wszystko muszą robić sami. Ja nauczyłem się i polubiłem wszystko robić sam, wraz ze swoim teamem, bez udziału urzędników. Być może traci na tym mój dorobek naukowy ale z drugiej strony mam środki na badania.
Ha, ja teraz narzekam, a i tak wiadomo, że będę składał dalej, bo nie ma innego wyjścia. Przy czym, ja w zasadzie nie narzekam na biurokrację, do tej już przywykłem. Ja narzekam na fakt, że pomimo tak bardzo rozbudowanego pionu administracyjnego, nadal to ode mnie wymaga się wszelkich czynności administracyjnych. Im większy jest pion administracyjny, tym więcej wymaga się od pracowników badawczo-dydaktycznych. Dziwne, bo od pracowników administracyjnych nie wymaga się prowadzenia badań i zajęć ze studentami, prawda?
UE już zrobiła krok w przepaść. Do końca tej dekady przestanie istnieć. 27 krotny brexit. ETS I ETS2 I ETS3 I ETS4 ... . TO KONIEC. Ten twór na wzór ZSRR ginie.
Ireneuszu,
UE to twór globalistów, który w obecnej formie nie ma już racji bytu. Jego siła opiera się o gospodarkę niemiecką, która to przechodzi strukturalne problemy. Globaliści postanowili wygasić niemiecki przemysł stąd odcięcie od tanich surowców energetycznych z Rosji, i straszenie sankcjami przez USA. Proces wygaszania przemysłu nie dotyczy tylko Niemiec, ale całej Europy Zachodniej. UE pozbawiona przemysłu i nowoczesnych technologii nie ma już jakichkolwiek szans w rywalizacji globalnej. W tle są problemy demograficzne, gigantyczne zadłużenia państw UE, i odpływ kapitału z Europy Zachodniej. Dziś ten kapitał lokuje się głównie w Azji Południowo-Wschodniej. UE staje się domem starców, bez dzieci jako przyszłych konsumentów. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze utrata rynku rosyjskiego na rzecz Chin, państw Azji i USA. Jeżeli chodzi o Niemcy to najprawdopodobniej motorem wielkich przemian politycznych w tym kraju będą nowe landy, gdzie wielkim poparciem społecznym cieszą się partie polityczne Alternatywa dla Niemiec i BSW Sahry Wagenknecht. Być może dojdzie w Niemczech do powstania technokratycznego faszyzmu. Wszystko się może wydarzyć.
"Ten twór na wzór ZSRR ginie." - Ireneusz umiera?
Jeszcze jestem w całkiem dobrej kondycji biologicznej psychicznej i społecznej. A MB?
W ujęciu biologicznym, psychologicznym i społecznym, umieranie to proces stopniowego ustania funkcji życiowych organizmu, który prowadzi do śmierci. Można go rozpatrywać na kilku płaszczyznach:
1. Perspektywa biologiczna i medyczna
Z punktu widzenia medycyny umieranie to sekwencja zdarzeń, w której poszczególne układy (krążenia, oddechowy, nerwowy) przestają funkcjonować.
Agonia: To końcowy etap życia, w którym dochodzi do załamania homeostazy. Organizm nie jest już w stanie utrzymać stałości parametrów życiowych.
Śmierć kliniczna: Odwracalny stan, w którym ustaje praca serca i oddech, ale mózg jeszcze funkcjonuje.
Śmierć biologiczna: Nieodwracalne ustanie pracy mózgu (śmierć pnia mózgu) i rozkład komórek.
2. Perspektywa psychologiczna (etapy oswajania)
Psychologia często odwołuje się do modelu Elisabeth Kübler-Ross, który opisuje etapy, przez jakie przechodzi osoba terminalnie chora (oraz jej bliscy):
Zaprzeczenie („To nie może być prawda”).
Gniew („Dlaczego ja?”).
Targowanie się (próba „kupienia” czasu).
Depresja (smutek wynikający ze straty).
Akceptacja (wyciszenie i pogodzenie się z losem).
3. Perspektywa fizjologiczna (co czuje organizm)
W fazie terminalnej proces umierania objawia się charakterystycznymi sygnałami:
Spowolnienie metabolizmu: Brak łaknienia i pragnienia.
Zmiany w oddychaniu: Oddech staje się nieregularny lub płytki.
Wycofanie: Organizm oszczędza energię, osoba śpi coraz więcej, traci kontakt z otoczeniem.
Zmiany krążenia: Ochłodzenie kończyn, zmiana koloru skóry.
4. Perspektywa egzystencjalna i filozoficzna
Dla wielu umieranie to nie tylko biologia, ale proces przejścia. W filozofii i religiach jest to moment podsumowania życia, odchodzenia od spraw materialnych i przygotowania (duchowego lub mentalnego) na to, co nastąpi po śmierci.
Współczesna medycyna paliatywna skupia się na tym, aby proces ten odbywał się w godności, bez bólu i w obecności bliskich osób. Pomoc w tym zakresie oferują m.in. hospicja, które dbają o jakość życia pacjenta do samego końca.
(...)
Stara unia bierze prawie wszystko. Komisje konkursowe pewnie ustawione pid nich. Niepotrzebnie się dokładamy do budżetu. Te środki finansowe powinny zostać w Polsce.
Dokładnie.
Marks wiecznie żywy. Czuwaj!
I jak tu szanować PANskie towarzystwo.
Czy naprawdę poziom habilitacji spada? Osiągnięcia naukowe jakie 10-15 lat temu wystarczały na habilitację obecnie na niektórych uczelniach byłyby zbyt małe nawet na doktorat...
Bezsens a wręcz szkodliwość istnienia habilitacji dla rozwoju polskiej nauki i jej szans w konkurencyjności międzynarodowej szczegółowo uzasadnił wspomniany wyżej prof. A. Jajszczyk.
Wszystkie wady habilitacji szczególnie widoczne są w naukach społecznych., gdzie ma ona charakter uznaniowy i jest formą namaszczenia wybrańca przez grono utytułowanych w trosce o własne interesy, a nie dobro akademii, niestety często bez związku z jego dorobkiem naukowym. Podobnie jest z tytułem profesora tytularnego. Wystarczy przyjrzeć się cytowaniom w google scholar czy choćby na research gate wraz z dostępnymi tam publikacjami utytułowanych, by stwierdzić, że dorobek jest żenujący! W naukach społecznych istnieje bowiem praktyka, która - poza produkcją w drapieżnych czasopismach- doprowadziła do wysypu nowych habilitowanych, profesorów uczelnianych itp. Spryt polega na tym, że uzyskuje się habilitację w łatwiejszej dyscyplinie na macierzystej uczelni, a w efekcie dostaje się stanowisko i przede wszystkim władzę dożywotnią w dyscyplinie wiodącej, gdzie trudno jest uzyskać habilitację. i tu pojawia się największe zło tej sytuacji, władza związana z habilitacją nie prowadzi do budowania silnych zespołów naukowych, widoczności polskiej nauki i w kraju i za granicą, a jedynie do korzystania z nienależnych przywilejów, obrony własnej pozycji poprzez niszczenie potencjalnych konkurentów, mających doktoraty uzyskane właśnie w dyscyplinie wiodącej, a także manipulowania informacją niezbędną dla rozwoju karier podległych pracowników i obciążanie nadmierną dydaktyką i pracami administracyjnymi. Czyli habilitacja umożliwia i utrwala feudalne uwarunkowania na uczelniach, co w XXI w. stanowi barierę rozwoju polskich uczelni ,swoiste kuriozum i wstyd!
