Badania nad pamięcią są istotne dlatego, że pozwalają dostrzec, jak silnie przeszłość bywa instrumentalizowana. Analiza pamięci pełni funkcję krytyczną – pomaga odróżnić interpretację przeszłości od manipulacji i uczy rozpoznawać sytuacje, w których atrakcyjna medialnie opowieść zastępuje złożoną rzeczywistość historyczną. Tam, gdzie pamięć przestaje być przedmiotem refleksji, łatwo staje się narzędziem wpływu – mówi dr hab. Joanna Wawrzyniak z Uniwersytetu Warszawskiego. To kolejna bohaterka naszego cyklu „Nauka przez duże K”.
Dr hab. Joanna Wawrzyniak związana jest z Wydziałem Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie kieruje Centrum Badań nad Pamięcią Społeczną. W latach 2024–2025 była przewodniczącą Memory Studies Association. W swoich badaniach zajmuje się procesami pamięci społecznej w Polsce w perspektywie porównawczej i transnarodowej, ze szczególnym uwzględnieniem pamięci drugiej wojny światowej oraz przemian postindustrialnych i posttransformacyjnych. Z badaczką rozmawia Aneta Zawadzka.
Pamięć to groźna broń?
Pamięć zawsze stanowiła źródło konfliktów. Bywa narzędziem mobilizacji, utrwala poczucie krzywdy, wzmacnia realne napięcia polityczne i społeczne. Wszczyna się przez nią wojny. Zabija. Od czasów starożytnych imperiów wykorzystywano ją jako narzędzie legitymizacji władzy. Stąd rozwój rozmaitych infrastruktur pamięci – od monumentalnej architektury po pomniki i rytuały publiczne. Różne systemy polityczne oraz ugrupowania ideowe inwestowały w swoje wersje przeszłości, nadając im rangę oficjalnych narracji. Gdy konkurencyjne wizje historii zaczynają się ze sobą ścierać, mogą prowadzić do przemocy.
Dziś za to burzymy pomniki i przenosimy w mniej eksponowane miejsca ciała zmarłych, których uznamy za antybohaterów.
Takie praktyki też mają długą historię – wystarczy przypomnieć rzymskie damnatio memoriae, czyli wymazywanie niewygodnych postaci z pamięci publicznej. Różnica polega raczej na tym, że współcześnie żyjemy w czasie wyraźnego przyspieszenia pamięciowego. Interpretacje przeszłości powstają, zmieniają się i ścierają ze sobą coraz szybciej – pod wpływem mediów, polityki i bieżących wydarzeń. Współczesne burzenie pomników to sposób na zamanifestowanie swoich wartości w czasach ekonomii uwagi.
W USA burzone są np. pomniki Kolumba.
To dobry przykład tego, jak spory o pamięć wpisują się w szersze konflikty społeczne – w tym przypadku w napięcia wokół rasizmu, kolonializmu, przemocy strukturalnej oraz uprzywilejowania białych. Postać Kolumba stała się jednym z symboli tych napięć. Dla jednych uosabia historyczną przemoc wobec rdzennych mieszkańców, dla innych jest pozytywnym elementem tzw. zachodniej cywilizacji. Reakcje polityczne pokazały, że to część większej walki o to, jakie wartości uznaje się za fundament wspólnoty.
Gdy aktywiści domagają się usuwania rozmaitych reprezentacji jako symboli przemocy kolonialnej, reakcją jest kontrmobilizacja – w tej chwili ze strony administracji Donalda Trumpa, która przedstawia takie działania jako atak na tożsamość narodową, naciskając na instytucje kultury, w tym Smithsonian Institution, by promowały afirmatywną narrację o przeszłości USA. To pokazuje, że konflikty o pamięć zarówno odzwierciedlają podziały polityczne, jak i są ich aktywną częścią.
W Polsce podobnie. Czy sądzi pani, że Okrągły Stół przeniesiony z Pałacu Prezydenckiego do Muzeum Historii Polski zniknie z naszej pamięci?
Odpowiem anegdotą. Immanuel Kant miał przez lata służącego o nazwisku Lampe. Był z nim bardzo zżyty, ale gdy pod koniec życia doszło pomiędzy nimi do konfliktu, Kant go zwolnił. Ponieważ kosztowało go to sporo emocji, zapisał w pamiętniku, że nazwisko Lampego należy wymazać z pamięci. Zmierzam do tego, że takie „aktywne zapominanie” prowadzi do działań odwrotnych do zamierzonych.
