Komercjalizacja, komercjalizacji, komercjalizację… Odmieniamy to słowo w prawie każdej debacie o przyszłości nauki. Można wręcz odnieść wrażenie, że stało się ono jednym z najważniejszych wyznaczników nowoczesności polskiego systemu szkolnictwa wyższego i nauki. Rzecz jednak w tym, że rynek nie reaguje na same deklaracje, lecz na technologie i rozwiązania, które rzeczywiście potrafią przejść drogę od laboratorium do zastosowania – pisze dr inż. Cezary Odrzygóźdź, dyrektor Centrum Przedsiębiorczości Akademickiej i Transferu Technologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.
Polska od kilku lat bardzo wyraźnie próbuje przesunąć środek ciężkości polityki naukowej z samego finansowania badań na ich praktyczne wykorzystanie. Widać to już nie tylko w języku strategii i konferencji, ale również w konkretnych instrumentach: powołano Zespół ds. wzmocnienia transferu wyników badań naukowych, uruchomiono projekt Science4Business (o wartości 296,7 mln zł do 2029 roku), władze resortu otwarcie mówią o zwiększaniu znaczenia komercjalizacji i współpracy z gospodarką. Podkreśla się przy tym, że celem jest zarówno „odblokowanie ścieżek dojścia do komercjalizacji”, jak i poprawa efektywności działania centrów transferu technologii oraz spółek celowych.
To ważna zmiana, ale nie należy jej mylić z jednoznacznym sukcesem. Chcemy być krajem, który lepiej przekłada wiedzę na rozwój gospodarczy, jednak wciąż konkurujemy z systemami, gdzie kultura innowacji, kapitał prywatny, sprawność instytucjonalna i zaufanie między uczelnią a biznesem budowano przez dekady. W tym sensie polska ambicja jest uzasadniona, lecz wymaga intelektualnej uczciwości, nie wystarczy jedynie mówić ciągle o „innowacjach”, ani mnożyć programów wsparcia. Trzeba jeszcze zbudować dojrzały rynek współpracy między nauką a gospodarką. I tu właśnie zaczynają się prawdziwe schody.
Raport przygotowany dla Centrum Łukasiewicz przez Witolda M. Orłowskiego jest pod tym względem szczególnie cenny, bo studzi nadmierny optymizm. Autor przypomina, że już w 2013 r. diagnozowano brak realnego rynku badań, niski popyt na innowacje i słabe mechanizmy transmisji między światem wiedzy a gospodarką. Co istotne, w aktualizacji opublikowanej w 2025 r. nie pada wprost wniosek pocieszający. Wręcz przeciwnie, raport stwierdza, że pomiędzy rokiem 2011 a 2022 nie nastąpił znaczny rozwój finansowania rynku badań naukowych (poziom PKB p.c.), a porównanie przepływów finansowania B+R sugeruje, że w ciągu minionej dekady nie nastąpiła zauważalna poprawa skali współpracy nauki z gospodarką i komercjalizacji badań naukowych. Wnioski te nabierają dodatkowego znaczenia, gdy spojrzeć na poziom nakładów na naukę.
Polska nadal pozostaje poniżej średniej unijnej pod względem intensywności wydatków na B+R — w 2024 r. było to 1,41% PKB (nakłady krajowe brutto na działalność B+R w 2024 r. wyniosły 51,5 mld zł) wobec 2,24% w UE – dlatego tym bardziej widać, że sam wzrost aspiracji i liczby instrumentów wsparcia nie wystarczy bez lepiej działających mechanizmów transferu technologii.
Jeszcze mocniej wybrzmiewa to wtedy, gdy spojrzymy na zestaw zidentyfikowanych i dyskutowanych wielokrotnie na branżowych spotkaniach barier. Po stronie popytowej nadal identyfikuje się brak zainteresowania przedsiębiorców innowacjami (pomimo naprawdę wielu inicjatyw sprzyjających budowanie relacji), niski rozwój kultury innowacyjności, niewielkie doświadczenie współpracy biznesu z nauką, słaby rozwój rynków finansowych dla innowacji oraz „małą atrakcyjność strony podażowej” i słabość mechanizmów przepływu informacji.
