W kontekście przygotowywanej przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nowelizacji wykazów czasopism i wydawnictw rozgorzał spór na temat „publikowania po polsku” i ogólniej kwestii umiędzynaradawiania. Wydaje się, że jest on przekierowany w złą stronę. To nie publikowanie lokalne vs. globalne powinno być główną osią napięcia.
Problem polega na tym, że od czasów tzw. reformy Kudryckiej i tzw. reformy Gowina publikowanie w obiegu międzynarodowym zostało oddane pod dyktat neoliberalnego rynku wielkich korporacji wydawniczych. Częściowo wiązało się to, moim zdaniem, z nadzieją, że owa „neoliberalna miotła” pomoże uporać się z istniejącymi (nie oszukujmy się) patologiami w obrębie polskiego środowiska naukowego. Parafrazując słynny cytat z Tadeusza Krońskiego:„my tymi Scopusami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć innowacyjnie bez alienacji”.
Spór „globalistów” z „lokalistami”, jak go dr Bartosz Rydliński nakreślił, jest jednak jałowy, o ile obie strony będą jedynie tworzyć mitologie na temat samych siebie i swoich adwersarzy, Proponuję proste ćwiczenie – niech każda strona najpierw pokaże patologie związane ze stanowiskiem, którego broni. „Globaliści” niech zajmą się krytyką neoliberalizowania się nauki zachodniej (tu polecam na start zestaw klasycznych książek „Science Mart: Privatizing American Science” Philippa Mirowskiego, „The Good University: What Universities Actually Do and Why Its Time for Radical Change” Raewyn Connell czy wreszcie gorzką „Dark Academia: How Universities Die” Petera Fleminga). Neoliberalizm przyniósł fatalne skutki w nauce w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i innych krajach podążających tym modelem: zanik tenure track i prekaryzacja stosunku pracy, zwolnienia, zamykanie kierunków, przechwytywanie produktów wiedzy przez gigantów wydawniczych i prywatyzowanie ich. To także skutki na gruncie prywatnym: wypalenie zawodowe, przepracowanie, rezygnacja ze studiów doktoranckich. Wreszcie, recenzje wykonywane przez doktorantów czy ostatnio AI. Długo można by wymieniać.
Z kolei od strony „lokalistów” chciałbym, aby pokazali lokalne patologie: „niezwalnialność” biernych, miernych, ale wiernych, lokalne układy zasiedzenia i koterie. Brak realnej weryfikacji, „recenzje” mające status jedynie symbolicznego papierka etc. Równocześnie uważam, że nie można tej dyskusji odbywać bez kontekstu w postaci warunków finansowania, bazy lokalowej, obsługi administracyjnej grantów (polscy naukowcy zdobywają międzynarodowe granty dzięki heroicznemu wysiłkowi, a nie dobrze zorganizowanemu zapleczu administracyjnemu).
Zbiorowa sprawczość nauki
Tak, jestem gorącym zwolennikiem umiędzynarodowienia nauki. Nauka jest częścią globalnego wysiłku, ma sprzyjać takiej też wymianie myśli. Ale nie mylmy tego z podporządkowaniem neoliberalnym korporacyjnym regułom. Przypomnę, że jedną z osób, które doprowadziły do tego, że „S” znalazło się w UNESCO, czyli, że nauka stała się częścią agendy globalnej, był John Desmond Bernal, irlandzko-brytyjski fizyk, historyk i socjolog nauki, futurolog oraz działacz komunistyczny (mający kontakty z polską nauką w okresie PRL). To jemu zawdzięczamy też ideę punktów. Bernal traktował naukę jako siłę wytwórczą i uważał, że powinno się ją postrzegać jako infrastrukturę publiczną. Nie jako hobby elit, nie jako rynek idei, lecz jako wspólne dobro, które wymaga planowania, koordynacji i odpowiedzialności
Stąd też jeszcze przed drugą wojną światową w książce „The Social Function of Science” szkicował pomysły na kwantyfikację efektów nauki, usprawnienie obiegu informacji naukowej etc. W jego wizji państwo nie tyle kontroluje naukę, co organizuje warunki jej rozwoju, tak aby służyła emancypacji społecznej, a nie prywatnym interesom. Nauka miała być tym, czym dla gospodarki są drogi, energetyka czy zdrowie publiczne – narzędziem zbiorowej sprawczości.
Tyle tylko, że ów uniwersalistyczny, lewicowy, komunistyczny rodowód pomysłów Bernala szybko został zapomniany. Zachód odrzucił marksizm, ale zachował bernalowską diagnozę: nauka jest kluczowa dla rozwoju i wymaga koordynacji. Ale piewcy neoliberalizmu cel ten przechwycili i „wykręcili” . Zamiast emancypacji – konkurencyjność, zamiast planowania – zarządzanie, zamiast dobra wspólnego – logika rynku. Dziś zatem mamy do czynienia bardziej z neobernalizmem: „Bernalem” bez marksizmu, „Bernalem” w służbie neoliberalnej akumulacji.
Grajcie według rynkowych reguł!
W neobernalizmie to państwo nadal organizuje naukę, ale nie po to, by ją chronić, tylko by konstruować rynek, który ma ją dyscyplinować. Wskaźniki, punkty, rankingi, parametryzacje służą zatem w mniejszym stopniu umiędzynarodowieniu nauki (a o to chodziło Bernalowi jako lewicowemu uniwersaliście), a bardziej planowaniu, podporządkowanemu jednak nie społecznym potrzebom tylko logice konkurencji. Infrastruktura pozostaje kolektywna, ale jej użytkownicy zostają wprzęgnięci w wyścig o punkty, cytowania i granty. Nauka staje się „kapitałem innowacyjnym”, a naukowcy „zasobami ludzkimi”.
W tym sensie polskie umiędzynarodowienie jest raczej przykładem neobernalizmu. Z jednej strony opiera się na przekonaniu, że naukę trzeba koordynować, mierzyć i organizować, czyli tak, jak postulował Bernal. Z drugiej – robi się to w sposób całkowicie odwracający pierwotną intencję: zamiast emancypacji mamy parametryzację, zamiast troski o rozwój – tabelki i liczenie „szczurzych ogonów”, zamiast wspólnoty uczonych – rywalizację o punkty. „Reforma Gowina” w tym sensie mniej planowała naukę, bardziej symulowała rynek, a następnie zmuszała (i zmusza) instytucje naukowe i naukowczynie oraz naukowców do gry według jego reguł.
To dlatego nasza ewaluacja nie wzmacnia nauki, lecz ją prywatyzuje w sensie ideologicznym: zmusza do myślenia o badaniach jak o inwestycjach, o publikacjach jak o produktach, o naukowcach jak o jednostkach rozliczeniowych. Co gorsza, neoliberalny model publikacyjny nakłada się na naszą półperyferyjną pozycję, powodując drenaż i tak nikłych zasobów. Stąd już blisko do efektu przemocy strukturalnej, podobnego do tego, jaki niegdyś miała terapia szokowa. Nic zatem dziwnego, że w tle naukowej debaty unosi się duch thatcherowskiej TINA (There Is No Alternative).
Umiędzynarodowienie w wersji neoliberalnej związane jest przede wszystkim z patologią ekonomiczną. Ogromne domy wydawnicze, mające w swoim portfolio znaczną część czasopism rekomendowanych jako „topowe”, co ma wynikać m.in. z ich pozycji w Scopusie (przypomnijmy, bazie firmy Elsevier), całkowicie zepsuły mechanizm upowszechniania rezultatów badań i refleksji naukowej rozumianej jako dobro publiczne. Praktykę tę wszyscy znamy: autor nieodpłatnie oddaje tekst (będący najczęściej rezultatem badań finansowanych ze środków publicznych) do recenzji. Krytyczna analiza nadesłanego tekstu wykonywana jest z reguły nieodpłatnie przez ekspertów wykształconych głównie za publiczne pieniądze. Na koniec wydawnictwo publikuje za paywallem lub żąda sowitej opłaty za możliwość darmowej dla czytelnika dystrybucji tekstu. Cały proces wydawniczy wspiera i utrzymuje głównie infrastruktura publicznej nauki i szkolnictwa wyższego. Tymczasem dostęp do wiedzy – dobra publicznego – jest grodzony (analogicznie do grodzenia pól będącego historycznie mechanizmem akumulacji kapitału). Dodajmy do tego osobliwość metrologiczną– używając bazy Scopus, korzystam z narzędzia jednego z rynkowych graczy. Ci sami mierzą prestiż, którzy za ów prestiż chcą później opłaty.
Naukowi podwykonawcy
Innym problemem z punktu niedofinansowanej nauki w peryferyjnym kraju jest to, że na polskim rynku brakuje rodzimych wydawnictw naukowych oraz czasopism o randze międzynarodowej. Tekstów naukowych o potencjalnie międzynarodowej randze powstaje mniej, niż by to wynikało z naszego potencjału demograficznego i infrastruktury uczelnianej. Rezultaty badań prowadzonych lokalnie, które mogłyby budować prestiż naszych wydawnictw, są niejako eksportowane i prezentowane w miejscach o już ugruntowanej pozycji. W długoterminowej perspektywie ten stan rzeczy jest niekorzystny dla polskiego społeczeństwa i gospodarki. Dokonujemy transferów pieniężnych (licencje itp.) oraz wiedzy, otrzymując w zamian głównie symboliczne benefity (renoma, cytowania). Mając mały kapitał, nie dość, że go nie akumulujemy, to wzmacniamy akumulację w krajach centrum. Dlatego z punktu widzenia polityki publicznej należy dążyć do budowy rodzimego potencjału wydawniczego. Renoma buduje się nie bez oręża, a dopóki będzie ono wykuwane poprzez kontraktowanie publikacji w zagranicznych czasopismach, dopóty będziemy w tej nauce pełnić głównie rolę podwykonawców.
Wspieranie polskich czasopism, także poprzez przyznanie odpowiedniej liczby punktów na ministerialnej liście, służy budowie tej renomy. Z punktu widzenia państwa jest to w pełni racjonalne działanie. Punktacja czasopism to nic innego, jak zakamuflowany system zachęt i bodźców (te listy przecież niczego sensownie nie mierzą). Obecnie działa on jednostkowo, poprzez „windowanie” dorobku indywidualnych badaczy – to pewnego rodzaju efekt uboczny strategii dążącej do zwiększenia roli polskiej nauki w międzynarodowym obiegu wiedzy. Nie będziemy widoczni w globalnej nauce, jeśli sami świadomie zrezygnujemy z budowy renomy własnych ścieżek publikacyjnych pozwalających na umiędzynaradawianie szerokiego grona naukowców i naukowczyń. I nie traktowanie tego jako „wyczyn”, ale jako systemową strategię.
W tym momencie może pojawić się argument, że swoista kroplówka punktowa podana „lokalnym” pismom (ale mającym ambicje się umiędzynarodowić) jest niesprawiedliwa wobec tych badaczy, którzy teraz publikują w miejscach lepiej widocznych w globalnym obiegu wiedzy. Problem w tym, że mocy temu argumentowi nadaje permanentne niedofinansowanie nauki. Stereotypowi „globalni” rywalizują o skąpe środki publiczne z ”lokalnymi” w rozmaitych konkursach grantowych. Ich motywacja jest zrozumiała z perspektywy indywidualnej. Sytuacja, w której w polskiej nauce funkcjonuje wąska grupa „globalnych” otoczonych przez „lokalnych” bez perspektyw na podłączenie się do wysokojakościowego dyskursu naukowego, wytworzy presję podaży „kiepskiej” (i taniej) siły naukowej z regionalnych uczelni. Niedofinansowani akademicy nie będą stymulować badań naukowych, nie będą transferować wiedzy do gospodarki, wreszcie nie dołożą cegiełki do umiędzynarodowienia przyszłych kadr naukowych.
Taki stan rzeczy w historii Polski obserwowaliśmy choćby na początku XX wieku, gdy pojedyncze rozwinięte gospodarczo okręgi przemysłowe otoczone były terenami zacofanymi, dostarczającymi głównie taniej siły roboczej. Negatywnie odbijało się to także na wysokości wewnętrznego popytu konsumpcyjnego. Z nauką uprawianą pod dyktando akumulacji (zagranicznego) prestiżu akademickiego efekt będzie podobny – spadek konkurencyjności polskiej nauki i brak popytu na wiedzę wśród polskiego społeczeństwa. Dlatego aby zmniejszyć nierówność między nauką polską a międzynarodową, należy zmniejszać centro-peryferyjne relacje w tej pierwszej, a nie je wzmacniać. Jeżeli wysokojakościowa nauka nie będzie widoczna lokalnie, to nic nam nie pomoże, że punktowo zajaśnieje ona zagranicą. Potrzebujemy jej, w świecie postprawdy, także tu, u siebie. Jakie skutki przyniosło punktowe rozwijanie „doskonałej nauki” przy jednoczesnym zaniedbaniu budowy całego społecznego obiegu wiedzy, widać dobrze na przykładzie Stanów Zjednoczonych. Państwo najlepszych (wciąż?) uniwersytetów stało się globalnym eksporterem ignorancji.