Stąd pomysł, by habilitację utrzymać na szczeblu uczelnianym jest także skazany na porażkę, patologia będzie trwać jak dotąd.
Co jest alternatywą?
Przedstawił ją w opinii prof. Jajszczyk. Prawdziwe, przejrzyste konkursy na stanowiska w oparciu o dorobek naukowy, merytoryczne i dydaktyczne i kompetencje w dyscyplinie, w której się aplikuje, z udziałem niezależnych pozauczelnianych ekspertów mających dorobek i uznanie w danej dyscyplinie!
Panowie, każda dyskusja na temat habilitacji podnosi ciśnienie zarówno osób będący "za" jak i będących "przeciw". Ważnym aspektem samodzielności są rzeczywiste wdrożenia przemysłowe, mające odzwierciedlenie w dochodach polskich firm, co można weryfikować chociażby na podstawie faktur sprzedaży pomysłów naszych naukowców. Takich realizacji jest tak mało, że pewnie trudno je zliczyć, bo nie wiadomo gdzie ich szukać.
Znam wielu kolegów, którzy są posiadaczami wdrożeń na papierze czy też publikacji nic nie wnoszących do koniunktury Państwa, ponieważ są wymagane przez panujące w "naszym świecie" przepisy. Pytanie czy znosić habilitację czy nie, chyba nie ma znaczenia. Pytanie należy zadać, czy o samodzielności świadczą tylko granty, które również są czasami pisane dla tzw. sztuki, a późniejsze wyniki leżą w szufladzie, a na podstawie których tworzy się zbędne artykuły, czy jednak wdrożenia przynoszące zyski.
Moja wypowiedź jest skierowana do innego spojrzenia na wymagania dla kandydatów - moim zdaniem realne wdrożenia trudno opisać inaczej jak faktem księgowym, co idzie z samodzielnością kandydata, która byłaby istotna z uwagi zaistnienia wdrożenia.
Hmmm. To, o czym Pan pisze, to w zasadzie B+R, a nie nauka jako taka. Można i tak, oczywiście. W normalnych krajach B+R to jednak domena firm prywatnych.
Po pierwsze, habilitacja to obecnie problem zaledwie jednego pokolenia (ludzi w okolicach czterdziestki) i przedmiot intensywnych rozważań drugiego - tych, którzy mają do emerytury bliżej niż dalej. A więc ludzi, którzy się kształcili w PRL-u i budowali kariery w realiach odległych od dzisiejszego rynku pracy akademickiej w Europie czy USA. W Polsce nadciąga jednak ogromna luka pokoleniowa. Młodzi nie są zatrudniani na etaty i w związku z tym po doktoracie masowo wyjeżdżają albo przechodzą do przemysłu. Nikt z nich nie będzie robił polskiej habilitacji tylko z powodu lokalnych oczekiwań. Dla nich wyznacznikiem jakości będzie nie habilitacja, lecz poziom publikacji i osiągnięcia zespołu naukowego. A to jest łatwe do sprawdzenia w Google Scholar czy Scopusie.
Co zostaje czterdziestolatkom? Jaka jest wartość habilitacji, jak w mojej katedrze za parę lat będą sami dr hab.? Po co komu papier na „samodzielność”, jak nie będzie już młodych postdoców do pracy w okolicach minimalnej? W naszym feudalnym systemie będziemy szlachcicami bez ziemi.
Po drugie, weryfikacja rynkowa zależy też od tego, jaki mamy rynek.…cóż, szkoda gadać. Polski rynek jest zainteresowany optymalizacją podatkową i tanią siłą roboczą, a nie weryfikacją nauki czy kontaktami na uczelni.
U nas habilitacje "robią" i o niej rozmawiają ludzie, którzy w momencie upadku PRL to co najwyżej w przedszkolu byli, więc nie wiem o jakiej bliskości emerytury tu w ogóle mowa. I jest ona niczym innym tylko konsekwencją poziomu publikacji i osiągnięć zespołu naukowego. Nie wiem, czy alatollahowie antyhabilitacyjni zdają sobie sprawę z faktu, że po jej likwidacji WSZYSCY będą postdocami w okolicach minimalnej. Niekoniecznie takimi młodymi...
W moich okolicach "młodzi" (trzydziestoparo- czterdziestoparolatkowie) karnie robią habilitację, mimo że teoretycznie ona już nie jest obowiązkowa.
Zniesienie habilitacji w żaden sposób nie zwiększy napływu młodych kadr. W żaden. Za to bez habilitacji niepewność zatrudnienia - za płacę bliską minimalnej - rozciągnie się na kolejne lata. Znieśmy jeszcze profesurę i otrzymamy system, w którym młody doktor do emerytury nie ma żadnych szans na awans, za to pewność stałych zarobków znacznie niższych niż poza Akademią.
dla mnie jak zawsze temat zastępczy. Czy habilitacja jest czy jej nie mam to większego znaczenia nie ma dla tych co robią prawdziwą naukę.
Bo prawdziwa i zewnętrzna weryfikacją twojej SAMODZIELNOŚCI NAUKOWEJ, nie jest żadna habilitacja, tylko czy umiesz napisać i dostać grant który będzie finansował twoje badania (np. NCN). Jeśli tak to jesteś samodzielnym naukowcem który wiec czego chce.
Znam kilku takich "hab" i "prof", którzy nawet nigdy w całej tzw. "karierze" nawet nie pomyśleli że można napisać grant (po co se dodawać roboty, a nie daj boże jak go dostać to ło matko ile problemów i trzeba jeszcze rozliczyć). Lepiej wtem nic nie robić.
A Pan od artykułu jest tylko głosem właśnie takich dziadersów którzy tylko marudzą. Swoją drogą Pan Profesor chyba tez w życiu grantu nie dostał .... ? (przynajmniej baza NCN nic o tym nie wie ..... ?).
Dla informacji - biogram p. prof. Marka Przybylskiego:
https://historia.agh.edu.pl/wiki/Marek_Przybylski
No tylko nie ma tu nic o realizowanych GRANTACH.
Kolejny dziaders który nawet w życiu grantu nie napisał. Ale z zawodu jest dyrektorem haha
Panowie chyba po prostu nie orientują się w finansowaniu nauki w Polsce. "Dziadersi" z definicji zaczęli kariery naukowe na długo przed powstaniem NCN-u w 2010 r. Przedtem istniał Komitet Badań Naukowych (KBN). Nietrudno ustalić, że na przykład prof. Przybylski otrzymał przynajmniej jeden grant od KBN-u. W ogóle przebieg jego kariery dowodzi, że pozyskiwał fundusze na badania.
Jak ktoś jest na odpowiednio wysokim stanowisku (rektor uczelni, dyrektor jednostki badawczej), starania o pozyskania funduszy nie polegają na pisaniu wniosków do NCN-u. Dobry dyrektor stara się na przykład o środki na założenie nowych zespołów badawczych, których kierownicy będą realizowali własne projekty. NCN nie daje takich możliwości.