Po stronie uczelni (podażowej), czyli donorów innowacji, pojawiają się z kolei takie kwestie, jak stosunkowo niewielkie materialne zainteresowanie wynalazców komercjalizacją, brak doświadczenia we współpracy z biznesem, brak jasnych zasad rozliczania kosztów i dochodów z komercjalizacji oraz „wewnętrzne mechanizmy blokujące” w instytucjach naukowych.
Innymi słowy, problem nie leży tylko po jednej stronie. Polska komercjalizacja zbyt często przypomina żeglugę pod wiatr, w której opór stawia nie tylko rynek, lecz także wewnętrzna kultura organizacyjna oraz administracyjna inercja samych instytucji. Na tym jednak nie koniec. Jednym z najważniejszych wyzwań pozostaje bowiem traktowanie komercjalizacji bardziej jako oczekiwanego efektu końcowego niż jako złożonego procesu wymagającego odrębnych kompetencji, zasobów i czasu. Między powstaniem wyników badań a ich rzeczywistym wdrożeniem rozciąga się długa droga obejmująca ochronę własności intelektualnej, ocenę potencjału rynkowego, dobór modelu komercjalizacji, walidację potrzeb odbiorcy, negocjacje z partnerami, przygotowanie zaplecza organizacyjnego i finansowego, a niekiedy również konieczność dalszego rozwoju samej technologii. Chciałbym w szczególności zwrócić uwagę, że wysoka wartość naukowa badań nie przesądza jeszcze o gospodarczym powodzeniu. To niestety smutna konstatacja, ale między odkryciem a wdrożeniem potrzebne jest umiejętne przełożenie potencjału badawczego na język rynku, wsparty profesjonalnym pośrednictwem i efektywnym otoczeniem instytucjonalnym.
Naukowiec nie musi być przedsiębiorcą
Mimo że wywodzę się ze środowiska akademickiego, a może właśnie dlatego, nie mogę też pomijać jego słabości w podejmowaniu działań komercyjnych. Wielu badaczy nadal nie jest do tego wystarczająco przygotowanych, nie zna mechanizmów ochrony własności intelektualnej, nie ma doświadczenia w ocenie potencjału rynkowego technologii, nie porusza się swobodnie w relacjach z inwestorami i partnerami przemysłowymi, a do tego funkcjonuje w systemie, który przez lata silniej premiował publikowanie niż wdrażanie. W efekcie komercjalizacja bywa postrzegana nie jako naturalne przedłużenie pracy badawczej, lecz jako dodatkowe obciążenie, obarczone wysokim ryzykiem i niepewną gratyfikacją.
Tymczasem na wiodących uczelniach zagranicznych przyjmuje się bardziej dojrzały model, tzn. naukowiec pozostaje kluczową wartością dla uczelni jako twórca wiedzy, źródło kompetencji i autorytet naukowy, może być współtwórcą spin-offu, udziałowcem albo doradcą naukowym, ale zwykle nie powinien przejmować bieżących funkcji zarządczych w przedsiębiorstwie. Dla przykładu ETH Zurich wprost wskazuje, że profesorowie chcący wejść do zarządu lub executive management spin-offu wymagają uprzedniej zgody, a sama uczelnia rekomenduje raczej rolę nieaktywną, np. scientific advisera. Podobnie Stanford podkreśla, że członkowie kadry są ograniczeni politykami konfliktu interesów i powinni delegować aktywność pozauczelnianą zespołowi wykonawczemu. Taki model lepiej chroni zarówno interes uczelni, jak i samego naukowca: pozwala zachować jego centralną rolę badawczą, a jednocześnie oddaje operacyjne prowadzenie spółki osobom posiadającym odpowiednie kompetencje menedżerskie. Uczelnie te mają świadomość roli naukowców w procesie tworzenia innowacji i wartości naukowych, a także wartości ich pracy i znaczenia dla uczelni.
