Niektórzy mają zbyt duże oczekiwania w stosunku do NCN. Pamiętajmy, że to tylko agencja grantowa, a nie instytucja, która jest w stanie uzdrowić całą polską naukę (…) NCN niejako dopasowuje się do poziomu polskiego środowiska naukowego, który to poziom moim zdaniem jest niezadowalający – mówi prof. Andrzej Jajszczyk, dyrektor Narodowego Centrum Nauki w latach 2011–2015.
Dokładnie piętnaście lat temu, 4 marca 2011 roku, w Krakowie zainaugurowano działalność nowej agencji grantowej. Postawiono przed nią zadanie konkursowego finansowania badań podstawowych. Przez półtorej dekady Narodowe Centrum Nauki rozdało w krajowych konkursach 33 027 grantów o łącznej wartości 18,53 mld zł. O NCN wtedy i dziś rozmawiamy z pierwszym dyrektorem instytucji, prof. Andrzejem Jajszczykiem. Wywiad przeprowadził Mariusz Karwowski.
Narodowe Centrum Nauki kończy 15 lat. Czy zatem można powiedzieć, że egzamin dojrzałości wciąż przed nim?
Choć to nadal stosunkowo młoda instytucja, sądzę, że swój egzamin już zdała. W ciągu półtorej dekady ugruntowała istotną rolę w systemie nauki, potwierdzając tym samym, że decyzja o uruchomieniu takiej agencji i zorganizowaniu ją w ten a nie inny sposób, była ze wszech miar słuszna. Co nie znaczy, że pewnych rzeczy nie można było zrobić inaczej. Przy czym trzeba zauważyć, że krytyka, i to niemała, jaka spada na NCN, wynika w dużej mierze z przyczyn niezależnych od samej instytucji.
Rozumiem, że ma pan na myśli niedostateczne finansowanie?
Jeżeli współczynnik sukcesu w konkursach wynosi kilkanaście procent, i w niektórych jest bliższy 10 niż 20%, to można już mówić o loterii, w której odpadają nawet bardzo dobre propozycje badawcze. Prawie 90% wnioskodawców odchodzi z kwitkiem i ich frustracja jest całkiem uzasadniona – włożyli dużo pracy w przygotowanie aplikacji, mają pomysł na badania, a mimo to grantu nie dostają. Bez zwiększenia budżetu agencji trudno spodziewać się, by sytuacja uległa poprawie.
Czy w ogóle da się stworzyć jeden system grantowy, który zadowoliłby przedstawicieli wszystkich nauk?
Zdaję sobie sprawę z tego, że ostrze krytyki wymierzone w NCN podważa de facto istnienie wspólnego systemu grantowego dla nauk ścisłych, technicznych, o życiu, humanistycznych i społecznych. Zwłaszcza humaniści uważają, że te kryteria do nich nie przystają. To oczywista nieprawda, bo panele ekspertów nie porównują przecież wniosków grantowych historyków z, dajmy na to, wnioskami fizyków. Kryteria oceny są dopasowane do specyfiki poszczególnych dyscyplin.
Przedstawiciele nauk HS tu i ówdzie narzekają jednak, że granty w niektórych obszarach są zbyt drogie, jak na tak niewielki budżet, i przez to oni czują się poszkodowani.
Jeżeli ktoś prowadzi rozległe badania laboratoryjne albo potrzebuje bardzo kosztownej aparatury, to wiadomym jest, że jego grant będzie kosztował więcej. W humanistyce na ogół badania są tańsze, choć i tu są wyjątki, np. projekty archeologiczne. Jeśli pyta mnie pan o wydzielenie humanistyki z NCN, bo tak rozumiem podtekst, to mam dwa kontrargumenty. Pierwszy jest taki, że utworzenie, jak swego czasu postulowano, Narodowego Centrum Humanistyki, wygeneruje dodatkowe koszty administracyjne. Natomiast druga obawa, jaką mam z tyłu głowy, to, że część humanistów chciałaby mieć osobną agencję, bo marzą o własnych kryteriach oceny: łatwiejszych, lżejszych, mniej konkurencyjnych jeżeli chodzi o naukę światową. Na przykład, żeby oceny nie dokonywali eksperci zagraniczni, a wnioski były pisane wyłącznie po polsku. To wybrzmiewa w niektórych postulatach i to całkiem znanych profesorów. Jestem więc przeciwny wydzielaniu humanistyki, bo uważam, że byłoby to i drogie, i niebezpieczne da niej samej – zepchnęlibyśmy ją w boczną ścieżkę nauki światowej, a nauka z definicji jest globalna. Oczywiście trzeba pamiętać, że w humanistyce ponosimy ogromną odpowiedzialność za nasze polskie sprawy, ale naukowo powinniśmy je konfrontować z tym, co się dzieje w świecie.
W kontekście HS i niskiego budżetu NCN często powtarzanym zarzutem jest to, po co polski podatnik ma finansować badania w Ameryce Południowej czy w Afryce?
Bardzo dobrze, że jesteśmy obecni w badaniach światowych, w Egipcie, Sudanie, Ameryce Łacińskiej czy w Azji. Przez to prowadzimy dyplomację naukową, pokazujemy się w świecie, jesteśmy aktywni, mamy kompetencje, żeby współpracować z naukowcami z różnych krajów. Ale jest też drugi, być może ważniejszy, aspekt tych międzynarodowych badań, a mianowicie: w Polsce potrzebujemy ekspertyzy. Świat się zrobił w ostatnich latach jeszcze bardziej globalny i jeżeli mamy naukowców, którzy prowadzą badania w Chinach czy Ameryce Łacińskiej, to tym samym więcej o tych krajach wiemy. To może być ważne eksperckie zaplecze dla polskiej polityki zagranicznej. Oczywiście, o ile politycy będą chcieli z tego korzystać
A co z naukami medycznymi? Czy one w NCN też mają rację bytu? Mamy Agencję Badań Medycznych, więc nie trzeba byłoby tworzyć nowej, a jedynie dodać jej konkursy na badania podstawowe, odciążając tym samym NCN.
Tak, jestem sobie w stanie to wyobrazić, choć problem widzę gdzie indziej. Otóż w moim przekonaniu już u narodzin źle postąpiono definiując zakres grantów Narodowego Centrum Nauki jako badania podstawowe. Sugerowałem, że o wiele lepsze byłoby stworzenie agencji, która finansowałaby po prostu ambitne badania o tematyce zaproponowanej przez samych naukowców. Tak jak np. w ERC, gdzie finansowane mogą być i badania podstawowe, i stosowane. Ważne jedynie, by były wysokiej jakości. Często spotykam się z pretensjami przedstawicieli nauk technicznych, którzy mówią, że mieli dobry pomysł, ale taki na granicy podstawowych i stosowanych, i eksperci odrzucili im wniosek. Bo NCN nie może, tak wskazano w ustawie, finansować tych drugich. I podobnie jest z medycznymi, duża ich część też jest na styku. Dlatego uważam, że nie byłoby tego problemu, gdyby fundamenty NCN zbudować na innych założeniach.
Skoro wspomniał pan o ERC, to nasza agencja powstawała na wzór tej europejskiej. Czy dziś z pełnym przekonaniem można stwierdzić, że to przeniesienie wzorców na krajowy grunt się udało?
Na pewno udało się jeśli chodzi o ocenę wniosków, czyli podział na stosunkowo szerokie panele tematyczne. Kiedyś, jeszcze za czasów Komitetu Badań Naukowych, tych paneli było od groma, każda dyscyplina, a było ich około 70, dostawała określoną sumę i mogła ją podzielić. Było to o tyle niesprawiedliwe, że nawet potwornie słabe dyscypliny miały pieniądze, które rozdzielano na słabe jakościowo projekty. Dobrym pomysłem była też ocena środowiskowa, a więc by to naukowcy, a nie urzędnicy, oceniali i decydowali, kto dostanie środki.
Ale były też rzeczy, które moim zdaniem zostały zrobione inaczej niż w ERC i niekoniecznie się to sprawdziło. Już w ustawie zdefiniowano konieczność ogłoszenia większej liczby konkursów niż to było w ERC. Co zresztą Rada NCN zrobiła, ale zaczęto generować pomysły na kolejne i kolejne. Kiedyś z ciekawości policzyłem, że ta oferta rozrosła się do 28 konkursów. Przypomnę, że w ERC jest ich sześć (w tym roku rusza ERC Plus – dop. MK), z czego trzy kluczowe.
NCN miał być nie tylko wzorowany na ERC, ale też przygotowywać polskich naukowców do startu w konkursach tej agencji. Zgodzimy się chyba, że to jednak się nie powiodło. Do Polski trafiło do tej pory tylko nieco ponad sto grantów ERC, a w dyskusjach pobrzmiewa ton: po co się starać o europejskie granty, to tylko dodatkowe obciążenie administracyjne.
Moim zdaniem NCN odegrało istotną rolę, jeżeli chodzi o dobre praktyki pisania wniosków grantowych. I to nie podlega dyskusji. Kiedy byłem dyrektorem sądziłem, że polska agencja będzie takim „dopalaczem”, który spowoduje, że tych grantów europejskich dla Polski przybędzie. Dziś mam inne zdanie. Uważam, że nasza słabość w ERC wynika ze słabości nauki uprawianej w Polsce. Po prostu mamy naprawdę niewiele osób, które mogą z pełnym przekonaniem składać wnioski grantowe do ERC konkurencyjne z zagranicznymi. I to nie dlatego, jak się czasem słyszy, że ERC gorzej traktuje Polaków. Nie, po prostu nasze wnioski generalnie są słabsze. Nasi naukowcy są słabsi, mają gorsze praktyki publikacyjne, ale przede wszystkim ich pomysły są niekiedy wtórne, zachowawcze, często przyczynkarskie, brakuje nam odwagi badawczej.
Czy nie jest więc tak, że NCN przyzwyczaja polskich naukowców do operowania właśnie w takim bezpiecznym, mało ryzykownym polu badawczym? Kiedy później mają wyjść poza te ramy, nagle nie potrafią sobie z tym poradzić. W ostatnim konkursie ERC Starting Grant finansowanie uzyskało 6 spośród 68 wniosków z Polski, rok wcześniej – były ledwie dwa granty na 79 złożonych wniosków.
NCN niejako dopasowuje się do poziomu polskiego środowiska naukowego, który to poziom, moim zdaniem, jest niezadowalający. Ale rzeczywiście, w tym, co pan mówi, może być coś na rzeczy. Dlatego od jakiegoś już czasu uważam, że można by zlikwidować na przykład konkurs MAESTRO dla najwybitniejszych naukowców i zaproponować im, by – jeśli zdobyli już OPUS-a i chcą dostać większy grant na dłuższy okres – aplikowali do ERC. Być może to byłoby jakimś remedium na zbytnie przyzwyczajenie się do polskich warunków. Ale tu jedna uwaga: otóż niektórzy mają zbyt duże oczekiwania w stosunku do NCN. Pamiętajmy, że to tylko agencja grantowa, a nie instytucja, która jest w stanie uzdrowić całą polską naukę.
Czy pana zdaniem w dzisiejszych okolicznościach taka agencja miałaby w ogóle szansę powstać? Na przełomie pierwszej i drugiej dekady tego wieku wydaje się, że entuzjazm dla tego typu inicjatyw był większy u polityków, a i w społeczeństwie było większe zrozumienie roli nauki.
Wtedy był nie tylko większy entuzjazm, ale i wiara, że nauka może nasz kraj pchnąć do przodu. Osobiście nadal tę wiarę podzielam, bo uważam, że bez nauki po prostu utkniemy. W ostatnich latach całkiem nieźle jako kraj się rozwijamy, ale dochodzimy już do granic tego rozwoju. Korzystanie tylko z zapożyczonych wzorców jest możliwe do pewnego etapu, później trzeba zacząć dokładać coś od siebie. I tu rola nauki jest nie do przecenienia. Tym bardziej dziwię się mniejszemu zrozumieniu u polityków znaczenia nauki, a w szczególności badań podstawowych.
Czy dwuwładza w postaci dyrektora i Rady NCN to z perspektywy czasu dobry pomysł?
Rada NCN, złożona z naukowców, odgrywa kluczową rolę w ustalaniu zasad działania agencji i wyłanianiu ekspertów oceniających granty. Rolą dyrektora jest kierowanie biurem wprowadzającym w życie pomysły Rady. Jako pierwszy dyrektor NCN byłem często na kursie kolizyjnym z przewodniczącym Rady, który uważał, że jest superdyrektorem i też może zarządzać instytucją. Powodowało to różne napięcia, pracownicy byli zdezorientowani, nie wiedzieli, kto właściwie rządzi. W ERC przewodniczący Rady ma mocniejszy mandat, bo reprezentuje instytucję na zewnątrz, podpisuje oficjalne dokumenty itd. U nas to dyrektor, na mocy ustawy, jest delegowany do tych zadań.