O co walczymy?
Pytanie o umiędzynarodowienie kryje w sobie inne: czy chcemy „neobernalizmu”. Na to nie ma mojej zgody. Ale też nie ma mojej zgody na to, by „lokalizm” oznaczał odejście od nauki w pierwotnym sensie „bernalizmu” – jako kolektywnego, uniwersalnego (umiędzynarodowionego!) wysiłku na rzecz dobra wspólnego. Dzisiejszy spór wymaga równocześnie dyskusji o rozwiązaniach szczegółowych, ale także świadomości, o jakie wartości walczymy, jakie wspieramy. Spór o politykę naukową jest sporem politycznym w pełnym tego słowa znaczeniu. To spór o długiej historii, o uniwersalizm, metrologię, stanowienie miar i procesów standaryzacji.
Od czasów Rewolucji Francuskiej uniwersalizacja miała dwa „silniki”: prawa człowieka i „rynek”, który także wyrywał ludzi ze stosunków feudalnej zależności. Witold Kula świetnie to pokazał, gdy pisał o dwuznaczności związanej z przyjęciem wzorca metra. Wskazywał, że uniwersalność miar jest ściśle związana z zaistnieniem dwóch procesów: politycznego zrównania wszystkich obywateli oraz alienacji miary jako towaru: „Ażeby społeczeństwo mogło zaakceptować miary czysto konwencjonalne, muszą być spełnione dwa niebłahe warunki: musi w społeczeństwie tym zapanować równość ludzi wobec prawa i musi się dokonać proces alienacji towaru”.
Na wagę momentu rynkowego jako wehikułu uniwersalizacji wskazywali też Hegel, a za nim w Polsce Marek Siemek. Tyle tylko, że nie możemy zapominać, że dziesięciolecia lewicowych walk politycznych miały na celu uniwersalizację, ale też walkę z patologiami kapitalistycznej akumulacji. Naprawianiem tego, co psuła uniwersalizacja rynkowa, która, owszem, uwalniała chłopa od stosunków na feudalnej wsi, lecz tylko po to, by wrzucić go w kierat stosunków fabrycznych i bezduszność relacji rynkowych, w których jako nieposiadający zakumulowanego kapitału stał na przegranej pozycji.
Jeśli umiędzynarodowienie może służyć (i powinno) przezwyciężaniu lokalnych patologii, uniwersalizacji, tak częściowo „rynek” może się wydawać sprzymierzeńcem. Ale tylko wtedy, gdy wiemy, w jaki sposób owego sprzymierzeńca „okiełznać” i wzmocnić naszą pozycję w rynkowej grze.
Stąd MNiSW powinno (w humanistyce i naukach społecznych) wspomagać powstawanie lokalnych „marek”, żeby były rozpoznawalne globalnie. Najlepiej poprzez tworzenie i wspieranie pism anglojęzycznych, dwujęzycznych, finansowanie porządnego procesu administrowania nimi. Tak aby każda z dyscyplin miała jedno, dwa czasopisma flagowe, którymi moglibyśmy się „pokazać” i wejść w obieg międzynarodowej dyskusji. Moim prywatnym marzeniem byłaby restytucja „Studiów Filozoficznych” w takiej właśnie dwujęzycznej formie jako platformy mobilizacji lokalnego środowiska filozoficznego i uczestnictwa w obiegu międzynarodowym, ale na „własnych” warunkach.
Podsumowując: jeżeli umiędzynarodowienie staje się celem podporządkowanym „neobernalizmowi”, to w efekcie polska ewaluacja jest nie tyle narzędziem polityki naukowej, ile rynkowym mechanizmem dyscyplinującym, który reprodukuje neoliberalny model „nauki jako kapitału” w kraju, w którym chronicznie niedofinasowana nauka owego kapitału w twardej postaci nie ma. Jednakże, jeżeli „lokalizm” to proste odrzucenie „bernalizmu”, uniwersalizmu, umiędzynarodowienia, to znaczy, że wyjmuje on „S” z UNESCO. Pozbawia naszą lokalną naukę udziału w globalnej wymianie myśli. Umiędzynarodowienie tak – neoliberalizm nie!
dr hab. Andrzej W. Nowak
Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu
W systemie reformy tzw. "Ustawa 2.0" poczyniono niejeden kardynalny błąd . Najlepsze prace są za 200 i 140 pkt! W ten sposób, idąc w dół, umożliwiono rozwarstwienie nauki na lepszą (dofinansowanie zagranicznych koncernów za prace za 200 i 140 pkt) i gorszą , bo skala punktacji jest nierówna (niejednokrotnie niższa punktacja a indeksy wyższe). .A nauka jest jedna! Kto to widzał, żeby "200 groszy stanowiło równowartość 1. złotego? Zacznijmy spłaszczać to "korytko". 100 pkt to 100%. Ustalmy skalę co 10 pkt w dół. 5 pkt za te spoza listy ... Jeśli się komuś język polski albo inne dyscypliny, gdzie pisze się po polsku, nie podoba, to niech emigruje za przysłowiowy Don i uczy się rosyjskiego! Można wprowadzić przecież inną listę dla nauk społecznych, względnie przeliczac punkty w skali kosztochłonności (tak jak kierunki na studiach). Co do punktacji za monografię, to też należy i tę skalę spłaszczyć... do maks. 100 pkt. W obecnej wersji systemu finansowania liczba slotów, czy tzw. quadro-pierdyle" też wypaczają wartość naukawą prac... W systemie awansowym należy wprowadzić jasne i klarowne minima, aby móc wejść do góry po tej "feudalnej drabince".
W tym obecnym systemie Oligarchia Nauki Polskiej (ta decydujaca o awansach i parametryzacji) powinna zacząć szanować młodszych stopniem naukowców (bo nauka to nie jest chów klatkowy) i stworzyć mechanizmy protwórcze a nie stabilizować lub umacniać te odtwórcze. Co do poszanowania systemu prawnego, proszę pamiętać o jednym: Prawo nie może działać wstecz! Mam tu na myśli np. wprowadzanie zmian w połowie roku z data od 1. stycznia!
Co za bełkot.
"co za bełkot" - OO, co za odpowiedź i dyskusja xD. Iście "akademicka" xD.
PS
"Prawdziwa cnota krytyk się nie boi"
z "MB" już tak jest od dawna na forum - diagnozuję kompleksy u niego zwłaszcza na tle humanistyki i nauk społecznych.
Szanujmy język polski, ponieważ jest jednym z najpiękniej brzmiących języków na Ziemi i jest językiem precyzyjnym, idealnie nadającym się do uczenia maszynowego czyli budowania sztucznej inteligencji.
Uśmiałem się.
Nie jestem humanistą. Wiec wypowiem się tym razem jako podatnik (po konsultacjach z rodziną i znajomymi).
Jak humaniści chcą publikować przynajmniej częściowo po polsku, to ja nie widzę problemu. Rolą humanistów jest m.in rozwijanie tożsamości narodowej. Przecież na Zachodzie nikt normalny nie będzie wspierał badań o Piłsudskim. A celem publikowania tak w ogóle jest pokazanie kompetencji do nauczania studentów i czasami nawet odsyłanie studentów do czytania materiałów źródłowych. I co ma być wszystko po angielsku?
I tak przy okazji. Goście od nauk ścisłych upierali się kiedyś, że jak będzie po angielsku, to w Europie nas docenią i sypną kasę na granty. Nie sypnęli, nie dali się nabrać. Dinozaur w garniturze i krawacie, to jednak dalej dinozaur.
Nie wiem z jakiego powodu nikt na tym mitycznym "Zachodzie" (mitycznym, bo Zachód obecnie to my) miałby się nie interesować Piłsudskim, którego działalność była jednym z najważniejszych czynników kształtujących europejski porządek polityczny w okresie międzywojennym. Owszem, działania Piłsudskiego mogą niezbyt interesować czytelnika "The Sun" albo nałogowego użytkownika twittera, ale naukowca, politologa albo historyka?
Angielski w nauce dzisiaj, jest trochę jak łacina w kościele kiedyś. Pomału traci znaczenie. Szwajcarzy o nauce rozmawiają jeszcze po angielsku, o sztuce po francusku, o kuchni po włosku, a w wojsku po niemiecku ;-)
Język polski ma znaczenie w nauce nie tylko w naukach humanistycznych ponieważ podręczniki do nauki przedmiotów ścisłych nadal piszemy w języku polskim. Podatnika przekonujemy do finansowania nauki w Polsce także w języku polskim. W dobie coraz lepszych translatorów język traci znaczenie, a zatem jeśli mamy do powiedzenia coś ciekawego, po polsku też przeczytają.
Pamiętajmy, że połowy artykułów naukowych nie czyta nikt poza autorami i recenzentami, a 90% nikt nie cytuje.
Jak działa system "publish or perish" każdy widzi: psuje naukę.
Na "prestiżowe" publikowanie w języku angielskim polska nauka wydaje niemal 1/4 środków jakie otrzymuje na prowadzenie badań. Chyba trochę za dużo.
"podręczniki do nauki przedmiotów ścisłych nadal piszemy w języku polskim"
Owszem, ale np. w chemii (w tym biochemii) są to prawie wyłącznie tłumaczenia podręczników anglojęzycznych, głównie amerykańskich - Atkins, MacMurry, March, Stryer, Patrick, etc. Przynajmniej u nas uczymy praktycznie wyłącznie z tego.
Podręczniki to dydaktyka, nie nauka.
bez podręczników nie ma kształcenia a naukę mają "uprawiać" wykształceni a nie "roboty" xD
Podręczniki, zwłaszcza akademickie to dyskusja o nauce,
prowadzona językiem poprawnym, bez zbędnych, koślawych kalek językowych, ponieważ z kalkami język staje się kaleki.
Na początku lat 90 zaczęto pracować nową wówczas techniką PCR i nie zapomnę, jak to w lokalnym piśmiennictwie pojawiły się "primery", "templaty", "wynaturzanie tych templatów", a w międzyczasie ktoś tam czasem coś "klampsował". To już w czasach, kiedy z technicznego j. polskiego znikało 8, koma 4 centimetra., a ludzie pomału przestawali "wirować na wirówkach przy paru tys. erpeemów"
Trzeba uczyć się, żeby umieć opowiedzieć o nauce poprawną polszczyzną, ponieważ i dzisiaj mamy ustawę, która chroni tajemnicy kodu genetycznego i taką w której komórka ludzka jest mikroorganizmem. Nauka sobie, prawo sobie?
@Przemo
Właśnie między innymi o to chodzi, aby naukowcy (w tym nauczyciele akademiccy) tworzyli poprawne polskie słownictwo naukowe poprzez publikowanie naukowe po angielsku i publikowanie popularnonaukowe oraz dydaktyczne po polsku. Po polsku powinno być publikowane w zasadzie wszystko poza pracami naukowymi.
Proponuję jedynie niczego w kwestii języka w nauce nie narzucać, poza tym, żeby pisać poprawnie i pisać prawdę. Wybór języka - sprawa drugorzędna, i niech sobie każdy pisze i mówi takim językiem, jakim woli. Jego zysk albo strata ;-)
Z drugiej strony studenci powinni korzystać ze źródeł i podręczników zarówno w j. polskim, jak i w j. angielskim. Przynajmniej. Od czasu kiedy w Polsce dzieci uczą się j. angielskiego od połowy podstawówki, studenci po maturze z tego języka nie mają z tym większego problemu i podręczniki w obydwu językach są / powinny być traktowane równoważnie. Trzeba jedynie zachować między nimi równowagę. Po angielsku, żeby przejście na najbardziej dostępną literaturę naukową było łatwe, a po polsku, żeby fizyk czy biolog mógł wytłumaczyć np. prawnikowi co robi, żeby fizyk dogadał się z architektem itd., itp.
Zabawne i dziwne, ale doktoranci przed obroną muszą zdawać egzamin z angielskiego. To znaczy, ze nauczanie tego języka w szkołach pozostaje na niskim poziomie. Zresztą - szkoły to większy problem.
@Przemo
"Proponuję jedynie niczego w kwestii języka w nauce nie narzucać, poza tym, żeby pisać poprawnie i pisać prawdę. Wybór języka - sprawa drugorzędna, i niech sobie każdy pisze i mówi takim językiem, jakim woli. Jego zysk albo strata ;-)."
