Wokół nauki
18 Kwietnia
Rys. Sławomir Makal
Opublikowano: 2023-04-18

Recenzja naukowa: nieśmiertelnik humanisty

Krytycy boją się oceniać, ponieważ nie chcą zostać oskarżeni o stronniczość, kierowanie się własnym gustem czy przynależność do rozmaitych koterii. Tymczasem recenzowanie to przecież swoiste „etykietowanie” pracy i autora – ocena musi być przerysowana i skondensowana.

O niedoskonałym narzędziu wartościowania i selekcji tekstów naukowych, jakim jest recenzja, dyskutuje się dzisiaj wiele. Mało kto spoza kręgu akademickiego zdaje sobie jednak sprawę, że zarówno pisanie, jak i czytanie tego typu tekstów nie należy do działalności lubianych. Szczerze mówiąc, nie znam badaczy, którzy aktywności tej nie traktowaliby w kategoriach niemiłego obowiązku. Oczywiście nie mam tu na myśli samego procesu czytania, zapoznawania się z nowym tekstem, ale raczej budzący niechęć, często odraczany do ostatniej chwili moment oceny.

Jeśli wziąć pod uwagę funkcję recenzji naukowej, teksty te podzielić można w następujący sposób: recenzje tworzone na potrzeby postępowań awansowych, czyli decydujące o uzyskaniu stopnia naukowego, recenzje kwalifikujące artykuł bądź książkę do druku oraz recenzje publikowane w czasopismach branżowych, które służą krytyce, a także popularyzacji istotnych (znacznie rzadziej tych budzących wątpliwości recenzenta) publikacji naukowych. Ponieważ każde ogniwo działalności naukowej – od krótkiego artykułu, poprzez działalność popularyzatorską, po udział w konferencji międzynarodowej – jest dzisiaj kontrolowane za pośrednictwem tych tekstów, można powiedzieć, że recenzje naukowe stanowią podstawowe kryterium weryfikacji. Przyjrzyjmy się zatem, jakie one właściwie są? Czy recenzja naukowa może być obiektywna? Czy wreszcie możliwa jest obiektywna ocena tekstu oceniającego (metaocena)?

Recenzje tworzone na potrzeby postępowań awansowych funkcjonują w ramach „Instytucji”, sytuacja ta sprawia, że obserwować możemy ich postępującą schematyzację. Komponenty tych tekstów są raczej stałe, uwarunkowane przez praktykowaną w danym ośrodku tradycję pisania, a przede wszystkim poprzez rekomendowane przez Radę Doskonałości Naukowej kryteria. Na stronie tejże instytucji przeczytać możemy stosowne poradniki: „Recenzje w postępowaniach o awans naukowy. Poradnik”, „Dobre praktyki w procedurach recenzyjnych w nauce” czy „Kodeks etyki pracownika naukowego”. W kompendiach tych określono idealną recenzję jako „logicznie spójną i utrzymaną w rzeczowym tonie” („Dobre praktyki w procedurach recenzyjnych w nauce”). Nie trzeba dodawać, że określenie „rzetelna krytyka” w praktyce bywa różnie pojmowane.

Perspektywa recenzenta – opisywać czy oceniać?

W tym miejscu warto przypomnieć etymologię samego słowa krytyka. Jak zauważa Andrzej Zawadzki, grecki czasownik krinein oznacza: oddzielać, odróżniać, wyróżniać, ale również: uważać, rozważać, spierać się, dyskutować. Oddzielna gałąź sensów odsyła do wartościowania, tu czasownik ten znaczy: oceniać, osądzać, wydawać sąd, także w znaczeniu prawniczym (A. Zawadzki, Autor. Podmiot literacki [w:] Kulturowa teoria literatury. Główne pojęcia i problemy, red. M.P. Markowski, R. Nycz, Kraków 2012). Wydaje się, że ta ostatnia konotacja najtrafniej dzisiaj wskazuje funkcję krytyki naukowej, recenzent bowiem stawiany jest w roli sędziego, jego tekst zaś traktowany jest jak ostateczny wyrok, czasem ostateczny cios. A tymczasem recenzja powinna służyć naukowej dyskusji.