Pamiętajmy też, że o ile dyrektora ERC wybiera w trybie konkursowym wyłącznie Komisja Europejska (przy czym szefem ERC jest przewodniczący, obecnie Maria Leptin – dop. MK), bez aktywnego udziału członków Rady Naukowej, o tyle w NCN powołuje się 5-osobową komisję konkursową z udziałem trzech przedstawicieli Rady NCN. Oczywiście, ma to ukrócić wpływ polityków na wybór. W naszych warunkach nie wyobrażam sobie, żeby to politycy mianowali dyrektora. Rozwiązanie obrane przez twórców NCN pokazuje zresztą o wiele głębszy problem: nie wystarczą ustawy, potrzeba też dobrych obyczajów, a u nas jest z nimi tak sobie.
Lecz czy właśnie te rozwiązania nie uchroniły NCN przez turbulencjami, jakich doświadczało swego czasu Narodowe Centrum Badań i Rozwoju?
Na pewno oddzielenie od polityki pomogło. Byłem kiedyś gorąco namawiany do startu w konkursie na dyrektora NCBR, ale właśnie z uwagi na potencjalne naciski polityczne nie dałem się skusić. Myślę, że w NCN na dobre wyszła też transparentność działań. Od początku jako dyrektor bardzo mocno na to stawiałem, publikowaliśmy szczegółowe statystyki, pisaliśmy, m.in. w „Forum Akademickim”, o naszych praktykach, o tym, jak działamy…
Ten ostatni aspekt otwartości ostatnio zanikł. A wiem, że był bardzo ceniony przez środowisko.
Swego czasu wymienialiśmy się doświadczeniami z ówczesnym dyrektorem NCBR. Pamiętając o różnicach między tymi agencjami, wielokrotnie sugerowałem mu większą otwartość i transparentność, więcej rzeczy powinno się pokazywać na zewnątrz. Powtórzę: według mnie transparentność bardzo pomogła NCN-owi.
Czy krakowska lokalizacja i oddalenie od politycznych zawirowań miały jakieś znaczenie?
Kiedy zabiegałem o nową siedzibę NCN, chciałem, by wsparli mnie w tym politycy. Zaprosiłem na spotkanie około 40 czynnych polityków z całej Małopolski, nie tylko z Krakowa. Moim zamiarem było pokazanie, jak działamy i jak ważne dla miasta, regionu jest umieszczenie agencji wykonawczej poza Warszawą. Przyszedł jeden poseł, a inny wysłał swojego asystenta. Dało mi to do myślenia.
Oczywiście, lokalizacja krakowska ma swoje niebagatelne zalety, a najważniejsza jest ta praktyczna – za pieniądze, które miałem w budżecie na płace, mogłem w Krakowie znaleźć wtedy lepszych pracowników. W Warszawie z takimi stawkami byłoby o to trudno.
Krytyka, o której wspomniał pan na początku, od dawna dotyczy także recenzji wniosków. Dlaczego nazwiska recenzentów są tajne?
To normalna praktyka jeśli chodzi o agencje grantowe. Nie ujawnia się nazwisk recenzentów, dzięki czemu mają swobodę, nie oglądają się na środowisko i na to, co inni powiedzą. Gdybyśmy wprowadzili jawność, miałoby to katastrofalne konsekwencje. Już w tej chwili jest ogromny problem ze znalezieniem ekspertów do prac w NCN, a gdybyśmy wprowadzili jawność byłby jeszcze większy.
Tyle że działa to w obie strony. Anonimowość powoduje, że jakość recenzji radykalnie się pogorszyła.
Recenzenci, tak jak naukowcy, są bardziej lub mniej rzetelni. Są też i całkiem nierzetelni. Rolą koordynatorów dyscyplin jest odsiewanie recenzji, które są albo na żałośnie niskim poziomie, albo jawnie złośliwe.
Kiedy byłem dyrektorem, robiliśmy w NCN burzę mózgów i wraz z koordynatorami, którzy obserwowali przebieg paneli, ocenialiśmy pracę ekspertów. Jeżeli pisali niekompetentne, złośliwe albo zdawkowe, wykonane „na kolanie” recenzje, wciągaliśmy ich na czarną listę. W pewnym momencie byłem przerażony, że tak szybko nam ona przyrasta. Więc problem był już za moich czasów, to nie jest nowa sprawa.
Istotne moim zdaniem, by agencja przede wszystkim starannie wybierała ekspertów. Wtedy mniej kłopotów będzie na dalszych etapach. Pamiętajmy, że nie jest to łatwe zadanie, wielu odmawia, są zajęci…
Czy zatem słuszne było postawienie na ekspertów zagranicznych?
Bez dwóch zdań. To był chyba najważniejszy ruch podjęty za mojej kadencji i dobrze, że moi następcy go kontynuowali. Po pierwsze odrywa to recenzje od lokalnych układów, a po drugie – co rzadko się zauważa – jest to promocja polskiej nauki. Oczywiście pod warunkiem, że wysyłamy ekspertom zagranicznym nie byle jakie wnioski, ale naprawdę dobre jakościowo. Wtedy oni mogą zobaczyć, co się w Polsce naukowo dzieje, jacy ludzie pracują, jakie mają pomysły.
Pamiętam, że dostałem swego czasu mail od profesora humanistyki z jednego z krajów anglosaskich. Miał do oceny wniosek z NCN dotyczący polskiej literatury. Napisał mi, że jego zdaniem był to bardzo ciekawy wniosek pod względem metodologicznym, a jednocześnie pozwolił poznać nieznany mu wcześniej kawałek literatury naszego kraju. Do tego stopnia, że chciał nawiązać współpracę.
Podsumowując, rola zagranicznych naukowców w systemie oceny jest bardzo ważna i pytania od humanistów w stylu: co jakiś ekspert zagraniczny może wiedzieć o polskiej historii, traktuję jako żart. Przy obecnej specjalizacji nauki, powiedzmy sobie szczerze, ocenianie eksperckie nie polega na tym, że się ocenia coś, co się doskonale zna. Jeśli tak by było, nie warto byłoby tego badać. Ekspert siłą rzeczy ocenia propozycję z tematyki nieznanej mu w szczegółach.
Mówił pan swego czasu, że agencja powstała, by finansować najlepsze wnioski. Biorąc pod uwagę głośne w ostatnim czasie doniesienia o papiernikach czy plagiatorach, którzy dostali granty NCN, mam wątpliwości, czy sito selekcji działa prawidłowo.
Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że rocznie wpływa kilkanaście tysięcy wniosków, które ktoś musi przeczytać, przejrzeć, sprawdzić, to jest to spore wyzwanie dla agencji. Nie oszukujmy się, w takiej masie zawsze znajdą się wnioski „podejrzane”. Żeby zmniejszyć szanse na ich przepuszczenie, należałoby przede wszystkim zatrudnić więcej osób na stanowiskach merytorycznych, czyli koordynatorów dyscyplin. Bo to ich rolą jest przeglądanie aplikacji, które przychodzą do danego panelu i wyłapywanie nieprawidłowości. Wiele się mówi o tym, że NCN gospodaruje pieniędzmi publicznymi, więc tym bardziej powinno nam – jako środowisku naukowemu – zależeć, by wydawano je efektywnie.
Tworzył pan – jako pierwszy dyrektor – zręby tej instytucji. Co dziś w krytyce Narodowego Nauki boli pana najbardziej?
Byliśmy pionierami i uważam, że możemy dziś być dumni z tego, co zrobiliśmy, powstała naprawdę dobra agencja grantowa. Co do zarzutów, to chyba najbardziej uderzające są te w stylu: „sitwa się umówiła i rozdziela granty między siebie”. To oczywista nieprawda. Pamiętam swoje doświadczenia z początków działania, kiedy bardzo monitorowaliśmy tę kwestię i uczulałem koordynatorów dyscyplin: patrzcie na ręce ekspertów, sygnalizujcie, jeśli będziecie mieli podejrzenia, że eksperci się zmówili. Właśnie dlatego jeden z paneli został znacząco zmieniony, bo wykryliśmy niepokojące zjawiska. Wypalaliśmy gorącym żelazem wszelkie podejrzane działania.
Jak obecnie postrzega pan agencję?
Przy wszystkich słabościach, na czele z marnym budżetem, uważam, że NCN generalnie się sprawdził. Dziś trudno sobie wyobrazić polską naukę bez NCN. Oczywiście, jest parę rzeczy do poprawy, na czele ze zwiększeniem finansowania. W ubiegłym roku dwukrotnie spotykałem się z premierem Donaldem Tuskiem i o to apelowałem. Dołożenie jeszcze miliarda zł to w skali budżetu państwa niewielka suma, a tutaj by dało znaczący oddech.
Nawiasem mówiąc, rozmawiałem kiedyś z dyrektorem norweskiej agencji grantowej, który żalił mi się, że mają… za dużo pieniędzy. Jak to? – pytam go. A on mi odpowiada, że przy takim budżecie, jaki wtedy mieli do rozdzielenia, środki otrzymywały też projekty, które eksperci oceniali jako beznadziejne. Było to wysoce demoralizujące. Mówiąc pół-żartem, my takich problemów nie mamy. Sytuacja ta jednak dobrze pokazuje, że nie warto finansować wszystkiego, musi być ustalony pewien próg odrzucania słabych wniosków.
Tworzył pan z niczego, dzisiaj zrobiłby pan coś inaczej?
Jako że tworzyliśmy od zera, wiele rzeczy musieliśmy sami wymyślać. Oczywiście sięgaliśmy po wzorce zagraniczne, patrzyliśmy jak robią to w innych europejskich agencjach, na tyle na ile było można dostosowywaliśmy niektóre pomysły do naszych ram prawnych. Niemniej jednak część decyzji podejmowaliśmy trochę na intuicję. Być może pewne administracyjne sprawy można było rozwiązać inaczej, ale jeśli chodzi o cały system grantowy, to nie mam sobie nic do zarzucenia.
Rozmawiał Mariusz Karwowski
NCN "to tylko agencja grantowa, a nie instytucja, która jest w stanie uzdrowić całą polską naukę". Prawda, jak najbardziej. Chociaż polityka kreowania etatów na koszt NCN (post-dok, doktorant, czasem kierownik grantu) plus kumulacja grantów sprawia wrażenia, że NCN jednak chce wykreować jakąś naukę równoległą. Moim zdaniem - zbyt dużym kosztem. Nie warto.
Etatów w systemie jest aż nadto i wystarczy tylko umiejętnie wspomagać ich kreację przez rektorów czy dyrektorów poprzez odpowiednie bodźce w algorytmie podziału subwencji (kapitalnym przykładem jest kwestia tzw. profesorów wizytujących, bardzo opłacalnych dla uczelni od prawie 20 lat; aczkolwiek jedne uczelnie budowały na tym kiedyś wręcz cały swój budżet, inne nie zauważyły tej sprawy po dziś dzień, zresztą od paru lat ta opłacalność jest mniejsza). Ale nawet w sytuacji obecnej, czyli bez takich extra rozwiązań, kreowanie etatów przez NCN jest, moim zdaniem, marnowaniem pieniędzy, które powinny być przeznaczane na badania. Uczelnia nie mająca pieniędzy na takie prestiżowe etaty (uwaga: będą one tak, czy inaczej dofinansowane subwencji, często z nawiązką) co najwyżej grantów by nie brała i pozostało by więcej dla innych, też dobrze :)
Winnym zubożenia polskiej nauki jest Ustawa 2.0 poprzez likwidację funduszu na badania statutowe (dla uczelni) czyli BST. Wiadomo było od razu, że rektorskie pieniądze "na naukę" będą szczupłe i zawsze przegrają z funduszem płac. Od razu postrzegałem to jako bodaj największy błąd tej ustawy, ściśle związany z drugim błędem: ewaluacja abstrakcyjnych "dyscyplin" zamiast realnych wydziałów. Bowiem (w ustawie) zniknęły jednostki będące kiedyś beneficjentami BST. Wiele patologii by zniknęło gdyby oceniać realne byty (powiedzmy 12+ osobowe, niekoniecznie wydziały, grunt aby w miarę jednorodne - aby miały przypisaną dyscyplinę). Aby nie popierać zbytniego rozdrobnienia proponowałbym, aby kategorię A mogły otrzymać tylko nieco większe jednostki (18? 20?), zaś A+ jeszcze większe (24? 30?). ]
Dyskusja w dużej części jest bezowocna. Czy poziom jest wysoki czy niski nie ma znaczenia czy ktoś tak sądzi. To jest percepcja zależna od przyjętego poziomu i relacji odniesienia, finansowania, i wielu innych czynników. Istotne jest, czy proces ulepszania idzie w dobrą stronę, co też z kolei zależy od przyjętych parametrów i finansowania. Więc samą próbę ulepszeń należy uznać i ocenić pozytywnie.
Na chwilę obecną NCN to jest gniot jakich mało. Prawidłowa ocena sytuacji, to podstawa ewentualnych działań naprawczych. Jeśli ktoś pisze, że to wina rządu, to nie rozumie czym jest dobre zarządzanie. Instytucję należy najpierw naprawić, a potem dosypać pieniędzy. W przeciwnym razie marnotrawstwo pieniędzy będzie jeszcze większe. Obecna kadra zarządzająca to amatorzy.
