Nieczęsto się zdarza, by osoba bez stopnia naukowego sięgnęła po grant OPUS. Jeszcze rzadziej – by zajęła jedno z dwóch najwyższych miejsc na liście rankingowej. Przez najbliższe trzy lata mgr Natalia Matiaszczyk z Uniwersytetu Łódzkiego będzie porównywać politykę historyczną, jaką prowadzą miasta w Europie i Azji.
Wtedy tak jeszcze tego nie nazywano, ale współcześnie byśmy powiedzieli, że to klasyczna miejska dyplomacja. Pół wieku temu Brema i Gdańsk zawarły porozumienie o współpracy i przyjaźni. Wydarzenie nie miało wówczas precedensu – partnerskie relacje nawiązywały w końcu nie tylko ośrodki z przeciwnych stron żelaznej kurtyny, ale też z państw, które w nie tak jeszcze odległej przeszłości były dla siebie wojennymi wrogami. Zadzierzgnięte w 1976 roku więzi utrzymują się do dziś, a ich symbolem jest choćby stojące u zachodnich sąsiadów stalowe drzewo o dwóch konarach.
Nie znaczy to jednak, że w imię licznych, podejmowanych od tamtego czasu wspólnych inicjatyw kulturalnych, społecznych czy akademickich, w niepamięć odeszły wojenne wspomnienia. Są wciąż żywe i nadal budzą emocje, czego najlepszym dowodem wystawa „Nasi chłopcy”, którą do niedawna można było oglądać w Ratuszu Głównego Miasta w Gdańsku. Ekspozycja opowiadała o liczonych w tysiącach mieszkańcach Pomorza, których najczęściej pod przymusem wcielano do armii III Rzeszy. „Ich losy pokazują, jak odmienne były indywidualne doświadczenia związane ze służbą w niemieckich formacjach wojskowych. Łączy ich jednak wspólna powojenna rzeczywistość – fakt, że przez dekady pozostawali na marginesie oficjalnej narracji historycznej” – można było przeczytać w opisie wystawy. Jej otwarciu, w lipcu ubiegłego roku, towarzyszyły protesty, mówiono o zakłamywaniu i relatywizowaniu historii, szkodzeniu pamięci, wskazywano, że to prowokacja.
To dowód, jak historia opowiadana z perspektywy Warszawy dla mieszkańców Podlasia, Kaszub czy Dolnego Śląska może mieć zupełnie inny wymiar. I choć w podręcznikach szkolnych poznajemy odgórną, jednolitą narrację, to lokalna pamięć jest równie mocno zakorzeniona. Z kolizji tych obu wzięły się kontrowersje dotyczące wystawy „Nasi chłopcy”, która pokazała, że w różnych częściach Polski obrazy II wojny światowej mogą być całkowicie inne niż uproszczona, państwowa opowieść – przekonuje mgr Natalia Matiaszczyk, doktorantka Uniwersytetu Łódzkiego.
„Rozjazd” między narodową wersją historii a lokalnymi wspomnieniami nie jest zresztą jedynie polską specyfiką. Niewielkie, jak na południowokoreańskie warunki, 250-tysięczne miasto Gunsan jest tego przykładem. Podobnie jak cały kraj w latach 1910–1945 znajdowało się pod japońską okupacją. Był to okres brutalnego terroru, wyzysku i polityki wynaradawiania w postaci np. zakazu używania języka koreańskiego. Wydawać by się zatem mogło, że to czarna karta również w historii miasta. Tymczasem pod japońską okupacją przeżywało intensywny rozwój gospodarczy, stając się z małej wioski kluczowym portem morskim na Półwyspie Koreańskim. To właśnie stąd, z regionu obfitującego w żyzne tereny, najeźdźcy wywozili masowo ryż do Japonii.
Tamtejsza pamięć o okupacji nie wpisuje się więc w państwową narrację. Nie skupia się na japońskich zbrodniach, ani na koreańskim bohaterstwie czy zaangażowaniu w walkę o narodowe wyzwolenie. Dlatego jest marginalizowana i nie przebija się do szerszego audytorium. Za to nostalgia za przeszłością jest bardzo widoczna w przestrzeni publicznej – wskazuje Matiaszczyk.