Niestety proces instytucjonalizacji nie służy humanistyce, nie służy naukom zajmującym się kulturą, ponieważ nauki te cechuje „słaby profesjonalizm” (pojęcie Ryszarda Nycza). Cóż to oznacza w praktyce? I teksty literackie (obiekty literaturoznawczego poznania), i teksty traktujące o literaturze mają „kulturową naturę”, w przeciwieństwie do przedmiotów znanych z doświadczenia potocznego oraz obiektów badań nauk przyrodniczych (R. Nycz, Kulturowa natura, słaby profesjonalizm. Kilka uwag o przedmiocie poznania literackiego i statusie dyskursu literaturoznawczego, [w:] Kulturowa teoria literatury). W związku z nieuniknionym „zanurzeniem w kulturze” badacz literatury i pisarz (twórca literatury) często operują identycznym typem dyskursu – kiedy brakuje pojęć (narzędzie poznania) – literaturoznawca sięga po metaforę, która nadal powszechnie kojarzy się, niestety, z językiem nieprecyzyjnym, bo nieścisłym, a zatem nieprofesjonalnym. Przy czym zaznaczyć należy, że – co zostało dowiedzione na gruncie badań kognitywnych – nauki ścisłe równie często wykorzystują metaforę, co nauki humanistyczne. Różnica jest jednak taka, że przy ocenie jakości badań w naukach humanistycznych zwykle podkreśla się, że metafory cechuje wieloznaczność, a co za tym idzie rozmywanie się pojęć i nieprecyzyjność dyskursu, zaś w naukach przyrodniczych akcentowana bywa oryginalność myślenia i celność użytej w stosunku do przedmiotu badań przenośni. Nie dziwi mnie zatem, że użyteczność recenzji naukowej jako narzędzia obiektywnej oceny na gruncie nauk humanistycznych jest dzisiaj kwestionowana. Sytuacja ta wynika z głębszego problemu, jakim jest deprecjonowanie badań humanistycznych, przy jednoczesnym faworyzowaniu dziedzin ścisłych, we współczesnym środowisku naukowym i polityce prowadzonej przez uczelnie.

Tymczasem warto przyjrzeć się również etymologii słowa krytyk. „Kritikos to źródłowo filolog, gramatyk, krytyk literacki, zaś krites lub kriter to tłumacz, wykładacz, zwłaszcza wykładacz snów” (A. Zawadzki, Autor. Podmiot literacki). Często zapomina się, że rolą recenzenta jest nie tylko ocenianie danego tekstu, ale również dyskusja służąca uzupełnieniu luk badawczych, co wiąże się z umieszczeniem pracy w ramach bliźniaczych dla niej idei i teorii. Recenzja naukowa pełni w humanistyce rolę komentarza metaliteraturoznawczego – publikowana w czasopiśmie pozwala szybko zapoznać się z zawartością bardzo nieraz obszernej pracy naukowej i ocenić, czy warto do niej sięgnąć w kontekście własnych badań.

Jeśli tekst przygotowywany jest na potrzeby obrony doktorskiej, recenzenci są jednymi z pierwszych czytelników – jest to bowiem praca dotąd nieopublikowana, powstająca pod kierunkiem doświadczonego naukowca promotora. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku recenzji książki habilitacyjnej, która przeszła już wszelkie procedury wydawnicze (w tym etap recenzji) i została opublikowana, zatem poznano ją i oceniono w środowisku badaczy (krążą o niej rozmaite opinie). W pierwszej z opisanych sytuacji recenzent może zatem polegać głównie na swojej opinii, którą kształtuje nie tylko sam tekst do recenzji przedłożony, ale także wiedza i kompetencje reprezentowane przez promotora pracy. W drugiej krytyk ma z pozoru łatwiejsze zadanie: może polegać na recenzjach wydawniczych oraz opiniach innych badaczy. Dodatkowo, w przypadku recenzji pracy habilitacyjnej, bierze pod uwagę cały dorobek naukowy habilitanta. Zatem wydawać by się mogło, że recenzja pracy habilitacyjnej będzie bardziej obiektywna, bo oparta na szerszym zdystansowanym oglądzie. Już sama świadomość, że książka została opublikowana, a zatem przeszła procedurę wydawniczą (w tym proces recenzji) może wpływać i wpływa na ocenę krytyka, a mianowicie w pewnym stopniu blokuje możliwość stworzenia nieafirmatywnej recenzji tekstu. Dlatego w przypadku recenzji pracy habilitacyjnej ucieczka w bezpieczną z pozoru, bo neutralną sferę opisu-streszczenia samej pracy jest tak pociągająca, że wybiera ją wielu recenzentów.