Oczywiście, "że to wina rządu," bo nie rządzi i nie potrafi zobaczyć, że parę groszy dał na naukę, by była opłacana na poziomie miski z ryżem za pracę, wiec to jest wina rządu i tych co ustalają budżet na naukę. Widzisz chłopie/babo, że rząd, minister tylko zajmuje się powoływaniem zespołów, komisji, rad, feminatywami i wszelkimi głupstwami i co by tu jeszcze zepsuć w nauce. Zobacz jaki dumny jest guru od nauki i ile on zrobił by poprawić byt nauki. By było nauce lepiej, no to zmniejszymy budżet na naukę. Taki to sukces. A czy NCN dostanie półgrosza więcej, to nic nie zmieni, bo dziadostwo jest coraz większe przez fakt zmniejszania finansowania nauki. Możesz się nadymać i głosić znane hasła "marnotrawstwo" i inne bo to tylko takim zostało by być bliżej ... i się cieszyć, że coś skapnie za wierność i mierność.
Panie Profesorze,
Mój wniosek składałem do programu OPUS czterokrotnie. Za każdym razem recenzje były pozytywne do niezwykle pozytywnych, podkreślające nowatorstwo, interdyscyplinarność i wagę proponowanego projektu. We wszystkich czterech przypadkach projekt był odrzucany w II etapie przez panel, którego zarzuty bywały zupełnie irracjonalne. Niestety, odważne projekty, poparte dotychczasowym dorobkiem w czołowych czasopismach, czasami przepadają jak kamień w wodę...
Ale proszę Pana, proszę nie oczekiwać od Prof. Jajszczyka, że Panu odpowie. A jeśli nawet odpowie, to napisze coś w stylu, że "mu bardzo przykro", że "rozumie Pana frustrację" itp. itp., ale "on nawet nie wie, kto odrzucał Pana wniosek", a nawet gdyby wiedział, to przecież "nie może ingerować", słowem: cóż on może zrobić? No, nic. Może Panu życzyć "wszystkiego najlepszego", "sukcesów w pracy naukowej", "powodzenie przy kolejnym wniosku" itp. itp. A Panu, żeby nie wyjść na "buraka", nie pozostaje nic innego, jak udać "pozytywnie myślącego" albo założyć sobie gumkę na usta, żeby wyglądało na to, że się Pan uśmiecha.
Ja złożyłem wniosek w tamtym roku, tzw. ekspert nie zauważył (może nie chciał, nie wiem) planu badawczego. Napisał, że wniosek jest słaby, tylko nie wyjaśnił, na czym ta rzekoma słabość miałaby wg niego polegać.
I dodam jeszcze, DLACZEGO tak boli odrzucenie wniosku złożonego do NCNu (pomijając już nawet kwestie finansowe). Ano dlatego, że nie jest się "laureatem grantu" - O WŁAŚNIE. Gdyby bowiem się nim było, to prawdopodobnie ktoś ze znajomych by to wyczytał np. na stronie NCNu, albo wystarczyłoby powiedzieć, że "no, udało mi się uzyskać grant" itp. Ale skoro miało się "szczęście" zostać autorem odrzuconego wniosku, to powiedzenie, że będzie się prowadzić takie-a-takie badania, których ten wniosek dotyczył, to uuuu - byłyby skrzywione miny tych, którzy by tego słuchali. Tak samo, jak z habilitacją: jesteś "dr hab" -> jesteś GOŚĆ, a jak nie udało się, to lepiej się nie wychylaj i nie mów, czym się zajmujesz, żeby zniwelować choć trochę straty, bo prawdopodobnie będzie źle, reakcje będą negatywne, bo się chwalisz...
Tak to jest w systemie, gdzie liczy się nie dorobek naukowy, ale: stopień, tytuł, czy emblemat, czy to "dr", "dr hab.", czy "prof.", czy też "laureat grantu NCN".
Eksperci w I etapie to jeszcze inny problem, mają olbrzymią ilość wniosków do sprawdzenia w krótkim czasie, a finansowani są słabo, NCN cierpi na chroniczne niedofinansowanie od ~6 lat. Natomiast w moim przypadku wniosek był odrzucany systematycznie, czterokrotnie, przez Panel II, miał zatem łącznie kilkanaście recenzji. W II etapie success rate zwiększa się do 30-70%, w zależności od call, średnio 50% wniosków w II etapie uzyskuje finansowanie. Mój przepadł czterokrotnie na tym etapie, co nawet probabilistycznie się nie spina...
No tak, ale czy to tłumaczy tych z I stopnia tak do końca? Przecież bycie ekspertem NCN, to nie zasadnicza służba wojskowa. Jak się ktoś na to pisał, to ma.
Pana historia, to przykład super-patologii, ale chyba mnie już mało co zdziwi. Znam historię pewnego wniosku habilitacyjnego. W skrócie: wniosek ten, o nadanie stopnia dr hab. w dziedzinie X., rozpatrywała komisja habilitacyjna złożona z panów ``prof. dr hab.`` lub ``dr hab.``, będących ekspertami z tejże dziedziny X. Otóż, komisja ta oceniała oprócz głównego dorobku naukowego z dziedziny X., także tzw. pozostały dorobek naukowy z dziedziny Y. Sęk w tym, że ŻADEN z członków tej komisji NIE MIAŁ na koncie ANI JEDNEJ pracy z tej dziedziny. Pomimo to, komisja ta oceniła ów pozostały dorobek, jako... słaby (sic !). Jak doszła do tego groteskowego wniosku, nie ujawniła (czyżby ``tajne/poufne`` ?). W każdym razie, jedynym tropem odnośnie ``rozumowania`` tej komisji, było zachowanie się recenzentów: pierwszy nie napisał ani słowa o tym pozostałym dorobku naukowym, drugi napisał na ten temat chyba tylko jedno zdanie. Jedynym najbardziej ``pracowitym`` w zakresie oceny tego dorobku, okazał się trzeci recenzent. Dokładniej: jego ``pracowitość`` w tej kwestii sprowadziła się do analizy jednego z oświadczeń o wkładzie habilitanta do jednej z prac z pozostałego dorobku naukowego. Po tej ``analizie``, pan recenzent zadał pytanie, jaki jest wkład habilitanta do tej pracy. Najbardziej ŻENUJĄCE jest to, że sam recenzent przyznał, nie będzie wchodził w kwestie merytoryczne. NAJBARDZIEJ chyba zastanawiające w tym wszystkim jest to, że nie zauważył on DZIWNYM TRAFEM (?) pewnych innych prac wchodzących w skład tego dorobku. Każda z nich zawierała dość ważny wynik, a w oświadczeniu o wkładzie do jednej z nich, były zawarte dość dokładne informacje, co dokładnie zrobił habilitant i że jego wkład do tej pracy wynosił 40 %. Można więc się zastanawiać, czy te informacje były na tyle dokładne, że niewygodne, i czy dlatego nie zostały one ``niezauważone``...
Po tym wszystkim, mam nieodparte wrażenie, że niemały odsetek czy to ekspertów, czy recenzentów, cierpi na swego rodzaju dezaktywację sumienia.
PS. zasmakowawszy samego przygotowania wniosku, że musi to przejść przez Dział Nauki na Uczelni, musi swoje zatwierdzić Prorektor itd., w sumie mam pokusę napisania do NCNu, żeby zmienili nazwę tej instytucji na: Narodowe Centrum Zniechęcania NCZ.
W każdym razie, niech ci, co wyrażają swoje duże zadowolenie z NCN, troszkę (a nawet więcej, niż troszkę), z tym stonują, bowiem powodów do zadowolenia aż tak dużo nie ma...
Bardzo szanuję NCN i pracę, jaką wykonał od powstanie, i ogromny postęp, jaki był jej efektem (i jestem za to wdzięczny jego władzom, w tym autorowi tego tekstu). Najbardziej kluczowe jest IMO to: "Czy zatem słuszne było postawienie na ekspertów zagranicznych?
Bez dwóch zdań. To był chyba najważniejszy ruch podjęty za mojej kadencji i dobrze, że moi następcy go kontynuowali. Po pierwsze odrywa to recenzje od lokalnych układów, a po drugie – co rzadko się zauważa – jest to promocja polskiej nauki. "
Moim zdaniem ocena w NCN wygląda nie gorzej, niż w programach europejskich (nie znam ERC, ale znam trochę MSCA, też nieco 'od środka') i to nie tylko pod względem jakości procesu, ale i sprawności (np. półroczny cykl oceny to dużo lepiej niż w sąsiednich krajach).
Czytam ten wywiad i oczom nie wierzę, że Pan Profesor jest tak zadowolony z NCN i jego ekspertów. Miałem już kilka grantów NCN, natomiast jakość recenzji od kilku lat to jest po prostu dno. Ostatni konkurs. Pan ekspert stwierdził, że słabą stroną wniosku jest wnioskowanie o 3 doktorantów co w tak wielkim konsorcjum utrudni przepływ informacji. Panel to powtórzył i odrzucił wniosek. Problem w tym, że we wniosku nie miałem nawet jednego doktoranta i nie miałem żadnego konsorcjum. Drugi ekspert był bardzo pozytywny w stosunku do grantu. Napisałem protest do Dyrektora NCN. W odpowiedzi dostałem, że NCN zatrudnia najlepszych ekspertów i faktycznie ekspert się pomylił, a panel to powielił, ale nic się nie stało, bo oni są najlepsi i ta pomyłka niczego nie zmieniała. Samozadowolenie level Himalaje.
Przypominam tylko, że ekspertami jesteśmy my naukowcy, głównie polscy. Nie sądzę, aby obecna Rada NCN wybierała celowo akurat najsłabszych, sądzę, że jest przeciwnie.
NO i na co można liczyć w NCN gdy tacy eksperci co to mówią "naukowcy, głównie polscy" którzy stanowią nie więcej niż 10 %. To są "GŁÓWNIE ... i to mówi członek akademii PAN i były ekspert, u którego 10% jest więcej niż 90%. Kto wybiera takich do NCN, a i do akademii, jak nie potrafią nawet ocenić "naukowcy, głównie polscy". Wstyd dla tych co takich wybierają i na stołki sadzają. I co można oczekiwać od takich ekspertów, myślę, że raczej niedorzecznej oceny projektów.
Ocena NCN wyrażana w napływających tu komentarzach i podawane przykłady dotyczyły 15 lat działania agencji. W całym tym okresie przeważali eksperci panelowi pochodzący z Polski. Teraz jest inaczej, i dobrze.
"Przypominam tylko, że ekspertami jesteśmy my naukowcy, głównie polscy." - TO AKURAT nie jest prawda. Od Pana czasów trochę się pozmieniało. 90% paneli to naukowcy zagraniczni.
Tak, to prawda. Ale to także naukowcy, niezależnie od kraju pochodzenia.
Ekspert to z definicji ten, który się zna lepiej od większości ludzi. To niewątpliwie naukowcy ale jak pan udowodni, że są ekspertami w każdym temacie, na który się wypowiadają?
Jak napisał jeden z Dyskutantów tutaj, bardzo szanuje NCN i pracę, jaką wykonał. Więc cóż... szkoda, że nie ma zjawiska analogicznego do indukcji elektromagnetycznej tzn. że zadowolenie, jaką przejawia X. w stosunku do pewnej instytucji, nie indukuje analogicznego zadowolenia u Y. ;)
Cyt. " W odpowiedzi dostałem, że NCN zatrudnia najlepszych ekspertów i faktycznie ekspert się pomylił, a panel to powielił, ale nic się nie stało, bo oni są najlepsi i ta pomyłka niczego nie zmieniała. Samozadowolenie level Himalaje."
Szanowny Profesor szef NCNu, na pewno się do tego nie odniesie. NCN posłużył się tutaj w pewnym sensie, tzw. prawem tożsamości znanym z logiki klasycznej: p->p, czyli jeżeli "p, to p", a więc "jeśli NCN zatrudnia najlepszych ekspertów, to NCN zatrudnia najlepszych ekspertów", no i wszystko jasne...
To nie było samozadowolenie, tylko niemal automatyczne zatwierdzenie decyzji, która była korzystna dla funkcjonowania NCN. Treść uzasadnienia jest bez znaczenia. W sytuacji 10% success rate każda decyzja odrzucająca projekt poprawia sytuację NCN, bowiem pozwala sprawiać wrażenie, że to wciąż działa. W moim przypadku była decyzja negatywna panelu podjęta na podstawie dwóch entuzjastycznych opinii ekspertów. Odwołania również nie uwzględniono, chociaż tutaj nie powołano się na najlepszość ekspertów, tylko dla odmiany na niezależność komisji, która może decydować jak jej się podoba. Można i tak.
Cyt." Odwołania również nie uwzględniono, chociaż tutaj nie powołano się na najlepszość ekspertów, tylko dla odmiany na niezależność komisji, która może decydować jak jej się podoba. Można i tak."