NCN w zasadzie daje. Do tego celu służą podobno projekty Maestro. Z drugiej jednak strony, ja swój zespół założyłem i bez tego, dyrektorem też nie jestem. Może zbyt poważnie potraktowałem pojęcie "samodzielny pracownik naukowy"? Ale mogę szczerze przyznać, że bez wcześniejszego grantu NCN (ale OPUS, nie MAESTRO) guzik bym miał, a nie zespół, tylko dalej bym fedrował w małych temacikach możliwych do zrealizowania systemem gospodarczym.
Habilitacja jest de facto w PL zniesiona, bo nie jest obowiązkowa, więc mało osób chce ją zrobić. Większość chciałaby od razu po doktoracie dostać stanowisko profesora uczelni i nic nie robić do emerytury. Śmieszą mnie argumenty, że nieobowiązkowa habilitacja blokuje rozwój naukowy: w jaki sposób coś, co nie jest obowiązkiem może blokować kogokolwiek w czymkolwiek. Zrobiłem habilitację, kiedy była jeszcze obowiązkowa i nie żałuję. Był to okres rzeczywistego rozwoju naukowego i uczenia się samodzielności. Nie jest też prawdą, że habilitacja jest domeną polską, istnieje we Francji, Szwecji, Niemczech, Czechach czy w innych krajach, nawet jeśli inaczej się nazywa. Jeśli ktoś pracuje, to stopień dr hab i tytuł profesora belwederskiego przychodzą same, nie jako cel, ale wynik prowadzonych badań. Natomiast, dla osób, które niewiele robią, habilitacja, czy profesura stają się rodzajem kozła ofiarnego winnego wszystkich problemów poleskiej nauki.
Skoro "Jeśli ktoś pracuje, to stopień dr hab i tytuł profesora belwederskiego przychodzą same, nie jako cel, ale wynik prowadzonych badań", to co w takim razie faktycznie wnosi do polskiej nauki fakt posiadania stopnia hab. czy tytułu prof.? Czy jeśli nie było by tej gradacji to polska nauka byłaby uboższa? Chętnie też bym się dowiedział w jaki sposób robienie habilitacji uczy samodzielności i kiedy następuje to usamodzielnienie oraz kto twierdzi, że winą "wszystkich problemów polskiej nauki" jest habilitacja? Z góry dziękuje ZF za odpowiedź na nurtujące mnie pytania.
Dwie podstawowe rzeczy. Brak konieczności startu niemal od zera po zmianie ośrodka badawczego. I utrudnienie ministerstwu płacenia wszystkim jak leci płacy minimalnej, bo poniżej minimalnej zejść się nie da, a stopniować jakoś jednak trzeba.
I to jest ten wkład jaki wnosi habilitacja i profesura do jakości polskiej nauki? Zawsze myślałem, że to zdrowa konkurencja napędza jakość. Taką konkurencję powinny zapewnić konkursy na stanowiska badawcze.
Powodzenia w konkurowaniu o wieczne życie od pierwszego do pierwszego, łatane nadzieją na kolejny grant i z zerowymi perspektywami na stałą płacę na poziomie dwóch średnich krajowych. Nie każdy się godzi na bycie honorowym naiwniakiem RP, który za dekadę lat zobaczy w lustrze wybitnego doktora otoczonego wianuszkiem uczelnianych profesorów-kolegów dziekana. Wprawdzie byli mierni i habilitacji (automatycznie dającej uprawnienia w całej Polsce) zrobić nie potrafili, ale pili z kim trzeba kiedy trzeba.
Nie muszę czekać dziesięciu lat. Właśnie obecnie widzę jak wianuszek wybranych habilitowanych, którzy potrafili czapkować komu trzeba, spokojnie oczekuje na mającą przyjść za dwadzieścia kilka lat emeryturę a jak szczęście (układy) dopisze to i może podczas tego oczekiwania profesura się trafi. Tak właśnie tworzy się kolejne kastowe pokolenie. Habilitacja była w polskiej nauce od zawsze. Jak nie zaczniemy czegoś zmieniać to pozostanie tak wspaniale jak jest. Ale właściwie dlaczego kasta ma coś zmieniać skoro jej jest wspaniale.
I tu zawodzi elementarna wyobraźnia - po jej zniesieniu ten wianuszek będą tworzyły absolutnie najsłabsze jednostki na wydziale. Takie, które sami nie trafią do ubikacji (o napisaniu artykułu do sensownego journala czy zrobieniu habilitacji nie wspominając). I ich głównym wrogiem będzie ktoś, kto cokolwiek potrafi, bo taka osoba potrafi naświetlić niekompetencję. Metody będą proste - wpisać w ocenie pracowniczej wszystko, co jest jak najdalej od nauki, ale jak najbardziej uznaniowo reglementowane. I dojadą każdego. Bo jednostki naukowe o słabej kulturze organizacyjnej są słabo reprezentowane poza swoim lokalnym środowiskiem (w tym w komisjach habilitacyjnych i jako recenzenci profesur), ale niesamowicie bezczelne. Krótko mówiąc, to nie jest pierwszy raz w nauce, gdy widzę Grzesia z zapałem inkwizytora szykującego pętlę, w którą później wsadzą jego szyję. Tak jak widziałem np. fanów wymuszonej mobilności naukowej, którą sami powpisywali do regulaminów ocen, i których później to kosztowało związki i rotację z pracy w oparciu o... własne kryteria.
Proszę aby "rozbawiony" nie martwił się o przyszłość i wyobraźnię Grzesia bo Grześ sobie doskonale radzi i poradzi. Natomiast rozumiem duży niepokój ustawionego już odpowiednio "rozbawionego" o to, że w przypadku likwidacji habilitacji będzie się musiał ponownie ustawiać i to w warunkach zwiększonej konkurencji.
U mnie na wydziale raczej wszyscy sami chodzą do ubikacji, niezależnie od tego czy mają habilitację czy też jej nie mają ale faktycznie przecież na czymś ta samodzielność habilitowanego pracownika naukowego musi polegać. Czy u "rozbawionego" ten z habilitacją musi wyprowadza do ubikacji tego bez habilitacji? No nie, to jednak są bardzo istotne i zrozumiałe powody dla których "rozbawiony" podjął się trudu robienia habilitacji.
Wracając do mojego pytania. Przypomnę, że brzmiało ono: co habilitacja wnosi do jakości polskiej nauki? Dowiedziałem się od "rozbawionego" że habilitacja: zapewnia mu stabilność, chroni go przed konkurencją najsłabszych jednostek na wydziale (w domyśle dr, którzy nałożą pętlę na szyję inkwizytora Grzesia) i pozwala na pewną specyficzną samodzielność. To dla "rozbawionego" a co dla jakości polskiej nauki?
I kolejna projekcja. W moim środowisku najlepsze zespoły są pozakładane i utrzymywane przez samodzielnych, zdecydowanie najwięcej pieniędzy na wydział przynoszą samodzielni, publikacyjnie w (nawet poszerzonej) topce dyscypliny nie ma nikogo bez habilitacji. Więc dla mnie ten stopień oddziela ziarna od plew - konkurencji krótko mówiąc nie ma się co bać, bo jej nie ma. Każdy dobry habilituje się szybko. Co najwyżej stopień upierdliwości wydumanych przeciwników by spadł, bo statystycznie ludzie bez habilitacji mają mniej rozbujane ego niż ci z nią. Choć, jak widać, są wyjątki. I rozbawiony nie "robił" habilitacji, bo jej nikt poważny nie robi - ona przychodzi sama wraz z dorobkiem. Po prostu w pewnym momencie trzeba poukładać dorobek w jakimś porządku i spisać kilka stron autoreferatu. Nie frustruj się publicznie człowieku, tylko to zrób.