W najczęściej dzisiaj występującej recenzji typu afirmatywnego trzon najdłuższy zajmuje drobiazgowe streszczenie książki, często wskazujące istotne zdaniem recenzenta kwestie, których w pracy zabrakło (w domyśle: o których autor zapomniał!). Dodać trzeba, że streszczenie to pod względem kompozycji nie odbiega od oryginału, porządek poszczególnych części odpowiada porządkowi książki. W kolejnej części recenzent zazwyczaj wylicza luki bibliograficzne, które odnotował w tekście. Bezpośrednia ocena, a także ostateczny werdykt znajdują miejsce na końcu recenzji, bardzo rzadko przekraczają one jeden akapit. Odnoszę wrażenie, że przeciwnie do krytyki literackiej, która nie kryje się ze swoją stronniczością, osobistym charakterem oraz zdecydowanie zarysowaną oceną, krytyka naukowa zdecydowanie bardziej woli analizować, wykazując wartość recenzowanego tekstu poprzez uznawane za obiektywne i naukowe wyliczenie jego zawartości tematycznej i problemowej. Krytycy boją się oceniać, ponieważ nie chcą zostać oskarżeni o stronniczość, kierowanie się własnym gustem czy przynależność do rozmaitych koterii. Tymczasem recenzowanie to przecież swoiste „etykietowanie” pracy i autora – ocena musi być przerysowana i skondensowana, choćby ze względu na niewielką objętość tekstu.

Problem wartościowania. Recenzja negatywna z happy endem

Jeśliby spróbować stworzyć typologię recenzji biorącą pod uwagę przyjmowany w nich typ wartościowania, to można wyróżnić: po pierwsze recenzje jednoznacznie negatywne, w których recenzent, oczywiście przedstawiwszy odpowiednią listę merytorycznych argumentów, opowiada się za niedopuszczeniem autora do uzyskania stopnia (doktora bądź doktora habilitowanego); po drugie recenzje umiarkowanie afirmatywne, które wyliczając drobne usterki pracy, jednocześnie podkreślają jej walory poznawcze; po trzecie recenzje entuzjastyczne, w których właściwie uchybień się nie wylicza, a jeśli jakieś zostają odnotowane, to bywają pomniejszane za sprawą hiperboli listującej osiągnięcia i sukcesy badawcze autora.

Na końcu wypada wspomnieć o tworze niezwykłym, acz świadczącym o zdolnościach adaptacyjnych wielu recenzentów – mam na myśli rodzaj tekstu, który najczęściej występuje w przypadku recenzji prac habilitacyjnych, w skrócie nazwać go można recenzją negatywną z happy endem. W tego typu pracy, bezpośrednio po najdłuższej uzasadniającej negatywną opinię części recenzji poświęconej publikacji, zawierającej długą listę błędów – takich jak: wyliczenie braków w bibliografii, prezentację miejsc niespójnych pod względem metodologicznym czy definicyjnym, wskazanie na niejednorodność kompozycyjną książki (jej niemonograficzny charakter), wytknięcie błędów merytorycznych dowodzących niewystarczającego zgłębienia tematu, wskazanie na wtórność i nieinnowacyjny charakter badań, rzadziej wyliczenie usterek edytorskich (w tym np. zupełny brak bibliografii oraz nazwisk recenzentów w stopce redakcyjnej), błędów językowych, stylistycznych i innych (także w pracach językoznawców!) – recenzent zamieszcza konkluzję, w której z jednej strony (omawiam przypadek najbardziej skrajny) wylicza uchybienie najpoważniejsze, z drugiej strony jednak popiera starania kandydata w kierunku uzyskania stopnia doktora habilitowanego. Mimo wymienionych na kilku bądź kilkunastu stronach poważnych zastrzeżeń w stosunku do dorobku naukowego, a przede wszystkim głównej książki badacza, kandydat jednak zostaje dopuszczony do dalszej procedury, w ramach której finalnie przyznany mu zostaje tytuł doktora habilitowanego. Jak to możliwe? Czy można powiedzieć, że w tym wypadku literatura modeluje rzeczywistość, a recenzent to naśladowca doktora Jekylla i pana Hyde’a, więc cechuje go podwójna osobowość? Myślę, że nie.