Tutaj się nie zgadzam.
Tak może robić osoba, której nie zależy na uczestniczeniu w nauce światowej i która się sama finansuje. Ci, którzy pobierają pensje z budżetu oraz ich badania są finansowane z budżetu państwa, powinni spełniać standardy międzynarodowe, a to oznacza publikowanie tylko po angielsku. Inaczej są to pieniądze wyrzucone w błoto.
Państwo polskie nie powinno tworzyć dla swoich naukowców kompletnie nieliczącego się na świecie grajdoła naukowego. Polska nauka powinna być europejska i światowa. Nie podążajmy w ślady Rosji.
Brak argumentów = "Rosja" ?
Czy 50 lat temu namawiałby Pan do publikowania po rosyjsku? Dla ... "standardu" ?
;-)
Mam nadzieję, że nie.
@Przemo
I po co pisać takie rzeczy?
Przecież dobrze Pan wie, że 50 lat temu standardem w nauce był również angielski, tak jak dzisiaj.
Mam na myśli tą prawdziwa naukę, nie tą od Pana Łysenki.
Czy może ma Pan inne zdanie na ten temat?
Nie brakuje mi argumentów, już je tutaj wielokrotnie podawałem. Mam jednak wrażenie że spora grupa komentujących chce swój brak znajomości angielskiego wytłumaczyć na różne pokrętne sposoby.
A nauka światowa nijak nie będzie czekać na Polskę. Albo się do niej dołączymy, albo dalej bedziemy tkwić w tym żałosnym miejscu, w którym jesteśmy obecnie. Czas ucieka., trzeba coś wybrać
Popełnia Pan kolejny błąd argumentacji.
Rosja, Łysenko, standardy? O czym Pan tu pisze?
Nie mam nic przeciwko temu, żeby wszyscy publikowali po angielsku, ale nie pod przymusem. Zawsze będę optował za wolnością wyboru.
@Przemo
Proszę Pana, jeśli polska drużyna zostanie zaproszona do rozgrywek w piłkę nożną, to niestety, ale musi wystawić 11-osobową drużynę i grać według tych zasad, na które zgodzili się wszyscy inni. Jeśli stwierdzi, że te zasady jej nie odpowiadają, albo chce wystawić drużynę 15-osobową, to organizatorzy jej podziękują i powiedzą "proszę sobie zrobić swoje własne zawody, ale w naszych nie zagracie". Jak na razie Polska drużyna nie gra więc w tych zawodach; ma swoje własne zasady i nikt się nie chce przyłączyć. Oczywiście, może dalej stanowić jedyną w swoim rodzaju drużynę na świecie, ale po co?
Tak więc nie, przymusu absolutnie nie ma. Można się cieszyć tą wolnością. Tylko trochę mi ta wolność przypomina "wolność od szczepionek". Tak samo pomaga.
Znowu słabe porównanie. W latach 80-tych też wiele osób w Polsce uważało, że trzeba stosować się do reguł gry. Nie dzięki nim, dzisiaj zasady gry są inne. W USA bez społecznego nieposłuszeństwa także byłoby dziś inaczej. Nic nowego.
@Przemo
A no widzi Pan, jaki świetny ma Pan pomysł? "Niestosowanie się do reguł gry" jako podejście do organizacji i prowadzenia nauki.
Ja myślę, że ministerstwo również korzysta z tej polityki i stara się bardzo zmienić reguły gry poprzez finansowanie nauk polskiej na poziomie dalekim do innych krajów Europy. Ich podejście, dokładnie idące za Pańskim tokiem rozumowania, to również taki rodzaj "społecznego nieposłuszeństwa". Czyli, inaczej, niz wszyscy. Powodzenia :-)
W świecie bez nakazów i hierarchii i gotowych przykładów czułby się Pan zagubiony?
@Przemo
W świecie, gdzie istnieje potrzeba komunikacji międzynarodowej, niektóre reguły w porozumiewaniu się są niezbędne, aby ta komunikacja zachodziła efektywnie. Nie ma w tym odkrywczego ani też dla nikogo upadlającego. Konkretnie w nauce, kiedyś była łacina, teraz jest angielski.
Czy również wolałby Pan wyjść z UE, żeby zachować "wolność"? Unia narzuca przecież parę rzeczy. Proszę się też zastanowić nad tym, czy ważne jest posiadanie prawa jazdy oraz przestrzeganie zasad ruchu drogowego. Te wszystkie zasady również "ograniczają wolność", prawda?
I na tym raczej zakończę, bo ta dyskusja schodzi poniżej pewnego akceptowalnego poziomu.
Proszę się nie frustrować moją opinią na temat wyboru języka artykułów naukowych jako kwestii drugorzędnej, a co do reguł "narzuconych", warto pamiętać, że prawo jest jedynie umową, która działa kiedy większości to odpowiada, a wolność to prawo do stanowienia prawa.
Kisiel: Znajdujemy się w dupie, ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że zaczynamy się w niej urządzać.
@Profesor PAN
No i tak właśnie mi to wygląda, niestety. Czy też raczej pachnie, należałoby powiedzieć. Śmierdząco.
I smutno zarazem, bo czas i ludzie się marnują. Czyli najważniejsze "rzeczy", jakie istnieją na świecie.
Jak widać, decydenci mają w tym interes.
Ale jeszcze co do cytatu z Kisiela, który Pan przytoczył, to przypomniał mi się dowcip rysunkowy (chyba z działu "Uśmiech numeru" gazety "Świat Młodych" - lata 80te XX w.). Otóż, spotykają się dwie dżdżownice, jedna wygląda z jabłka, a druga z krowich odchodów. I ta druga mówi: "Całe życie w soku jabłkowym. Okropność." :) Tak więc, kto wie... :)
@ZM
Ważne, aby zrozumieć (i przedyskutować z rodziną i znajomymi, jeśli trzeba), że po angielsku ma się odbywać publikowanie prac naukowych. Po polsku natomiast historycy oraz wszyscy humaniści, rzeczywiście powinni wspierać "rozwijanie tożsamości narodowej", publikując treści popularnonaukowe szeroko dostępne dla społeczeństwa.
Zaś jeśli chodzi o Europę, która ma "nas docenić i sypnąć kasę na granty", to ktoś chyba ktoś czegoś tutaj nie zrozumiał do końca. Publikowanie po angielsku to jest warunek konieczny, aby w ogóle ktoś na świecie (niech będzie w Europie) naukowca i jego prace zauważył. Natomiast granty są przyznawane na naprawdę dobre pomysły i projekty naukowe. Tak więc publikowanie po angielsku dla „gości od nauk ścisłych”, jak to Pan nazywa, to warunek konieczny, ale dalece niewystarczający, aby jakikolwiek grant uzyskać.
A co przeszkadza język polski.
Główne zasady wynikające z Ustawy o języku polskim oraz Prawa o szkolnictwie wyższym i nauce to:
Zasada ogólna: Język polski jest językiem wykładowym oraz językiem urzędowym w instytucjach publicznych, w tym na uczelniach państwowych. Organy władzy publicznej oraz instytucje uczestniczące w życiu publicznym (jak uczelnie) mają obowiązek ochrony języka polskiego.
Wyjątki dydaktyczne: Uczelnie mają prawo prowadzić zajęcia, egzaminy oraz prace dyplomowe w języku obcym. W takim przypadku pracownicy naukowo-dydaktyczni posługują się językiem obcym zgodnie z programem danych studiów.
Działalność naukowa: Przepisy o ochronie języka polskiego nie naruszają wolności twórczości naukowej. Oznacza to, że pracownicy mogą publikować prace naukowe, prowadzić badania i brać udział w konferencjach międzynarodowych w językach obcych (najczęściej angielskim).
Dokumentacja pracownicza: Dokumenty dotyczące stosunku pracy (np. umowy, regulaminy) muszą być sporządzane w języku polskim. Mogą posiadać wersję obcojęzyczną, ale w razie sporów to polska wersja jest wiążąca, jeśli pracownikiem jest obywatel polski.
Cudzoziemcy na uczelniach: Uczelnie mogą zatrudniać obcokrajowców, którzy nie znają języka polskiego, jeśli ich praca (np. prowadzenie zajęć na kierunkach anglojęzycznych) tego nie wymaga.
W praktyce oznacza to, że o ile w sprawach administracyjnych i formalnych dominuje język polski, o tyle w dydaktyce i nauce język obcy jest traktowany na równi z polskim, jeśli służy to umiędzynarodowieniu studiów lub specyfice danej dyscypliny.
@Marcin Przewloka.
Moje pieniądze jako podatnika (oraz mojej rodziny, znajomych, którzy nie są naukowcami itd.). Mam prawo wydawać na co chce (a przynajmniej mówić na co chciałbym, aby moje podatki były wydawane). Niech tak zostanie, jestem już dużym chłopcem, proszę mnie nie pouczać co jest dla mnie najlepsze.
@ZM
Proszę Pana, jedyny sposób, żeby się całkowicie uchronić przed usłyszeniem albo przeczytaniem, że ktoś ma inne zdanie, to w ogóle nie komentować. Bo jak się już coś skomentuje, to przecież zawsze może się znaleźć osoba, która myśli inaczej i to otwarcie napisze, tak?
Pan Przewłoka mówi co dla niego jest najlepsze. On tak w kółko cztery rzeczy: publikować po angielsku, jak ewaluować naukę, że trzeba wydawać na badania podstawowe najlepiej dużo i przywołuje definicję nauki z internetu. Prawdy objawione jemu samemu. Wydaje mu się, że jest ojcem opatrznościowym polskiej nauki.
@Marcin Przewloka
@kk
Pan Przewloka zdaje się, że pracuje w Wielkiej Brytanii. I ma taką jakby skłonność do pretendowania do roli autorytetu. Oj, nie te czasy... Funt stoi słabo i w ogóle. Ale różne opinie są zawsze cenne. Z Wielkiej Brytanii też.
@ZM
@kk
Dobre. Ubawiłem się.
:-)
Proszę się nie przejmować. Na poziomie podstawowym angielski to nie jest trudny język. A na naukę nigdy nie za późno. Zachęcam i pozdrawiam.
Proszę pana, co pan nam tu opowiada. Co nam da angielski, jak większość czasopism jest amerykańskich!
"większość czasopism jest amerykańskich!"
Oj, chyba jednak nie.
Elsevier - holenderski (teraz zdaje się mówi się niderlandzki)
Springer-Nature - niemiecko-brytyjski
Taylor&Francis - brytyjski
MDPI - chińsko-szwajcarski
Choć oczywiście wszystko to koncerny międzynarodowe i tak naprawdę trudno dociec czyje. Pieniądz nie zna granic. No, ale jednak we wszystkich czasopismach tych wydawców publikuje się głównie po angielsku.
A dlaczegoż to na Zachodzie nikt normalny nie będzie wspierał badań o Piłsudskim? Jedna z bardziej znaczących postaci XX wieku. Zainteresowanie dajmy na to Mannerheimem poza Finlandią jest spore.
A badania o Drzymale (tego od wozu) też będą wspierać? Podejrzewam, że jednak nie.
Widziałem niemiecki film o Drzymale. Tak, tak, świat jest nieco inny niż go pokazują w telewizorze.
Napisałem "Grzymały" ? To przepraszam.
Przypuszczam, że wiedza polskich historyków o Piłsudskim jest nieporównywalnie większa od historyków z całej reszty świata. Oni opisują każdy jego znany grymas twarzy, kiedy i jak kogo zrugał (swoją drogą - nieprzetłumaczalne!), wiedzą albo przypuszczają, co z kim planował i co od kogo wiedział, o szczegółach życia osobistego, rodzinnego, dzieciństwie itd. Nie mówiąc już o mniej znanych postaciach, Sosnkowskim, Sławku, Stanisławie Hallerze, czy - z innej beczki - choćby Grzymale.
Zatem empiria pokazuje, że nauka nie jest - w tym sensie - globalna. Dla naszych dyskusji ma to fundamentalne znaczenie takie, że - zwłaszcza przy obecnym siłowym, ilościowym sposobie rozliczania naukowców - dla wszystkich badań po prostu nie znajdzie się miejsce (bo nie znajdzie się zainteresowanie) w czasopismach zagranicznych. I nie ma co walczyć z rzeczywistością, w której nie ma nic złego.
OK, niech będzie. Publikowanie po angielsku ma sens także dla humanistów. Ale zachęcanie powinno być przeprowadzane z umiarem.