Dziś Gunsan znane jest z największej liczby zachowanych budynków z epoki kolonialnej. Znajduje się tam m.in. jedyna w Korei buddyjska świątynia w stylu japońskim. Symbolem burzliwej historii miasta jest jednak Muzeum Architektury, w które przekształcono dawny budynek banku. Prezentowane są w nim makiety i wystawy dotyczące architektury z okresu japońskiej dominacji oraz ekonomicznego wyzysku regionu przez sąsiada.
Pierwszy krok do zrozumienia
Polityka historyczna jest dość popularnym tematem badawczym, ale dominuje w niej spojrzenie państwocentryczne. To państwo uznaje się bowiem za kluczowego, a w każdym razie najbardziej istotnego aktora na arenie międzynarodowej. Do głównego nurtu akademickiego zaczyna się jednak powoli przebijać inne podejście, uwzględniające na pierwszym planie perspektywę samorządową. Jak tłumaczą naukowcy promujący tę koncepcję, to miasta są przecież najbliżej lokalnych społeczności, to właśnie na tym poziomie ludzie najczęściej stykają się z przeszłością i tam lepiej od władz państwowych rozumie się miejscowe uwarunkowania historyczne. Co za tym idzie, ośrodki miejskie mogą wyraźniej artykułować pamięć historyczną, nie upraszczając jej tak, jak siłą rzeczy robią to decydenci na szczeblu centralnym.
Dyplomacja miejska jest o wiele mniej widoczna niż tradycyjna, prowadzona przez państwo. To prawda, ale nie musi być to jej słabością. Przecież daje większą swobodę miastom, mogą być one bardziej elastyczne w działaniach, nie są ograniczone normami dyplomatycznymi, ba, nawet nie potrzebują formalnych kontaktów do współpracy – przekonuje N. Matiaszczyk, po czym dodaje: – W efekcie to, co wydaje się nie do zrealizowania na poziomie kraju, dzieje się lokalnie. To właśnie tam, poza centrami wielkiej polityki, skuteczne działania na rzecz pojednania mogą sprawić, że po obu stronach granicy historia zaczyna być postrzegana inaczej niż dotąd, co stanowi pierwszy krok do wzajemnego zrozumienia.
Prowadzone przez nią badania wpisują się w obserwowany od jakiegoś czasu wzrost zainteresowania pamięcią i jej wpływem na funkcjonowanie społeczeństw, polityki i relacji międzynarodowych. Zdaniem doktorantki UŁ, sprzyja temu nie tylko łatwy dostęp do źródeł, ale i upływ czasu – o wydarzeniach sprzed kilku dekad, paradoksalnie, łatwiej jest mówić teraz niż jeszcze pół wieku temu. Jak mówiła niedawno na naszych łamach dr hab. Joanna Wawrzyniak z Centrum Badań nad Pamięcią Społeczną Uniwersytetu Warszawskiego, coraz większe znaczenie odgrywa obecnie zjawisko, które nazywa się aktywizmem pamięci. W jej opinii, odwołania do przeszłości stają się narzędziem obywatelskiej mobilizacji i sporów o znaczenie historii tu i teraz.
Jest to widoczne w ruchach ludności rdzennej w różnych częściach świata, w Australii, Kanadzie, ale też wśród społeczeństw z państw, które były koloniami europejskimi w Afryce, Ameryce Południowej bądź w Azji. Służy to do legitymizowania działań politycznych, umacniania pozycji konkretnych polityków, ale też podnoszenia świadomości na temat mało znanych faktów z przeszłości, które po prostu kiedyś były wymazywane, a teraz tę pamięć próbuje się przywracać – dodaje Natalia Matiaszczyk.