W humanistyce rolą krytyki naukowej nie jest, jak chciałaby i wymagała Instytucja, tylko selekcjonowanie i ocenianie naukowców, ale również krytyczny namysł, prezentowanie odmiennego punktu spojrzenia, dyskusja, formułowanie argumentów służące nauce i rozwojowi samego naukowca. Nie zgadzam się zatem z profesorem Grzegorzem Węgrzynem, który twierdzi, że recenzja w znacznej części nie powinna składać się ze streszczenia i omówienia dorobku kandydata (Wyraźnie widzimy kryzys recenzji, FA 10/2021). Od dawna przecież wiadomo, że żadna wypowiedź, nawet najbardziej opisowa i neutralna pod względem perspektywy narracyjnej, nie jest aksjologicznie obojętna. Wartościowanie to nie tylko, zwłaszcza w humanistyce, krytyka bezpośrednia, ale przede wszystkim zdecydowanie bardziej dotkliwa dla fachowego odbiorcy krytyka pośrednia, aluzyjna, którą potocznie nazywa się „wbijaniem szpilek”. Taką zawoalowaną krytykę znajdziemy w niejednym streszczeniu, trzeba jednak wziąć pod uwagę jego stylistykę, uwzględnić tryb ironiczny.

Przyznam, że badanie recenzji naukowych, zwłaszcza pisanych na potrzeby postępowań awansowych, ujawnia umiejętności literackie niektórych naukowców. Innymi słowy, mimo narzuconego przez Instytucję (Rada Doskonałości Naukowej) schematu i instrukcji, recenzenci starają się przekraczać ramy. Dowodzą tego widoczne w wielu tekstach neologizmy i metafory, które nierzadko są nośnikiem bardzo konkretnych, twardych wartości. Przykładowo, w recenzji oceniającej dorobek językoznawcy spotkać możemy neologizm „kakozdania”, który odnosi się do niepełnosprawności stylistycznej i językowej kandydata na stopień doktora habilitowanego. Warto przyjrzeć się temu słowu bliżej. Cząstkę „kako” możemy wywodzić od słowa kakofonia, oznaczającego „nieprzyjemnie brzmiącą mieszaninę dźwięków” (Słownik Języka Polskiego PWN). Jednak, jeżeli skojarzymy ją z mniej popularnym, zapomnianym już czasownikiem „kakać” (łac. caco), oznaczającym „wypróżniać się” (Słownik Języka Polskiego pod red. W. Doroszewskiego), pomyślimy wówczas o języku rynsztokowym, odpadowym, tyleż nieeleganckim, co przypadkowym, to znaczy używanym mimowolnie, bez głębszej świadomości i namysłu.

O stylu i człowieczeństwie

Przyjrzyjmy się teraz stylistyce recenzji naukowych, jest ona chyba najbardziej stabilną własnością tego rodzaju tekstów. Po pierwsze rzucają się w oczy subtelna elegancja i szacunek względem słowa, chodzi tutaj o zgodność z zasadami akademickiego savoir-vivre’u, ale także o drobnostki, jak dodanie do rzeczownika ‘badaczka’ przydawki ‘uważna’. Zamieszczenie takiego określenia w tytule recenzji publikowanej w czasopiśmie naukowym jest ryzykowne, recenzent może zostać posądzony o przesadną aprobatę i brak naukowego dystansu. Każdy przecież chciałby zasłużyć na miano „uważnego naukowca”, to jedna ze stałych cech przypisanych w naszej kulturze do wyobrażenia idealnego badacza. Wydawać by się mogło, że w przypadku recenzji naukowych pisanych na potrzeby czasopism branżowych krytyka afirmatywna, przywodząca na myśl panegiryk, będzie pojawiać się rzadko. Tymczasem jest inaczej.