Nie myśl o różowym słoniu…
…to niezawodna instrukcja, że natychmiast go sobie wyobrazimy. Gdyby przed wyniesieniem Okrągłego Stołu z Pałacu Prezydenckiego zrobiono sondaż na temat tego, gdzie się znajduje, to zapewne niewiele osób potrafiłoby wskazać jego lokalizację. Tymczasem decyzja prezydenta spowodowała, że wiedza ta przebiła się do powszechnej świadomości. Było to oczywiście działanie z zakresu polityki historycznej. Niemniej w muzeum stół uzyska kontekstualizację, więcej osób dowie się czegoś na temat jego znaczenia, a stół stanie się bardziej widoczny jako punkt odniesienia w sporach o przeszłość. W decyzji tej nie widziałabym zagrożenia zapomnieniem, ale raczej wzbudzone pamiętanie.
Jak pogodzić pamięć zbiorową i osobistą?
Relacja między pamięcią osobistą a zbiorową polega na harmonizacji, lecz także na negocjowaniu znaczeń. Pamięć zbiorowa wyznacza ramy dla pamięci osobistej, jak pisał klasyk badań nad pamięcią zbiorową, Maurice Halbwachs. Natomiast pamięć osobista może modyfikować albo podważać te ramy, choć nie jest to łatwe.
Stąd taka nieufność do świadectw pojedynczych pokrzywdzonych, którzy przeżyli na przykład wojnę w Bośni i Hercegowinie? Przecież wszyscy wiedzą, kto był agresorem.
To zależy od kontekstu. Jeśli dominująca polityka historyczna w Serbii przedstawia społeczeństwo przede wszystkim jako ofiary bombardowań NATO, wówczas nawet wzmocnione i wielokrotnie powtarzane komunikaty mają niewielkie szanse przebić się przez tak ukształtowany przekaz. Wspólnoty pamięci odwołują się do własnych punktów odniesienia i narracji podtrzymujących poczucie zbiorowej spójności i pozytywny obraz własnej grupy. Świadectwa, interpretacje i fakty, które nie mieszczą się w dominującej narracji zagrażają „bezpieczeństwu pamięciowemu”, by posłużyć się pojęciem estońskiej badaczki Marii Mälksoo. Przypominają o odpowiedzialności lub winie własnej grupy, a więc podważają podstawy wspólnotowej opowieści.
Podobny mechanizm można obserwować w wielu konfliktach współczesnych – w Izraelu, w Rosji czy na Kaukazie po wojnie o Górski Karabach. We wszystkich tych przypadkach działa podobna logika. Wspólnoty pamięci sprawców przemocy skłonne są eksponować własne doświadczenia krzywdy, natomiast świadectwa komplikujące ten obraz – zwłaszcza takie, które wskazują na odpowiedzialność własnej strony – ulegają marginalizacji.
W pewnym momencie w badaniach naukowych pojawił się nurt pamięci biograficznej. Zaczęto opowiadać historię przez wspomnienia jednostek. Czyżby więc Halbwachs nie miał racji?
Przede wszystkim druga połowa XX wieku przyniosła wyraźną demokratyzację i pluralizację pamięci oraz nacisk na prawa człowieka w działaniach publicznych. Coraz większą wagę zaczęto przywiązywać do świadectw osób, które doświadczyły wydarzeń granicznych i traumatycznych, a jednym z najwcześniej wykorzystywanych masowo przykładów były relacje ocalałych z Zagłady. Nie znaczy to jednak, że Halbwachs nie miał racji, badania oparte na pamięci autobiograficznej raczej potwierdzają jego intuicję o społecznych ramach pamięci indywidualnej – to grupy społeczne nadają jej ramy kontekstowe.
Z tej właśnie perspektywy – łączącej zainteresowanie pluralizacją pamięci z pytaniem o jej społeczne uwarunkowania – wyrasta część moich badań, choć nie koncentrują się one na pamięci przemocy, lecz na społecznych i biograficznych wymiarach pamiętania codzienności oraz doświadczeń zmiany systemowej.