Ja bym się zapytał ironicznie w mailu do nich, czy to była liniowa niezależność, czy nie... ;=|
A jak, a co, eksperci mogą pisać największe głupoty i nieprawdę, bo są ekspertami. Ci co siedzą w NCN też mają się za ekspertów i po co sobie głowę zawracać, że prawda jest inna. Uwalić, wyśmiać i jeszcze za to ogromną kasę sczesać, bo przecież jesteśmy nieomylni. I co nam zrobicie, możecie pomachać i popisać żale na jakimś forum. Ot i tak ma być, bo my tak chcemy i już. A może by pognać tych ekspertów i NCN jako instytucja szkodliwa dla rozwoju nauki i pieniądze rozdzielić na badania statutowe w instytutach i uczelniach. Będzie z tego większy pożytek w nauce niż w działanie widzimisię w NCN i będą oszczędności i się pozbędziemy widzimisię.
"Nie ma głupot, są głupstwa" (Hamilton).
Podsumowując poniższą, owocną dyskusję proponowałbym zamknąć albo zreformować NCN oraz NCBR i zrezygnować z konkursów.
Przeznaczyć 6 mld złotych, które wydawane są na granty, na ciągłe, statutowe wsparcie pracowników naukowych i doktorantów pracujących w jednostkach naukowych; na uczelniach i w Instytutach badawczych.
Te 6 mld złotych dałoby do dyspozycji 68 tysięcy złotych rocznie każdemu badaczowi i doktorantowi.
Kogo bym w okolicy nie zapytał – jest za 😊
Tym, którym zależy na prowadzeniu badań bardziej kosztownych uczelnie może chętniej pomogą w pozyskiwaniu grantów europejskich, czego wszyscy byśmy oczekiwali. Poza grantami z ERC jest wiele innych źródeł z których mogą i powinny korzystać jednostki naukowe w Polsce. Najprostszy przykład: poszczególne ministerstwa mogą przecież zamawiać wykonywanie potrzebnych im badań niezależnym jednostkom naukowym.
Należałoby zastrzec, że przyznanych pieniędzy nie można przeznaczać na zatrudnienie dodatkowych osób, ani na zwiększanie wynagrodzeń wykonawców pracy naukowej.
Subwencje dla uczelni można by podzielić na subwencję dydaktyczną i subwencję naukową, każdą uzależnioną od jakości wykonanej pracy.
Subwencja dydaktyczna powinna zależeć nie tylko od liczby studentów i powinna uwzględniać średnią ocen z matury wszystkich studiujących, do czasu wypracowania lepszej metody oceniania jakości kształcenia.
Subwencja naukowa powinna zależeć od jakości pracy naukowej, ocenianej jak dotąd - niesprawiedliwie albo mniej niesprawiedliwie, czyli przynajmniej z uwzględnieniem liczby cytowań prac naukowych (po 2 latach, jak dla czasopism).
"Subwencje dla uczelni można by podzielić na subwencję dydaktyczną i subwencję naukową"
Czyli: powrót do przeszłości (BST), ale w przeszłości było nawet lepiej niż Pan proponuje, bo te naukowe pieniądze szły nie do ogólnego kotła uczelnianego, ale były kierowane bardziej precyzyjnie - wprost do wydziałów, które lepiej czy gorzej (miarą była przydzielona kategoria) tę działalność naukową prowadziły.
Podoba mi się pomysł poprawienia algorytmu subwencji (wskaźnik jakości naboru mierzony wynikiem matur), ale liczenie cytowań "po 2 latach" jest mało sensowne.
Jeśli już cytowania, to idźmy na całość: cytowania w Scopusie uzyskane w okresie ewaluacji (ale nie "suma cytowań wydziału", bo wtedy jedna "gwiazda", co gorsza nawet i papiernik, załatwia ewaluację całego wydziału; raczej "procent pracowników, którzy uzyskali w okresie ewaluacji 50 (100?) cytowań". Może to nawet byłoby całkiem sensowne?
"procent pracowników, którzy uzyskali w okresie ewaluacji 50 (100?) cytowań"
To jest zupełnie bez sensu. Liczby cytowań zależą w ogromnej mierze od dyscypliny, a nawet poddyscypliny. Chemicy cytują, na przykład, bardzo dużo prac, a matematycy mało. Znakomity specjalista zajmujący się metodami testowania układów scalonych będzie miał dużo mniej cytowań, niż bardzo przeciętny fizyk. W mojej dyscyplinie, czyli telekomunikacji, ktoś zajmujący się się radiokomunikacja ruchomą ma typowo dużo więcej cytowań niż ten od sieci optycznych (bo liczba badaczy w obu tych działach bardzo się różni). Czyli nie da się nawet ustalić progu dla jednego wydziału, nie mówiąc już o całej uczelni. Ale oczywiście zgadzam się, że suma cytowań całego wydziału jest też bez sensu.
"To jest zupełnie bez sensu" ? Dlaczego? Oczywiście liczba taka powinna zależeć od dyscypliny (podobnie jak progi punktowe dla publikacji itp.), wiem, że dla humanistów nawet 5 cytowań (od innych autorów) za 4-5 lat to bardzo dobry wynik. 50 czy 100 to taka opcja do rozważenia dla fizyki (a jestem z dość niszowej branży, tej mniej cytowanej).
Ale generalnie nie jestem zbytnim fanem cytowań, ten miernik szybko ulega już degeneracji (bo o ile artykuły rozróżniamy na lepsze, gorsze i znakomite), to cytowania wciąż liczymy na sztuki (pozytywne i negatywne, od wybitnych uczonych i od jakichś nieznanych ludzi, w słabych czasopismach, czy wręcz z jakiejś 'spółdzielni"). Ale jest sporo entuzjastów cytowań, IF-ów czy SIF-ów, zatem taki miernik może znienacka ktoś wstawić do jakichś algorytmów i lepiej byłoby od razu przewidzieć w miarę sensowne opcje jego zastosowania. Stąd mój pomysł (nieco ad hoc rzucony).
@Przemo
To Pan wie zapewne, ale jednak napiszę: z tego wszystkiego, co Pan proponuje, zgadzam się z jednym, mianowicie że powinna istnieć subwencja na badania (rzeczywiście przeznaczona na badania i nic więcej), na przykład w tej wysokości, o której Pan wspomina. Ale z niczym więcej się nie zgadzam więc proszę mnie nie włączać do tych wszystkich, których by Pan "w okolicy nie zapytał".
:-)
Jestem tego samego zdania.
To propozycja strukturalna, bez-kosztowa. Też bym chciał, żeby na prowadzenie badań naukowych w Polsce przeznaczano więcej pieniędzy, tyle, że już nie bardzo w to wierzę i jeśli przed nami kolejne dziesięciolecie urojonego głodu, to lepiej żołnierzom serwować tylko obiad, niż tylko deser :-)
Cyt."Kogo bym w okolicy nie zapytał – jest za 😊"
No to ja też się przyłączam.
NCN miałby rację bytu, gdyby:
1. WSZYSCY eksperci oceniający wnioski, byli ZAWSZE RZETELNI przy dokonywaniu tej oceny, a tak nie jest (pewien odsetek tych ekspertów zachowuje się w sposób hmmm... dość ZASTANAWIAJĄCY)
2. nie traktowano tych, którym nie udało się uzyskać grantu, jako "gorszego sortu" - a niestety, tak jest, poprzez mówienie i/albo pisanie o "laureatach grantów NCN".
Przykro mi, ale ta instytucja spełniła TYLKO PEWIEN PROCENT oczekiwań wobec niej, i śmiem twierdzić, że (nie)finansowanie badań naukowych poprzez (nie)przyznanie grantów NCN w takiej postaci, jak to ma miejsce obecnie, przynosi więcej szkód, niż pożytku.
Rzetelność można by być może poprawić w ten sposób, że projekty były składane anonimowo, a po warunkowym przyznaniu finansowania autor projektu negocjowałby z macierzystą lub inną jednostką naukową warunki wykonania projektu. Może dodatkowo ekspertami nie powinny być osoby, które same prowadzą badania naukowe, żeby unikać konfliktu interesów?
Zna pan kogoś, kto znakomicie zna się na nauce ale sam badań nie prowadzi?
Niech NCN pochwali się wynikami badań naukowych, które warte są 18500000000
NCN nie prowadzi badań naukowych, co za tym idzie nie może się nimi pochwalić.
Wydali 18,5 mld zł i nie są w stanie pochwalić się efektami badań, przecież rozliczają projekty naukowe - PUBLIKACJAMI płatnymi w czasopismach w Scopusie. Dlatego taka cisza . Bo nie ma efektów istotnych dla społeczeństwa polskiego.
Wystarczy wejść na stronę NCN https://www.ncn.gov.pl i kliknąć efekty NCN. Tam można sprawdzić raporty z efektów naukowych, w tym publikacje. Jeżeli ktoś nie rozumie na czym polegają badania podstawowe i jakie jest ich znaczenie, nie powinien zajmować się nauką, tylko znaleźć sobie jakiś inny zawód.
@Andrzej Jajszczyk
Panie Profesorze,
Oczywiście pewne efekty działalności NCN były. Można jednak postawić pytanie, czy podobnych efektów nie osiągano już wcześniej, gdy funkcjonował KBN. Innymi słowy: czy powołanie NCN rzeczywiście przyniosło jakościową zmianę, czy raczej było zmianą instytucjonalną bez poprawy funkcjonowania środowiska naukowego? Potrzebna była nam ta nowa żaba?
Natomiast w sprawie chyba najważniejszej — czyli naszej obecności w europejskim systemie grantowym — trudno wskazać, aby NCN w istotny sposób przybliżył polską naukę do skutecznego zdobywania grantów europejskich. A przecież był to jeden z podstawowych celów, choćby z tego powodu, że jako członek UE uczestniczymy w finansowaniu tych programów. Czy nam się to podoba, czy nie.
Można oczywiście założyć Pańską tezę, że polscy naukowcy piszą słabe wnioski. Jeśli tak, to tym gorzej dla NCNu. To właśnie rolą NCNu (a w początkowym okresie również Pana jako dyrektora) było stworzenie mechanizmów, które pomogłyby nauczyć środowisko przygotowywać konkurencyjne projekty. W tym obszarze trudno jednak mówić o jakimkolwiek sukcesie. Partactwo totalne.
Na koniec chciałbym trochę złagodzić powyższe uwagi. Nie jest Pan odpowiedzialny za wszystkie problemy obecnego systemu. Był Pan pierwszym dyrektorem NCN i w tamtym okresie nawet poważne błędy były do pewnego stopnia nieuniknione przy tworzeniu nowej instytucji. Za obecny stan odpowiada przede wszystkim już obecne kierownictwo. Skoro jednak występuje Pan w roli adwokata tego systemu, to taryfy ulgowej tutaj być nie może.
KBN był urzędem państwowym, a NCN jest agencją wykonawczą kierowaną przez samych naukowców. Moim zdaniem, problem nie leży w tym, że NCN źle przygotował naukowców pracujących w Polsce do zgłaszania wniosków do ERC, ale na tym, że poziom nauki uprawianej w naszym kraju jest, w dużej większości, bardzo przeciętny, a często nawet słaby. Trudno dostać grant ERC nawet z najlepiej napisanym wnioskiem jeżeli pomysł i jego wykonawca są marni naukowo. Uważam, że NCN podniósł punktowo poziom nauki uprawianej w Polsce, ale jak już mówiłem w wywiadzie, trudno oczekiwać, że NCN naprawi całą naszą naukę. Budżet MNiSW, według ustawy budżetowej to 35,8 mld zł, a dotacja dla Narodowego Centrum Nauki to 1,75 mld zł.
Cyt." Moim zdaniem, problem nie leży w tym, że NCN źle przygotował naukowców pracujących w Polsce do zgłaszania wniosków do ERC, ale na tym, że poziom nauki uprawianej w naszym kraju jest, w dużej większości, bardzo przeciętny, a często nawet słaby. "
A dlaczego ten poziom jest słaby? Moim zdaniem m.in. dlatego, że Polska jest w ŚCISŁEJ czołówce krajów, które MARNUJĄ potencjał ludzki w zakresie badań naukowych. Przykłady mogę podać sam:
1. kolega z tytułem mgr, którego promotor doktoratu "olał" (nie bardzo wiadomo, dlaczego), a który ma niesamowity talent naukowo-techniczny,
2. kolega, który od... 22 lat jest na RENCIE, bo jako taki, został po doktoracie porzucony przez swojego byłego promotora, a jako osoba niepełnosprawna, nie bardzo może prowadzić zajęcia dydaktyczne, zaś dostać pracę w PAN jest dość trudno, tym bardziej w jego przypadku, gdyż ów promotor miał niewyparzony język
3. kolega, którego jego (nieżyjący już) promotor doktoratu określał, jako "czołg", który potrafi rozwiązać każdy problem naukowy, od paru lat jest na etacie czysto dydaktycznym (no cóż... dydaktyka, to "cnota" systemu nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce)
4. kolega, któremu NIE BYŁO nigdy dane pracować, jako fizyk, na uczelni ani w PAN, więc musiał się zatrudnić, jako... BIBLIOTEKARZ na Wydziale Prawa jednej z uczelni - przepracował tam ponad... 30 lat, a ponieważ w Polsce bardziej się ceni prawników, niż fizyków, więc kolega usługiwał prawnikom, niż współpracować na etacie z innymi fizykami (nota bene, już nie żyje).