Inną słabą stroną polskiego myślenia o komercjalizacji pozostaje krótkoterminowość i zbyt duże oczekiwania w nieodległej perspektywie czasowej. Uczelnie i instytuty często próbują działać szeroko zamiast selektywnie. Tymczasem nie da się wygrać z rynkiem przez robienie tego samego, co komercyjne laboratoria, niejednokrotnie wolniej i przy większej liczbie zgód/procedur. Instytucje naukowe będą konkurencyjne wyłącznie tam, gdzie mają przewagę trudną do skopiowania, to znaczy w unikatowej aparaturze, rzadkich kompetencjach, wyspecjalizowanych zespołach, wyjątkowym know-how, dostępie do danych lub infrastruktury o znaczeniu regionalnym, krajowym albo międzynarodowym. Jeżeli uczelnia chce być partnerem dla biznesu, musi odważniej odcinać się od tego, co powszechne, i koncentrować się na tym, co niepowtarzalne. Inaczej będzie stale przegrywać na każdym polu: cenowo, czasowo i pod względem prostoty operacyjnej.
Szansa w jakości ekosystemu
Powołany w 2025 roku Zespół ds. wzmocnienia transferu wyników badań naukowych ma nie tylko opiniować rozwiązania, ale też wskazywać kierunki deregulacji i usuwać bariery w drodze do komercjalizacji. Wiceminister Maria Mrówczyńska mówiła wprost, że po dekadzie inwestycji w kadry i aparaturę „czas na uporządkowanie tego, co już wiemy i mamy”, a więc na przejście od rozproszonego wzrostu zasobów do bardziej dojrzałego modelu przedsiębiorczości technologicznej. Już w pierwszej rekomendacji zespołu zaakcentowano potrzebę zwiększenia znaczenia komercjalizacji w ewaluacji działalności naukowej, wskazując, że to właśnie system oceny w największym stopniu kształtuje zachowania środowiska. To bardzo trafna diagnoza! Dopóki uczelnia jest premiowana głównie za aktywność publikacyjną, dopóty transfer technologii zawsze będzie „dodatkiem”, a nie pełnoprawnym elementem misji instytucji. Wciąż jednak pozostaje pytanie: czy jesteśmy gotowi na tak odważne zmiany?
W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera wsparcie środowiskowe i instytucjonalne, budowane zarówno przez resort, jak i przez podmioty od lat zajmujące się praktyką transferu technologii, w tym Porozumienie Akademickich Centrów Transferu Technologii (PACTT) oraz Porozumienie Spółek Celowych (PCC). Organizacje te zajmują się zarządzaniem i komercjalizacją własności intelektualnej, współpracą z biznesem oraz prowadzeniem technologii przez kolejne etapy dojścia do rynku.
Przykładem inicjatywy integrującej naukę i biznes na poziomie europejskim jest np. #EUInnovateTogether, rozwijane w ramach EU Innovation Journey’25. Służy ono rozwijaniu współpracy między korporacjami a nauką, gdzie to nauka próbuje znaleźć odpowiedzi na wyzwania stawiane przez przedsiębiorstwa. Z kolei Europejski Instytut Innowacji i Technologii (EIT) buduje swoje wspólnoty wiedzy i innowacji jako sieci łączące uczelnie, centra badawcze, biznes i inwestorów wokół konkretnych wyzwań społecznych i technologicznych. Z tej perspektywy wyraźnie widać, że powodzenie komercjalizacji zależy nie tylko od finansowania – dostępnego dla uczelni na podnoszenie gotowości technologicznej (TRL) i dla biznesu na współpracę z akademią – ale od dojrzałości całego ekosystemu.