Na przykład, w projekcie MEPOST badamy obecnie pamięć transformacji i dezindustrializacji poprzez reanalizę porównawczą wywiadów biograficznych z byłymi pracownikami przemysłu w Polsce i Litwie. Szczególnie interesują nas emocje moralne – poczucie krzywdy, duma, niesprawiedliwość czy uznanie – które współkształtują sposoby opowiadania o zmianie systemowej. Interesuje nas też, jakie emocje zanikają lub zostają wyciszone w procesie przechodzenia od pamięci biograficznej do kulturowej. Dlatego badamy także muzea i inne inicjatywy zajmujące się dziedzictwem przemysłowym. Generalnie interesuje mnie coraz bardziej długa perspektywa czasowa – rozciągnięty w czasie proces interpretacji i reinterpretacji doświadczeń, zjawisk i procesów w pamięci zbiorowej.
Ona pozwala lepiej zrozumieć, co się dokładnie wydarzyło?
Warto podkreślić, że badacze pamięci nie zajmują się ustalaniem, co „naprawdę” się wydarzyło, lecz analizują, w jaki sposób wydarzenia są zapamiętywane, opowiadane i interpretowane w różnych kontekstach społecznych i kulturowych. Niedawno zakończony przez nas duży projekt finansowany przez europejską sieć COST, rozwijał perspektywę „powolnej pamięci”, która pozwala przesunąć uwagę z pamięci o pojedynczych wydarzeniach na procesy rozproszone, długotrwałe i często niedostrzegalne w krótkiej perspektywie.
Jak w praktyce wyglądało to analizowanie?
Badania prowadziliśmy w kilku międzynarodowych zespołach roboczych, z których każdy koncentrował się na innym obszarze funkcjonowania pamięci. W moim zespole, poświęconym pamięci pracy, interesowało nas przede wszystkim to, jak emerytowani związkowcy z różnych krajów europejskich zapamiętali procesy dezindustrializacyjne i jakie znaczenia nadają powiązanym z nimi transformacjom rynku pracy, zmianom wartości czy przemianom politycznym.
Inny zespół analizował pamięć środowiskową, badając, jak zapamiętywane są długotrwałe zmiany ekologiczne, katastrofy środowiskowe albo stopniowa degradacja krajobrazu. Kolejna grupa koncentrowała się na pamięci państwa dobrobytu, przyglądając się temu, jak różne społeczności pamiętają instytucje opieki społecznej i doświadczenia związane z ich rozwojem bądź demontażem – a także jak te pamięci kształtują dzisiejsze oczekiwania wobec państwa. W ramach projektu analizowano również, co perspektywa powolnej pamięci wnosi do studiów nad konfliktami, przesuwając uwagę na mniej widoczne procesy, jak na przykład negocjacje pokojowe.
Świat oszalał na punkcie pamięci?
Z pewnością coraz większe znaczenie odgrywa obecnie zjawisko, które nazywa się aktywizmem pamięci. Odwołania do przeszłości stają się narzędziem obywatelskiej mobilizacji i sporów o znaczenie historii tu i teraz. Typowe przykłady to międzynarodowy ruch walczący o prawa osób czarnoskórych Black Lives Matter, inicjatywy rdzennych społeczności w wielu częściach świata, protesty kobiet przeciwko zbrodniom popełnianym przez reżimy autorytarne czy aktywizm dążący do uznania pamięci społeczności LGBTQ+. Ale podobne strategie stosują także środowiska konserwatywne i prawicowe, czego przykładem są oddolne działania broniące pomników Konfederacji w USA, w Europie mobilizacje ruchów odwołujących się do narracji o „zagrożonej cywilizacji Zachodu” bądź rozmaite inicjatywy domagające się uznania bohaterów narodowych. Badacze pamięci mają więc pełne ręce roboty. Analizują zarówno formy różnego typu aktywizmu, jak i strategie prezentowania wybranych treści. Przyglądają się również temu, jak wygląda proces przechodzenia od aktywizmu do polityki historycznej.
Polacy lubią patrzeć w przeszłość?
Polska kultura jest silnie zwrócona ku przeszłości ze względu na szczególną funkcję, jaką pamięć pełniła w sytuacjach braku lub zagrożonej państwowości. Przeszłość była przestrzenią projektowania nadziei i politycznych aspiracji. Można więc powiedzieć, że zarówno XIX, jak i duża część XX wieku były w Polsce okresem intensywnej pracy wyobraźni historycznej.