To jakże pogardliwe, zarozumiałe i znamienne dla członka wybitnej kasty stwierdzenie: "Więc dla mnie ten stopień oddziela ziarna od plew...", dyskwalifikuje pana jako mojego adwersarza. Tak właściwie nigdy nie liczyłem na to, że jakiś przedstawiciel kasty będzie w stanie odpowiedzieć na postawione przeze mnie pytanie. Nie skorzystam również z charakterystycznej dla członka kasty porady aby "poukładać dorobek w jakimś porządku i spisać kilka stron autoreferatu" i stać się jednym z was, tak jak mój ojciec nie skorzystał z propozycji wstąpienia do PZPRu.
Jak ktoś nie umie wytrzymać do drugiej rundy, to niech sam nie zaczyna pierwszej z dwunastu...
Pełna zgoda !!!
Walka z nieobowiązkowa habilitacją ma, zdaniem walczących, jednak głębszy sens, chodzi mianowicie o to aby już stopień doktora dawał przepustkę do wszystkich apanaży (recenzje, promotorstwo, rektorstwo, dziekaństwo itd.)
Pełna zgoda ale jak się odwróci punkt wiedzenia, jak wiadomo zależny od punktu siedzenia. Walka o utrzymanie nieobowiązkowej habilitacji ma, zdaniem walczących, jednak głębszy sens, chodzi mianowicie o to aby stopień doktora absolutnie nie dawał przepustki do wszystkich apanaży (recenzje, promotorstwo, rektorstwo, dziekaństwo itd.).
W rzeczy samej
Non plus ultra
Szanowny Panie Profesorze,
Bardzo ciekawy artykuł. Tylko nie wiadomo do końca czy dotyczy on sensowności utrzymania stopnia naukowego doktora habilitowanego czy jakości pracy, w tym badań naukowych profesorów uczelni. Co do samej habilitacji, jest ona etapem rozwoju kariery naukowej, i jako taka powinna pozostać. Chociażby ze wzgledow motywacyjnych. Ale łączenie jej z jakością osiągnięć profesorów uczelni to spora niedorzeczność. Prosze zauważyć, że aktualny model habilitacji jest ściśle związany z wypracowanym osiągnięciem naukowym i stanowi nagrodę za to osiągnięcie. Może ona być otrzywiscie traktowana jako warunek konieczny do awansu na stanowisko profesora uczelni ale nie jako warunek wystarczający do utrzymania się na tym stanowisku. Profesorowie uczelni, jako osoby wybitne, powinni być zobowiązani do realizacji dużo bardziej ambitnych wymagań niż osoby zatrudnione na niższych stanowiskach. Poza okresem próbnym, prosze zauważyć, wymagania w zakresie punktacji za działalność naukową dla profesorów są takie same jak dla asystententow !!!. Więc o czym my tutaj mówimy. Osoba posiadająca własny zespół, dostęp do aparatury i pieniędzy powinna wypracowywać co najmniej 4 razy więcej punktów niż adiunkt. Albo asystent nękany limitowanym dostępem do aparatury, brakiem pieniędzy czy dwuznacznymi obowiązkami nakładanymi na nich przez własnych przełożonych.
Stanowisko profesora plus sowite uposażenie, jako nagroda za habilitację lub jakiś wyimaginowany konkurs to prosta recepta na patologię w polskiej nauce. Tak samo jak gra w reprezentacji Polski tylko za to że się jest znanym piłkarzem !!!
Na koniec przytoczę drwiny jednego z moich zagranicznych przyjacioł, też profesora. "Dopóki w Polsce będzie trudno zostać profesorem a łatwo nim być to zadne ale nie pomoże. W krajach anglosaskich łatwo zostać ale bardzo ciężko nim być "
Intrygujące, od razu Pan przeszedł do produkcji punktów. To nie jest cel pracy naukowej. Zgadzam się, że w obecnym systemie, jeśli ktoś rzeczywiście pracuje, to i tak te punkty wyprodukuje, ale nie o to w tym chodzi. Zresztą, co Pan ma na myśli, że "wymagania w zakresie punktacji za działalność naukową dla profesorów są takie same jak dla asystentów"? To tylko kwestia ewaluacyjna, pretensje do MNiSW. W ocenie pracowniczej rozróżnienie jest, przynajmniej u mnie. I to dość zasadnicze. I ponownie, zgadzam się, że być powinno.
Pełna zgoda. Punkty to nie osiągnięcie naukowe. Bardziej sensownym celem pracy naukowej są wdrożenia i patenty. Ale jeżeli ktoś nie ma takich osiągnięć niech chociaż wykazuje się działalnością publikacyjna na.miare swojego stanowiska. Poza tym profesorowie uczelni pełniący rolę lideriw powinni w każdym razie poczuwać się aranżowania działalności projektowej. A nie dla wszystkich jest to oczywiste. Ze nie wspomnę o takich sytuacjach gdzie taki lider który nic nie wnosi podszywa się pod działalność podwładnych. Niestety
Ten zagraniczny profesor widać nie przechodził procedury tenure w USA.
Romantyzujemy procedurę tenure czy uważamy wręcz przeciwnie?
Że co? Proszę pana, tenure to pewien zespół wymagań, na każdej uczelni inny a z czasem też się to zmienia, ma jednak wiele cech wspólnych. Co tu romantyzować albo nie romantyzować? Moje doświadczenia pracy na trzech kontynentach wskazują na jedno - bardzo dobra habilitacja poziomem może się zbliżyć do przeciętnej tenure.
Zaciekawił mnie Pan Profesor. Która dokładnie kryteria tenure czynią habilitację tak nieznaczącą w obliczu tenure?
Obecna polska habilitacja jest wzorowana na tenure, więc formalnie procedura może wyglądać bardzo podobnie. Warto też pamiętać, że tenure jest sprawą uczelnianą, więc może się różnić między uniwersytetami.
Różnica jest nie w założeniach ale w praktyce. Polska jest państwem hybrydowym - to co powstało po roku 1989 jest nowe, dynamiczne i się szybko rozwija, ale odziedziczyliśmy też sporo zatęchłych i nieruchawych pamiątek po PRL. Należy do nich niestety nauka. Dlatego habilitacja w Polsce niewiele zmienia: ciut większe prawa, odrobina pieniędzy więcej i to wszystko. Dlatego wymagania są niewielkie.
Tenure w USA to rewolucja. Pamiętajmy, że w tym kraju pracownika zwalnia się z dnia na dzień. Profesorowie na uniwersytetach są chyba jedynymi, którzy mają gwarancję zatrudnienia. Drzwiami to tego niesłychanego przywileju jest tenure. Dlatego wymagania z nią związane są naprawdę wysokie, nawet na drugorzędnych uniwersytetach.
Polsce potrzebna jest mądra polityka naukowa, generująca postęp technologiczny i organizacyjny, a ordery, nagrody i habilitacje nigdy tego nie zastąpią.
Gdybyż to wojnę mogła wygrać armia złożona z samych generałów....
W Polsce habilitacja jest potrzebna politykom, ale nie jest potrzebna nauce. Ona niewiele tam wnosi. "Robi siẹ" ją dla tytułu i pozornego prestiżu. Doktorzy w wiẹkszości nie mają czasu na czytanie prac habilitacyjnych. Oni tworzą szkielet nauki, a wiedzą narasta poza naszą świadomością.