Dziękuję za ten tekst. Coraz mniej czytam, bo muszę przecież pisać publikacje (ciekawy paradoks, ekhem) i cieszę się, że podsunął mi Pan pod nos wartościowe opracowania. Maria Skłodowska-Curie ponoć nieodpłatnie wspierała Rutherforda czystymi związkami radu ze swojego laboratorium, co przyczyniło się do rozwoju fizyki jądrowej. Teraz, gdyby pracowała w Polsce, zażądałaby co najmniej współudziału w publikacjach, a gdyby pierwsza z nich ukazała się w czasopiśmie za 70 punktów, to już nic by mu nie wysłała. Pozdrawiam serdecznie. Oby Pana głos został przez decydentów chociaż usłyszany.
Jeśli wymogiem oceny okresowej profesora w pewnym państwowym uniwersytecie jest ŚREDNIA ILOŚĆ PUNKTÓW W SLOCIE co najmniej 100, a mając mniej można wylecieć z pracy, to dla kogo są w ogóle czasopisma za 20, 40 i 70 punktów? Dla pierniczenia głupot po godzinach?
Skoro średnia, to można dać 70+140 albo 20+200 i już jest OK.
Przy takiej interpretacji 70 przydaje się aby zapełnić slot(y) jak się przypadkiem uda coś w Energies (albo w którymś z pozostałych 9 żurnali "wartych" 140p) opublikować.
20-40 analogicznie, bo czasem i czarnkowo-wieczorkowo-ku.askowe 200 jest przypisane do czegoś niespecjalnie wymagającego.
No nigdy bym na to nie wpadł, więc powodzenia w tym 20+200...
Scopus trochę europejski, więc nasz, "ojczyźniany". Ale Clarivate jest chińskie, kontrolowane przez Xi, kolegę Putina i Kima. Udawać, że oni chcą dobrze dla naszej nauki to dalece posunięta naiwność.
A gdzie Ulrich https://en.wikipedia.org/wiki/Ulrich%27s_Periodicals_Directory ? Cabell https://cabells.com/ ?
Scopus to baza prywatnej firmy Elsevier. Nie powodu sądzić, że reprezentuje inne interesy niż firmy Elsevier.
@pati
W czasach, kiedy rożni inwestorzy posiadają po kawałku własności takich firm, ciężko jest dokładnie podać "narodowość" danej firmy. Na Wikipedii czytam, że "Clarivate Plc is a British-American publicly traded analytics company", tym nie mniej nawet jeśli założymy, że jest to firma chińska, to czy sądzi Pan/Pani, że oni manipulują danymi?
Padło pytanie o Ulricha. Wydaje się, że jest to obecnie częścią Clarivate. :-)
https://about.proquest.com/en/products-services/Ulrichsweb
Dla mnie znamienne jest, że nie istnieje polskojęzyczna strona Wikipedii o Clarivate. Czy to znaczy, że Polaków nie obchodzi ta firma? Jest 21 różnych języków, ale nie ma polskiego.
"jeśli założymy, że jest to firma chińska, to czy sądzi Pan/Pani, że oni manipulują danymi?" - manipulują. Praktycznie wszystkie chińskie konferencje są indeksowane na WoS, znikoma część tylko spoza Chin.
@StaryZgred2012
To ciekawe. Powinno wywołać sprzeciw dużej części środowiska naukowego. Czy tak się dzieje?
"Indeksowanie konferencji" to nie moja bajka, bo konferencje w mojej dziedzinie są bardzo ważne, ale w żaden sposób obecność na konferencji nie zastępuje publikacji, więc nie znam szczegółów.
Praktycznie większość ukazujących się na FA artykułów, jak i odnoszących się do nich komentarzy potwierdza tezę, że kryterium publikacyjne przestało być miarodajne, przez co powinno utracić swoje decydujące znaczenie w procesie ewaluacji.
Nieprawda. W ostatniej ewaluacji kryterium publikacyjne, mimo ogromu swoich wad, (nawet w Fizyce były widoczne GRUBE błędy, ale akurat tu wystarczy wyrzucić patenty i wyszłoby nad podziw sensownie) było JEDYNYM, które jakkolwiek działało. K2 i K3, z powodu błędnej metodologii przeliczania, to tylko szum informacyjny. Jedynym chyba statystycznie systematycznym efektem było faktyczne podniesienie progu w K1, z kolei decyzje Ministra działały odwrotnie. Z surowych danych do ewaluacji zapewne można wywnioskować BARDZO dużo. Z ostatecznych punkcików i kategorii - niewiele, może w części dyscyplin K1.
Czyli generalnie kategoryzacja zadziałała prawidłowo. Gdyby jeszcze tylko usunąć niepotrzebne: patenty, K2 oraz K3 to byłoby wspaniale. Jakie to proste. Wystarczy odpowiednio dopilnować listy, skupić się na produkcji publikacji i A+ murowane. Moim zdaniem ta właśnie strategia ogranicza rozwój naukowy i gospodarczy kraju.
Nie bardzo rozumiem dlaczego kryterium doskonałości naukowej ma być skuteczność pozyskiwania środków (K2). Powinny liczyć wyłącznie efekty badań. A nie ile kto na nie kasy przepalił. Zasad opisu wpływu (K3) nie rozumiały do końca ani jednostki, które je przygotowywały a nie eksperci, którzy je oceniali. A zatem wyniki były dość uznaniowe. A zatem, ze stwierdzeniem, że kryteria K2 i K3 w obecnym wydani suą super byłbym ostrożny.
Tak
Dlaczego nawet w fizyce? Wyłącznie w fizyce.
Wyłącznie w Fizyce GRUBE błędy? Były dyscypliny, gdzie wszystko było grubym błędem. W fizyce tylko te patenty troszkę zaciemniały. Matematyka z kolei miała chyba najstaranniejszą listę punktową, zapewne konieczność ich przymusiła (w tej dyscyplinie bibliometrię trzeba traktować wielką ostrożnością, bo najwybitniejszą matematykę rozumie mało kto, a poza tym tam nie ma mody na cytowanie prac, których się nie przeczytało i bibliografie są zwykle krótkie).
"poza tym tam nie ma mody na cytowanie prac, których się nie przeczytało"
https://www.science.org/content/article/citation-cartels-help-some-mathematicians-and-their-universities-climb-rankings
Otóż to! w Matematyce nie ma takiej mody, ale jest tam "matematyka równoległa" gdzie jest na odwrót. Dlatego właśnie w Matematyce IF i Hirsch już nie są dobrą miarą od co najmniej 30-40 lat, a może i od zawsze
Nie, wyłącznie w fizyce się w miarę udało. Ale fizycy są uprzywilejowani, fizycy mają CERN, arXiv, SCOAP3, SciPost, overlay journals (w innych dziedzinach dopiero się o czymś podobnym marzy). W fizyce kategoria pisma odpowiada mniej więcej jakości badania (ze zwykłymi zastrzeżeniami). Pozostali przede wszystkim zmagają się z Wielką Piątką i zabiegają o finansowanie badań i publikacji. Ja przewiduję wielką katastrofę polskiej nauki w ciągu kilku najbliższych lat, dotąd nauka jakoś istniała dzięki resztkom paliwa, które jej pozostało po komunizmie, ale to się właśnie kończy.
Nie rozumiem Pana toku myślenia. Akurat wielkie kooperację w K1 to kłopotliwy czynnik. Lepiej, aby go w K1 nie było.
No tak, wielkie kooperację w K1 to kłopotliwy czynnik, bardzo kłopotliwy. Chyba to właśnie napisałem.
Ale dla fizyków dużo mniej kłopotliwy niż dla innych.
Nie mam pojęcia co Pan ma na myśli, niech Pan formułuje swe poglądy bardziej konkretnie
Zgodziłem się z panem. Coś jeszcze trzeba?
Nie wiem w czym się zgadzamy. Mój pogląd:
W Fizyce kooperacje i złe uwzględnianie dominujących tu prac współautorskich, sugerowałyby, że K1 w obecnej formie będzie mało adekwatne. Ale -na tle- innych dyscyplin, Fizyka została posortowana na kategorie całkiem dobrze i jest to spójne właśnie z K1.
Właśnie w tym.
Pod warunkiem, że ograniczymy się do fizyki teoretycznej. Fizyka doświadczalna, zwłaszcza ta związana z CERNem to conundrum nie na moją głowę. Trzystronicowa praca z tysiącem autorów to kpina z nauki.
Hmm, wskazane wady dotyczą całej fizyki, może nawet doświadczalnej - bardziej? Notabene, wielkie kooperacje (udział w nich) powinny być liczone w innym kryterium (gdzieś obok grantów itp.). Poza tym prace wykonane w Polsce powinny ważyć o wiele więcej. Po co aż tak premiować (to już wręcz szalona promocja) pracę polskich naukowców na rzecz zagranicznych pracodawców?
No cóż... Panie Profesorze, problem sytuacji, w której jest aktualnie nauka polska, wygląda na niecałkowalny... ;-/
Tzn. można byłoby go uczynić całkowalnym, ale bardzo by to zabolało pewne kręgi, oj bardzo...
"Po co aż tak premiować (to już wręcz szalona promocja) pracę polskich naukowców na rzecz zagranicznych pracodawców?"
Bo to się opłaca wszystkich (badaczom i zatrudniającym ich instytucjom), którzy te punkty dostają. Dlatego KEN nigdy tej reguły nie zmieni i publikacji tych pracujących za granicą, w których podają 2 afiliacje, będzie dalej dużo, choć być nie powinno, bo to po prostu nieuczciwe.
Tezy się dowodzi, a nie potwierdza.
Są tu jakieś dowody na stole? Fakty empiryczne nigdy nie są dowodem, mogą być co najwyżej potwierdzeniem :) Ale, w tym konkretnym przypadku Grześ nawet nie mówi o faktach, tylko o OPINIACH. Co więcej, twierdzę -opierając się na faktach empirycznych- że owe opinie są błędne.
Natomiast nie twierdzę, że w chwili obecnej Kryterium 1 jest miarodajne. Jest od biedy akceptowalne na zasadzie "na bezrybiu i rak ryba".
Chętnie poznam te fakty empiryczne, na których się Pan opiera, bo ja twierdzę że faktami a nie opiniami są: papiernie, retrakcje, plagiaty, wojna wydawnictw i opłaty za publikacje, punktoza, feudalizm naukowy....
Ciekawe, że na tym jak sam Pan przyznaje niemiarodajnym (nienaukowym) kryterium publikacyjnym, opiera się ocena jednostek naukowych i samych naukowców. Błędne jest również twierdzenie, że nie ma alternatywy dla tego kryterium. Alternatywa jest, tylko jej zastosowanie wymaga (dla niektórych obrazoburczego) przedefiniowania tego co jest faktycznym efektem pracy naukowca - tego, że badań naukowych nie wykonuje się wyłącznie dla samego wykonywania badań, zaspokojenia swojej ciekawości (często swojego ego) i dla wyprodukowania publikacji. Każde badanie naukowe jest przydatne społecznie i ta właśnie przydatność może podlegać ocenie.
Cyt: "(...) odnoszących się do nich komentarzy potwierdza tezę, że kryterium publikacyjne przestało być miarodajne" - napisane przecież czarno na białym.
Empiria służyć może (i służy) do weryfikacji _hipotez_, a nie potwierdzaniu tez.
Zasady oceny jednostek są dalekie od doskonałości, należy jest zatem po/na-prawiać, a nie kasować podejście bazujące na kwantyfikacji i zastępowaniu go "oceną" (czyli laurkami) "ekspertów" (czyli kolegów), bo tak chcą humaniści.
Kryterium 1 dowodzi bieżącej aktywności i niczego więcej. Bardziej interesującej jest, że Polska jest jedynym krajem (no dobrze, jednym z nielicznych, nie znam Słowenii), gdzie cytowania zupełnie się nie liczą. O czymś to świadczy.
Tak masz rację, tezy się dowodzi. Czy coś to zmienia w kwestii kryterium publikacyjnego?
Tak: naukowcy publikowali, publikują i publikować będą.
Humaniści udawali, udają i udawać będą (także publikowanie).
=> Dla naukowców zasady ewaluacji (kiedyś oceny parametrycznej) nie mają znaczenia, gdyż od zawsze publikowali na świecie (na liście filadelfijskiej, pamiętasz?). Humaniści od zawsze siedzieli we własnym grajdole i kłócili się oraz obrażali o najdrobniejsze pierdoły i było im dobrze dopóki nie weszły listy. I wówczas na jaw wyszło to, co niektórzy z nas mówili od lat, i od tego czasu humaniści co rusz próbują torpedować jakiekolwiek próby kwantyfikacji dorobku. A wszystko po to, aby świat (czytaj: podatnik) nie dostrzegł, że efekty ich "dorobku" są w najlepszym razie epsilonowe, a w dominancie po prostu NULL.
