Aktualności
Życie akademickie
11 Lutego
Fot. Nadine Weber
Opublikowano: 2025-02-11

Kobiety w nauce powinny być widoczne cały rok

Wydaje mi się, że tym, do czego powinnyśmy dążyć jako badaczki, jest pokazywanie się, mówienie o tym, co robimy, przez cały rok, a nie tylko w jeden dzień. Musimy być widoczne w nauce na co dzień, to warunek do tego, byśmy funkcjonowały na równych prawach – mówi Joanna Peszka, fizyczka eksperymentalna pracująca w ETH w Zurychu i jedna z ambasadorek projektu „Dziewczyny do Nauki”.

W przypadający dziś Międzynarodowy Dzień Kobiet i Dziewczyn w Nauce o „kobiecym” obliczu nauki oraz barierach, o które wciąż potykają się badaczki w swojej karierze zawodowej, rozmawiamy z Joanną Peszką, fizyczką eksperymentalną z ETH w Zurychu i jedną z ponad 50 kobiet będących ambasadorkami projektu „Dziewczyny do Nauki!” realizowanego przez Fundację Edukacyjną Perspektywy.

Trafiłaś do nauki bo…?

…bo zawsze byłam zainteresowana tym, jak działa świat, w zasadzie od dziecka kierowała mną głęboka ciekawość. W szkole moim ulubionym przedmiotem była matematyka, potem dołączyły do niej chemia i fizyka. W liceum uznałam, że chcę się zająć badaniami materii, więc wybrałam studia na nanoinżynierii na Politechnice Wrocławskiej, by w końcu stwierdzić, że jednak najbliższa temu, co mnie najbardziej zajmuje, jest fizyka jądrowa i atomowa oraz eksperymenty o dużej skali.

I aplikowałaś o staż w CERN-ie.

Tak. I dostałam się, myślę dzięki temu, że na studiach brałam udział w praktykach studenckich w ośrodkach fizyki jądrowej, takich jak Instytut Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie, oraz miałam doświadczenia w pracy z laserami, które okazało się później przydatne na doktoracie. Do dziś uwielbiam lasery!

Nad czym pracowałaś w CERN-ie?

Najpierw dołączyłam do grupy badawczej zajmującej się antymaterią w ramach stażu dla studentów. Staraliśmy się odpowiedzieć na jedno z najbardziej fundamentalnych pytań współczesnej fizyki, czyli czym antymateria różni się od „normalnej” materii, która nas otacza. A potem kontynuowałam pracę w tym samym laboratorium w ramach doktoratu, podczas którego pracowałam nad eksperymentem mającym na celu poprawę wydajności produkcji atomów antywodoru.

Dziś pracujesz w jednej z najlepszych uczelni technicznych świata, czyli na ETH w Zurychu. Jak się w takich instytucjach, jak CERN czy ETH, odnajdujesz jako badaczka?

Trudno mi odpowiedzieć, bo nie mam porównania – nie wiem, jak bym się czuła jako mężczyzna (śmiech). A poważnie mówiąc: nigdy na swojej naukowej drodze nie spotkałam się z jawną dyskryminacją i przez to nie potrafię stwierdzić, czy moi koledzy mają do mnie inne podejście wynikające tylko z tego, że jestem kobietą, czy nie, choć na pewno grupy badawcze, w których do tej pory pracowałam, były zdecydowanie zdominowane przez mężczyzn. I jeśli miałabym wskazać na jakieś bariery dla mnie jako kobiety w nauce, to wynikają one raczej z tego, że obszar, w którym prowadzę badania, to świat, który został właśnie zbudowany przez mężczyzn na ich własne potrzeby.

Co przez to rozumiesz?

Podam najjaskrawszy przykład: środki ochrony osobistej, np. rękawiczki, ubrania robocze, kaski, zawsze są na mnie za duże. Notorycznie mam problem z tym, by były dopasowane do moich potrzeb, zawsze muszę specjalnie zamawiać sama rozmiar dla siebie. W codziennej pracy najbardziej frustrujące jest takie właśnie niedopasowanie: wysokość sprzętów w laboratorium, ustawienie aparatury niedostosowane do wymiarów niższych osób i temu podobne. Przy czym uczciwie rzecz ujmując, taka frustracja jest udziałem także części moich kolegów o niższym wzroście, nie tylko nas, kobiet. Ale te sytuacje właśnie uświadamiają mi, że pracuję w świecie skonstruowanym przez mężczyzn niebiorących pod uwagę różnorodności.