Na pierwszym spotkaniu ze studentami przedstawiam się mówiąc kim jestem, jaki jest mój życiorys i nie pomijam błędów mojej młodości. Uważam, że uczniowie powinni znać swojego nauczyciela - nawet jeśli jego życiorys był bardzo pogmatwany. Dlatego mówię o tym ile razy dostałem "po tyłku" prowadząc badania i pisząc kilkanaście moich monografii oraz czym była moja głupota w czasach PRL-u (tę głupotę widzę teraz u innych profesorów zajmujących wysokie stanowiska partyjne. Udało mi się nie być współpracownikiem SB ale ciemnota zaprowadziła mnie jeszcze w szkole średniej do PZPR - na szczęście po kilku latach na początku lat 80-tych udało mi się uciec od tego towarzystwa - i to był koniec moich politycznych kontaktów. Można o mnie poczytać w internecie i przede wszystkim o badaniach nad funkcjonowaniem administracji państwowej w PRL-u (ale do stałem po d...), finansach w okresie przełomu (zakaz rozpowszechniania monografii) i wreszcie o policji (prawda w oparciu o badania wśród oficerów). Było tego wiele i dlatego w mojej ocenie to właśnie doświadczenie takich osób jak ja powinno być brane pod uwagę przy budowaniu polskiej nauki (której NIE MA obecnie). Dlatego zlikwidowałbym habilitacje i prezydenckie profesury a awans uzależnił od dorobku naukowego - niech uczelnie lub grona naukowców o największym i niezależnym dorobku naukowym decydują o stopniach i stanowiskach. Warto nad tym podyskutować w gronie naukowców a nie profesorów czy doktorów polityków. Zacznijmy od dyskusji wśród naukowców legitymujących się np. nie mniej niż 10-cioma monografiami opublikowanymi na podstawie własnych badań. I oczywiście każdy powinien udostępnić swój życiorys. Ciemnoty, kłamstwa i dupolizostwa m.in. na Uniwersytecie będącej blisko władzy ... doświadczyłem sporo...
Monografii mam nadzieje w renomowanych miedzynarodowych wydawnictwach, tudziez artykulow na poziomie swiatowego TOP10 czasopism w branzy, a nie PWNu czy Wydawnictwa AWF...
Dbajmy o jakosc, a nie o produkcje makulatury.
Jakie są te RENOMOWANE wydawnictwa, czy to co bierze 12 tysięcy £ za publikowanie
@ KAJ,
Likwidacja habilitacji i tytułu naukowego profesora nie rozwiąże problemu chronicznego niedofinansowania i marginalizacji nauki polskiej. To temat zastępczy. Ponadto w dyzmokracji nad Wisłą nie ma polityki naukowej państwa. Nauka została pozostawiona sama sobie. Krajowych politykierów ten sektor specjalnie nie interesuje. Tak właśnie wygląda dyzmokratyczna Polska po 36 latach transformacji. Smutne to wszystko.
Nie tyko w US ale w większości krajów na świecie nie ma habilitacji.
W Polsce habilitacja i profesura belwederska to tytuły dla tłustych kotów. Nie trzeba nic więcej robić niż asystent a duża kasa leci. I do tego różne przywieje.
Poza Polską jest tak żeby być na stanowisku profesora trzeba co 2-3 lata startować w konkursach. A jak nie to spada się na wykładowcę.
Dlatego taka betonoza i pozostawianie habilitacji.
I dlatego taka miernota polskich uczelni.
Ja tam nie wiem, w jakiej dyscyplinie Pan pracuje, ale ja od czasu habilitacji mam znacznie więcej obowiązków, i absolutnie nie da się tego porównać do zakresu obowiązków asystenta. A ta "duża kasa" jest gdzieś w zakresie średniej krajowej. Olbrzymia wręcz, gargantuiczna kasa. Przywilejów nie zanotowałem.
W żadnym kraju na świecie poza Polską nie ma habilitacji według polskich przepisów. Ale też w żadnym kraju na świecie poza Polską nie ma szkoły podstawowej według polskich przepisów.
Lubię sobie wyobrażać, jak walczący z polską habilitacją mierzą się z tenure dajmy na to na Iowa State University, Columbia to za wysoka liga. Humor mi się od razu poprawia.
@MarekMa
"Poza Polską jest tak żeby być na stanowisku profesora trzeba co 2-3 lata startować w konkursach. A jak nie to spada się na wykładowcę." - prawdę mówiąc nigdy nie słyszałem o takim spadaniu.
Można prosić o jakieś szczegóły?
Wie pan, ludzie lubią sobie pofantazjować na tematy, o których nie mają pojęcia. Profesor w Niemczech lub we Francji to jest świętość, nie ma sposobu, by stracił posadę, nawet pracować nie musi i niektórzy z tego korzystają, nie tak wielu. UK i USA sam pan zna lepiej niż ja.
@Profesor PAN
To znaczy ja zawsze zakładam, że ludzie wiedzą więcej ode mnie i mogą mieć informacje, których ja nie posiadam. Dlatego też pytam. Co nie znaczy, że zawsze tylko potakuję, staram się oczywiście weryfikować informacje pochodzące z różnych źródeł z tym, co ja wiem, z moim własnym doświadczeniem.
Ciekawy wiec jestem szczegółów, co do tych "konkursów" oraz "spadania na wykładowcę". Może rzeczywiście gdzieś to tak właśnie funkcjonuje?
Tak, w Stanach profesorzy rzeczywiście są raczej nietykalni, chyba że coś przeskrobią, w Wielkiej Brytanii niestety nie. :-)
Dobrze jest też zakładać, że jak coś widzimy, to to pewnie jest, nawet jak inni mówią, że nie ma. Po 5 latach w USA i 20 w UK ma pan pewnie kompletny ogląd obu systemów akademickich. Ja dorzucam swoje 5 lat w Niemczech, 2 lata w Australii i (rozproszone) kilka lat we Francji, Włoszech i w Hiszpanii. Myślę, że tyle starczy, by miec zasadniczą orientację, nawet jeśli pewne szczegóły mogły umknąć.
Skoro podstawowym argumentem za utrzymaniem habilitacji jest według autora brak „rynkowej” weryfikacji wyników badań naukowych. to może należy się zastanowić z czego ten brak wynika, a nie tworzyć protezę na siłę utrzymującą habilitację. . Dalej autor pisze "Jeśli badania są poprawne, mogą pozostawać na poziomie elementarnym, wtórnym lub przyczynkowym, ponieważ polska gospodarka i życie społeczne w niewielkim stopniu opierają się na krajowych osiągnięciach naukowych." No to zadam pytanie a czyja to jest wina? Gospodarki i życia społecznego czy może jednak systemu oceny polskich naukowców i jakości ich badań, przeważnie nie podążających za potrzebami gospodarczymi i społecznymi kraju. Taka sytuacja ma miejsce gdyż, polski naukowiec jest przecież oceniany głownie na podstawie niemiarodajnego kryterium publikacyjnego a nie na podstawie przydatności społecznej jego osoby i wyników jego badań naukowych.