WSZYSCY ci ludzie, to osoby utalentowane i pracowite w fizyce i/albo naukach technicznych.
RÓWNOLEGLE kwitnie w Polsce rozdawnictwo publicznych pieniędzy na etaty akademickie dla zwolenników uprawiania nauki poprzez czczą pisaninę o-siamtym-i-owamtym (to druga "cnota" systemu), a będących niemałym odsetkiem przedstawicieli nauk humanistycznych i społecznych (zaznaczam, że nie jestem aż tak skrajny w swoich poglądach co do tych dziedzin, jak Kol. "MB").
W TYM SAMYM CZASIE, niemały odsetek fizyków jest zmuszony do przekwalifikowania się (przynajmniej częściowo), na branżę informatyczną. Ktoś napisał tu o pensum dydaktycznym. No i właśnie, "dzięki" pensum oraz wstrętowi większości Iksińskich do dziedzin ścisłych, dr fizyki bez habilitacji musi być nierzadko ekspertem w dziedzinie np. inżynierii oprogramowania, czy administrowania systemami operacyjnymi itp. itp. Jeśli nie uda mu się tej habilitacji uzyskać, to będzie postrzegany w tym systemie, jako nieudacznik w porównaniu z dr hab.-em, czy prof. dr hab.-em, mimo że często posiada wiedzę, o której tamci nierzadko nie bardzo mają pojęcie.
No tak, bo po co komu fizycy, czy matematycy, jako tacy, prawda? Wystarczy, że powiedzmy 15 % tych uzdolnionych w fizyce, czy matematyce będzie miało szanse, a reszta: "Auf Wiedersehen" z polskiej nauki - trudno, "takie jest życie". NIE, TAKIE SĄ SKUTKI GŁUPOTY w zarządzaniu zasobami ludzkimi.
Patrzę na to wszystko i widzę, że ten laurkowy obraz sytuacji, te pochwały pod adresem NCN-u, to wszystko płynie od osób z "głównego nurtu" akademickiego. Są to osoby albo ze stopniem "dr", ale już przygotowywane do wejścia do "kasty dr hab.-ów", albo już zadowolone ze swojego statusu "dr hab.", czy "prof. dr hab.". Przeważnie to one jawią się, jako prowadzący badania naukowe, o ICH wynikach naukowych się pisze itd., a reszta, ten "dydaktyczny plebs", to tylko "takie tam"...
Ja tam chętnie prowadziłbym zajęcia dydaktyczne (chociaż nie w stachanowskim wymiarze stosowanym w Polsce) ale nie mogę, bo koledzy z uczelni nie mieliby tych swoich pensów wypełnionych. Samo wyrwanie (niemal dosłownie) doktoranta jest w moich warunkach wyczynem na miarę Małysza, albo nawet Venus Williams.
Dokładnie. Naukowcy w uczelni lubią wyzywać tych z instytutów, że darmozjady, ale świętego pensum będą bronić jak niepodległości.
Ja nie bronię pensum za wszelką cenę (powinno zostać ZMNIEJSZONE), ani nie uważam ludzi pracujących w Instytutach badawczych za darmozjadów, tylko zwracam uwagę na kwestię: JAKIE zajęcia dydaktyczne tzn. z jakich przedmiotów?
Do Kol. Alka: myślę, że bez problemu znalazłyby się dla Pana zajęcia, tyle że na pewno z zaawansowanych przedmiotów informatycznych. Jeśli potrafi Pan kształcić studentów z zakresu np. wzorców projektowych, testowania oprogramowania, analizy i projektowania systemów informatycznych itp. itp., to chyba wielkiego problemu by nie było. Owszem, to już nie jest czas "kokosowych interesów", jakie można było robić np. 20 lat temu na uczelniach, gdy rozchwytywano niemal chętnych do prowadzenia takich zajęć, ale z tego, co wiem, to tu i ówdzie ileś godzin zajęć (ale właśnie takich, jakie wymieniłem), mogłoby się znaleźć.
"Bronić pensum" znaczyło w moim tekscie "nie pozwolić, by ktokolwiek inny prowadził 'moje' zajęcia." Moje oferty prowadzenia zajęć zostały przez polskie uczelnie odrzucone. W programie przedmiotu był m.in. model noszący moje nazwisko.
Nie popłakałem się, uczyłem poza Polską. W okresie pandemii nie musiałem nawet nigdzie lecieć, wszystko zdalnie.
Rozumiem. Ja specjalnego wyboru nie miałem. Przez pierwsze 7 lat pracy na mojej uczelni, prowadziłem zajęcia wyłącznie informatyczne, dopiero po tych 7 latach sytuacja zaczęła się poprawiać, gdyż przydzielono mi także przedmioty już mniej, czy bardziej związane z moją działalnością naukową.
Trochę REASUMUJĄC: te debaty nad nauką polską, co by tu poprawić itd., gdzie dyskutanci (z reguły dr hab. lub prof. dr hab.), mówią niemal o wszystkich aspektach kryzysu, a unikają, jak ognia, omówienia właśnie tych przyczyn, o których napisałem tutaj przedtem, te debaty są po prostu mało poważne. Wymyśla się różne sposoby niby na poprawę sytuacji, m.in. chce się ściągać polskich naukowców z zagranicy, udając że się nie widzi, iż niemało zdolnych ludzi po prostu, MARNUJE SIĘ w Polsce. Znaczącej poprawy NIE będzie bez ISTOTNYCH ZMIAN w samym systemie, bez zdecydowanych posunięć, i pora się z tym pogodzić.
A czym się różni urzędnik magister od urzędnika profesora? Miejmy szacunek do inteligencji rozmówców.
@Andrzej Jajszczyk
Panie Profesorze,
To, że KBN był urzędem państwowy, a NCN jest zarządzana przez naukowców, nie jest w jakimkolwiek stopniu argumentem świadczącym o wyższości NCN. Urząd państwowy tez może być skuteczny. NCN powstał, by przybliżyć nas do struktur nauki europejskiej. Na chwilę obecną postawione zadanie nie zostało wykonane. Kropka. Ocena 2.0 (niedostateczny).
W przypadku NCN można ściągnąć ekspertów z krajów, które sobie świetnie radzą w ERC. Ale nie tyle do oceny wniosków, co do zarządzania tą instytucją, jej panelami itp. Niech oni się wypowiadają i niech oni uczą Polaków. Źle jest natomiast jak amatorzy uczą amatorów.
Warszawę w przeszłości uwieczniali na obrazach artyści z Włoch. Bo byli w tym fachowcami. Kadrę polskich skoczków narciarskich prowadził parę lat temu Austriak, i tak kadra skakała wówczas wręcz genialnie. Piotr Żyła (zawodnik), który uchodził za przeciętniaka zaczął nagle zdobywać medale. To dlaczego nie zastosować podobnych metod w NCN? Ale to głowę w tej instytucji trzeba naprawić/wymienić, a nie uskarżać się na poziom polskiej nauki.
PS. Ale tak w ogóle mam szacunek do Pana, że Pan próbował coś sensownego zrobić, w czasach, gdy środowisko robiło kasę na drugich etatach.
@Ireneusz
Czy rzeczywiście sądzi Pan, że poznawanie świata, wiedza o świecie, podobnie jak książki, teatr, sztuka czy sport, są "nieistotne dla społeczeństwa polskiego", czy też dla dowolnego innego społeczeństwa?
Czy na przykład odkrycie opisane w artykule, który widzę tutaj z boku, „Archeolodzy z UW potwierdzili istnienie króla Qaszqasza”, też społeczeństwu nie jest do niczego potrzebne?
"Narodowi nie są potrzebne niezdrowe sensacje. Narodowi potrzebne są zdrowe sensacje!" (A. i B. Strugaccy). Jak widać, kwestia potrzeb społeczeństwa nurtuje ludzkość nie od dzisiaj.
Dziwny wywiad. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że NCN nie spełnia pokładanych oczekiwać. Jeśli średni współczynnik sukcesu jest na poziomie 21% (a w praktyce jest często znacznie niższy), to oznacza to tyle, że polscy naukowcy piszą, piszą, piszą... a czasem robią badania. Praktyki przypominające czasy PRLu, gdzie były kartki na mięso, ale żeby coś kupić
(na te wspomniane kartki), to ludzie stali przez całą noc w kolejce. A Pan Profesor Andrzej Jaszczyk twierdzi, że instytucja działa dobrze, tylko naukowców mamy głupawych. Być może wiosenne słoneczko za bardzo przygrzało? Czapeczkę z daszkiem polecam.
Skąd kolega wziął te 21%? Średni współczynnik sukcesu, jeśli zbliża się do 15%, to już byłoby znośnie, ale najczęściej nurkuje w okolice 10%. W konkursie, w którym parę lat temu udało mi się uzyskać grant OPUS, współczynnik ten (jak się później okazało) wynosił 13%, a potem jeszcze malał. 21% to jakieś wyobrażenie naukowych fantastów.
Dane wziąłem stąd:
https://forumakademickie.pl/15-lat-ncn-ponad-33-tys-grantow-o-lacznej-wartosci-1853-mld-zl/
Tam jest taki fragment: "To oznacza, że średnia wartość projektu z całego tego okresu wyniosła 561 056 zł, a średni współczynnik sukcesu – niemal 21 proc.".
Ale też wygląda mi to dziwnie - czyli istotne pytanie: jak policzono tę średnią. W rzeczywistości faktycznie jest dużo gorzej - poniżej niż 15%. Wskaźnik sensowny to ok. 25-33%, ale w sumie dużo zależy od tego, ile podobnych prób można szybko zrobić w danym kraju, uwzględniając różne źródła finansowania. Tak czy inaczej poziom 20%, to już poziom krytyczny, poniżej mamy marnotrawstwo czasu pracy naukowca, czyli de facto marnowanie środków budżetowych.
Bolesna prawda jest taka, że większość polskiego środowiska to pseudo naukowcy.
Odezwał się przedstawiciel światowej sławy naukowiec, wyznawca 8* i wszelki mądrości jak by tu uwalić naukę, bo jest w ... Gratuluje wielkości i samopoczucia wyznawcy światowej sławy naukowca. Gratulacje składa ten z " polskiego środowiska to pseudo naukowcy."
20% to optymalny współczynnik sukcesu a NCN nie decyduje o tym ile dostanie pieniędzy.
To może jeszcze dopowiem, że Ci którym w PRlu, udało się to mięso rano kupić po całonocnym staniu, to oni się czuli tacy dumni i nawet bardziej zaradni niż inni - to był rodzaj prawdziwego sukcesu. A teraz co? Idzie człowiek do sklepu, wybiera, płaci, wychodzi ze sklepu - zero radości.
Istnienie państwowej agencji grantowej jest niezbędne, a NCN sprawdza się w tej roli dość dobrze. Liczne negatywne opinie na temat efektów działania tej agencji biorą się w mojej skromnej opinii z dwóch przyczyn, obie dzisiaj są od NCN niezależne.
Pierwszą, poruszoną w wywiadzie, jest zbyt niski success rate schodzący niekiedy (w niektórych komisjach) poniżej 10%. To są kpiny z procedury konkursowej i obraza naukowców, którzy pracowicie tworzą wcale nie tak łatwe do przygotowania wnioski. Wynika to oczywiście z kompromitująco niskiego finansowania agencji, co z kolei jest efektem przekonania obecnych polityków (wszystkich partii!) że nauka to zabawa niejakich ekscentrycznych profesorków, którym możemy odpalić trochę środków, jeśli nam zostanie z ważniejszych rzeczy. Ten półinteligencji trend trwa co najmniej od końca lat 90., natomiast jego prekursorem był zapewne już Gomułka. Polscy politycy w swoim prymitywizmie postrzegania świata, gospodarki i nauki są dziś neo-gomułkowcami.
Natomiast druga przyczyna nie jest bezpośrednio związana z NCN, tylko z podejściem rządu do finansowania instytucji naukowych. Otóż traktowanie przez kolejne rządy NCN jako głównego żródła środków na poważne badanie jest z gruntu błędne, choć wygodne ("przecież jest NCN, więc wszyscy mogą występować o pieniądze na swoje badania", czyli problem odhaczony). Naukowcy z uniwersytetów i innych naukowych instytucji powinni móc prowadzić badania na światowym poziomie korzystając ze środków na naukę przyznawanych uczelniom na zasadzie dotacji na naukową działalność, tzw. obecnie "statutową". Granty NCN powinny być opcją dodatkową, zapewniającą środki na szczególnie kosztowne i wybitne projekty badawcze, niemożliwe do realizacji ze środków statutowych. Przy okazji, mieści się w tym temat skandalicznie niskich zarobków naukowców w Polsce, bo to też część tego samego systemu wyzysku, a jednocześnie negatywnej selekcji. Kolejne rządy, przeznaczając te środki na naukę, zdają się zapominać o regule, że dostaje się tyle, za ile się płaci. I z zasady nic więcej.