Przeważająca większość recenzji ukazujących się w czasopismach branżowych jest pozytywna. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – styl krytyki uwarunkowany został tutaj przez cel publikacji. Recenzja pełni funkcję popularyzatorsko-informacyjną. Mamy zatem głośne „tak” krytyka akademickiego i wyjaśnienie. W tego typu tekstach zwykle pojawia się odmiana streszczenia rozumowanego. Recenzent przedstawia szkielet całej książki, szczegółowiej natomiast omawia części, które wydają mu się najbardziej wartościowe poznawczo. Zasadniczo interesują go te zagadnienia i tematy poruszane w tekście, które dotąd albo nie były badane, albo zostały błędnie opisane czy zinterpretowane. Poświęcając uwagę tekstowi, badacz przyznaje, że publikacja jest warta naszej uwagi – nie zajmowałby się tekstem bezwartościowym z naukowego punktu widzenia. Recenzja pełni funkcję ogłoszenia naukowego, autor mówi: słuchaj, ten tekst jest inspirujący, musisz go przeczytać. Stosunkowo rzadko ukazują się zatem w czasopismach recenzje negatywne. Takie wyjątkowe sytuacje służą niemal wyłącznie krytyce poważnych błędów merytorycznych, dotyczą jaskrawych nadużyć i wypaczeń interpretacyjnych, nierzadko też sprzeczności względem tradycji badawczej. Jednak w większości przypadków, ze względu na ogromną liczbę ukazujących się publikacji, a także na świadomość, że krytyka negatywna na polu humanistyki często bywa odbierana przez autora jako atak personalny, krytycy rezygnują „z krytykowania”.

Oceniający dorobek naukowy humanista zazwyczaj bierze pod uwagę nie tylko publikacje i działalność badawczą kandydata, obiektywnej ocenie naukowej podświadomie zawsze towarzyszy namysł nad losem autora jako losem zwyczajnego człowieka, który jednak – oprócz wykonywanej pracy naukowca – ma jeszcze życie prywatne i musi jakoś funkcjonować, a byt zapewnia mu uczelnia, która wymaga awansu… Stopień naukowy wiąże się nie tylko z prestiżem, ale także z podwyżką, a co za tym idzie poprawą warunków materialnych, pozwalających na dalszą działalność badawczą i samodoskonalenie. Innymi słowy, chcę podkreślić, że dla wielu humanistów długa lista błędów, także tych wyrażonych w sposób niebezpośredni, to wystarczająca i bardzo dojmująca „kara” mobilizująca do dalszej pracy. W większości przypadków recenzja dzisiaj prowokuje do namysłu, pozwala udoskonalić tekst (recenzja rozprawy doktorskiej), zmienić lub uzupełnić zamysł badawczy o pominięte aspekty.

Lęk autora. Humanista w skórze superbohatera

Wyobraźmy sobie, że właśnie napisaliśmy artykuł, ukończyliśmy książkę lub rozprawę naukową i czekamy na recenzje, recenzje badaczy z niezależnych ośrodków. W tym drugim przypadku lęk, niepokój i napięcie wewnętrzne wydają się tak namacalne, że porównać je można do rozmiarów monstrualnego pierwotnego mięsożercy Tyranosaura, czekającego w krzakach, by pożreć nas w najbardziej prozaicznym momencie naszego życia, na przykład kiedy przebywamy w toalecie (patrz scena z filmu Jurassic Park). A zatem czekamy, czekamy, czekamy, bo tekst trzeba przeczytać, recenzję napisać, a recenzent musi znaleźć czas między: przygotowaniem i prowadzeniem kursów dla studentów, własną działalnością badawczą, wyjazdami na konferencje, a także, wcale nie tak drobnymi jak mogłoby się wydawać, obowiązkami administracyjnymi. Ale idźmy dalej…

Mija miesiąc, potem drugi, nasz niepokój się wzmaga, dopada nas bezsenność, a w głowie pojawia się lista wątpliwości. Wreszcie zaglądamy do tekstu i szukamy… i oczywiście znajdujemy błędy, patrzymy na niego jakoś inaczej, tekst wydaje się obcy. W rezultacie przed otrzymaniem recenzji z nerwów nie jesteśmy w stanie podjąć jakiejkolwiek innej działalności badawczej. Recenzję postrzegamy jako swoiste zamknięcie tematu. Dopóki tekst nie zostanie dopuszczony do druku, cały czas mamy go na stole. Karty są w grze, choć my – wyczerpani wielomiesięcznym lub wieloletnim procesem zbierania materiałów, konceptualizacji, tworzenia konspektów, a wreszcie samym pisaniem – chcielibyśmy o nim zapomnieć i spojrzeć na coś nowego. Wreszcie nadchodzą recenzje. Czekaliśmy na nie od miesięcy, jednak odkładamy otwarcie do jutra, bo wieczór, rodzina, weekend itd. Zasypiamy. Budzimy się po pięciu minutach, w ciemności otwieramy laptop i… zazwyczaj wzdychamy z ulgą, szukaliśmy tylko jednej frazy: „dopuszczam do druku”, zasypiamy ponownie. Od rana jednak bierzemy się znów do pracy – recenzent wskazał miejsca, które należy poprawić, zasugerował nowe źródła, schodzi kolejny miesiąc, czasem dwa. A tekst? Tekst jest już zupełnie inny…