I właśnie dojrzałą komercjalizację, która nie będzie się sprowadzała wyłącznie do większej sprzedaży, lecz do gotowości do przebudowania uczelni, aby były one zdolne do zasadnej selekcji, szybkiej decyzji i wiarygodnej współpracy, identyfikuję jako największą szansę. Program Science4Business jest tu krokiem we właściwym kierunku, bo nie ogranicza się do hasła „więcej innowacji”, lecz zakłada trzy konkretne warstwy działania: rozwój technologii o potencjale komercjalizacyjnym, budowę kompetencji kadr transferu technologii oraz wzmacnianie współpracy organizacji badawczych z biznesem. Podobnie PRIME Fundacji na rzecz Nauki Polskiej nie obiecuje prostego sukcesu, lecz finansuje etap sprawdzenia potencjału rynkowego i wypracowania adekwatnej ścieżki komercjalizacji, w tym przez spin-off. To jest właśnie zmiana, której polski system potrzebuje najbardziej (mniej wiary w automatyzm wdrożeń, więcej pracy nad gotowością rynkową, zespołem i modelem dojścia do rynku) i realna odpowiedź na czyhające pułapki komercjalizacji.
Największy paradoks polskiej komercjalizacji polega na tym, że potrafimy wytwarzać technologie warte rynku (nawet mając na uwadze, że większość patentów nigdy nie skończy się licencją), mamy na to środki, ale wciąż zbyt rzadko potrafimy wytwarzać warunki warte tych technologii. To dlatego sukcesy, takie jak Warsaw Genomics, VAXICAN czy transakcja ScopeFluidics, robią duże wrażenie, bo nie tylko pokazują potencjał polskiej nauki, lecz także uświadamiają, jak wiele zależy od jakości otoczenia, które potrafi wiedzę przeprowadzić od odkrycia do wdrożenia. Nie powinniśmy uczyć się tworzyć od zera, musimy nauczyć się lepiej organizować. Największe szanse rysują się tam, gdzie uczelnia nie próbuje naśladować rynku, lecz wnosi do niego coś, czego nie da się łatwo kupić ani skopiować. I dlatego rozwoju polskiej komercjalizacji szukałbym przede wszystkim w biotechnologii, diagnostyce, nowych materiałach, technologiach dla zdrowia i bezpieczeństwa oraz w obszarach deeptech i AI (zarówno ze względu na potencjał naukowy, jak i infrastrukturalny).
Najtrudniejsze w komercjalizacji nie jest dziś już samo tworzenie wiedzy. Prawdziwą siłę nauki poznamy dopiero po tym, gdy uczelnia potrafi przełożyć ją na działanie, nie gubiąc po drodze własnego sensu i tożsamości.
dr inż. Cezary Odrzygóźdź
Artykuł powstał w ramach współpracy z Kancelarią dla Nauki
W czwartek, 26 marca, zapraszamy na webinar „Gdy nauka spotyka biznes – szanse i pułapki komercjalizacji”. Z naszymi ekspertami porozmawiamy o napięciach i konfliktach na styku nauki i biznesu, o roli
naukowca i oczekiwaniach wobec niego w procesie komercjalizacji, o funkcjonowaniu spółek celowych i centrów transferu technologii. Do udziału zaprosiliśmy Alinę Jaworską, prezesa zarządu STARTOVA UMK sp. z o.o. oraz wiceprzewodniczącą Porozumienia Spółek Celowych, a także dr. Tomasza Pilewicza ze Szkoły Głównej Handlowej. Początek o godzinie 16:00.
Może krótki cytat z podcastu NCN, w którym gościem był profesor Michał Tomza, fragment tej rozmowy, który jest istotny z punktu widzenia artykułu powyżej:
"Większość naszych badań to jest lepsze zrozumienie, i to jest takie właśnie takie podejście, w którym staramy się zrozumieć, ażeby nauczyć się kontrolować. A jak nauczymy się kontrolować, to wtedy znajdziemy aplikację.
Historia nauki, historia ostatnich 100-300 lat, pokazuje, że bardzo często nie umiemy przewidzieć, co doprowadzi do tych zastosowań. My po prostu potrzebujemy mieć jak największą, jak najszerszą grupę naukowców, dobrych naukowców, zmotywowanych naukowców, którzy będą skupiać się na zrozumieniu świata dookoła, a nawet niech co setny odkryje coś, co zamieni się w przełomową technologię, jak laser, prąd, tranzystory, to to już zmieni gospodarkę."