Jej zdaniem podobieństwa czy różnice między niemiecką okupacją w Europie czy japońską w Azji mają mniejsze znaczenie niż to, w jaki sposób dokonuje się po wojnie prób normalizacji relacji między najeźdźcami a dawnymi ofiarami. W jakich warunkach miasta mogą pełnić rolę aktorów pojednania oraz jakie czynniki zwiększają lub ograniczają ich zdolność do odegrania takiej roli? Szukając odpowiedzi na to pytanie, badaczka zdecydowała się porównać obie te perspektywy – europejską i azjatycką – i sprawdzić, jakie mechanizmy na poziomie lokalnym zadziałały tu, a jakie tam.
W przypadku polskich miast spora ich część deklaruje poprawę relacji z niemieckimi miastami partnerskimi. Podejmują próby pojednania, rozmawiania o trudnej historii po to, by móc wzajemnie zrozumieć siebie. W Korei na tego typu działania wskazywały jedynie dwa ośrodki spośród ponad osiemdziesięciu. Chcę się dowiedzieć, czy pojednanie i pokonywanie niełatwej przeszłości wynika tylko z europejskiej specyfiki, czy też stoją za tym jakieś inne kwestie – zapowiada.
Bezpieczna pamięć
Półwyspem Koreańskim interesuje się już od dawna. W pracy magisterskiej analizowała stosunki polsko-północnokoreańskie po 1989 roku pod kątem relacji politycznych i gospodarczych. Również licencjat dotyczył tamtego regionu. W pewnym momencie zdała sobie sprawę z deficytu badań poświęconych lokalnej polityce historycznej Korei. Było to dla niej o tyle zaskakujące, że czytając np. wypowiedzi burmistrzów konkretnych miast zauważyła, iż pamięć o zdarzeniach z przeszłości mocno się rozmija z obrazem kreowanym przez polityką centralną. Zaciekawiło ją, jak to funkcjonuje.
W poprzednim projekcie (PRELUDIUM) badała lokalny wymiar południowokoreańskiej polityki historycznej wobec Japonii. Teraz, już w grancie OPUS, spojrzy szerzej i porówna państwa dawniej okupowane przez nazistowskie Niemcy i Japonię. Będzie analizować miasta powyżej 250 tys. mieszkańców, bo to właśnie tej wielkości ośrodki prowadzą najaktywniejszą politykę historyczną. Badania ankietowe obejmą około 400 miast w trzydziestu krajach Azji i Europy. Będą to zarówno państwa federalne, jak i unitarne, demokratyczne i niedemokratyczne, zdecentralizowane i silnie scentralizowane, o różnych uwarunkowaniach historycznych. Łączy je jedno – w przeszłości padły ofiarą napaści i pamięć o tym wciąż wpływa na tożsamość narodową, kształtuje debaty polityczne i podsyca napięcia między dawnymi ofiarami a agresorami.
Zapyta m.in. o to, w jaki sposób upamiętniają na poziomie lokalnym, ale też międzynarodowym, w ramach dyplomacji miejskiej, okres japońskiej i niemieckiej okupacji, zbrodnie dokonane przez najeźdźców, własne ruchy niepodległościowe czy oddziały partyzanckie. Chce się dowiedzieć, jakie motywacje nimi kierują. Pozwoli to stworzyć pierwszą na świecie systematyczną bazę danych dotyczącą tego, jak miasta mierzą się z trudną historią. Na bazie odpowiedzi wybierze sześć ośrodków, w których przeprowadzi pogłębione badania terenowe, wywiady z urzędnikami, analizę lokalnych dokumentów i miejsc pamięci.
Spodziewa się, że w tym zestawie znajdą się i miasta, które niemal idealnie powielają politykę historyczną władz centralnych, może czasem jedynie bardziej akcentując ważne dla miejscowych postaci, ale też ośrodki, które w trosce o lokalną pamięć idą w poprzek państwowej narracji. Zapewne różne też będą cele, do jakich miasta zaprzęgają politykę historyczną. Niekiedy może ona służyć wybielaniu niechlubnej przeszłości. Dobrym przykładem jest tu choćby koreańskie Hwaseong niedaleko Seulu, którego cała historyczna tożsamość oparta jest na jednej japońskiej zbrodni z 1919 roku. Pomija się jednak to, że był w nią zaangażowany koreański kolaborant.