Dziś lubujemy się w upamiętnianiu przeszłości budując kolejne muzea.
Wiele wskazuje na to, że muzea odpowiadają dziś na realne społeczne zapotrzebowanie, o czym świadczą liczby zwiedzających. Znamienne jest przy tym, że współczesna muzealizacja nie dotyczy już wyłącznie historii politycznej czy narodowej. Coraz częściej obejmuje także doświadczenia społeczne – powstają instytucje poświęcone tożsamościom regionalnym, codzienności pracy, historii lokalnych wspólnot i grup zawodowych.
O czym to, pani zdaniem, świadczy?
W Polsce przede wszystkim o tym, że jesteśmy bardziej zamożnym społeczeństwem, stać nas na budowanie muzeów i na to, aby do nich chodzić. Ale ważne są też czynniki kulturowe i społeczne – aktywność rozmaitych środowisk oraz potrzeba artykułowania doświadczeń historycznych, wartości i emocji na poziomie regionalnym.
Czy zgodzi się pani z tezą, że choć pielęgnowanie pamięci zawsze było dla ludzi ważne, to w ostatnich latach nabrało jeszcze większego znaczenia? Nie tylko zresztą w Polsce. U nas dobrym przykładem jest choćby wystawa „Nasi chłopcy” w Muzeum Gdańska, która wywołała ogromne kontrowersje.
Można odnieść wrażenie, że pamięć stała się bardziej widoczna i intensywniej obecna w sporach społecznych – choć nie chodzi tu po prostu o jej „pielęgnowanie”, lecz raczej o jej rozmaite używanie w przestrzeni publicznej. Konflikty wokół wystaw, takich jak „Nasi chłopcy”, pokazują, że często ogniskują one napięcia wykraczające daleko poza samą historię. W istocie dotyczą tego, jak wyobrażamy sobie wspólnotę polityczną i jakie wartości mają ją definiować. W tych sporach ścierają się więc wizje porządku społecznego, wrażliwości moralne i emocjonalne przynależności.
Badania nad pamięcią, w odróżnieniu od historii, mierzą się jednak z wyzwaniami metodologicznymi. „Cieniem” kładzie się patrzenie na przeszłość z perspektywy pamięci jednostki czy zbiorowości, która z natury rzeczy jest zmienna i zależy od kontekstu.
Jasne, tylko badacze nad pamięcią nie zajmują się ustalaniem faktów historycznych, ale społecznymi wyobrażeniami o przeszłości. Interesuje nas co i dlaczego zostaje zapamiętane, co ulega zapomnieniu oraz jakie mechanizmy decydują o tym, że jedne narracje się utrwalają, a inne zanikają. Z tej perspektywy studia nad pamięcią dysponują rozbudowanym zapleczem metodologicznym. Do tego mają charakter zasadniczo interdyscyplinarny. W zależności od problemu badawczego łączą narzędzia historii, socjologii, psychologii, kulturoznawstwa czy medioznawstwa. Zarzut o rzekomy brak rygoru metodologicznego wydaje mi się więc nieuzasadniony. W środowisku badaczy pamięci refleksja metodologiczna zajmuje bardzo ważne miejsce — choćby w ramach działalności Memory Studies Association, której miałam zaszczyt przewodniczyć w minionej kadencji, i gdzie dyskusje o podejściach badawczych należą do szczególnie intensywnych.
Jakie są ich efekty?
Dyskusje metodologiczne w studiach nad pamięcią prowadzą do doprecyzowywania narzędzi badawczych, większej samoświadomości badaczy pochodzących z różnych dyscyplin oraz wyraźniejszego rozróżniania poziomów analizy, np. między pamięcią jednostkową, społeczną, kulturową czy instytucjonalną. Dzięki nim powstają bardziej precyzyjne kategorie pojęciowe, lepiej nazwane sposoby pracy z materiałem empirycznym i większa wrażliwość na kontekst, w którym pamięć funkcjonuje.
Memory Studies Association jest dziś najważniejszym naukowym forum dla dziedziny pamięci?