Całość do odsłuchania/obejrzenia tutaj (niecałe 20 minut):
https://www.youtube.com/watch?v=WJkiCVeDwPY
To, że jabłko spadało z drzewa, to wiedziano od dawna. (Wiedza podstawowa - pierwotne badania podstawowe )
Robotnicy korzystali kiedyś z tej wiedzy zrzucając z dachu na dół.
To, aby samolot się wzbił w niebo trochę trwało i nie wynikało z badań podstawowych.
Wśród naukowców jest wielu żyjących na cudze stworzenia złota z niczego lub z innych metali i są kosztem społecznym, tych właśnie 99 jak Pan wskazuje na 100. Tuś Pan trafił, ciekawe gdzie się Pan zalicza.
Jaka komercjalizacja? Przecież według wielu tu komentujących, badania stosowane to nie są badania naukowe, jedyną motywacją pracy naukowca powinna być ciekawość a efektem publikacja.
Oddajcie komercjalizację w ręce Kuby Jasiczaka bo nikt nie potrafi mówić o komercjalizacji jak on. A że nigdy nic z tego nie wyszło to inna sprawa. To istny geniusz który uważa że pieniądze na naukę powinny zostać oddane dużym zagranicznym koncernom a one zrobią w Polsce wdrożenia. Tak publicznie wypowiada się szef Paktu. Jak można zrobić w Polsce połączenie nauki z przemysłem skoro organizacja odpowiedzialna za transfer na czele stawia kogoś z wiedzą absolutnie żadną. Więcej Jasiczaków a nadal przychody z komercjalizacji będą żadne.
Wczoraj w trakcie Polskiego Forum Akademicko Gospodarczego od lat organizowanego na Politechnice Warszawskiej, podczas jednego z paneli Rektorka Politechniki Lwowskiej powiedziała kiedy rozpoczęła się realna i w pełnej skali współpraca nauki i biznesu na uczelniach ukraińskich.
4 lata temu, gdy rozpoczął się najazd rosyjski.
Współpraca nauki i biznesu trwa na każdym poziomie działania uczelni, od kształcenia po prace badawcze.
W naszym kraju mam wrażenie dyskutujemy o wolności naukowej jakbyśmy nie widzieli bezpośredniego zagrożenia wojną. Czy naprawdę chcemy bujać w obłokach do wybuchu pierwszych dronów w naszych miastach?
No zgodzę się z jednym stwierdzeniem z artykułu, że proces walidacji rynkowej odbywa się w momencie powstania wyników badań. Często tak jest i jego wynik jest negatywny. Oddolnie staramy się pokazać osobom starającym się o granty, że warto zwalidować swoją tezę badawczą na początku pisania wniosku. Dlaczego? Aby przestać wymyślać problemy, których potencjalni interesariusze nie mają. W tym kształci się ludzi prowadzących badania naukowe również na amerykańskich uczelniach, bo i tak to nie jest oczywiste.
@Paweł Płatek
Tak się składa, że w krajach, gdzie dobrze finansowe są badania podstawowe, również poziom innowacyjności i komercjalizacja są na dobrym poziomie. Przykładem niech będą Szwajcaria, Holandia, oczywiście USA. Jak powiedział wczoraj w czasie webinarium szef brytyjskiej UKRI, „obecnie translacji podlegają rozwiązania odkryte w badaniach podstawowych 10 i 20 lat temu”. Tak wiec badania ukierunkowane NIE na komercjalizację, albo współpracę z przemysłem, tylko zwykle badania fundamentalne są bardzo cenione w tych krajach, gdzie komercjalizacja idzie bardzo dobrze. Dlaczego?
Jest mnóstwo dziedzin wiedzy, które nie będą automatycznie wpadać do kategorii tych, które mają szanse być szybko skomercjalizowane. Już odkładając na bok nauki humanistyczne i społeczne, które też są przecież ważne dla społeczeństwa, nawet w STEM jest bardzo dużo kierunków, które są badane, ponieważ chcemy zrozumieć, jak działa świat wokół nas (przypominam, to jest PODSTAWOWE zadanie naukowców), a nie myśleć natychmiast i od samego początku o tym, jak wyniki można by było wykorzystać praktycznie.