Inaczej psułoby to jednostronną, nacjonalistyczną narrację o tym, że Japończycy byli zbrodniarzami, a Koreańczycy ofiarami. Dlatego wymazuje się jego nazwisko z całej opowieści – mówi Matiaszczyk.
Jej głos współbrzmi z wypowiedzią przywoływanej wcześniej dr hab. Joanny Wawrzyniak, która w wywiadzie dla FA posłużyła się pojęciem „bezpieczeństwa pamięciowego”, ukutym przez estońską badaczkę Marię Mälksoo. Definiuje ono świadectwa, interpretacje i fakty, które nie mieszczą się w dominującej narracji i „przypominają o odpowiedzialności lub winie własnej grupy, a więc podważają podstawy wspólnotowej opowieści”. Badaczka z UW zauważyła, że w wielu konfliktach współczesnych – w Izraelu, w Rosji czy na Kaukazie po wojnie o Górski Karabach – działa podobna logika: „wspólnoty pamięci sprawców przemocy skłonne są eksponować własne doświadczenia krzywdy, natomiast świadectwa komplikujące ten obraz – zwłaszcza takie, które wskazują na odpowiedzialność własnej strony – ulegają marginalizacji”.
W odniesieniu do Korei, doktorantka z UŁ zwraca z kolei uwagę, że pamięć jest mocno lokalizowana i stąd tak ważne wydaje się spojrzenie w przeszłość nie z perspektywy Seulu, ale innych miast. Szczególnie dotyczy to ruchów niepodległościowych. Mimo że w znakomitej większości kończyły się niepowodzeniem, w tamtejszej pamięci zakorzeniły się jako symbol walki o przetrwanie narodu, o jego wyzwolenie, poświęcenia za kraj. Bohaterowie tych zrywów są w różny sposób upamiętniani, dzięki czemu nadal „żyją” w lokalnych społecznościach.
Kiedyś wrogowie, dziś partnerzy
Jej projekt jest na wskroś pionierski. Nie znaczy to, że nie prowadzi się badań lokalnych polityk historycznych. Tyle że są to z reguły pojedyncze studia przypadku, np. na temat upamiętniania dyktatury generała Franco w Hiszpanii. Brakuje badań przekrojowych, które dałyby szeroki obraz na to, jak wygląda polityka historyczna i w wymiarze lokalnym, i w międzynarodowym, w ramach dyplomacji miejskiej. Miasta mogą przecież prowadzić swoją politykę nie tylko budując muzea, nadając nazwy ulicom, stawiając pomniki, organizując uroczystości ku pamięci czy uruchamiając programy edukacyjne. Inny wymiar to nawiązywanie relacji z miastami partnerskimi, np. z państw, które były niegdysiejszym agresorem.
W Korei to właśnie miasta zrobiły najwięcej w nagłaśnianiu japońskich zbrodni na tzw. kobietach pocieszycielkach. Kobiety te, a czasem kilkunastoletnie dziewczynki, były wykorzystywane seksualnie przez japońską armię. W efekcie kilka koreańskich miast, przy próbach blokady ze strony Japonii, zbudowało pomniki je upamiętniające w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii, Chinach czy Niemczech. To trwałe miejsca pamięci w tamtych przestrzeniach miejskich – podkreśla Matiaszczyk.
W ocenie badaczki, 3/4 koreańskich miast prowadzi dziś aktywną współpracę z partnerskim ośrodkiem w Japonii. Niektóre świadomie pomijają tematy historyczne, wiedząc, że mogą one zaszkodzić relacjom, i skupiają się na wzajemnych inwestycjach, wymianach gospodarczej czy kulturalnej. Inne z kolei wykorzystują każdą okazję do zaprezentowania swojego stanowiska: wysyłają listy, w których krytykują japońskie działania w kontekście rewizjonizmu historycznego czy w ramach protestu zawieszają czasowo partnerstwo.