Dopóki któryś kolejny rząd nie zdobędzie się na odwagę i nie rozwiąże tych dwóch problemów, będzie to, co mamy obecnie. Również w podstawowej kwestii, jaka jest jakość nauki, którą społeczeństwo za swoje pieniądze dostaje.
Każdy kto podejmował bez sukcesu próby starań o różne granty NCN może zauważyć, że panale NCN tworza pewne "koterie" i niektóre uczelnie (najczęściej z Warszawy i Krakowa) dostaja wyraźnie częściej granty a inne rzadziej.
Gdy okazało się, ze mozna to wręcz udowodnić, to na pocieszenie powstały granty Miniatura których dystrybucja była już bardziej równomierna między ośrodki naukowe.
Tym którzy kilka razy bez sukcesu starali sie Opus lub Preludium proponuję przyglądnąć się także kolejnym konkursom w których pojawić się moga nasze "przegrane" pomysły. Istnieje duże prawdopodobieństwo że jako wygrywający konkurs będzie tam były członek panelu ekspertów. Oczywiście nie znajac składu panelu ekspertów który oceniał nasz wniosek nie możemy tego szczegółowo udowodnić. Jednak treści tych grantów bywaja czasem zaskakująco podobne.
Smutne to choc problem znany jest od lat i nie tylko w Polsce. Jedyny sposób chocby częściowego jego zwalczania to wymiana co 2 lata połowy składu NCN jak i paneli ekspertów. Po dwuletniej karencji mogliby ponownie uczestniczyć.
Właśnie połówkowe wymiany są lepsze w rozbijaniu tych toksycznych układów niz takie raz na 5 lat wszystkich osób.
Cyt."Gdy okazało się, ze mozna to wręcz udowodnić, to na pocieszenie powstały granty Miniatura których dystrybucja była już bardziej równomierna między ośrodki naukowe. "
ŻADNE pocieszenie, skoro w opisie konkursu Miniatura jest wyraźnie napisane m.in. że
"O środki może ubiegać się podmiot, w którym zatrudniony jest badacz:
[....]
który uzyskał stopień doktora w okresie do 12 lat przed rokiem wystąpienia z wnioskiem (nie wcześniej niż 1 stycznia 2014 r.). "
Zatem, ci którzy doktorat obronili np. 20 lat temu, NIE mają tu ŻADNYCH szans i są skazani na (NIE)ŁASKĘ kapturowego sądu ekspertów oceniających wnioski z konkursu Opus. A z oceną dokonywaną przez te osoby, miałem niewątpliwą nieprzyjemność się już zetknąć.
To, że panele są złożone z osób, które same ubiegają się lub będą się ubiegały o ich przychylność jest konfliktem interesów z samego założenia. Stąd wynika wiele oczywistych konsekwencji takiego bycia sędzią we własnej sprawie, jak to, że postęp technologiczny przebiega poza uczelniami, a także to, że wciąż nie ma oczekiwanego powiązania nauki z biznesem i gospodarką, jak również przyczynkowo-hobbystyczna tematyka finansowanych badań.
Proszę przeczytać sobie regulamin prcy NCN i zespołów eksperckich - wymiana następuje częściej, niż co 2 lata, więc to co Pan proponuje, to krok wstecz :))
Drugi problem da się w miarę łatwo rozwiązać, aczkolwiek jest to raczej niewykonalne. Należy zredukować ilość pracowników naukowych (tak zwanych naukowo-dydaktycznych zazwyczaj) o 50 %, na dobry początek. Na krajach wiodących naukowo, cała katedra na danym uniwersytecie, na przykład department of mechanical engineering, to zazwyczaj 15-25 osób na stałych etatach. W Polsce, na uczelniach technicznych takie wydziały (a nie katedry) to często ponad 100 osób. Mniej pracowników = więcej pieniędzy na badania statutowe na osobę. Ponadto, (teoretycznie) powinno to zredukować również ilość pracowników administracyjnych, więc więcej pieniędzy można przeznaczyć na badania.
Tylko że w Polsce wcale nie ma tak dużo naukowców. A ci "naukowo-dydaktyczni" to są innymi słowy normalni uniwersyteccy naukowcy, w Polsce przywaleni absurdalnie wysokim pensum.
Pensum jeszcze możnaby "przerobić" gdyby nie obowiązkowe nadgodziny.
"Pierwszą, poruszoną w wywiadzie, jest zbyt niski success rate schodzący niekiedy (w niektórych komisjach) poniżej 10%. To są kpiny z procedury konkursowej i obraza naukowców, którzy pracowicie tworzą wcale nie tak łatwe do przygotowania wnioski."
Racja. Co więcej, zestawmy obecny współczynnik sukcesu (kilkanaście procent) z faktem, że wnioski w Polsce składa mniej niż połowa do tego uprawnionych. Jaki byłby wówczas współczynnik sukcesu? Około 2x mniejszy.
A jakie są te powody to już chyba wszyscy wiemy: brak wsparcia administracyjnego, konieczność czytania długich zawiłych regulaminów, biurokracja nawet przy prostych zakupach, stosowanie zapisów ustawy PZP, itp. I to wszystko z finansowego punktu widzenia za niezbyt wysoki dodatek do pensji (oczywiście powody aplikowania są również inne, ale za nie ciężko opłacić rachunki).
Może warto zrobić taki kilkuletni eksperyment: odejść od konkursów i przeznaczyć te same środki na finansowanie statutowe - wyjdzie coś rzędu 50-60 tys. zł. na pracownika naukowego i doktoranta. Zaletą tej skromności będzie ciągłość badań - rzecz istotna. Należałoby też przyjąć, że nie można by było z tych środków nikogo zatrudniać, ani dopłacać do wynagrodzeń, pozostawiając politykę płacową instytucjom naukowym i wymagając od nich odpowiedzialnej polityki kadrowej.
Powinno to zachęcić mocniejsze grupy badawcze do aplikowania o granty europejskie i międzynarodowe, a jednostki badawcze do wspierania najaktywniejszych badaczy w pozyskiwaniu tych środków.
@Przemo
Rozdawnictwo to uśrednianie. Zaś średni poziom badań naukowych w Polsce jest bardzo niski (świadczy o tym między innymi poziom cytowalność artykułów opublikowanych z Polski). To sugerowane podejście byłoby więc z pewnością stratą pieniędzy. Jak rozwiązać ten problem?
Drugi, niezależny aspekt to fakt, że likwidacji grantów towarzyszyłby brak możliwości prowadzenia badań, które obecnie z grantów właśnie są opłacane. Jak więc prowadzić projekty, których cena wynosi więcej, niż te 50-60 tys. na pracownika?
P.S. Z ciekawości zapytam: skąd wzięły się te sumy 50-60 tysięcy? Jak zostały wyliczone?
Ja akurat bym się na ten eksperyment zdecydował, gdyby to było realne. Bo zdarzały mi się opinie/recenzje takie, że nóż się w kieszeni otwiera. Bo zdarzało mi się nie raz, że po decyzji negatywnej za ułamek budżetu projektu realizowałem małą część pomysłów z tego projektu i publikowałem to znacznie lepiej, niż zdecydowana większość "laureatów" konkursów NCN przy solidnym finansowaniu. Taka pięciolatka prawdy - pokaże, kto ma dobre pomysły, a kto zyskuje na modnej tematyce, znajomych w panelu i innych pozakulisowych działaniach. Które były, są i będą, nie bądźmy naiwni. Wszędzie tam, gdzie są pieniądze, pojawiają się takie negatywne mechanizmy.
Zwykle takich badań nie prowadzimy sami, więc budżet roczny byłby wielokrotnością wyjściowej sumy. Badania, które są droższe, można finansować z innych źródeł. Zakup aparatury z projektów NCN i tak jest coraz bardziej kłopotliwy, bo już mało co mieści się w tej prehistorycznej kwocie 0,5 mln złotych polskich. Nie widzę minusów.
@sdf
Tak się składa, że w mojej działce to na nawet średnio-ambitne projekty ta suma nie wystarczy, więc jednak może być kłopot
Ja sądzę, że polaczenie dwóch, statutowego finansowania z finansowaniem grantowym to jest optymalne rozwiązanie w dzisiejszych czasach.
A bezsensowne recenzje zdarzają się wszędzie. Naprawdę. Natomiast co jest tutaj ważne, to jak fundatorzy radzą sobie z takimi właśnie bezsensownymi recenzjami.
Nasz obecny system, z wielu różnych przyczyn, nie działa dobrze. Nie wierzę oczywiście w realizację (choćby w jakiejś części) postulatu kolegi Przemo, ale pofantazjować dobra rzecz. Innym zabawnym pomysłem, który kiedyś się pojawił, było... losowanie, kto grant otrzyma. Te pomysły nie są takie złe, bo każą się zastanowić, czy uzyskane rezultaty byłyby rzeczywiście gorsze od rezultatów stosowania obecnego systemu. Bo po pierwsze, wszyscy widzimy, jakie projekty i skąd dostają finansowanie, i jakie są rezultaty ich realizacji. Poziom jest bardzo zróżnicowany. Nie mamy natomiast dobrego tła - nie widzimy, jakie wnioski przepadły i tym bardziej nie mamy możliwości śledzić, jak w tej sytuacji poradzili sobie ich autorzy. Po drugie, napisanie sporego wniosku grantowego raz na jakiś czas jest nawet dobre, bo zmusza do przemyślenia i uporządkowania swoich planów badawczych. Ale pisanie takiego wniosku kilka-kilkanaście razy, żeby dostać jakikolwiek grant, to już zwykła strata czasu i pieniędzy. A przy obecnym success rate w NCN tak to zaczyna wyglądać.
Proszę pana, albo pracownik naukowy nadaje się do tej pracy, i wtedy należy mu ją umożliwić, albo się nie nadaje, i wtedy należy go zwolnić.
@Profesor PAN
Proszę Pana, gdzieś, na dowolnym etapie, musi być ta kontrola jakości, bo to są pieniądze podatników. To gdzie jest ta kontrola, jesli każdemu rozdaje się po równo?
Tak było przez kilkaset lat rozwoju nauki. Skoro się sprawdziło, niebezpiecznie jest zmieniać. Nauka zarówno w dawnych klasztorach jak w XIX wiecznych uniwersytetach była egalitarna, pensja profesorska była ustalona z góry. Być może dlatego, że to nie pieniądze dokonują odkryć, to ludzie.
Owszem, pensja profesorska była ustalona z góry. Również służbowa willa w kampusie uczelni itd. Daleko odeszliśmy od ówczesnych standardów. Profesorów było mało, ale przynajmniej począwszy od XIX wieku byli opłacani po królewsku.
@Profesor PAN
Finansowanie nauki z budżetu zebranego z podatków to nie jest długa tradycja. W porównaniu z tym, jak przez tysiąclecia nauka była finansowana, można śmiało powiedzieć, że wprowadzono to "ostatnio".
Jest tak, że albo jest trudno dostać stałą pozycję i wtedy kontrola jakości odbywa się na tym etapie, albo jest właśnie sprawdzanie jakości pojedynczych pomysłów.
Gdzieś jakaś powinna być.
Dokładnie tak! Wynagrodzenia to zbyt poważna część wydatków na naukę, żeby latami ponosić nieuzasadnione koszty.
Mam kompromisową propozycję - obliczamy, jaki procent grantów idzie na uposażenia (założę się że sporo) i tę część dzielimy po równo (albo sprawiedliwie) i dodajemy naukowcom do pensji a resztę wypłacamy na dotychczasowych zasadach z zastrzeżeniem, że ani złotówka nie idzie do kieszeni. Obstawiam, że ilość wniosków grantowych zmaleje dziesięciokrotnie i odpowiednio wzrośnie współczynnik sukcesu.
Wiem, realistyczniej byłoby zaproponować przyciągnięcie rafy koralowej na Bałtyk.
W jakim sensie procent grantów idzie na uposażenie? Gdzie i czyje?
Proszę pana, na całym świecie z wyjątkiem Polski (i być może Słowacji, Słowenii i kilku innych mniejszych państw) beneficjent grantu na własne osobiste potrzeby nie może z niego wziąć ani (euro)centa. Można z grantu kupować różne wspaniałe rzeczy dla uczelni, można zatrudniać innych ale nie siebie. Skoro tak bardzo chcemy być białymi ludźmi, to zmałpujmy i to.
Niżej napisałem dlaczego - podejrzewam, że granty w większości są grantami socjalnymi, naukowiec wcale nie potrzebuje cyklotronu tylko zapłacić czynsz. Jak zlikwidujemy granty socjalne, to zostaną tylko naukowe i większość problemów zniknie.