Tak, w odniesieniu do interdyscyplinarnych badań nad pamięcią można MSA uznać za najważniejsze współczesne forum naukowe. Ma charakter globalny, skupia badaczy z różnych kontynentów, reprezentujących wiele dyscyplin i tradycji badawczych. To właśnie ta międzynarodowa i interdyscyplinarna formuła sprawia, że organizacja ta stanowi przestrzeń do dyskusji nad koncepcjami badań, a zarazem miejsce, w którym kształtują się nowe kierunki rozwoju studiów nad pamięcią.
Nasze konferencje odbywają się co roku naprzemiennie w Europie i poza nią. W 2024 roku spotkaliśmy się w Limie, natomiast w 2025, podczas konferencji w Pradze, padł rekord frekwencji. W wydarzeniu uczestniczyło niemal 1500 osób z blisko 70 krajów. Zainteresowanie było zresztą znacznie większe. Niestety, ze względu na ograniczenia przestrzenne musieliśmy odrzucić sporą część zgłoszeń.
Skala uczestnictwa i międzynarodowy zasięg pokazują, jak duże i trwałe jest zainteresowanie tą dziedziną, wbrew sceptycznym głosom, które pojawiały się dekadę temu, gdy MSA powoływano do życia. Wówczas można było usłyszeć opinie, że studia nad pamięcią to jedynie chwilowa moda, która szybko przeminie, a inwestowanie w taką inicjatywę nie ma większego sensu. Z perspektywy czasu widać jednak wyraźnie, że jest inaczej.
Jestem też bardzo zadowolona z tego, że osoby z Polski od kilku lat stanowią czwartą pod względem liczebności grupę uczestniczącą w konferencjach MSA, po badaczach i badaczkach z USA, Wielkiej Brytanii czy Niemiec. To wyraźny sygnał, że w Polsce funkcjonują dynamiczne środowiska badawcze zajmujące się studiami nad pamięcią.
W jaki sposób, pani zdaniem, naszą pamięć zmienia Internet? Z jednej strony, dzięki dostępowi do elektronicznych archiwów, mamy wręcz nieograniczony dostęp do wiedzy o przeszłości, badacze mogą z pytaniami o pamięć docierać do ludzi z najdalszych zakątków świata, z drugiej – to, czego się dowiadujemy na tej podstawie, a są to nierzadko nowe rzeczy, podważające dotychczasowy porządek, jest na różne sposoby kwestionowane, np. w mediach społecznościowych. Czy w takich warunkach zachowanie w pamięci zdarzeń, ludzi, zjawisk jest w ogóle możliwe?
Cyfrowe archiwa, media społecznościowe, platformy wideo, komunikatory, systemy wyszukiwania, sztuczna inteligencja tworzą dziś złożony ekosystem pamięciowy. Poszerza on dostęp do świadectw i wiedzy w skali wcześniej niewyobrażalnej, zarazem jednak prowadzi do fragmentaryzacji i dezinformacji.
Zmienia się przy tym nie tylko zasięg pamięci, lecz także jej struktura. Jak zauważa brytyjski badacz pamięci cyfrowej, Andrew Hoskins, żyjemy dziś w warunkach „rozproszonej” czy „roztrzaskanej pamięci” (shattered memory). Zamiast względnie spójnych narracji mamy dynamiczne układy fragmentów, które stale się aktualizują i rekonfigurują. Pamięć cyfrowa jest jednocześnie nadmiarowa i nietrwała. Pozornie archiwizuje wszystko, lecz utrzymuje niewiele w centrum uwagi na dłużej. To rodzi pytanie o to, jak w takich warunkach w ogóle kształtuje się nasza orientacja w czasie i jakie oraz które wirtualne przeszłości są punktami odniesienia dla myślenia o przyszłości.
Przyszłość jest więc w przeszłości?
Na pewno, kto rozumie mechanizmy pamięci, lepiej rozumie współczesność. Badania nad pamięcią są istotne także dlatego, że pozwalają dostrzec, jak silnie przeszłość bywa instrumentalizowana. Analiza pamięci pełni funkcję krytyczną – pomaga odróżnić interpretację przeszłości od manipulacji i uczy rozpoznawać sytuacje, w których atrakcyjna medialnie opowieść zastępuje złożoną rzeczywistość historyczną. Tam, gdzie pamięć przestaje być przedmiotem refleksji, łatwo staje się narzędziem wpływu.
Rozmawiała Aneta Zawadzka