Czy ja pisałem coś o humanistach? Chyba nienawiść osoby naukowej MB do humanistów przysłoniła jej meritum.
Tak, naukowcy publikowali, a teraz produkują publikacje i produkować je będą dalej, jeśli kryteria oceny ich pracy się nie zmienią.
Dobrze jest jednak rozumieć pytania, które się zadaje: "Czy coś to zmienia w kwestii kryterium publikacyjnego?"
Odpowiedź: "Tak: naukowcy publikowali, publikują i publikować będą."
=> Wniosek: kryterium to było, jest i będzie jedynym powszechnie akceptowanym miernikiem dorobku naukowego.
Czyli tak było jest i będzie bo tak było jest i będzie. Brawo ty.
Nie: tak było, jest i prawdopodobnie będzie. Dlaczego?
1. Ponieważ proces wygląda na taki z długą pamięcią.
2. Nie ma na horyzoncie alternatywy.
1. Czyli żeby było tak jak było.
2. Zdecydowanie jest i zawsze była taka alternatywa. Na tacy podaje nam ją niejaki Alfred Nobel, który w swoim testamencie stwierdził że doroczna nagroda z jego funduszu powinna być przyznana dla "tych, którzy w ubiegłym roku uczynili najwięcej dla dobra ludzkości" po jednej w dziedzinie fizyki, chemii, fizjologii lub medycyny, literatury i pokoju. Myślę, że Nobel prawidłowo określił cel badań naukowych, choć sam przez wielu nie jest uznawany za naukowca.
Proszę nie żartować.
Ale żeby nie być gołosłownym: proszę podać zoperacjonalizowaną alternatywę dla zdecydowanej większości (np. dla mnie), która na Nobla ma szanse jedynie epsilonowe.
Skoro Chiny pokazują bardzo ładnie tańczące roboty, a Polska nie, to znaczy, że otwarte publikowanie jest o tyłek rozbić.
Życie Panu udowodniło.
Bardzo dobra analiza rzeczywistego kontekstu ekonomicznego i politycznego, w którym przychodzi nam funkcjonować. Uzyskanie świadomosci sytuacyjnej to pierwszy krok w identyfikacji rzeczywistych aktorów decyzyjnych i interesariuszy zafundowanego nam wyścigu szczurów. Interesariuszy ciągnących zyski instytcjonalne poza Polską, ale i w Polsce, gdzie wybrane arbitralnie ośrodki na bazie równie arbitralnych decyzji politycznych akumulowały środki przez ostatnie 35 lat, a innych zalewały potokiem propagandowego pustosłowia faszerowanego w co drugim zdaniu "doskonałością". Gdy nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o pieniądze i władzę. A narzędziami tej władzy w Polsce są RDN (ex-CK, w końcu Sitek to element trwałości sitwy awansowej), RGSzW i komitety PAN (stanowiące towarzystwa wzajemnej adoracji).
Kolejne gorzkie żale kolejnego humanisty...
Nie będę się odnosił do słownej przemocy zastosowanej w tekście, polegającej na używaniu terminów powszechnie nieużywanych w celu wytworzenia wrażenia ważności, mądrości i doniosłości. Dziwi mnie jednak (nad)używanie wytrychów w stylu "neoliberalizm", szczególnie w zestawieniu z "bernalizmem", bo zalatuje PiS-owską manipulacją o Polsce "liberalnej" konta "solidarnej".
Oczywiście Pan Humanista odsyła do monografii (a jakże), a nie do artykułów. Dlaczego? Bo te drugie podlegają recenzji, a te pierwsze nie => i to jest realny spór pt. nauka kontra humanistyka (lub beletrystyka, jak kto woli).
Pochwalę jednak Pana Humanistę za pisanie "humanistyka" a nie "nauki humanistyczne". Szacunek!!!
Zadam więc Panu Humaniście tylko jedno pytanie: jeżeli państwo tworzy warunki do gospodarowania (infrastruktura, otoczenie, wsparcie innowacji, etc) to później rości sobie prawo do wypracowanych dzięki tym działaniom przez jednostki i podmioty prywatnych zysków?
"Oczywiście Pan Humanista odsyła do monografii (a jakże), a nie do artykułów. Dlaczego? Bo te drugie podlegają recenzji, a te pierwsze nie => i to jest realny spór pt. nauka kontra humanistyka (lub beletrystyka, jak kto woli)."
Cóż może jak Pan się już dowie tego, że monografie podlegają procesowi recenzji to może Pan wróci i skomentuje jeszcze raz. p.s. a jedną z monografii linkowanych tam napisał akurat fizyk.
Myślę, że brak tutaj odniesienia do słynnego paradoksu Ioannidis'a (znany także z bazy "top 2%"), a sprawdzonego głównie dla nauk biologiczno-medycznych "Why Most Published Research Findings Are False". Można Autorowi i dyskutantom polecić odpowiednie hasło na Wikipedii a takze świetne 12-minutowe przedstawienie na portalu YT Veritasium..
Problemem światowej nauki, a tym bardziej polskiej jest upadek krytyki badań naukowych. Zapewne 70% może nawet 80% czasopism naukowych powinno być poza bazami Web of Science i Scopus ze względu na zbyt niski poziom recenzowania i nadużywanie cytowania w publikacjach. Niski poziom intelektualny badań i korupcja kiedyś stanowiąca margines publikacji PAPIEROWYCH czasopism systemu Science Citation Index wypiera pracowitość i uczciwość w sposób podobny jak pieniądz fałszywy wypiera ten legalny zgodnie ze znana z ekonomii zasadą Kopernika-Greshama.
Niestety w świecie dodatkowo jeszcze "wzbogaconym" przez AI nie ma cudownych rozwiązań. Jednak zdecydowana selekcja czasopism uznawanych za spełniające standardy etyczne i poziomu badań od tych "byle jakich" stanowiłoby pierwszy krok we właściwa stronę. Nawet jeśli Scopus i WoS tego nie robi to nasza ministerialna komisja czasopism mogłaby podjąć takie próby.
@John Kowalsky
"Selekcja czasopism uznawanych za spełniające standardy etyczne i poziomu badań od tych "byle jakich" " jest właściwie niemożliwa do przeprowadzenia w sposób, który dałby się uzasadnić ilościowo, czy też jakkolwiek metrycznie. Granica pomiędzy tymi "lepszymi" i tymi "gorszymi" jest płynna. W dodatku w tych "lepszych" znajdzie się masa kiepskich artykułów i w tych "gorszych" znajdzie wiele artykułów bardzo dobrych.
Można się posługiwać pewnymi już wyselekcjonowanymi grupami czasopism, za przykład niech posłużą tytuły zebrane w Nature Index. To wszystko jest jednak bardzo sztuczne. Dlatego też wydaje mi się, że jeśli ewaluacja miałaby w jakimś stopniu rzeczywiście odzwierciedlać jakość, to jednak musi być przeprowadzona przez grupę międzynarodowych ekspertów. Jest szansa, że dobrze dobrane osoby będą w stanie spojrzeć na dane instytucje "holistycznie" i ocenić właściwie.
Nawet w parametryzacji z przed 10 lat udało się usunąć większość czasopism pewnego koncernu wydawniczego z południa Azji środkowej i nie trzeba tu było zobiektywizowanych kryteriów.
Problem polega na odpowiedzi na pytanie czy robić cokolwiek czy (stwierdzając ogólną "niemozliwość") nic nie robić. Norwedzy w sposób niedoskonały podzielli czasopisma na 3 grupy: zerową, jednopunktową oraz 2-punktową (2-punktowa grupa to 20% grupy 1-punktowej). Wiadomo ze tak mała skala nie jest mozliwa w przypadku polskiej "ultra-precyzyjnej" :) parametryzacji, ale ten podział w Norwegii to tylko część. zupełnie innego systemu parametryzacji.
Wg. mnie w aktualnej sytuacji w Polsce powinno się wydzielać wkład wnoszony do wspólnych publikacji przez autorów z ocenianej jednostki/dyscypliny. Publikacje o liczbie autorów powyzej 10 z rozmaitych jednostek powinny być oceniane w specjalny sposób, inny niż pozostałe (liczba 10 jest tu umowwna, moze to być np. 12 lub 15). To niewielkie zmiany, ale jednak mogą zniechęci choć częściowo do "papermilling" oraz bezmyslnego dopisywania współautorów. Od zespołu 9-osobowego oczekujemy 3x większej "wydajnosci" publikacyjnej niz od zespołu 3-osobowego a publikacje liczące kilkadziesiąt lub kilkaset osób to powinna być kategoria specjalna.
Powstaje też pytanie czy nie wystarczyłaby uproszczona parametryzacja prowadząca do 3 grup to jest oddzielająca jednostki w pełni akademickie (habilitacje) od tych z uprawnieniami do doktoryzowania oraz pozostałe (nie uprawiające nauki w stopniu wystarczajacym).
Poza tym zbyt słabo przygladamy się systemom finansowania i parametryzacji nauki w innych krajach takich jak Wlk. Brytania, Norwegia czy np. bliższym nam Czechom. Po co non stop wynajdywac "koło" i twierdzic że nic nie da sie zrobić.
To nie Pisowska, ale lewicowe poglądy tego Pana, zresztą tak jak wielu naukowców zatrudnionych na uniwerkach świadome czy nieświadome co za różnica.
Jeszcze jedno.
Skoro przedstawiciele prawdziwej polskiej nauki, czyli dyscyplin ścisłych i stosowanych, tak świetnie publikują po angielsku w renomowanych czasopismach o światowym zasięgu, a wyniki ich badań są tak doskonale umiędzynarodowione - to gdzie są te polskie nagrody Nobla?
Z tego co wiem większość polskich nagród Nobla otrzymali humaniści właśnie (pisarze i poeci), a nadto jeszcze jeden elektryk z zawodowym wykształceniem, ale o ile się nie mylę to nie za swoje wybitne publikacje naukowe...
Nie wiem jak mało kompetentnym trzeba być, żeby nie rozróżniać ze Noble z fizyki czy chemii to nagrody dla naukowców, a noble z literatury to nie są nagrody dla naukowców, ale dla twórców. Ergo - twórcy bardzo dobrze sobie radzą bez nauki dotyczącej ich prac. Ktoś z polskich noblistów literackich cieszył się stopniem doktora?
Nie wiem jak dalece trzeba czytać bez zrozumienia, aby nie pojąć prostego przekazu. Nie pisałem nigdzie o ewaluacji i o nagrodach Nobla za osiągnięcia naukowe, ale w ogóle o ilości nagród Nobla dla Polaków. Nic więcej. Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?
ale Pan nie wie, że z Informatyki nie ma nagrody Nobla i taka właśnie dziurawa jest wiedzy wszystkich humanistów.
Oczywiście, że się nie dostaje nagród Nobla za umiędzynarodowienie. To moja czysta ironia, którą chętnie posługują się uczeni (?) drugiej kategorii, czyli ....humaniści.... Poza tym otrzymanie Nobla z dyscyplin przynależnych do humanistyki jest bardzo ograniczone w porównaniu z naukami ścisłymi czy stosowanymi. Proszę spojrzeć na to i z tej strony (przykładowo z historii nagród Nobla nie ma....).
Dobre pytanie. Należałoby je skierować do Komitetu Noblowskiego. Mianowicie, dlaczego nie zostały docenione prace:
1. prof. Andrzeja Staruszkiewicza z UJ - sformułował teorii stałej struktury subtelnej,
2. prof. Tadeusza Lachowicza - opracowanie antidotum na gronkowca złocistego, mianowicie STAFILOKOKCYNY A STA (pisał o tym Zbigniew Święch w swojej książce pt. "Dlaczego Fleming przewraca się w grobie" - widać chyba, dlaczego się przewraca, bowiem sam Fleming, odkrywca penicyliny, marzył o odkryciu leku na gronkowca),
3. prace prof. Rudolfa Weigla - był przed II wojną światową, odkrywcą szczepionki przeciwko durowi brzusznemu, dzięki czemu uratowano wiele ludzi m.in. w koloniach belgjijskich - otrzymał z tej okazji nawet medal od ówczesnego papieża. Był nominowany do Nagrody Nobla z fizjologii lub medycyny. NIESTETY, jego były uczeń uknuł przeciwko niemu intrygę. Jak zwykle, Nobel nie dla Polaka. Więcej o Prof. Weiglu na: lwow com pl/rudolf-weigl.html .