Jak jest w Europie? Z danych udostępnionych na stronie Deutschland.de wynika, że 90% spośród przeszło 6,5 tys. prowadzonych przez Niemców partnerstw dotyczy Starego Kontynentu. Nasz kraj znajduje się w czołówce – Związek Miast Polskich podawał pięć lat temu, że istnieje ponad 1000 partnerstw, zarówno formalnych, jak i nieformalnych, między samorządami obu państw. Niemcy to najczęściej wymieniany kierunek międzynarodowej współpracy polskich samorządów. Z kolei z szacunków Rady Gmin i Regionów Europy wynika, że niemal połowa wszystkich polskich miast prowadzi już partnerską współpracę z samorządami niemieckimi.
Realny wpływ na rozwój wiedzy
Wprawdzie konkurs OPUS otwarty jest dla wszystkich badaczy, niezależnie od etapu kariery, ale nieczęsto się zdarza, by po grant sięgnął ktoś bez stopnia naukowego. Jeszcze rzadziej, by zajął tak wysokie miejsce na liście rankingowej.
Nie nastawiałam się zbytnio na to, że mi się powiedzie. Niski współczynnik sukcesu i pozycja doktorantki nie dawały większych nadziei. Z drugiej strony wiedziałam, że dorobek oceniany jest w odniesieniu do danego etapu kariery i tu upatrywałam swojej szansy – wspomina Natalia Matiaszczyk.
Zajęła drugie miejsce, co bardzo ją zaskoczyło. W jej panelu (HS5) złożono 120 wniosków. Eksperci wystawili maksymalną ocenę za jej dotychczasowe osiągnięcia (m.in. pięć samodzielnych artykułów w czasopismach Q1 i Q2, do tego udział w licznych konferencjach), ale docenili też wartość samego projektu.
Cieszę się, że dostrzeżono potencjał w tym temacie, który w moim przekonaniu jest bardzo istotny dla rozwoju badań w politologii, stosunkach międzynarodowych czy studiach o pamięci. Badania o roli samorządów nie tylko w polityce historycznej, ale ogólnie w polityce czy w relacjach międzynarodowych, to wciąż nisza, niektórzy marginalizują je czy wręcz wyśmiewają, podczas gdy wnoszą one niezwykle cenną wiedzę do pełnego obrazu przeszłości – zaznacza doktorantka Uniwersytetu Łódzkiego.
Związana jest z Katedrą Studiów Azjatyckich, a także z zespołem ParadiplomacyLab. Naukowcy kierowani przez dr. hab. Tomasza Kamińskiego badają aktywność międzynarodową miast i regionów, np. ich rolę w polityce zagranicznej. Zajmują się m.in. współpracą transatlantycką między regionami i miastami Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych czy udziałem miast we współpracy na rzecz rozwoju. Matiaszczyk jako jedyna w tym gronie specjalizuje się w polityce historycznej samorządów.
Fascynuje mnie ten temat. Najbliższe lata na pewno poświęcę temu grantowi, ale z tyłu głowy mam już temat polityki historycznej w relacjach miast afrykańskich i europejskich w kontekście kolonializmu. W ogóle uważam, że studia nad pamięcią w odniesieniu do samorządów są jeszcze nie do końca zagospodarowane. Fajnie, że mogę mieć realny wpływ na rozwój tego obszaru wiedzy – podsumowuje doktorantka Uniwersytetu Łódzkiego.
Mariusz Karwowski
Rozumiem, że ktoś ma pasję i zgłebia interesujący go temat, ale zastanwia mnie jaki potencjalny wpływ te badania bedą miały na życie ludzi w Polsce i działanie polskich władz. W mojej opinii ani z oboma Koreami, ani z Japonią nie mamy tak silnych zwiazków, żeby polski podatnik finansował te badania. Przy takim temcie z polskich finansów powinno się opłacić część dotyczącą badań obszaru europejskiego. Obszar Dalekiego Wschodu powinni sfinansować tamtejsi podatnicy lub powinno być to opłacone ze środków prywatnych (badaczki lub jakiegoś przedsiębiorstwa).