A jednak weszłaś i utrzymałaś się w tym świecie, co więcej: „odhaczasz” na swojej naukowej ścieżce najbardziej topowe ośrodki badawcze.

Największe „wow” rzeczywiście czułam, gdy dostałam się na staż do CERN-u. Tym bardziej że to miał być pierwszy mój poważny staż, poważna praca, pierwszy wyjazd z Polski, pierwsze większe badania. Ale potem praca nad doktoratem zweryfikowała te emocje. Dla mnie robienie doktoratu to taki okres, kiedy nic człowiekowi nie wychodzi, ciągle walczy się z czasem i przez to wszystko można łatwo stracić ten pierwotny zachwyt, inspirację, energię, wszystkie te pozytywne emocje związane z pracą w tak unikatowych laboratoriach.

Dziś ten etap masz już za sobą, czyli jest lżej?

O nie. Jako post-doc jestem na równie trudnym etapie kariery, kiedy muszę przebić ten słynny szklany sufit, czyli zawalczyć o własny projekt, ponieważ obecnie kariera naukowa jest bardzo jednotorowa, nastawiona tylko na „przyszłych liderów”. Mało jest miejsca dla doświadczonych naukowców, którzy na przykład nie chcą zostać profesorami lub liderami grup badawczych. Naukowcy muszą szybko się usamodzielnić i rozpocząć własny projekt. Myślę, że czas i energia poświęcona na „budowanie kariery” niestety zabiera przestrzeń, w której mogłyby się pojawiać beztroskie i kreatywne pomysły. Momenty zachwytu fizyką oczywiście też są, ale trzeba nauczyć się aktywnie odrywać się od codziennych praktycznych obowiązków.

Fakt, że jesteś kobietą, nie pomaga?

Jak powiedziałam, w obszarze, którym się zajmuję, niewiele jest kobiet. Panuje tu też stereotypowo uznawany za „męski”, to jest rywalizacyjny, styl pracy. To środowisko ludzi bardzo ambitnych, bardzo zdolnych, bo to są najlepsi naukowcy z całego świata, więc mocno konkurujący ze sobą. I my, nieliczne kobiety, musimy grać w tę męską grę.

Jak mogłyby się zmienić jej reguły?

Myśląc o tym, by w takich dziedzinach badawczych jak moja zaszła trwała zmiana i by dziedziny te przybrały bardziej zespołowy charakter, sądzę, że młodzi naukowcy muszą się zaangażować w ten proces. Mam nadzieję, że zwiększenie liczby kobiet w nauce w tym pomoże. Z drugiej strony jednak może zrzucanie na karb męskości cech charakterystycznych dla mojego środowiska nie jest do końca sprawiedliwe. Bo może być tak, że po prostu w grupach nastawionych na osiągnięcia i efekty na pewnym poziomie badań i na pewnym etapie kariery musi istnieć rywalizacja. W naszej dziedzinie eksperymenty wymagają bardzo wiele przygotowań, zadań technicznych i organizacyjnych itp., a to każe poświęcić na te działania ogromną ilość czasu. Więc ostatecznie rywalizację wygrywają ci, którzy są w stanie tego czasu zagospodarować jak najwięcej. A niestety, tak jak pokazały różne badania, kobiety poświęcają więcej energii na obowiązki opiekuńcze w swoich domach, więc na dodatkową pracę naukową zostaje mniej czasu. Myślę, że trzeba też poważnych systemowych zmian, jak faktycznie równe urlopy rodzicielskie, dostępy do żłobków i przedszkoli w miejscach pracy. I przede wszystkim powinno być więcej alternatywnych ścieżek kariery, które nie wymagają tak częstych relokacji i dążenia do bycia „liderem”.

Jaki jest według ciebie sens istnienia święta 11 lutego?

Odpowiem trochę przekornie: wydaje mi się, że tym, do czego powinnyśmy dążyć jako badaczki, jest pokazywanie się, mówienie o tym, co robimy, przez cały rok, a nie tylko w jeden dzień. Musimy być widoczne w nauce na co dzień, to warunek do tego, byśmy funkcjonowały na równych prawach. Więc może to święto powinno stanowić taką motywację, by zacząć mówić o swoich badaniach, o swoich wynikach i robić to potem stale.

A w jakim stopniu sama czujesz się takim wzorcem dla innych dziewczyn?