Przykład innej NIEDOCENIONEJ pracy, co prawda, chyba nie na miarę Nobla, ale i tak była to ważna sprawa, to praca małżeństwa Giecewiczów, które opracowało metodę wytwarzania węgla drzewnego.
Niestety, odkryciu prof. Lachowicza ``ukręcono łeb``, zaś komisja oceniająca odkrycie Giecewiczów (lata 60-te XX w.) orzekła, że gdyby ta metoda była dobra, to dawno byłaby stosowana na Zachodzie. Niedługo po tym Japończycy opatentowali tę metodę u siebie... No cóż, skoro ani Zachód, ani Polska tej metody nie zastosowały, to wziął się za to... Wschód i to Daleki. :-[
Świat używa Monte Carlo i myśli, że to dzieło Metropolisa, choć metodę (i nazwę!) wymyślił Stanisław Ulam. I co? Mamy z tego powodu wypowiedzieć III wojnę światową czy żądać od USA bomby wodorowej, która bez obliczeń Ulama by nie powstała?
Skupmy się na tym co jest teraz i będzie za chwilę: inwestujmy więc w naukę, w tym także jej instytucjonalne otoczenie (bo marketing też jest potrzebny) i skończmy z wywalaniem pieniędzy w błoto na humanistykę. Rok temu narodowy program rozwoju humanistyki (najwyraźniej wciąż jest niedorozwinięta, skoro potrzebny jest narodowy program jej rozwoju) pochłonął 60*10^6 PLN!!!
Ja też jestem dość krytyczny wobec humanistyki, ale jednak nie jestem takim radykałem, jak Pan.
Cyt."Skupmy się na tym co jest teraz i będzie za chwilę: inwestujmy więc w naukę, w tym także jej instytucjonalne otoczenie (bo marketing też jest potrzebny)[...]"
ZGADZAM SIĘ z tym fragmentem Pana wypowiedzi. Ale to jednak wciąż za mało na to, żeby coś się ruszyło do przodu "na plus".
Widzi pan, rozmawiałem kiedyś z laureatem nagrody Nobla i wyraziłem dezaprobatę wobec faktu, że jego współpracownik tego Nobla nie dostał. Akurat umarł ale komitet tak długo z nagrodą zwlekał, że sprawiało to wrażenie, że na tę śmierć czekał. Widzisz - odpowiedział mi rozmówca - on nie pracował na uniwersytecie. A nagroda Nobla to też 10 lat ciężkiej i dobrze opłacanej pracy stu kompetentnych ludzi, z których żaden nie zajmuje się nauką. Nie doceniamy lobbingu.
Otóż to, Panie Profesorze. Lobby.
A przy okazji, przypomniał mi się jeszcze jeden wynik z Polski, który akurat BYŁ zgłaszany do Nagrody Nobla w fizyce tzn. odkrycie hiperjąder dokonane przez Danysza i Pniewskiego.
Dziwnym trafem, inny wynik uzyskany przez polskiego uczonego, który też mógł być uhonorowany Noblem (chyba z chemii), nie został nagrodzony, choć szanse były chyba dość duże. Chodzi o odkrycie dokonane przez Kazimierza Fajansa (szeregi promieniotwórcze). Ale Fajans miał pecha ( jak widać, "doktor pech" zawsze na miejscu), bo udzielił wywiadu pewnej szwedzkiej gazecie odnośnie tego, kogo uważa za faworyta do Nagrody Nobla w tamtym czasie. A Komitet Noblowski nie lubi, gdy potencjalni Nobliści wypowiadają się na takie tematy, więc ogłoszono "salomonową" decyzję, że za dany rok Nagrody Nobla z chemii nie przyznają. No i tak nazwisko Fajansa kojarzy się głównie z porcelaną...
No cóż... ja potencjalnym Noblistą chyba nie jestem, więc tego typu honory chyba mi nie grożą :))), tak więc mogę się wypowiedzieć publicznie, że wyniki Prof. Staruszkiewicza z UJ, o których napisałem powyżej, czy wyniki Prof. Krzysztofa Sachy z UJ w zakresie kryształów czasowych, powinny zwrócić przynajmniej uwagę Komitetu Noblowskiego. I podejrzewam, że takich wyników z Polski jest WIĘCEJ... Jeśli ktoś o takowych wie, to niech napisze.
W każdym razie, WARTO ZACZĄĆ lobbować w tych kwestiach.
Z kolei, o ile się nie mylę, to jedynym (chyba, nie wiem), wynikiem matematycznym rodem z Polski, "kandydującym" na uhonorowanie go "matematycznym Noblem" (niezbyt trafna nazwa Medalu Fieldsa), było twierdzenie udowodnione w latach 60-tych XX w. przez Stanisława Łojasiewicza (o ile pamiętam, dotyczyło mnożenia funkcji przez dystrybucje). No, ale cóż... czy to Nobel matematyczny, czy fizyczny, czy chemiczny, czy medyczno-fizjologiczny, czy ekonomiczny, nadal nie dla polskiego uczonego. Póki co, pozostaje się zatem chyba pocieszać... literaturą. ;=)))
@Stoj
Trzeba uściślić:
1. Nagrody Nobla w żadnej dziedzinie nie dostaje się za "doskonałe umiędzynarodowienie".
2. Nagrody Nobla w dziedzinie literatury nie są przyznawane naukowcom zajmującym się badaniami w dziedzinach humanistycznych, a o tych właśnie jest mowa w artykule.
Te noble są literackie a nie literaturoznawcze.
Jeszcze jedno - a literaci to nie humaniści?
I cóż to zmienia? Pytałem o Noble z nauk ścisłych czy stosowanych. Rzecz jasna, te współczesne z ostatnich dziesięcioleci... Gdzie one są?
Sugeruje Pan/Pani, że Miłosz, Szymborska czy Tokarczuk dostali nagrodę Nobla za swoje badania naukowe w humanistyce?
Nic nie sugeruję. Proszę nie zmieniać tematu. Stwierdzam tylko, że większość polskich nagród Nobla otrzymali humaniści, czyli literaci. Zaklinanie rzeczywistości tego faktu nie zmieni. Obaj to wiemy....
Pan/i zmienia temat z ewaluacji nauki na ewaluację twórczości literackiej.
Nie on twierdzi, że Wróblewski i Olszewski dostali w humanistyce nagrodę Nobla.
Co to za brednie o braku recenzji monografii autorskich? Skąd ta informacja? Może lepiej działać, jak w naukach ścisłych i stosowanych - założyć papiernię i dopisywać fikcyjnych autorów do - pożal się Boże - recenzowanych artykułów? Ostatnio to bardzo modne w pewnych kręgach "naukowych"....
Chyba jednak nie zrozumiałem intencji i pomysłów Autora.
Na przykład, skąd ta myśl o „wspieraniu pism dwujęzycznych” przez ministerstwo? Nie rozumiem, dlaczego publikowanie prac naukowych miałoby się odbywać w dwóch językach. Czyżby naukowcy polscy, z dowolnej dziedziny wiedzy, nie umieli po angielsku? Czy po angielsku nie umieliby opowiedzieć innym naukowcom z dowolnego miejsca na świecie, o swojej pracy? Czy nie mogliby podyskutować z naukowcami, niech będzie z innych krajów europejskich, o tym, co robią, co badają? Mam szczerą nadzieję i ufam, że takie zjawisko nie ma miejsca.
Dodam jeszcze, że czasopismo, w którym publikujemy często ma jakieś znaczenie, ale dużo ważniejsze jest to, co publikujemy. Czyli ostatecznie chodzi o tresc, zawartość pracy, a nie o to, gdzie ona wyszła.
"Roads and Bridges - Drogi i Mosty" to przykład dwujęzycznego, polskiego czasopisma które dobrze sobie radzi. Istotą sprawy jest funkcjonowanie w obiegu światowym. Publikujac tylko po polsku automatycznie zawężamy (obniżamy) potencjalną krytyke naukową. Publikując dwujęzycznie pozwalamy także na dotarcie do środowiska praktyków i polskich inżynierów.
Na polskich budowach często już także pojawia się dwujęzyczna dokumentacja projektowa.
Tyle odnośnie badań mających odniesienia praktyczne. Możliwe że w części nauk humanistycznych (np. politologia lub ekonomia) takie dwujęzyczne podejście też byłoby właściwe.
To celna uwaga odnosząca się do zwiększonego zasięgu oddziaływania czasopisma dwujęzycznego. Ale niestety już nieaktualna: od początku 2025 to czasopismo się skomercjalizowało– publikuje już tylko po angielsku (jedynie streszczenie artykułu jest przełożone na język polski), jednocześnie wprowadzając obowiązkową opłatę za otwarty dostęp do publikacji – netto 3000zł. Nie tylko słupki cytowań w Scopusie systematycznie spadają, ale czasopismo automatycznie przestało wspomagać kariery naukowców polskich i rozwój polskiego języka technicznego w zakresie budownictwa drogowego. https://www.scopus.com/sourceid/21100420803?origin=resultslist#tabs=1
Znane są przykłady innych krajowych czasopism, które przestały publikować po polsku i publikując po angielsku szukają chętnych do opłacenia APC, np. w wysokości netto 4500zł za 4 strony, dodatkowa strona 1000zł netto. Jak widać, koszt jest 2-5 razy mniejszy niż opłata w znanych czasopismach zagranicznych. Jest więc dostępna krajowa oferta dla autorów poszukujących szybkiej i opłacalnej punktowo ścieżki publikowania, zwłaszcza wtedy, gdy ministerialne punkty za publikacje zostały podwyższone nie w wykazie czasopism z roku 2024, ale we wcześniejszym.
Czy tylko taka jest możliwa ścieżka „rozwoju” czasopisma naukowego spoza obszaru nauk humanistycznych, wydawanego w Polsce? Jak obserwuję inne czasopisma krajowe angielskojęzyczne, zauważam przede wszystkim, że publikują mało artykułów (70% czasopism drukuje od 20 do 100 artykułów rocznie), więc automatycznie są mało widoczne na forum międzynarodowym. Sama obecność w bazie Clarivate lub Scopus nie gwarantuje poczytności. Wskaźniki cytowań wyznacza się jako iloraz, więc przy małym mianowniku niewielki licznik wystarczy do uzyskania mierzalnego wyniku. Mimo to, wskaźniki cytowań czasopism wydawanych w Polsce, również tych wydawanych przez PAN, w zdecydowanej większości lokują się najwyżej w Q4 lub Q3 wg JCR, a w Q1 coś około 5-8%. Takie pozycjonowanie nie zmienia się od lat i mam wrażenie, że to już kres możliwości krajowych czasopism naukowych.
Czy to odpowiada naszym ambicjom? Dokąd zmierzacie krajowi wydawcy/redakcje czasopism naukowych? Czy tylko sztucznie zawyżoną punktacją ministerialną (o ile w ogóle ma sens) chcecie przyciągnąć wybitnych autorów do publikowania na własnym forum?
"Nie rozumiem, dlaczego publikowanie prac naukowych miałoby się odbywać w dwóch językach." - dlatego, że pozbawienie się publikacji naukowych w języku ojczystym to "murzyńskość" w formie czystej. A jeżeli ma Pan wątpliwości to proszę zerknąć na nieuświadomionych Niemców z takim choćby "Praktische Metallographie". Przemysł krajowy czyta w języku krajowym i najwyższy czas wyjść z wprasowywanego nam od lat kultu cargo.
@StaryZgred2012
Obejrzałem to pismo ("Praktische Metallographie"), które Pan sugeruje. W ostatnich 4 numerach tego pisma nie ma ani jednego artykułu po niemiecku, wszystkie są po angielsku. Wszystkie. Czy może Pan to skomentować?
Powtarzałem to tutaj wiele razy, ale widzę, że muszę dalej powtarzać:
Publikacje naukowe, prezentujące wyniki badań, powinny być publikowane tylko po angielsku. W KAŻDEJ dziedzinie, bez wyjątków.
Wszystkie inne publikacje, na przykład popularyzatorskie, doradcze, niosące przekaz społeczny czy też polityczny, praktyczne zastosowania dla społeczeństwa, również specjalistyczne zawodowe, powinny być publikowane po polsku.
"Powtarzałem to tutaj wiele razy, ale widzę, że muszę dalej powtarzać..."
Jeśli wierzyć Sinclairowi ("It is difficult to get a man to understand something, when his salary depends on his not understanding it"), to powtarzanie może nic nie dać :).
Proszę przekonać ministerstwo, że czasopismo, w którym publikujemy często ma jakieś znaczenie, ale dużo ważniejsze jest to, co publikujemy. Czyli ostatecznie chodzi o tresc, zawartość pracy, a nie o to, gdzie ona wyszła. Mnie się już wydawało, że jestem blisko, ale w sumie nie osiągnąłem sukcesu.