Tak jak pisałem już wielokrotnie w swoich komentarzach na FA: "Trudno oczekiwać od kasty, czy jak kto woli terminologię wojskową od junty, że będzie popierała rewolucję, która ma ją obalić ale od czegoś należy zacząć. Może na początek od zmiany kryteriów oceny pracy naukowca i zastąpienie niemiarodajnego kryterium publikacyjnego przez przydatność społeczną? Może też od likwidacji feudalnej, korupcjogennej, kosztownej i nic nie wnoszącej do jakości polskiej nauki habilitacji. Można też ostrożniej szafować tytułem profesora, tak aby był on związany z faktycznym autorytetem naukowym jak i społecznym, bo większość obecnej elity profesorskiej uwłacza temu tytułowi. Takie postulaty, a kasta się sama nie oczyści i dlatego potrzebna jest rewolucja." Polecam wszystkim lekturę zamieszczonego niedawno na FA artykułu pt. "Zawód jak każdy inny?"
Jeszcze taka drobna moja obserwacja - im bardziej polski, kastowy naukowiec uważa się za wybitnego a swoje wyniki badań za genialne - "sięgające gwiazd", tym bardziej jest przeciwny likwidacji habilitacji.
Habilitacje są niezbędne. Recenzenci muszą zarobić, bo pensje są jakie są. Ja bym z tej racji wprowadził jeszcze 10 stopni naukowych.
A Kulasek będzie się cieszył, że są >realne podwyżki<!
:-))) w samo sedno
Wspaniałe i głębokie rozważania pomijają jednak pewien kluczowy aspekt: otóż każde postępowanie awansowe (dr, hab, prof) jest postępowaniem administracyjnym i - jako takie podlega regułom kpa. Oczywiście w tych aspektach, których nie reguluje Ustawa 2.0 (lub jakaś kolejna w przyszłości) i rozporządzenia wykonawcze do niej (których akurat w sprawie postępowań awansowych nie ma, bo U2.0 ich nie przewiduje , co wyklucza ich powstanie do czasu zmian w Ustawie).
Tak więc te rozważania o jakości i roli habilitacji są kompletnie obok realiów. Habilitacje i profesury toczą się według takiego lichego rytmu jaki U2.0 stworzyła. I - wbrew pozorom - jest tu nie wiele miejsca na interpretacje sprzyjające jakości, czego dowodzą postępowania odwoławcze w RDN i postępowania sądowe...
Niestety podstawą jakości habilitacji musi być klarowny, ujednolicony w skali kraju przepis prawa. Obecne zapisy w U2.0 są fatalne a brak rozporządzeń skutkujący istnieniem lokalnych regulacji w uczelniach i instytutach jeszcze pogłębia chaos.
Habilitacja jest pewną formą weryfikacji na ścieżce naukowego rozwoju. Jakaś forma takiej cezury jest niezbędna, a nazwa jest drugorzędna.
Konieczna jest klarowność procedur. Konieczne są jasne kryteria - być może nie koniecznie identyczne we wszystkich dziedzinach nauki. I konieczne jest zaufanie do ekspertów. A tego ostatniego nam najbardziej brakuje. Nic nam w Polsce nie przychodzi tak łatwo jak krytykowanie wszystkiego I podważanie autorytetów.
Zrecenzowałem w swoim życiu sporo wniosków awansowych każdego szczebla, w tym i pozytywnie i negatywnie, i po prostu czuję się w swoim zakresie kompetentny tak merytorycznie jak i formalnie. Z racji swoich funkcji miałem okazję przestudiować setki recenzji z dziedziny nauk, którą reprezentuję. I powiem szczerze, że na poziomie hab i prof wśród nich recenzje nierzetelne to absolutny wyjątek, a recenzje niekompetentne to nieco większy ale nadal niewielki margines.
Często powtarzana teza o spadku jakości merytorycznej habilitacji w ostatnich latach akurat w mojej technicznej i bardzo licznej dyscyplinie nie jest wg mnie trafna, a roczna liczba postępowań habilitacyjnych w tejże w skali kraju nie jest jakoś porażająca (ok. 35-40 postępowań rocznie wraz z negatywnymi, które stanowią ok. 10-15%).
Nie sądzę aby nadmierne elitaryzowanie szczebli naukowych było właściwym kierunkiem - ważne jest aby kryteriów nie obniżać i czynić je bardziej klarownymi.
Reasumując uważam, że habilitacja nie jest ani gorsza ani lepsza od innych formuł regulacji ścieżki naukowej, ma natomiast w Polsce tradycję. Kolejne wywrócenie stolika ledwie kilka lat po nieszczęsnej U2.0 nie przyniesie nic dobrego. A na pewno nie przykryje skutków szarpania zbyt krótkiej kołdry, jaką jest minimalny procent PKB przeznaczany na naukę. Co więcej ta krótkość jest zasadna w obliczu aktualnych realiów geopolitycznych a przy okazji decyduje o poziomie produktywności polskiej nauki.
Może zatem nie warto robić rewolucji w półpustej szklance, tylko polobbować nad koniecznością doprecyzowania zasad dla istniejących ścieżek awansowych w oparciu o doświadczenia 7 lat funkcjonowania U2.0?
Po co w ogóle ta dyskusja - habilitacja w Polsce to przecież pestka.
4 wieloautorskie artykuliki w MDPI na różne tematy, 3 miesiące od złożenia papierów, do nadania stopnia i już.
Prawda, panie doktorze habilitowany nauk medycznych Marku K.?
Fanie, takie głupoty to swoich fanów głoś, a nie tu. Co, recenzenci to puścili i może nagrodzili. Widzę, że co jeden to większą głupotę plecie o hab. Grono zwolenników ""Nie będzie niczego" jest powalające. Nic nie umiem, nic nie napiszę i nic nie robię a chcę być hab. a tak jestem tylko, no kim? zwolennikiem "Nie będzie niczego". to i niech hab. nie będzie skora jak nie mogę być. A tak dopracowałem swoje dzieło "jak by tu nic nie robić, dobrze zarobić i jeszcze na swoje wyjść i habilitantem się stać. A tu masz ciuczka.
A teraz proszę ten powyższy bełkot napisać jeszcze raz, tylko dla odmiany po polsku i z jako takim sensem.
Wtedy będzie szansa podjąć polemikę.
Z kim polemika? "habilitacja w Polsce to przecież pestka. 4 wieloautorskie artykuliki w MDPI na różne tematy, 3 miesiące od złożenia papierów," Trzeba mieć nie lada namieszane w głowie by takie pleść głupstwa.
"Skoro „naukę robią doktoranci”, profesor bez habilitacji nie powinien nas szczególnie interesować, ponieważ nie może on pełnić roli promotora pracy doktorskiej, ani nawet jej recenzenta."
Tak jest w Polsce - to źle!
W Niemczech doktor może być promotorem doktoranta i to jest zdrowe, a z chorego systemu rozsądni ludzie raczej uciekają.
Wg AI
W środowisku naukowym często pojawia się teza, że debata o habilitacji jest tematem zastępczym, który odciąga uwagę od głębszych, strukturalnych problemów polskiej nauki w 2026 roku.
Argumenty przemawiające za tym, że habilitacja to temat zastępczy, skupiają się na następujących kwestiach:
1. Kryzys finansowania – "Głodowanie nauki"
Naukowcy i związki zawodowe (np. RSWiN ZNP) podkreślają, że głównym problemem nie jest stopień naukowy, ale dramatycznie niskie nakłady na badania oraz zarobki.
W 2026 roku minimalne wynagrodzenie profesora wzrosło jedynie do poziomu 9 650 zł brutto.