@Kontestator
Polscy archeolodzy kopią i badają cywilizacje dawnej Afryki (w Egipcie i Sudanie), na Uniwersytecie Warszawskim są też naukowcy badający Amerykę Prekolumbijską, jej historię, języki i kulturę. Jest tam również Wydział Kultur Azji i Afryki, gdzie pracują na przykład nad językiem tybetańskim.
Czy myśli Pan/i, ze to wszystko należałoby zamknąć?
Proszę się również zastanowić nad obserwacjami i badaniami kosmosu. To jest dopiero daleko… Nikt z nas nie ma szans tam polecieć, a wymiana handlowa z ufoludkami zerowa.
Nie chodzi o to, żeby zamknąć dane jednostki istniejace na uczelnich. Mogą być i prowadzenie pracy dydaktycznej na nich niech się odbywa z finansowaniem z funduszy polskiego ministerstwa. Pytanie polega na tym czy pewne badania (oderwane od polskich realiów, niezwiazane bezposrednio ze strefą zainteresowań państwa polskiego) powinny być finansowane przez polskiego podatnika. Uważam, że nie. Jeśli ktoś chce rozwijać takie pasje, to niech robi to na koszt własny lub innych podmiotów tym zainteresowanych, a nie na koszt polskiego społeczeństwa.
A Pana argument dotyczacy obserwacji kosmosu jest trochę niepoważny - czy tego chcemy czy nie nasza planeta znajduje się w kosmosie i jest to ten sam kosmos zarówno dla Polaka jak i Australijczyka.
@Kontestator
Po pierwsze, większość uczelni nie prowadzi tylko dydaktyki, tylko również badania w danych kierunkach. Chciałby Pan zabronić badań, ale pozwolić rozwijać tylko dydaktykę? Po drugie, przecież dydaktyka też kosztuje, pieniądze ostatecznie pochodzą z tego samego źródła. Po co więc komu w Polsce dydaktyka i nauczanie o języku tybetańskim, albo o literaturze japońskiej lub arabskiej?
Czy odkopywanie kości zwierząt wymarłych, czy to w Polsce, czy na pustyni Gobi, a tym się właśnie zajmuje cala duża gałąź wiedzy zwana paleontologią, jest według Pana ważne dla Polski?
Mój przykład z kosmosem nie jest wcale niepoważny. Czyż odkrywanie i badanie egzoplanet (NB, polscy naukowcy są w tej działce bardzo dobrzy) nie jest przypadkiem (cyt.) „oderwane od polskich realiów i niezwiązane bezpośrednio ze strefą zainteresowań państwa polskiego”? Po co więc badać egzoplanety?
Po pierwsze: nigdzie nie napisałem, że chcialbym zabronić badań. Albo nie umie Pan czytać ze zrozumieniem, albo celowo manipuluje Pan moja wypowiedzią. Napisałem, że finansowanie pewnych badań, które nie mają większego wpływu na polskie społeczeństwo, nie powinno odbywać sie z polskich funduszy publicznych. Jeżeli osoba zainteresowana badaniami znajdzie dla takich tematów badawczych inne finansowanie, to niech prowadzi badania.
Po drugie: finansowanie dydaktyki może odbywać się z polskich funduszy, ponieważ kierunki prowadzi się tak długo jak długo są chetni na nich studiować (czyli dopóki jest społeczne zainteresowanie danym kierunkiem). Jak nie ma chetnych, to kierunki się zamyka.
Po trzecie: mam wrażenie, że nie rozumie Pan istoty prouszonego przeze mnie problemu. Jeżeli mamy wydawac środki na badania to lepiej niech będą to badania, z ktoŕych coś bedziemy mieć jako spoleczeństwo. Bo pieniadze publiczne nie są niczyje i jie rosną na drzewach - pochodzą z podatków oplacanych przez całe spoleczeństwo.