@Profesor PAN
Są publikacje na arXiv albo w innych miejscach, które są naprawdę ważne w nauce. No ministerstwa to ja raczej nie przekonam, moje komentarze tutaj to tylko small potatoes…
Natomiast warto zwrócić uwagę na to, że ewaluacja przez ekspertów na takie rzeczy spokojnie mogłaby zwrócić uwagę i uwzględnić to w ocenie. Dlaczego? Bo eksperci to ludzie, którzy potrafią myśleć i uwzględnić kontekst, spojrzeć na dane miejsce/instytucję szerzej, nie tylko biorąc pod uwagę oderwane od rzeczywistości listy czasopism, czy też suche IFs. Tylko w przypadku Polski to MUSZĄ być eksperci spoza Polski.
Dawno temu na podstawie propozycji kolegi (spoza Polski) dot. odchodzenia od konsorcjów zaproponowałem taki model, żeby (w skrócie) publikować wszystko w repozytoriach, a nastepnie zamawiać recenzje tak jak firmy zamawiają audyt zewnętrzny. Takie rozwiązanie przeniosłoby prestiż z czasopism na instytucje certyfikujące. Oczywiście jest dużo problemów, a największy to osiągnięcie masy krytycznej (coś jak zmiana ruchu lewostronnego na prawostronny), ale o ile na początku myślałem, że w praktyce jest to niemożliwe, o tyle teraz sądzę, że jest to w dłuższej perspektywie możliwe a może konieczne.
Pomysł zdawałoby się oczywisty ale za dużo pieniędzy jest zaangażowanych, by do jego realizacji nie doszło.
PS: zmiana zacznie się, jak duzi gracze odepną finansowanie od płatnych publikacji. Np. UE powie 'w tym i tym konkursie ocena dorobku publikacyjnego może bazować wyłącznie na publikacjach diamond OA'. Krok drastyczny, ale coraz bardziej nieuchronny.
Poza tym koncerny już się mocno nachapały i nie mówię tu o samych pieniądzach, tylko zgromadzonym kapitale w formie praw do milionów tekstów - teraz mogą z tego generować przychód.
@Sławomir Wacewicz
Musze się przyznać, że ja nie mam pomysłu, co z tym zrobić. Bo problem obecnego systemu publikowania jest olbrzymi i to nie tylko finansowy. Ale to wszystko tak dalece zabrnęło w ten ślepy zaułek, że teraz bardzo ciężko będzie z niego wyjechać….
Są pisma, które próbują zmienić zasady nawet w obecnym systemie (np. eLife), ale to jest naprawdę bardzo trudne. Myślę, że ktoś duży, ktoś ważny, musi zrobić pierwszy krok. Rewolucyjny krok, na przykład taki, jaki Pan sugeruje.
Może dodam jeszcze, że w ciągu tych 5 lat system publikowania będzie musiał ulec diametralnej zmianie. Jeśli to nastąpi, to opracowywany obecnie system ewaluacji będzie całkowicie nieprzydatny. Jeśli nie nastąpi, to nauka przestanie istnieć zalana komercyjnym chłamem i wypocinami AI.
"Nowa" ewaluacja zabetonuje neoliberalizm na następne 5 lat.
No to może jeśli już te punkty musimy liczyć, to liczmy IF czasopisma (widoczność światowa) X liczba cytowań (widoczność i przydatność rzeczywista) + 10pkt za publikowanie w polskich czasopismach naukowych bez recenzji, która moim zdaniem także nie ma dziś większego sensu. Dodałbym tylko umieszczanie publikacji i opracowań naukowych na stronach internetowych macierzystych jednostek naukowych z numerami DOI jak to robią instytucje UE.
Kolejny bibliometrysta. Proponuję zmienić paradygmat - nie w czym jest publikowany wynik badania, tylko co jest publikowane i jaki jest tego wkład w rozwój społeczny i gospodarczy.
Kolejne jęki Pana Humanisty.
Wiesz, Panie Humanisto, dlaczego humaniści z Polski nie publikują na świecie? Bo w większości nie mają właśnie wiele do powiedzenia (czyli mierna jakość), a ci, którzy może by mieli, nie potrafią pisać tekstów tak, aby dotyczyły konkretnego zagadnienia. Zamiast tego, przyzwyczajeni do akceptowania w Polsce wszystkiego jak leci (vide: "nawet koszy na śmieci nie potrzebują") tworzą poematy dygresyjne, które są odrzucane na etapie przed recenzyjnym (tzw. desk rejection). A świat naukowy, Panie Humanisto, bazuje na starej zasadzie: publish or perish.
I tutaj dochodzimy do sedna: zdaje się, że właśnie to do humanistów dociera, stąd postulaty o tworzeniu "polskiego wydawcy", lub co najmniej wsparcia "polskich czasopism" (teraz dwujęzycznych (sic!)). Przewiduję jednak, że jak zawsze na czczej gadaninie się skończy. Dlaczego? Bo humaniści jedynie udają.
Jako nie-humanista skwituję tak: ciekawa teza, taka pozbawiona jakichkolwiek podstaw i elementarnej logiki. Bo skoro humaniści NIE publikują na świecie, to przecież nie załapią się do THE University Ranking (kategorie research quality, research environment), prawda? Tymczasem w Life Sciences nie ma żadnej uczelni z PL w top 500, w Engineering w top 600, a w medycznych i fizyce jest dokładnie jeden reprezentant w przedziale 400-500. W informatyce jedna jaskółka - reszta powyżej 600. Za to w humanistyce w top 500 są cztery uczelnie. W tym jedna 151-175 i jedna 251-300. Prawo, które ma profil publikacyjny humanistyki (mimo bycia nauką społeczną) liczniej i lepiej, dobija do 125-150. Społeczne (którym odmawianie umiędzynarodowienia to już w ogóle skraj ignorancji) też stoją lepiej niż ścisłe i medyczne, od psychologii począwszy...
Od ponad 20 lat tak samo odpowiadam na właśnie to pytanie:
1. gdyż to _nie jest_ ranking publikacyjny i bazuje na wielu kryteriach,
2. część z tych kryteriów jest absurdalna.
Ale oczywiście: nauka w Polsce jest w ogonie, a nie w czołówce i to efekt zaniechań od dziesięcioleci. Dlatego zamiast w humanistykę należy zacząć inwestować w naukę, choć - inaczej niż niektórzy koledzy - nie uważam, że dosypanie pieniędzy magicznie odmieni sytuację w Polsce. Dlaczego? Bo źródeł problemów jest więcej i brak pieniędzy jest tylko jednym z nich. Najgorsza jest mentalność oraz brak wzorców (co jest przejawem pamięci procesu), ale od czegoś trzeba zacząć.
Czyli bez zman feudalizm w stanie stabilnym. Poprawnosc dotyczy tylko jezyka polskiego. Nauka oddjechala daleko ja to tu pisza na zachodzie. Artykuliki o powracajacych naukowcach jaki to potencjal. Potencjal to jesli Szwajcar, Niemiec chcialby przyjechac do nas pracowac w tzw nauce. Atrakcyjni jestesmy dla Azji i Bliskiego Wschodu. Wyjatki cos tworza. Kolejna ewaluacja to kolejny gniot.
Niestety taka jest prawda. Np. przyjechał taki Sebastian Glatt, dostał ERC, puścił parę Nature, otrzymał nagrodę FNP i niestety wyjechał (z powodów rodzinnych). Wszystko to z biegu, jakby było najnormalniejszą rzeczą na świecie (bo jest!). Dlaczego nam nie wychodzi?
@Kkk
Jest całkowicie normalne, że ludzie przyjeżdżają i wyjeżdżają. W normalnych miejscach rotacja naukowców w danej jednostce zawsze istnieje. Są ludzie z zagranicy, którzy się pojawiają i później znikają, zastępują ich nowi z tego, czy innego kraju.
Problem polega właśnie na tym, o czym pisze @Mgr., aby naukowcy z całego świata, włączając takie kraje jak na przykład Dania, Niemcy czy Hiszpania, brali pod uwagę pracę w Polsce jako coś naturalnego, tak jak biorą pod uwagę prace w Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy Szwajcarii. I nie chodzi mi tutaj o pojedyncze przypadki, bo takie istnieją, tylko o tak zwany standard.
Czyli artykuł był zbyt trudny aby go poprawnie streścić?
W rzeczy samej.
Dziękuję za ten tekst. Z wiekszością rzeczy się zgadzam, także z krytyką podejścia 'neoliberalnego' (do którego mi zdecydowanie bliżej, niż do 'lokalnego'). Natomiast nie zgadzam się z:
1) "Wspieranie polskich czasopism, także poprzez przyznanie odpowiedniej liczby punktów na ministerialnej liście, służy budowie tej renomy."
2) "Stąd MNiSW powinno (w humanistyce i naukach społecznych) wspomagać powstawanie lokalnych „marek”, żeby były rozpoznawalne globalnie. Najlepiej poprzez tworzenie i wspieranie pism anglojęzycznych, dwujęzycznych, finansowanie porządnego procesu administrowania nimi."
1) Wspieranie polskich czasopism przez przyznanie punktów podniesie ich prestiż w Polsce, a na świecie nie będzie miało żadnego znaczenia, nawet jak pismu damy milion punktów. Emanuel Kulczycki już bardzo dawno temu pisał o rublach transferowych; inną metaforą jest promowanie polskiego sportu poprzez przyznanie obiecujacym sportowcom złotych medali i udawanie, że są warte tyle co złoto olimpijskie.
2) Wszystkie propozycje specjalnego traktowania HSów wyrządzają im krzywdę, ponieważ robią z HSów "obszar specjalnej troski". Propozycja zrobienia dobrych pism, żeby prestiż nie migrował za granicę, jest słuszna, tylko trudna w praktyce, bo trzeba zbudować markę pisma jako miejsca, gdzie są publikowane najlepsze badania. Samo zrobienie wersji dwujęzycznej pisma nie sprawi, że to pismo wygra konkurencję o to, gdzie badacze zechcą opublikować najbardziej przełomowe badania. Wobec postępów w tłumaczeniu maszynowym kwestia językowa wkrótce powinna być zupełnie marginalna i to bardzo dobrze, bo jakość zostanie odpięta od języka.
Nie zgadzam się z twierdzeniem, że dodawanie punktów polskim czasopismom wspiera je tylko w Polsce. To jest myślenie krótkowzroczne, a potrzebne jest strategiczne. Im więcej punktów w Polsce, tym więcej autorów, tym więcej lepszych artykulów, tym większa widoczność czasopisma w Polsce i za granicą. Jednak warunkiem jest dwujęzyczność lub angielski. Często najlepsze są rozwiązania hybrydowe, a nie miotanie się od ściany do ściany.
@Ola
„Dodawanie punktów polskim czasopismom wspiera je tylko w Polsce” dlatego, że polski język istnieje tylko w Polsce. Publikowanie naukowe po polsku, po rosyjsku czy też w języku mandinka nie ma absolutnie żadnego sensu, niezależnie od tego, jak bardzo te wszystkie języki są ważne lokalnie do porozumiewania się na co dzień.
Publikowanie po polsku całkowicie wyklucza polskich naukowców ze środowiska nauki międzynarodowej. Zaś postulat, aby pisma były dwujęzyczne uwłacza naukowcom polskim, ponieważ sugeruje, że polscy naukowcy nie umieją po angielsku i naukowe teksty w ich własnej dziedzinie nauki muszą być dla nich tłumaczone.
Myślę, że Pana ocena nie jest przemyślana, chodzi o polskie czasopisma, w których publikuje się teksty po polsku i angielsku, ale to są różne teksty, to jest autorów z Polski i z zagranicy, albo z Polski, ale po angielsku (nie chodzi i tlumaczenie tekstów). Takich czasopism jest calem sporo, ale w Polsce są 'niedopunktowane' i trudno im się przebić.
@Ola
Rozumiem. Dziękuje za doprecyzowanie.
Z tych 2 rozwiązań, które Pani podaje, „Jednak warunkiem jest dwujęzyczność lub angielski”, zdecydowanie bardziej podoba mi się to drugie. Ciągle nie rozumiem, dlaczego jest to tak strasznie trudne, aby opisać po angielsku to, nad czym się pracuje.
Prawdę mówiąc mnie osobiście nie interesuje geografia posiadania i lokalizacji danego pisma. Ono może być wydawane w dowolnym miejscu na naszej planecie, liczy się tematyka oraz jak dobrze to pismo jest znane (uznane) w danej dziedzinie wiedzy. Najważniejsze jest, aby artykuły były po angielsku, tylko wtedy jest szansa na to, że dana praca zostanie zauważona przez naukowców poza Polską.