Naukowcy powinni wiec prowadzić badania we wszystkich dziedzinach wiedzy. Bardzo ważne jest, żeby to były badania dobrej jakości, aby te wyniki i dane budowały nasza wiedze na poziomie światowym. Ale tych naukowców trzeba zostawić w spokoju, zaś sam system powinien w dużym stopniu pilnować tej jakości. To co tutaj potrzebne, aby komercjalizacja szła również w dobrym kierunku, to pewne mechanizmy wyławiania tych wyników i tych wąskich kierunków badan, które rzeczywiście będzie szansa skomercjalizować. Tylko, że ci wyławiający to nie muszą być naukowcy, bo naukowcy to nie przedsiębiorcy. Jeśli jacyś naukowcy będą chcieli wchodzić w biznes – świetnie, trzeba im pomoc to zrobić, to jednak nie powinien żaden wymóg ani warunek do prowadzenia przez nich badań podstawowych na uczelniach lub w instytutach naukowych takich jak PAN (instytuty branżowe i Sieć Łukasiewicz to oczywiście co innego).
Dyskusyjnym jest, co jest skutkiem, a co przyczyną?
Bez warsztatu i budowania precyzyjnych narzędzi nie ma badań podstawowych na dobrym poziome.
Sztuka bez dobrego rzemiosła?
@Przemo
Oczywiście, że innowacje i postęp technologiczny wpływają na badania podstawowe. Nowy sprzęt, udoskonalone i tańsze metody, nie ma co do tego wątpliwości.
Tylko jeśli spojrzymy z punktu widzenia historii każdej pojedynczej innowacji, to ona się zaczyna od badań podstawowych, później podlega komercjalizacji i dopiero wtedy wraca do laboratoriów.
Być może są jakieś wyjątki, ale generalnie to jest właśnie ten kierunek. W medycynie nazywa się to ‘translational research’.
Wyjątki?
Zwykle najpierw ludzie zbierają dane, później je systematyzują, potem budują teorie, a na koniec formułują prawa. Początek tej drogi to rzemiosło i jego doskonalenie, a koniec to badania podstawowe.
Zastosowanie wiedzy w powszechnej praktyce może następować na każdym etapie.
@Przemo
Nie jest dla mnie jasne, co ma Pan na myśli. Może na krótkim przykładzie wyjaśnię, co ja mam na myśli.
Technika PCR, wykorzystywana obecnie w niezliczonej liczbie testów medycznych i klinicznych (poza zastosowaniami czysto naukowymi), powstała dlatego, że kogoś bardzo interesowało życie, które rozwija się w gorących źródłach Yellowstone. Początkowo nikogo w ogóle nie obchodziło żadne powielanie DNA in vitro, tylko zwyczajnie naukowcy byli bardzo zainteresowani tym, jakie to organizmy mogą żyć w tak ekstremalnych warunkach. Tak odkryto Thermus aquaticus i tak doszło do odkrycia ich polimerazy DNA, i ostatecznie powstania PCR.
Czyli czysto naukowe zainteresowanie światem dookoła, fundamentalne pytania, które doprowadziły do opracowania techniki obecnie używanej zarówno w laboratoriach naukowych, jak i w diagnostyce medycznej, i nie tylko. Nobel z chemii, 1993.
Dla mnie systematyka bakterii to zaawansowane rzemiosło, które warto wspierać i jeśli dobrze odczytuję przykład, dla Pana to są badania podstawowe, które warto wspierać.
Enzymy działające w ekstremalnych warunkach zawsze były interesujące i dla nauki i dla przemysłu, stąd z mojego punktu widzenia, oddzielanie nauk podstawowych od aplikacyjnych jest uznaniowe.
@Przemo
"Systematyka bakterii" to jak najbardziej badania podstawowe, o ile ma Pan na myśli taksonomię.
Tak, często granica pomiędzy badaniami podstawowymi a wdrożeniowymi nie jest czytelna, ale wtedy może pomóc odpowiedź na pytanie zadane nukowcom "po co robimy te badania?". Jeśli odpowiedz jest "po to, aby tę innowację wdrożyć do przemysłu", to odpowiedź już jest gotowa. Tym nie mniej możemy łatwo podać przykłady badań, które na pewno będą badaniami czysto fundamentalnymi oraz takie, które będą czysto wdrożeniowymi.