Bez waloryzacji pensja asystenta (50% pensji profesora) byłaby niższa niż płaca minimalna w Polsce.
Środowisko domaga się zwiększenia nakładów do 3% PKB, podczas gdy resort nauki pozostaje ostrożny w obietnicach.
2. Wadliwy system ewaluacji
Zamiast habilitacji, naukowcy wskazują na problem "punktozy" i jakości oceniania jednostek naukowych. W 2026 roku priorytetem Ministerstwa Nauki jest wprowadzenie nowego modelu ewaluacji, opartego bardziej na kryteriach jakościowych niż ilościowych.
3. Starzenie się kadr
Sama obecność lub brak habilitacji nie rozwiązuje problemu demograficznego – polska nauka starzeje się szybciej, niż się rozwija. Brak dopływu młodych talentów wynika z braku stabilności finansowej i prestiżu zawodu, a nie tylko z bariery formalnej, jaką jest habilitacja.
4. Administracja i biurokracja
Zamiast uproszczenia ścieżki kariery, naukowcy zmagają się z rozbudowaną sprawozdawczością i skomplikowanymi procedurami grantowymi, co jest postrzegane jako większa przeszkoda w pracy twórczej niż samo przygotowanie rozprawy habilitacyjnej.
Podsumowując: Habilitacja jest często traktowana jako wygodny cel krytyki (symbol "starego systemu"), ponieważ jej zniesienie nic nie kosztuje budżetu państwa. Prawdziwe problemy – takie jak podwyżki płac czy nowoczesna infrastruktura – wymagają miliardowych nakładów, o które walka trwa równolegle do dyskusji o stopniach naukowych.
"Jej zniesienie nic nie kosztuje budżetu państwa"
W rzeczy samej. Co więcej, przecież rezygnacja z habilitacji może być źródłem oszczędności - przecież te wszystkie postępowania kosztują. Zarówno czas jak i pieniądze.
A poza tym pensje adiunktów są niższe, więc kolejna oszczędność. Niedawno w Instytucie Fizyki PAN próbowano nawet zatrudnić doktora na pensji minimalnej.
Konkursy? Jakie konkursy? W dyscyplinach, w których średnia wieku samodzielnych pracowników przebija 60?
Otwarte konkursy mogą być co najwyżej zachętą dla potencjalnych kandydatów z trzeciego świata, którzy zobaczą w nich szansę przybycia do Europy samolotem, a nie pontonem. Jaki polski profesor zdecyduje się wziąć udział w konkursie na stanowisko, które już ma, w innym mieście (co wymagałoby przeprowadzki), aby dostać pensję o 200 zł wyższą?
Póki wynagrodzenia na stanowiskach profesorskich będą praktycznie identyczne konkursy nie mają sensu, bo nikomu nie będzie się chciało w nich startować. Żeby takie podejście miało rację bytu, to najlepsze uczelnie musiałyby oferować 3x tyle co średnie, a średnie 3x tyle co słabe. Wtedy faktycznie "walka" o etat w lepszej uczelni mogłaby mieć miejsce.
@Nowak
Z tymi konkursami to tak nie działa.
Na uczelniach zachodnich konkursy na otwarta pozycje są niesamowicie trudne do przejścia, ale zarobki nie różnią się dramatycznie. A już na pewno nie te 3x, o których Pan pisze.
W systemie anglosaskim to właśnie te konkursy, ewentualnie połączone z tenure track, są tym etapem, gdzie odbywa się największy odsiew na ścieżce kariery.
Bardzo ładnie napisany i przede wszystkim sensowny i głęboko merytoryczny głos w tej dyskusji.
Dyskusja o habilitacji bezsensowna gdy naprodukowano nadmiar profesorów od pseudonauk a niema od fizyki, chemii i poważnej matematyki!
Mało czasu na bozony bo pseudofizycy dywagują o farmazonach! Jak można być profesorem nauk politycznych gdy polityka to nie jest nauka!!!
Nauka zmarła i niema pieniędzy na jej pogrzeb, na którym przyznano by się jak trwały procesy polakożercy.
O tym pisałem jako fizyk od początku lat 80-tych! Monografia dot. niszczenia Polaków w nauce wydałem.
Gdzie jest pamięć o Jacku Karpiński. A jest on prekursorem sztucznej inteligencji i nie tylko jego zapomniano!
Habilitacja nigdy nie była, nie jest oraz nie będzie problemem w szkolnictwie wyższym, to temat zastępczy. Brak środków finansowych i rzeczowych oraz gigantyczna biurokracja to przyczyny upadku szkolnictwa wyższego.
W nawiazamiu do tytulowego pytania "Habilitacja – potrzebna czy nie?
zamieszczam kopie tekstu/wiersza pod tytulem:
"Habilitacyjna lokomotywa"
Stoi na stacji.... habilitacja,
Powaga, prestiż i.... szansa wypływa:
Ciągle ta sama oliwa?
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z naukowego jej brzucha bucha:
Uch - jak gorąco!
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!
Recenzentów do niej podoczepiali
Wielcy i mądrzy, z żelaza, stali,
I pełno samodzielnych przy każdym w salonie,
A w jednym mowy, a w drugim pianie,
A w trzecim siedzą same asy,
Siedzą i już dzielą dostęp do kasy,
A czwarty salon pełen bałwanów,
A w piątym stoi sześć styropianów,
W szóstym już jest pisana recenzja - o! jaka wielka!
Pod każdym stołem pęka butelka!
W siódmym dębowe orły i szafy,
W ósmym znowu ten słoń, niedźwiedź i cztery żyrafy,
W dziewiątym - to nas nie minie,
W dziesiątym - ich pełne kufry, paki i skrzynie,
A tych recenzentów będzie chyba ze czterdzieści?
Sam nie wiem, co się w ich głowach wciąż mieści.
Lecz choćby przyszło tysiąc atletów
I każdy zjadłby tysiąc kotletów,
I każdy nie wiem jak się wytężał,
To nie udźwigną, taki habilitacja ma ciężar.
Nagle - gwizd!
Nagle - świst!
Nauki duch!
Habilitacja - w ruch!
Najpierw -- powoli -- jak żółw -- ociężale,
Ruszyła -- rozprawa -- po ścieżkach -- ospale,
Szarpnęła salony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się wokoło z mozołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi,
A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!
Po doktorze, po doktorze, po doktorze, przez dzień i noc,
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las,
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas,
Do taktu turkoce i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to.
Gładko tak, lekko tak toczy się w przód,
Jak gdyby to była piłeczka, nie wrzód,
Nie ciężka rozprawa, przez lata składana,
Lecz fraszka, igraszka, książeczka nieczytana.
A skądże to, jakże to, czemu tak gna?
A co to to, co to to, kto to tak pcha,
Że pędzi, że wali, że bucha buch, buch?
To wiara gorąca wprawia to w ruch,
To pęd do stołków, to pęd do kasy
By pewnie wejść do ich klasy
I gnają, i pchają, i sprawa się toczy,
Bo zgraja te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy,
Lecz w końcu ktoś w głowę się puka, i stuka to:
Po co to? Po co to? Po co to?
............................................................................
Zrodlo: Niezalezne Forum Akademickie - artykuły :
Autor: Zdzisław Szulc
Habilitacyjna lokomotywa ; http://www.nfa.pl/articles.php?id=321
2006-11-27.
Rehabilitacji jak i habilitacja to z dziedziny geriatrii!