Chyba nie jestem najlepszym wzorcem (śmiech). Uważam bowiem, że jeśli chce się uczciwie zachęcać kogokolwiek do kariery naukowej, nie można mówić tylko o blaskach tej drogi, nawet więcej: powinno się przede wszystkim przestrzegać przed barierami, przygotować młodszych kolegów i koleżanki na trudności, szczerze mówić o wyzwaniach, by mogli podjąć świadomą decyzję. Moim zdaniem tylko taka szczerość może wspierać odpowiedzialny wybór ścieżki badawczej.

Ty jednak pracujesz za granicą, w doskonałym ośrodku badawczym. Chyba nie masz na co narzekać?

To trochę taki mit, że za granicą robienie nauki jest łatwiejsze. Owszem, są tu rzeczy prostsze, na przykład w kwestii finansowania, co w takich obszarach badań jak mój ma niebagatelne znaczenie. Ale między bajki należy włożyć opowieści o tym, że tylko w Polsce jesteśmy zawaleni biurokracją czy dydaktyką. Kiedy zaczynałam pracę na ETH, nie mogłam się wręcz odkopać z zadań administracyjnych, miałam dużo zajęć dydaktycznych, które – co więcej – wcale nie były dobrze przygotowane, jeśli brać pod uwagę renomę uczelni. Podobnie w Polsce mówi się o bardziej skomplikowanym systemie awansu naukowego, o habilitacji, która jest niepotrzebnym utrudnieniem. Ale nie bierzemy pod uwagę tego, że za granicą taką barierę w rozwoju może stanowić fakt, że jest tu o wiele większa konkurencja i większa preselekcja, bo zjeżdżają ludzie z całego świata.

Co zatem stanowi motywację do codziennej pracy? Masz przed sobą wizję jakiegoś wielkiego celu?

Na pewno fajnie byłoby zrobić coś przełomowego, co na Nobla by zasługiwało, ale niekoniecznie już tego Nobla dostać. Dla mnie osobiście Nobel jest przereklamowany. Dużo w tym loterii, dużo też zależy od obszaru, w jakim się prowadzi badania, od popularności danego tematu w danym czasie i tak dalej. W zagadnieniach, którymi ja się zajmuję, nasza praca to raczej żmudne dokładanie maleńkich cegiełek, które w końcu razem utworzą wielki i potrzebny gmach; które dadzą odpowiedź na podstawowe pytanie o to, czy dobrze rozumiemy działanie świata. I w sumie ta świadomość dokładania się do kolektywnej wiedzy jest dla mnie wystarczającą motywacją na co dzień. A poza tym moja praca jest bardzo ciekawa i nietypowa. Jest multidyscyplinarna i ciągle muszę, a raczej mam możliwość, uczyć się nowych rzeczy. Myślę, że mało kto ma okazję łączyć w pracy tak wiele odległych zadań i robić tak szalone rzeczy, jak tworzenie egzotycznych cząstek takich jak antymateria lub miony oraz manipulowanie nimi [miony to tacy „więksi kuzyni elektronów”, cząstki, które przylatują do nas z kosmosu, a my możemy je wytworzyć sztucznie za pomocą akceleratorów – przyp. red.].

Rozmawiała Magda Tytuła

Projekt „Dziewczyny do Nauki!” jest finansowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego

Dyskusja (2 komentarze)
  • ~Ferdynand 12.02.2025 09:50

    Wspaniały projekt MNiSW „Dziewczyny do Nauki!”, jest to osiągniecie na skalę Światową. Projekt ten pozwoli Dziewczynom prześcignąć Chłopaków. Chociaż, zawsze myślałem, że nauka nie ma płci (nazwa wskazuje, że jest kobietą) a jedynie rozum, ale pewnie ogromie się myliłem. A co z tymi co nie identyfikuje się z Dziewczynami i Chłopakami? Czy oni nie powinni być zachecani do nauki? A może lepsze byłoby hasło „Młodzieży do Nauki!” lub „Nauki! ścisłe i matematyka przygodą życia ”, gdzie poznajemy i opisujemy niewidzialny świat. No cóż, jacy ministrowie, takie projekty i to nie tylko w nauce. Wydaje mi się, że hasło „Dziewczyny do Nauki!” brzmi podobnie do hasła poprzedniej epoki „Kobiety na traktory!” Bohaterce artykułu, życzę ogromnych sukcesów, zupełnie nie zwracając uwagi, czy jest Dziewczyną, czy Chłopakiem.

  • ~Krzys 11.02.2025 07:59

    Wyrzucić nauczycielki ze szkół i wprowadzić parytety.