Ależ rozumiem, ale to są grosze. Maksymalny dodatek dla kierownika grantu NCN to 3000 pln miesiecznie brutto brutto. Zakładając, ze macierzysta uczelnia w ogóle go wypłaci, bo może z tym również kombinować. Więc co tutaj jest socjalnego, to tylko rodzaj napiwku. Gdzie tu granty socjalne? Wiem, że teoretycznie autor grantu może wystąpić o finansowanie pensji z grantu, ale nie znam nikogo, kto coś takiego dostał, wszyscy boją się, że tak wygórowane żądanie będzie powodem odrzucenia projektu. Poza tym też nie ma w tym nic "socjalnego", bo taka pensja jest zamiast pensji z instytucji zatrudniającej, a nie oprócz. Czy to naprawdę jest realny finansowy problem w NCN?
Przekonajmy się i wprowadźmy tę zasadę, do której stosują się wszyscy biali ludzie: ani grosika z grantu do kieszeni. Ja prorokuję, że ilość wniosków zmaleje kilka razy a co za tym idzie współczynik sukcesu wzrośnie do akceptowalnego poziomu. Dla naukowca nawet trzy tysiące to dużo.
Owszem, nie jest to kwota pomijalna, chociaż w rzeczywistości zostają z niej dwa tysiące. Ale to świadczy wyłącznie o humorystycznie niskich zarobkach uczonych. Gdybym jako profesor zarabiał te uczciwe 30 tysięcy netto, to mój stosunek do tych dodateczków byłby taki, na jaki zasługują, czyli płciowy. Tymczasem naukowcy są traktowani jak frajerzy, albo w najlepszym wypadku hobbyści. Jak działkowcy. I nie są to moje platoniczne wyobrażenia: sam jestem w ważnym gremium doradzającym ministrowi (pełno profesorów!) oraz pełnię funkcję eksperta delegowanego do jednej z międzynarodowych konwencji. Jedno i drugie hobbystycznie, albo elegancko mówiąc, honorowo. I to nawet nikogo nie dziwi. Pieniądze są dla osób w rodzaju licealisty, pełniącego rolę siedemnastego doradcy jakiegoś posła, ale nie dla naukowców, bo naukowcy są inteligencją wyposażoną w etos, co nie? I nawet fakt, że po wojnie nastąpiła zmiana w tej warstwie społecznej i 90% inteligencji zrobiło się pochodzenia chłopskiego bez żadnych korzeni w Żeromskim, nic nie dał. Etos okazał się zaraźliwy.
NCN 1,6 mld zł, + NCBR 4,4 mld = 6 mld zł na badania rocznie. Podzielmy przez 94 tys. (pracownicy naukowi + doktoranci) wychodzi 68K.
Uśrednienie? To moim zdaniem nieuzasadnione uproszczenie. Wystarczy spojrzeć na założenie projektów finansowanych - część z nich jest taka sobie ;-)
Jak prowadzić droższe badania? Jeśli są tego warte, zostaną z pewnością sfinansowane np. z grantów europejskich - przecież to oczywiste.
@Przemo
EU wielokrotnie podkreślała to, że pieniądze z programów Horizon w żaden sposób nie powinny zastępować finansowania lokalnego. To nie jest ich przeznaczenie i żaden kraj EU nie stosuje takiego podejścia. Poza tym lokalna polityka rozwoju nauki (jeśli w ogóle istnieje….) może wcale może nie być w pełni zbieżna z tym, co robi EU. Dodatkowo, realistycznie patrząc, widzimy obecnie, jak wygląda zdobywanie grantów z EU przez naukowców z Polski. Nie jesteśmy w ogóle konkurencyjni więc dostajemy bardzo mały odsetek z całości.
Jest to więc niewłaściwe i nierealistyczne podejście. Obawiam się również, że ci, którzy chcą wesprzeć badania translacyjne i nakierowane na przemysł, nie będą szczęśliwi z tego, ze pieniądze NCBR zostaną tak cienko rozsmarowane po wszystkich ośrodkach naukowych w całym kraju.
Szlak mnie trafia, kiedy czytam, że "nie jesteśmy w ogóle konkurencyjni więc dostajemy bardzo mały odsetek z całości."
Grant to nie nagroda! Dotąd zasadą UE nie było rabowanie biedaków by paść milionerów. Przyznawali się do polityki odwrotnej i nazywali ją polityką spójności - państwa bogate i rozwinięte płaciły całkiem dużo, by państwa biedniejsze mogły im dorównać. Jeśli w przypadku nauki polityka jest odwrotna, zaprzecza to całemu sensowi instnienia UE.
Poza tym -w życiu nie uwierzę w wyszość naukową Portugalii (którą akurat znam) nad Polską. Ot, państwa kolonialne znalazły sobie kolejnych Murzynków.
@Profesor PAN
Ja rozumiem. Kiedy patrzę w lustro, to też czasem wolałbym zobaczyć co innego. Ale lustro nie kłamie.
W przypadku aplikowania o granty europejskie po prostu nie wierzę w zmowę anty-polską. Tak, dowiadujemy się, z wśród aplikantów o granty europejskie aplikacje z Polski są znacznie mniej atrakcyjne niż te z innych krajów. Lustro znowu nie kłamie.
Pewnie można by zabiegać o specjalne traktowanie, ale wtedy trzeba oficjalnie uznać, że zwyczajnie nie jesteśmy w stanie konkurować na równych zasadach z innymi.
Nie wierzy pan, że państwa kolonialne miały kolonie? No cóż, to nie jest sprawa wiary tylko wiedzy. Ja bym się taką "niewiarą" raczej nie chwalił.
Przypominam jeszcze raz: grant nie jest nagrodą! Najlepiej przyznany grant to nie jest grant przyznany najlepszemu tylko ten grant, który przyniesie największe efekty. W przypadku funduszu spójności uznano, że lepszy efekt przyniesie, jeśli Niemcy będą finansować Grecję, a nie, jeśli Grecja będzie finasować Niemcy. Dlaczego ERC miałby kierować się zasadą odwrotną do wszystkich pozostałych agend Unii Europejskiej?
@maciej
Przy czym warto tutaj znowu przypomnieć, że ten "dodatek do pensji", który jest płacony z grantu, to patologia, którą z trudem można znaleźć gdzie indziej na świecie.
Tak, w przypadku wybitnej polskiej kasty naukowej jest to patologia, natomiast dla zwykłych polskich naukowców jest to szansa na przetrwanie.
@Grześ
Użyłem wyrazu "patologia", gdyż w założeniu zdecydowanie najważniejszym powodem aplikowania o granty powinna być chęć przeprowadzenia badań naukowych, które są opisane w aplikacji. Jeśli system promuje inne powody, to moim zdaniem jest to patologia.
Te zakichane półtora tysiąca? Których zresztą ja na przykład nie dostawałem, by były kanibalizowane na moje dniówki.
No właśnie, dla kasty te półtora tysiąca jest zakichane, a dla doktoranta jest to połowa stypendium.
To akurat bezprzedmiotowe, bo doktorant nie może otrzymać grantu Opus. Tak, kasta... Ale ja na przykład nie mam prawa występować o Preludium, Miniaturę, Sonatinę, Sonatę oraz Sonatę Bis, bo to zarezerwowano dla innych kast. Życie, przepraszam, żucie jak w Kalkucie. Żeby było do rymu. Tam to dopiero mają kast bez liku.
Otóż to jak najbardziej przedmiotowe. Proszę się doinformować w NCN, bo może niesłusznie się pan do tej kasty zalicza.
@Marcin Przewloka
No, czekałem długo, aż Pan napisze coś, z czym będę się mógł zgodzić (żeby nie było, że Pana nie lubię). No i w końcu jest OK. Sam Pan wskazuje, że to co jest w PL, to jest tylko na wzór Zachodu, bo gdzieś tam po drodze ktoś zmienił sens, i z czekolady zrobił wyrób czekoladopodobny. Otóż, cała struktura finansowania jest postawiona na głowie. Ludzie nie walczą o granty na badania, tylko o te "dodatki" do pensji. W NCBiR jest jeszcze gorzej (bo tam dodatki są znacznie większe). Są trzy rzeczy, które działają na wyobraźnie, i powodują, że ludzie przestają mieć hamulce. Jedna z tych rzeczy to "kasa". Czyli był Komitet Badań Naukowych, powstał NCBiR i NCN, ale patologia "skoku na kasę" została.
PS. Pozdrawiam serdecznie ZM
@ZM
Proszę się nie krępować, tylko walić prosto z mostu. Niech się Pan nie kryguje
:-)
Jakbym sie czegoś obawiał albo wstydził, to nie występowałbym tutaj pod własnym imieniem i nazwiskiem.
Jestem tutaj głównie po to, żeby się czegoś nauczyć.
Również pozdrawiam
Non plus ultra
Ale dla jakiś 100% (no dobrze, 99,99%) ubiegających się o grant jest jedyną motywacją, by to robić. Tak przynajmniej było w moim przypadku i w przypadku wszystkich osób, które znam.
No dobrze, powiedzmy. Ubiegam się o grant na dajmy na to 2 miliony w celu, żeby jako skutek uboczny dostać do 2 tysiące ekstra na rękę? I to podobno jest powszechne ("99,99%") zjawisko? Parę miesięcy planowania i pracy nad projektem, zbieranie współautorów, wydzwanianie za granicę, klecenie zespołu badawczego, wyszukiwanie idei naukowych na poziomie wręcz noblowskim (inaczej projekt jest w zasadzie bez szans) i to wszystko przy 90% szans, że projekt nie uzyska finansowania? A jeśli psiejsko-czarodziejsko projekt przejdzie, to potem jeszcze trzy lata zasuwania w pocie czoła, żeby te swoje noblowskie pomysły zrealizować? W sytuacji, kiedy ten sam efekt można uzyskać za pomocą niekrępującej ćwiartki etatu na innej uczelni albo wykonując rocznie parę ekspertyz, bez wychylania się poza bezpieczne ramy swoich zawodowych możliwości?
Przepraszam, po namyśle chętnie zgodzę się, że te dwa tysiące to nie jest nic, ale kolega zaproponował najbardziej pracochłonny sposób zarobienia tych pieniędzy, jaki mógłbym sobie wyobrazić.
No wie pan, ja nie jestem tak genialny jak Ramanujan, by wyniki podpowiadała mi Namagiri podczas snu, ale jednak ta praca myślowa dzieje się we mnie niezależnie, czy chcę, czy nie. Miewałem granty, miewałem okresy bez grantów i z punktu widzenia pracy się one nie różniły, jedyną różnicą był ten drobny dodatek do pensji. Poza oczywiście składaniem aplikacji. Powiem więcej - przepracowałem 20 lat w biznesie i wtedy też pracowałem naukowo a jak pracodawca zakazywał mi publikować, to publikację wstrzymywałem do czasu zmiany pracodawcy, żaden problem to nie był.
Niemniej zgodzę się, że grant to najbardziej pracochłonny sposób zarobienia pieniędzy, dlatego kiedy to zauważyłem, to zrezygnowałem z ubiegania się o granty, a kiedy potrzebuję pieniędzy, to pozyskuję je poza nauką. Nazywa się to przekroczeniem puktu Szilarda https://en.wikipedia.org/wiki/Szilard_point
@Profesor PAN
To jest właśnie problem, który ja osobiście widzę, jako coś dużo poważniejszego, niż brak pieniędzy. Mianowicie patologia, w której znacząca większość usadowiła się tak dobrze i wygodnie, że już nie chce nic zmieniać.
Ale ta patologia to właśnie brak pieniędzy. Jeśli uniwersytet wymusza starania o grant, bo bez grantów nie będzie w stanie opłacić rachunków za oświetlenie korytarzy, to jest właśnie patologia. Jeśli pensją profesora jest bliższa minimalnej niż średniej i grant jest jedyną szansą na zapłacenie czynszu, to jest właśnie patologia. Oczywiście - pierwszym krokiem do jej likwidacji byłoby uniemożliwienie wypłacania sobie pieniędzy z grantu. Obawiam się jednak, że kto by coś takiego zaproponował, zostałby rozerwany na strzępy przez kolegów naukowców. Gołymi rękami.
@Profesor PAN
Ja zakładam, że średni sobie zwykły Polak (ja bym sam siebie też zaliczył do tej grupy) chciałby powiedzieć tak: nauka polska powinna być na bardzo dobrym poziomie, bo to jest bardzo korzystne dla nas wszystkich.
Teoretycznie więc, jeśli z dnia na dzień znacząco zwiększyć pieniądze na naukę, co również wpłynęłoby na znaczące zwiększenie pensji i środków na te wszystkie wydatki, które Pan wymienił, to czy wtedy system pozbędzie się tych wszystkich bardzo negatywnych cech typu kumoterstwo, znajomości, poplecznictwo, czy nagle polscy naukowcy podejdą poważniej do tematu umiędzynarodowienia, mobilności zawodowej, współpracy międzynarodowej, rzetelnego publikowania? Dlaczego te wszystkie negatywne cechy miałyby nagle odejść i dlaczego poziom/jakość całej naszej nauki miałaby się zacząć poprawiać tylko dlatego, że jest więcej pieniędzy?