Natomiast w moim komentarzu chodziło mi o to skąd pierwotnie się biorą te innowacje.
Ja skomercjonalizowałem swe osiągnięcia naukowe i dostałem za to w miarę adekwatną wypłatę, nieco niestety zaniżoną ale tak działa świat. Nie będę wyliczać, co za nią kupiłem, by nie wzbudzać zawiści. Prywatnego odrzutowca i wyspy na Pacyfiku na liście nie ma ale tylko dlatego, że ich nie potrzebowałem.
Ale co to ma wspólnego z nauką? Nauka to nauka a biznes to biznes.
Fragment wystąpienia dziekana z wezwaniem do przysięgi doktorskiej:
cyt."Nadto zobowiązani jesteście przyrzec, iż rozwijać będziecie badania naukowe nie z żądzy zysku i nie dla próżnej chwały, ale w celu odkrywania i upowszechnienia prawdy –największego skarbu ludzkości.",
na co doktoranci odpowiadają "Spondeo ac polliceor!".
Zapomniałem dodać źródła tekstu tej przysięgi: https://www.uj.edu.pl/doktoranci/sprawy-organizacyjne/przysiega-doktorska .
Może dla tych wszystkich, którzy uważają, że nauka powinna istnieć tylko dla dobra gospodarki, powtórzę ten fragment:
„... na wiodących uczelniach zagranicznych przyjmuje się bardziej dojrzały model, tzn. naukowiec pozostaje kluczową wartością dla uczelni jako twórca wiedzy, źródło kompetencji i autorytet naukowy...”
Dokładnie tak jest w Rosji i Iranie..
@kk
Cytuje więc zdanie następne po tym, które podałem w komentarzu powyżej:
„. Dla przykładu ETH Zurich wprost wskazuje, że profesorowie chcący wejść do zarządu lub executive management spin-offu wymagają uprzedniej zgody, a sama uczelnia rekomenduje raczej rolę nieaktywną, np. scientific advisera. Podobnie Stanford podkreśla, że członkowie kadry są ograniczeni politykami konfliktu interesów i powinni delegować aktywność pozauczelnianą zespołowi wykonawczemu. Taki model lepiej chroni zarówno interes uczelni, jak i samego naukowca: pozwala zachować jego centralną rolę badawczą, a jednocześnie oddaje operacyjne prowadzenie spółki osobom posiadającym odpowiednie kompetencje menedżerskie. Uczelnie te mają świadomość roli naukowców w procesie tworzenia innowacji i wartości naukowych, a także wartości ich pracy i znaczenia dla uczelni.”
Czy Stanford i ETH są w Rosji lub Iranie?
Pewnie zależy od departamentu. Za moich czasów Columbia i City University of New York bardzo zachęcały do współpracy z biznesem i jak to Amerykanie - nie ograniczali się do deklaratywnego poparcia tylko rzeczywiście pomagali.
To ma sens, bo w Ameryce jest coś, czego mi bardzo w Polsce brakuje: system alumni. Uczelnia troszczy się o to, by jej absolwenci znajdowali dobrą pracę, bo to najlepsza reklama. A jak już profesor ma kontakt z firmą, to łatwiej może tam umieszczać absolwentów.
PS. Skotaktowałem się z kolegą z CUNY. Nadal tam tak jest.
@Profesor PAN
Oczywiście, że zachęcają do współpracy z biznesem. Wszystko, co tylko da się wycisnąć, oni będą chcieli wycisnąć. Ale od pewnego czasu zaczęto zwracać uwagę na to, do jakiego stopnia wymagania prywatnych firm, z którymi naukowcy współpracują, kształtują profil badań w danym miejscu. Czy przypadkiem nie ingerują w wolność naukową.