Przed otrzymaniem recenzji boimy się, że nasze badania, dorobek naukowy, kompetencje, użyta na potrzeby tekstu metodologia czy samo rozumowanie zostaną zakwestionowane, uznane za błędne, że przyjęty punkt widzenia nie jest wystarczająco innowacyjny. Czy aby na pewno sprawdziliśmy i skomentowaliśmy wszystkie źródła bibliograficzne dotyczące tematu, czy nasza bibliografia jest pełna? Boimy się usłyszeć opinię na temat nas samych. Strach przed krytyką, strach przed oceną, strach przed sądem „innego” należą do najbardziej atawistycznych lęków, które odczuwa człowiek. Naukowiec nie należy tutaj do wyjątków. Recenzent o tym wie.

Podstawowym problemem każdego badacza-humanisty w jego przygodzie z pisaniem tekstów naukowych jest niemożność oddzielenia siebie samego, własnej tożsamości od tekstu. Już na poziomie wyboru przedmiotu badań zostaje nawiązany, jakby to napisał Jan Błoński, „romans z tekstem”, który pośrednio rzutuje także na nasz personalny i intymny sposób odbioru recenzji. Jednak warto podkreślić, że niezbędny dystans względem napisanego tekstu zyskujemy, a raczej odzyskujemy właśnie dzięki opinii recenzenta. Recenzent stanowi głos rozsądku, kiedy okazuje się, że uwikłaliśmy się w „toksyczny związek”. Czym innym jest przecież wstępna korekta promotora albo koleżeńska opinia innego badacza pracującego w naszej jednostce, czym innym recenzja, która ma w sobie ciężar tekstu pisanego, jest postrzegana jako opinia rozstrzygająca. Dlatego uważam, że krytyka naukowa, zwłaszcza praktykowane w jej ramach formy pisane, jak recenzja, jest praktyką potrzebną, a wręcz niezbędną, bez wątpienia wpływającą na rozwój nauk humanistycznych.

Oczywiście, jeśli wziąć pod uwagę niespójność wartościowania (recenzja negatywna z happy endem), a także niebezpośredniość i aluzyjność samego dyskursu krytycznego dominującego w ramach krytyki naukowej tworzonej w ramach badań humanistycznych, można zarzucać jej kurtuazyjność, mówić o asekuracyjnym charakterze. Trzeba jednak pamiętać, że idea rzetelnej, obiektywnej krytyki (w jakiekolwiek byłaby ujęta schematy czy instrukcje narzucone przez instytucje zewnętrzne) jest projektem utopijnym. Każda krytyka bowiem, jak pisze Jerzy Jarzębski, „jest z samej swej natury stronnicza, osobista i kładąca na pierwszym planie akt oceny i wartościowania”. Dlatego uważam, że prężnie rozwijająca się współcześnie krytyka i praktyka podważania kompetencji recenzentów w Internecie (blogi: Habilitant2012, Ujawniamy nieprawidłowości w nauce) jest w znacznej mierze szkodliwa, powoduje bowiem, że główni adresaci recenzji (kandydaci do stopnia naukowego, autorzy książek) przestają się krytyką przejmować. Za ich sprawą traci ona zatem przynajmniej część swojej performatywnej mocy, nie wpływa na zmianę tekstu naukowego, nie motywuje także badaczy do dalszego doskonalenia warsztatu. Kryzys to jednak stan dla krytyki normalny, nie należy się nim zatem zbytnio przejmować.

dr Anna Folta-Rusin, Zakład Lingwistyki Komputerowej

Wydział Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego

Dyskusja (0 komentarzy)