Tak więc krajowa inwestycja w pisma naukowe (podkreślam: naukowe), które miałyby być wydawane w Polsce, według mnie ma sens tylko wtedy, jeśli jest szansa na to, ze dany tytuł zostanie zauważony międzynarodowo.
Kolejny bibliometrysta
"Kolejny bibliometrysta"
zaciekawił mnie ten komentarz, bo w mojej wypowiedzi nie było właściwie nic związanego z bibliometrią.
Pragnę przypomnieć, że ewaluacja nauki dokonywana była zawsze w sposób jednoznaczny i często bolesny, nawet jeśli nie nazywała się ewaluacją. Każda jednostka naukowa co roku dostawała pewną ilość punktów i punkty te stanowiły podstawę jej istnienia. Zwały się te punkty złotówkami, zwą się tak do tej pory. Więc chyba lepiej, że środki te będą przydzielane w oparciu o w miarę obiektywne kryteria a nie widzimisie ministra?
Wg mnie, nie czegoś takiego jak obiektywne kryteria. Podam przykład. Załóżmy, że małżeństwo ma trochę gotówki i postanowiło kupić jakiś mebel/meble. Pan domu chce kanapę do salonu, a pani domu krzesła ogrodowe. Na oba zakupy nie ma pieniędzy. Małżeństwo decyduje się kupić krzesła ogrodowe. Na tym etapie zadnie faktycznie można zoptymalizować, tzn. wybrać stosunkowo najwygodniejsze/najtrwalsze krzesła przy najniższej cenie. Ale wcześniejsza decyzja o pominięciu kanapy nie miała charakteru obiektywnej decyzji, było to pewnego rodzaju widzimisię tej czy innej osoby oraz rywalizacja, kto potrafi lepiej zadbać o realizacji swoich pomysłów.
Ja przede wszystkim nie uważam, że w ramach ewaluacji wyłania się najlepszych. Najlepsi są wskazywani palcem (i odbywa się to na etapie doboru ekspertów). A rywalizacja odbywa się tylko pomiędzy ośrodkami o małej sile przebicia.
Nie, wcześniejsza decyzja to nie "widzimisię", tylko prosty efekt optymalizacji, czyli wyboru w ramach ograniczonych zasobów (tutaj finansowych). Słowem: wybór z bezwarunkowego stał się warunkowy wedle określonych kryteriów - subiektywnych, a jakże.
Sporo o tym pisali Leonid Kantorowicz i George Dantzig.
Jeśli cena kanapy i kompletu krzeseł jest taka sama (lub zbliżona), to nie ma tutaj żadnej optymalizacji. Jest tylko widzimisię, gdyż użyteczności kanapy i krzeseł ogrodowych nie da się porównać. Mam wrażenie, że @MB nie zrozumiał przykładu, ale skądinąd wiem, że matematyka nie dla wszystkich jest do ogarnięcia.
Ależ skąd, decyduje właśnie użyteczność, a cena jest jedynie regulatorem. Oczywiście ta użyteczność jest subiektywistyczna, stąd jeden wybierze kanapę, inny krzesła, a jeszcze inny w ogóle. (Można to nazwać "widzimisię", choć na ogól to świadomy [i racjonalny] wybór.)
O tym wszystkim ponad 100 lat temu pisał Kantorowicz, czego ZM nie przeczytał. Przypuszczam, że dlatego, iż prace Kantorowicza to dosyć ciężka (jak na tamte czasy) matematyka.
Pozostanę przy swojej opinii, że zrozumienie matematyki jest w ogólności za trudne dla @MB.
A to dobre... I odważne jak na kogoś, kto nie rozumie Kantorowicza, czyli nauki sprzed 100 lat. Ehh....
Podesłałbym coś łatwiejszego, ale chyba szkoda czasu. Tak czy inaczej: "math is not about squares it's about triangles". (Ale tego ZM pewnie też nie zrozumie.)
Zarówno krzesła ogrodowe, jak i kanapę można uznać za potrzeby. Różne, ale potrzeby.
Gdyby z nauka była w Polsce potrzebna nie byłoby się czym przejmować, jednego roku byłaby kanapa, a w następnym krzesła ogrodowe albo odwrotnie. Ktoś by poczekał rok, może dwa.
Sęk w tym, że oceniani jesteśmy od lat nie za spełnianie potrzeb podatników, tylko za fajne publikacje, których oni raczej nie potrzebują. Te punktotwórcze publikacje to nasze zachcianki. To jak wybór między naszyjnikiem z różowych pereł, a krawatem ze złotą nitką.
U schyłku realnego socjalizmu pewien zacny, wesoły człowiek uczył mnie ekonomii politycznej i pewnego razu rzekł, że chętnie wspierałby socjalizm, gdyby tylko ktoś wytłumaczył jego żonie jaka jest różnica między potrzebą, a zachcianką.
Mamy wśród naszych naukowców licznych konstytucjonalistów, a tymczasem nasza konstytucja to bełkot.
Żadnej naukowej propozycji?
Mamy liczne wydziały prawa i administracji, a ustawy jakie są, każdy widzi.
Widział ktoś polską myszkę do komputera?
I można by tak wymieniać bez końca.
Krzyczałbym o podniesienie wydatków na naukę do 2,4 % PKB, ale za spełnianie potrzeb, a nie tylko zachcianek.
Zgadzam się z Panem z tą analizą. Tylko na razie nic się nie zmieni. Kraj rozwija się całkiem nieźle, ale środowisko akademickie to oaza PRLu. Oczywiście bez rodzimej nauki nigdy nie osiągniemy poziomu USA, czy Niemiec, ale konsekwentne zmniejszanie dystansu przez następne 20lat jest możliwe (podkreślę, że bez rodzimej nauki). I paradoksalnie, to jest bardzo zła perspektywa.
Jeśli świadoma sytuacji część środowiska naukowego nie weźmie się za twarde rzeczowe negocjacje z rządem, istotnie nic się nie zmieni.
Uczelnie są skansenem PRL-u ale to w wyniku niekonsekwentnych działań kolejnych rządów po roku 1989. PRL to mamy nadal w ochronie zdrowia, policji, wojsku i administracji. Chyba przede wszystkim w administracji, a uczelnie pozostają pod jej ciężkim i coraz cięższym butem. Niedługo nauczyciele akademiccy będą musieli pisać pisali wielostronicowe raporty samooceny co kwartał, a co tydzień będą otrzymywali oceny i zaliczenia od studentów, którzy niezależnie od postępów w nauce będą musieli ukończyć studia, najlepiej z wyróżnieniem. Jeśli nie - uczelnia straci subwencję. O rety!
Na jednego nauczyciela akademickiego (wliczając doktorantów) przypada średnio 14 studentów, a w szkole średniej i podstawowej - 6 uczniów. To znaczy, że w sprawiedliwym systemie powinni zarabiać ponad dwa razy więcej niż nauczyciele w szkołach, nie wliczając pracy naukowej - jedynej, za którą ocenia ich tzw. ministerstwo swoimi dziwnymi punktami.
Kiedy tylko dobrze się zastanowimy nad tym co się w Polsce od PRL zmieniło, niechybnie dochodzimy do wniosku, że bardzo, bardzo niewiele, a ludzie jeszcze jakoś sobie radzą.
Nauka to nie sklep ogrodniczy, przykład absurdalny
Nieco dziwny jest wpis Ireneusza, zwłaszcza, że ja pisałem o sklepie meblowym. Ludzie wiedzą swoje i już - niech tak będzie.
ROTFL
Nie ma absolutnie obiektywych kryteriów ale są kryteria absolutnie nieobiektywne takie jak widzimisie ministra. A te bardziej i mniej obiektywne decyzje muszą zostać przełożone na bardzo obiektywne i konkretne kwoty finansowania. To jest ocena wyrażona jak najbardziej w punktach i co gorzej - jedynych puktach, które mają jakieś znaczenie.
„Liczbę punktów”, profesorze, nie „ilość”…
Panie Gramatyku
myli się Pan.
https://kulturystykajezyka.wordpress.com/2016/02/29/ilosc-i-liczba/
Czy wszystkie rozmowy prowadzi pan na tym poziomie? Ech, ci szkolni poprawiacze...
Uwaga Gramatyka jest uzasadniona. Punkt to rzeczownik policzalny. Wszak to forum akademickie, a nie redakcja sportowa TVP (ukłony dla prowadzących wczorajszą rywalizację łyżwiarstwa figurowego i skoków narciarskich którzy podawali "ilość" punktów)
Uwaga Pana Gramatyka
to tylko przykład preksryptywistycznej obsesji w języku
https://kulturystykajezyka.wordpress.com/2016/02/29/ilosc-i-liczba/
A ja uważam, że uwaga Gramatyka jest jak najbardziej na miejscu. Walczę z tym u swoich studentów (szczególnie w pracach dyplomowych) od 25 lat. I prof. dr hab. ZS. ma całkowitą rację. Proszę posłuchać prof. Miodka.
https://tiny.pl/r4t39mysh
W angielskim to rozróżnienie jest bardziej wyraźne. O "number" pytamy "how many", o "amount" pytamy "how much". W języku polskim też kiedyś funkcjonowały 2 pytania - "jak dużo" i "jak wiele", choć w obu przypadkach możemy też zapytać "ile".
I nie uważam tego za "obsesję w języku". A w Stanach nauczono mnie, że w nauce ważne są dwie rzeczy - commitment to excellence and attention to detail.
1. Co ma język angielski do dyskusji o języku polskim
2. argumentum ad Miodkum - nie tylko ten jeden "Pan od języka polskiego istnieje"
3. To dziwnie Pana nauczyli w USA "attention to detail", jeżeli nie zauważył Pan o jakim języku dyskutujemy oraz nie spojrzał Pan jakie argumenty są w linkowanym tekście - załączę go powtórnie https://kulturystykajezyka.wordpress.com/2016/02/29/ilosc-i-liczba/
Owszem, przeczytałem "linkowany" tekst (czy to aby na pewno język polski?) i się z nim nie zgadzam. Podzielam opinię prof. Miodka. Mogę?
Jak długo z szacunkiem do usłyszanych argumentów - może pan. Tak porządnie naukowo to byłoby oczywiście rozprawić się z nimi po kolei zaczynając np. od stwierdzenia, że Kraszewski, Sienkiewicz, Prus i Żeromski źle pisali po polsku a w Wielkim słowniku poprawnej polszczyzny PWN są bzdury. Zaczyna pan?
Chwilowo ma trochę ważniejsze rzeczy niż dysputy językowe.
Miał pan czas na zaczepkę, nie ma czasu na obronę swych poglądów. No cóż...
Dokładnie. Najgorzej, kiedy generał ma mentalność sierżanta, a profesor mentalość nauczyciela ze szkoły specjalnej.
Pomysł, że ilość dotyczy tylko rzeczy niepoliczalnych, to wynalazek językoznawców, którzy nagle zaczęli chcieć rządzić językiem, kiedy ich funkcją jest jedynie go opisywać. Lud od zawsze mówił o ilości ludzi i samochodów nie przejmując się Doroszewskimi i Miodkami.
Językiem rządzą jedynie lud, poeci i dzieci. Nie urzędnicy, nawet z tytułem profesora.
Nie widzę niczego nagannego w dążeniu do stosowania precyzyjnego języka.
Co jest nieprecyzyjnego w określeniu "ilość ludzi"?
Ten lud (a przynajmniej znaczna jego część) od zawsze mówił też, że Ziemia jest płaska i powstała 6000 lat temu, ewolucja to wymysł chorych naukowców, a szczepionki szkodzą. Niektóre z tych poglądów głosi nawet pewien prezydent i ważni członkowie jego rządu.
To może/morze i ortografia jest Panu obca? W końcu, co za różnica/rusznica?
Nad ortografią lud ma najmniejszą władzę, bo ortografii uczą w szkole, gdzie pani może postawić pałkę, a pani słucha profesorów. Ale i tak profesorowie nie uratowali Jakóba przed transformacją w Jakuba.
A o znaczeniu słów profesorowie mogą sobie pobimbać, skromny przestał być niewielkim, przytomny obecnym, określenie kobieta przestało być pejoratywne, godzinami można wymieniać. Rozróżnienia liczby i ilości też nie obronią, zwłaszcza, że żywi profesorowie skapitulowali i w okopie Świętej Trójcy pozostały tylko zwłoki prof. Doroszewskiego.
Cyt." Ale i tak profesorowie nie uratowali Jakóba przed transformacją w Jakuba."
Inna sprawa, czy "jakubian" tej transformacji się zeruje, czy nie... ;=)