Przede wszystkim - zwykły Polak niech się zajmuje swoim zwykłym polskim życiem, od leczenia zębów są dentyści a od polityki są politycy. A politycy powinni wiedzieć, co to jest racją stanu i jak ją realizować. Na początek wystarczy zwykłe małpowanie tych, którym udało się lepiej, zrozumienie przyjdzie później. Atatürk zastąpił fez kapeluszem. Kapelusz nie spowodował, że Turcy wygrzebali się z zapaści cywilizacyjnej, w którą wepchnęli ich sułtani, ale postawa, że nosimy kapelusze, bo kapelusze noszą Anglicy, Francuzi i Włosi, którzy pobili Turcję, mocno się do tego przyczyniła. My rozwijajmy naukę, nie dlatego, że oczekujemy od niej cudów na kiju, tylko dlatego, że naukę rozwijają Amerykanie.
Nie zawsze podbójca przejawia cywilizacyjną wyższość nad podbijanym. To, że w Polsce po roku 1945 upowszechniły się papachy (w charakterze zimowych nakryć głowy) nie pomogło nam cywilizacyjnie za grosz. Obecnie papachy wycofały się na mniej eksponowane pozycje, ale renesans kapeluszy nie nastąpił. Znajdujemy się w okresie kłopotliwego gołogłowia, tymczasowo ratując sytuację włóczkowymi nakryciami głowy w formie rozciągniętej skarpety. Co nam przyniesie przyszłość?
Być może nie zawsze ale nie to było tematem wpisu. Tematem wpisu była moja apoteoza pozornie absurdalnego postępowania Mustafy Kemala Paszy, później znanego jako Atatürk, który nakazał Turkom nosić kapelusze zamiast fezów. Dla Polaków tym kapeluszem niech będzie nauka. Chcemy żyć jak biali ludzie? To postępujmy jak biali ludzie. W szczególności nie ograniczajmy się do chłopskiego sprytu i bezczelności tylko wzorem białych ludzi rozwijajmy naukę. Może nawet kiedyś zrozumiemy po co ona.
Jakoś przez tyle lat panu Jajszczykowi nie przeszkadzało kierowanie niedofinansowaną firmą. Było fajnie a i pierś do orderów można było wystawiać.
Teraz widzi niedociągnięcia, ma nawet dobre rady i wie jak powinno być.
Czy to ociera się o hipokryzję?
Ale nawet, jeśli Sz. P. Prof. Jajszczyk chciałby te swoje rady (przy założeniu, że są słuszne) odnośnie NCNu wprowadzać w życie, to czy W OGÓLE ma to jakieś szanse?
I w ciągu tych 15 lat, Drogi Profesorze Jajszczyk, NCN jakoś nie wpadł na pomysł, żeby weryfikować kompetencje EKSPERTÓW, oceniających wnioski. A dlaczego o tym piszę? Ano, dlatego, że niedawno "uwalono" mój wniosek o grant NCN, bowiem np. jeden z ekspertów (???) nie dostrzegł (a może UDAŁ, że nie dostrzega) planu badawczego w moim wniosku.
Oczywiście, kierownictwo NCN, gdyby do nich o tym napisać, odpisałoby zapewne, że wszystko jest w porządku itp. No tak, TYLE, ŻE W JAKIM porządku? JAKI to porządek?
Zatem, uprzejmie informuję pana, że moje badania, o których napisałem we wniosku (a przynajmniej ich część), BĘDĘ prowadził, niezależnie od tego, czy się to podoba NCN-owi, czy też nie.
Leo Szilard twierdził, że nic nauce nie szkodzi bardziej niż system grantów https://www.gipsa-lab.grenoble-inp.fr/~pierre.comon/FichiersPdf/theMarkGableFoundation.pdf
“Would you intend to do anything for the advancement of science?” I asked “No,” Mark Gable said. “I believe scientific progress is too fast as it is.” “I share your feeling about this point,” I said with the fervour of conviction, “but then why not do something about the retardation of scientific progress?” “That I would very much like to do,” Mark Gable said, “but how would I go about it?” “Well,” I said, “I think that shouldn’t be very difficult. As a matter of fact, I think it would be quite easy. You could set up a foundation, with an annual endowment of thirty million dollars. Research workers in need of funds could apply for grants, if they could make out a convincing case. Have ten committees each composed of twelve scientists, appointed to pass on these applications. Take the most active scientists out of the laboratory and make them members of these committees. And the very best men in the field should be appointed as chairman at salaries of fifty thousand dollars each. …..” “I think you better explain to Mr Gable why this foundation would in fact retard the progress of science,” said a bespectacled young man sitting at the far end of the table, whose name I didn’t get at the time of introduction. “It should be obvious,” I said. “First of all, the best scientists would be removed from their laboratories and kept busy on committees passing on application for funds. Secondly, the scientific workers in need of funds would concentrate on problems which were considered promising and were pretty certain to lead to publishable results. For a few years there might be an increase in scientific output but by going after the obvious, pretty soon science would dry out. Science would become something like a parlour game.”
Doskonała diagnoza systemu grantowego, aż trudno uwierzyć, że z roku 1948. U nas wzorzec pojawił się w latach 90-tych i trwa, w najgorszej możliwej formie do dziś.
W zasadzie trzyma się mocno na narcyzmie. Jak to leczyć?
Google podpowiada:
"W praktyce rzadko się zdarza, aby osoba z pełnoobjawowym narcystycznym zaburzeniem osobowości zgłosiła się na terapię z własnej woli, ponieważ często nie dostrzega problemu w swoim zachowaniu."
"Zmiana utrwalonych wzorców osobowości wymaga czasu i intensywnej pracy, a proces terapeutyczny jest zazwyczaj długotrwały."
Kto zyska, a kto straci, już wiadomo,. Ci co są salonowi zyskają, a nie ci co za miskę ryżu w nauce tyrają. U nas to tylko salonowi zyskują, a w ilu radach, zespołach, komisjach i bóg wie co zasiadają i kasę spijają jak śmietankę. A co, po co komu nauka jak jest .... , co szkodzi obiecać, tym za miskę ryżu, że mają tyrać na salonowych. Tak się rządzi, no nie?
Oczywiście, że tak, a feudalny system nauki polskiej sprzyja temu, jak mało co. Tyrających za miskę ryżu czekają tylko: tyranie, miska ryżu, no i ewentualnie, na "otarcie łez": życzenia "wszystkiego najlepszego" od salonowych i ministrów.
Chcącemu nie dzieje się krzywda. Elita biedoty polskiej - inaczej nazywana kwiatem nauki - sobie jojczy i płacze w kącie. Nikogo to nie obchodzi.
Rada główna sobie wyda jakiś apel i tyle. A za miesiąc szpitale ogłoszą pogotowie strajkowe i dostaną 2x tyle co NCN wydaje w 5 lat. Oczywiście na podwyżki dla lekarzy, którzy nie chcą pracować za 100 000 zł na izbie przyjęć.
Chcącemu nie dzieje się krzywda, więc sobie popiszcie drodzy mierni i bierni z tytułami. Ludzie się z was śmieją :)
"chcącemu", czyli komu?
Mamy tu chcących żeby było lepiej i chcących żeby było tak, jak jest.
Nikt tu nie płacze, ale ludzie, którzy się śmieją mogliby mieć lepiej, no, chyba, że mają tak dobrze, że lepiej już mieć nie mogą ;-)
Jojczącym i nic nie robiącym w sprawie zmiany patologicznego stanu rzeczy.
Jojczą naukowcy o niskich wskaźnikach sukcesu w NCN, małych pieniądzach na badania i niewysokich wynagrodzeniach.
Nie robią jednak nic, aby to zmienić. Kolejne apele, jak widać przed 30 lat, zmieniają wiele - na kartce papieru. A papieru mamy mnóstwo.
Inaczej mówiąc: dość naturalne, że naukowcy w Polsce głodują, bo nie podejmują skutecznych działań, aby to zmienić. A mają narzędzia, tylko że wolą żyć prestiżem zawodu w swojej bańce.
A więc dobrze, że wydajemy więcej na 800+ niż na naukę w Polsce.
Jeśli rząd chce coś zepsuć, to zepsuje, ponieważ ma do tego prawo. Nie ważne czy jesteś naukowcem czy hutnikiem. Nie poradzisz. Polecam bardzo dobry, żartobliwy film Jakuba Dębskiego na ten temat, p.t. "Kres huty": https://www.youtube.com/watch?v=UUDD0VGhkEo
Inne rozwiązanie to rewolucja, ale kiedy ludzie tak bardzo cieszą się ciepłą wodą w kranie, nic takiego jak rewolucja się nie wydarzy, do czasu, kiedy wody zabraknie ;-)
Jakie to narzędzia mają naukowcy, by wpłynąć na decyzje polityków? Mnie do głowy przychodzi tylko to, że w laboratoriach chemicznych można wyprodukować środki wybuchowe. Chyba nie to miał pan na myśli?
Lekarze znaleźli sposób. Pielęgniarki znalazły sposób. Dostają podwyżki dwa razy w roku niemal 3x inflacja.
Górnicy znaleźli sposób.
Nauczyciele podstawówek znaleźli sposób.
Elitę biedoty polskiej nie ma pomysłu. Niestety, ale takie bezpokyslowce i akceptacze stanu rzeczy są zawałem polskiej nauki (chodzi mi o podejście ludzi, a nie samych ludzi).
Dlatego uważam, że wynagrodzenia profesorów powinny być nieco obniżone - bo i tak to przyjmą z godnością właściwą prestiżowym stanowiskom pracy 🤣
Strajk ochrony zdrowia ma poparcie społeczne. Ciche poparcie, które może się przerodzić w głośne, gdy przeciętny Kowalski nie otrzyma opieki w szpitalu. Kogo zainteresuje strajk naukowców? Marny promil elektoratu.
Ależ Panie Krzychu. Strajk górników ma wymierne efekty, podobnie, jak strajk pielęgniarek, czy nauczycieli.
Jaki efekt miałby strajk naukowców? Co, rząd wg Pana, by się tym przejął? Kulasek, czy Mr Donald by wyszedł do strajkujących i co miałby powiedzieć? Może tyle, że będzie rozdawał cukierki... Zarówno jeden, jak i drugi, podobnie, jak i prezes PiSu i wielu, wielu innych polityków, wymagają NAJPIERW REEDUKACJI w zakresie nauk ścisłych i przyrodniczych, to MOŻE (choć nie jestem pewien), coś by to dało. Skoro ministrem edukacji narodowej był kiedyś prof. dr hab. nauk chemicznych i TO specjalnie nie polepszyło sytuacji, to czego wymagać np. od mgr historii, jakim jest obecny premier? Biedaczyna zapewne tylko potrafi kiwać głową z przejęciem, że niby rozumie, iż np. podstawą działania ekranu LCD jest zjawisko polaryzacji światła, gdy mu to tłumaczą. Oni są WSZYSCY tacy sami, jeśli chodzi o polityków: historycy, ekonomiści, prawnicy, socjologowie...
;D
Rozbawił mnie pana komentarz. No nic się nie da zrobić. Chyba, że z własnej woli oddawać prestiżowe wynagrodzenia w nauce, żeby pokazać prestiż stanowisk ;D
Skąd się biorą takie ograniczone sposoby myślenia? Kto was tak sformatował?
Dobra wiadomość - za 5 lat na waszych miejscach będą profesorowie z Azji i Afryki.
No "NIC SIĘ NIE DA ZROBIĆ I NIC TO NIE DA" XD
Kocham takie elity. Politycy też kochają, szkoda, że inne zawody nie są tak "bystre".
A, jeszcze odnośnie tej pana wypowiedzi: "Chcącemu nie dzieje się krzywda. " NIEPRAWDA, stwierdzenie Piłsudskiego, że "Chcieć, to móc.", NIE zawsze jest zdaniem prawdziwym.
Trudno, nie mam żadnej kontroli nad choćby częścią tego głupawego roweru na "kwadratowych kołach", którym jest tzw. system nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce. Nigdy nie byłem żadnym decydentem. Jestem tylko szeregowym pracownikiem badawczo-dydaktycznym.
W takim systemie parobek lub fornal może co najwyżej właśnie jak Pan napisał, pojęczeć do Jaśnie Panów z NCNów, czy ministerstwa. Nic na to nie poradzę. Można by było co najwyżej "objechać ich", gdy będą rzewnie opowiadać, jak to dobro polskiej nauki jest dla nich ważne itp. itp. itp.
Pan prezydent Nawrocki, wręczając niedawno nominacje profesorskie, powiedział, że „ani przedstawiciele polskich władz, ani polski rząd, nie mogą myśleć, że nauka to hobby” (cytat za "Forum Akademickim"). Otóż, właśnie, NIESTETY, wielu z nich MOŻE tak myśleć tzn. mają taką możliwość i to czynią.
Brzmi to nihilistycznie. Najgorzej, że jest zbyt blisko rzeczywistości.