Nauka ma być zdrowa i witalna.
Nie zgadzam się z pewnymi założeniami, jakie Autor czyni na początku artykułu.
Autor pisze:
„Środowisko akademickie wytwarza dwa zasadnicze rodzaje dóbr: absolwentów (licencjatów, inżynierów, magistrów, doktorów) oraz wyniki badań naukowych. Absolwenci podlegają teoretycznie jasnej weryfikacji rynkowej – uczelnie muszą dostosowywać ofertę kształcenia do potrzeb gospodarki, oczekiwań pracodawców oraz aspiracji kandydatów na studia, którzy w przyszłości wejdą na rynek pracy”
Otóż w tym opisie absolwentów bardzo brakuje osób, które decydują się zostać naukowcami, decydują się zostać na uczelniach lub pracować w instytucjach naukowych. Te osoby nie muszą być wcale „dostosowane do potrzeb gospodarki”, gdyż czego innego oczekujemy od naukowców niż, przykładowo, od inżynierów, którzy mają zacząć pracę w firmach, zgodnie z ich specjalizacją.
Autor pisze:
„Znacznie gorzej wygląda sytuacja w przypadku „rynkowej” weryfikacji wyników badań naukowych. W warunkach polskich można mieć poważne wątpliwości, czy taka weryfikacja w ogóle zachodzi.”
Wyniki badań naukowych wcale nie muszą być weryfikowane przez rynek, tak więc tutaj wątpliwości nie są w ogóle potrzebne. Bardzo dużo wyników badań naukowych buduje naszą wiedzę o świecie i to absolutnie wystarcza do tego, żeby te badania naukowe prowadzić.
Zaś jeśli chodzi o samą habilitację, to właśnie z tego powodu, że w różnych systemach ona istnieje lub nie, i te wszystkie systemy działają całkiem nieźle, nie widzę powodu, żeby tutaj walczyć lub spędzać dużo czasu nad dyskusjami na ten temat. Nauka polska ma naprawdę dużo ważniejsze i trudniejsze do rozwiązania problemy.
Jeszcze 15-20 lat i cały świat zrezygnuje z licencjatu, magisterium, doktoratu i wszelkich stopni i tytułów łącznie z profesorem. Te stopnie i tytuły staną się tak odklejone od rzeczywistości, że nie będą w ogóle nikomu do niczego potrzebne podobnie jak dzisiaj w większości krajów tytuły szlacheckie. Tak samo, jak dzisiaj dogorywa życie papierowych gazet, telefonów stacjonarnych, papierowych recept u lekarza oraz poczty, z której zrezygnowała już Dania. Większość kierunków studiów też stanie się niepotrzebna, bo nie będzie w praktyce potrzebna zdobyta na nich wiedza. Dyskusja nad tym, czy zostawić habilitację, ma dzisiaj takie znaczenie, jak dyskusja o tym, czy ulicami nadal powinny móc jeździć furmanki. Po prostu nikogo to nie będzie niedługo w ogóle obchodziło.
I źródłem wiedzy będą tzw. "filmiki", szczególnie na Youtube. Tylko z czego tu się cieszyć?
I wedle przedstawionej protetycznej informacji, tytuł i stopień razem ze stanowiskiem będzie można kupić u jakiegoś "władcy"nauki
Początek intrygujący, ale chyba za daleko pan brnie w futuryzm.
Skoro papier nie będzie nigdzie potrzebny, szybko okaże się, że i pdf albo html nie jest potrzebny, bo w końcu jaka różnica, czy mamy krzaczki na papierze, czy na ekranie, skoro jedne i drugie może nam przeczytać AI. Wrócimy od druku do języka mówionego, a w końcu i do pierwotnych pomruków, bo po co składać zdania. :)
Przede wszystkim należy zapytać jak podnieść poziom naszych doktoratów.
Dopiero wtedy można dywagować o zasadności habilitacji.
Jak będziesz na komisjach i obronach dyskutował/a i punktował/a błędy merytoryczne w doktoratach, a nawet takie oczywistości jak brak hipotez badawczych i brak odpowiedzi na te hipotezy, tak długo prawda obroni się sama. Recenzent, który wytyka błędy, które są faktem, to dobry recenzent. Recenzent, który próbuje wmówić fałsz to zły recenzent. I Wasza rola w komisji by chwalić pierwsze, gonić drugie i zachęcić doktorantów do przedstawienia prawdy i w dysertacjach, i w odpowiedzi na recenzje.
Od tego należałoby zacząć. Doktoraty powinny być oceniane i jeśli doktorant otrzyma najwyższą ocenę: summa cum laude, otrzymywałby możliwość założenia zespołu zaraz po uzyskaniu stopnia doktora.
Mamy jednak inny, przynajmniej równie poważny problem - problem nieciągłości finansowania prowadzonych badań, a to postawiło polską naukę na początku lat 90-tych w fatalnej sytuacji. Celowo?
Habilitacja to kolejny rank w karierze urzedniczej jakis miernot pracujacych na uczelni z selekcji negatywnej po to aby zarabiac wieksza kase i miec swiety spokoj i bezpieczenstwo zatrudnienia do emerytury raczej. Teraz aby miec habilitacje wystarczy publikowac w kolko o tym samym zwlaszcza z nauk humanistycznych produkowac makulature niczego nikomu nie przydatna.
I kto to mówi, czy nie "jakis miernot". chyba dr? Proszę się zapoznać z encykliką prof. Józefa Betona.
Gdyby nie było hab. to nauka leżała by jak wrona rozkraczona, a tak jeszcze coś znaczy. Zawsze można poprawić w ocenie na hab., ale to wola polityki i elity naukowej.
Nie przysiągłbym, że pan profesor nie ma racji. Ale ... skąd pewność, że zwiększenie konkurencyjności bez jasnych gwarancji rzetelności procedury habilitacyjnej nie pogorszy tylko sytuacji? Że nie zwiększy tylko pozycji lipnych habilitantów?
Istotnie, habilitacji na polskich zasadach nie ma nigdzie w świecie. Ale szkoły podstawowej na polskich zasadach też nigdzie nie ma. Czy to znaczy, że wszyscy poza Polakami są nieukami?
Przeciwników habilitacji poddałbym amerykańskiej procedurze tenure. Nawet nie z Columbii czy MIT, niech to będzie przeciętna uczelnia ze środkowych stanów. Najpierw by zawyli, potem zatęsknili za polską habilitacją a potem... znikli wreszcie raz na zawsze z polskiej nauki.
Dokładnie tak. Byłem świadkiem tenure kilku koleżanek i kolegów w czasie 5 lat stażu w Iowa State University i żadna ze znanych mi habilitacji w Polsce nie ma tego poziomu. Inna sprawa że nasze wynagrodzenia tam były kilka razy wyższe od średniej krajowej na najniższy szczeblu kariery. Plus w okresie tenure kandydat dostaje wsparcie od uczelni w postaci grantu uczelnianego np. ,50 tyś . Dolarów rocznie etatu lab managera, doktoranta i postddcka. Inna sprawa że musi mieć solidny plan badań i edukacji oraz to że delikwenta wyłania się na drodze konkursu i nie może to być absolwent danej uczelni. Jeżeli kandydat umie wykorzystać tę atuty to w ciągu trzech do pięciu lat musi zdobyć swój własny grant nsf czy nih i popełnić kilka naprawdę znaczących publikacji.