A badanie egzoplanet to akurat w dłużej perpektywie może okazac się inwestycją w przyszłość.
@Kkontestator
Proszę Pana, uniwersytety w swojej misji mają uwzględnione badanie świata wokół nas. Czy jest to badanie przyrody na Ziemi, interakcji międzyludzkich czy też badania kosmosu, intencją jest opisanie oraz zrozumienie jak rzeczywistość wokół nas działa. Nie ta rzeczywistość, która jest aktualnie ważna ekonomicznie, tylko cała. Oczywiste jest w obecnym systemie finansowania badań naukowych w Polsce, że wszystkie badania (albo prawie wszystkie) są ostatecznie finansowane z budżetu państwa. Tak samo zresztą dzieje się w innych krajach Europy, Polska nie jest tutaj niczym wyjątkowym.
Jeśli wiec Panu nie podoba się, że takie badania są finansowane z podatków, to znaczy, że nie podoba się Panu nie tylko jak to działa w Polsce, ale również w Europie i w wielu innych krajach, gdzie nauka jest zorganizowana podobnie do Europy (Chiny włączając). Obcięcie funduszy z budżetu na takie badania de facto oznacza ich całkowite wstrzymanie, i to właśnie miałem na myśli pisząc o "zabranianiu".
Jeśli nie można prowadzić badań w tych kierunkach, co przy wstrzymaniu funduszy z budżetu stałoby się faktem, jak Pan sobie wyobraża rozwój wiedzy w tych kierunkach i następnie nauczanie o tym wszystkim studentów w dłuższym okresie czasu? To, co uczelnie w większości prowadzą, to jest tzw. research-led education. Bez części ‘research’ nie ma części ‘education’.
Musze powiedzieć, że jestem zadziwiony, jak często tutaj, na Forum Akademickim, trzeba przypominać jaka jest definicja wyrazu "nauka", którą to nauką zajmują się przecież właśnie jednostki akademickie:
"Nauka to usystematyzowana dyscyplina, która buduje i porządkuje wiedzę w postaci weryfikowalnych wyjaśnień dotyczących przyrody i społeczeństwa."
Czyli co, okazało się, że szeroko pojętą humanistykę uprawianą w Polsce można (i da się) publikować w receznowanych czasopismach o międzynarodowym obiegu? I to przed doktoratem? Jak to? Gdzie są Ci wszyscy humaniści którzy mówią, że to nieosiągalne?
To takie samo stwierdzenie, jakby na przykładzie matematyka powiedzieć: proszę bardzo, w tym STEM da się uprawiać naukę bez inwestycji w aparaturę. Taka sama logika uogólnień.
Tylko, że matemetycy w znacznej większości nie twierdzą, że nauka musi być uprawiana z minimalnym (lub żadnym) wkładem inwestycyjnym, natomiast widziałem mnóstwo komentarzy o tym, że humanistykę należy publikować po polsku.
Hongkong i stolice podzielonych Korei niech Pani Doktorantka zbada. Pewnie jest setki innych miast aglomeracji miejskich .
Cyt."Zajęła drugie miejsce, co bardzo ją zaskoczyło. W jej panelu (HS5) złożono 120 wniosków. Eksperci wystawili maksymalną ocenę za jej dotychczasowe osiągnięcia (m.in. pięć samodzielnych artykułów w czasopismach Q1 i Q2, do tego udział w licznych konferencjach), ale docenili też wartość samego projektu."
Widać, potrafili czytać ZE ZROZUMIENIEM (co, jak pokazuje praktyka, nie jest zbyt częste u ekspertów, czy recenzentów).
Niestety przy duzo wiekszym dorobku, ale rowniez przed doktoratem, recenzenci NCN wystawili mi prawie najnizsza ocene.
Najwidoczniej wcale nie był większy.
To zależy jakie mierniki zastosowali recenzenci.
Istnieje jeszcze kilka innych możliwości, nawet jeśli na nie nie wpadłeś.