Pierwszy większy przypadek, o którym ja sam słyszałem, to umowa pomiędzy Novartis (Syngenta) a jednym z wydziałów na UC Berkeley. Deal został odwołany, ponieważ biznes zbyt mocno wchodził w wolność badań uniwersyteckich. Zapewne były inne przypadki, może nawet bardziej znane, ja znam właśnie ten:
https://newsarchive.berkeley.edu/news/berkeleyan/2004/09/02_novartis.shtml
Tak więc jest ostrożność, i jest również wymagane full disclosure (czy to działa dobrze, to inna sprawa, szczególnie w przypadku medyków…).
W UK nauczyciele akademiccy mogą pracować na części etatu na wydziale, prowadząc firmę, którą założyli. Podam przykład z mojego własnego podwórka:
Ali Tavassoli na tej liście:
https://www.curvetx.com/about/#leadership
Generalnie zasada, że naukowcy mają się w pierwszej kolejności zajmować badaniami naukowymi jest dobra. Jeśli rzeczywiście bardzo ich interesuje industry, to przecież mogą zmienić prace. Co zresztą jest bardzo częste, całkowicie normalne i bezproblemowe. U mnie na wydziale jeden gość odszedł do Eli Lilly, ale po jakichś 2 latach wrócił, bo coś się mu tam nie podobało. Bardzo dobry naukowiec.
Grant jest ingerencją w wolność naukową. Jak dostanie pan granta na badanie rdzenia kinetochoru u muszki owocówki (drosophila), to nie może się tak po prostu przerzucić na muchę domową (musca domestica).
@Profesor PAN
Mogę! Jak najbardziej mogę.
Musi być jakiś naukowy powód, dla którego to robię, i niektórzy grantodawcy chcą, żeby to wytłumaczyć. A niektórzy nie.
Zaś w samym temacie: generalnie chodzi o to, żeby uczelnie nie stały regularnymi wykonawcami lub podwykonawcami jakichś projektów prowadzonych i zleconych przez przemysł, tylko trzymały się misji uniwersytetu, jaką jest nieskrępowany rozwój wiedzy.
Zdarzało mi się być grantodawcą (nienaukowym) na moją skromną skalę i zawsze wtedy oczekiwałem, by grantobiorca zrobił to, do czego się zobowiązał. Granty w ogóle się wzięły z tego, że w USA nie ma uczelni federalnych a rząd federalny zapragnął móc wpływać na rozwój nauki. Granty bez wymagań nie mają sensu, wtedy dużo lepiej się sprawdza zwykłe finansowanie statutowe.
@Profesor PAN
To oczywiście prawda: nawet przy elastycznym podejściu do tego, nad czym dokładnie pracujemy, projekt grantowy to oczywiście będzie zawsze jeden, zdefiniowany projekt (chyba, że chodzi o tzw. programme grants, ale to nie o tym teraz mówimy).
Finansowanie statutowe powinno być bardzo elastyczne, tylko zwykle jest niezbyt wysokie. O ile w ogóle istnieje…
Większą wolność naukową można też zauważyć w krajach Ameryki Łacińskiej.
Pozostawienie naukowców samym sobie prowadzi do tego, że tak na prawdę nauka się nie rozwija.
Całkowicie zgadzam się z Pana/Pani powyższą opinią.
@kk
To jak? Stanford i ETH już nie są w Iranie, albo w Rosji? Zmienił Pan zdanie?
A ten komentarz „Pozostawienie naukowców samym sobie prowadzi do tego, że tak na prawdę nauka się nie rozwija” przypomina, że przecież miałem nie odpisywać, bo to nie ma najmniejszego sensu.
W Stanford i ETH jak w każdym innym zakładzie w USA wymagają.
A jak przestają być potrzebni naukowcy w jakimś projekcie to ich zwalniają.
Przeczy to temu, co Pan twierdzi, zresztą Pana twierdzenia są dość dziwne i przypominają raczej to, że pogląd zależy od miejsca siedzenia i nie ma to nic wspólnego z prawdą, na którą się Pan powołuje, że to jest cel pracy naukowca. Pan tak nie do końca naukowcem jest, więc można powiedzieć wyrób czekolado-podobny, czy naukowco-podobny.