Sprawy stopni i tytułów naukowych są dla środowiska akademickiego niezwykle istotne, co zresztą nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę, że mają wpływ nie tylko na uprawnienia formalne, ale też rzeczywistą pozycję i „władzę symboliczną” w tym sektorze. Z tego powodu zasady nadawania stopni i tytułów są przedmiotem licznych dyskusji, a wiele kontrowersji dotyczy stosowania w awansach naukowych przepisów Kodeksu postępowania administracyjnego (KPA), mimo że nie jest to bynajmniej efekt ostatnich reform, lecz rozwiązanie funkcjonujące już od kilku dekad.
W minionych latach byliśmy świadkami licznych zarzutów co do tego modelu. Głośne (i dość zdumiewające) stanowisko w tej sprawie podjęła Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego, proponując odstąpienie od stosowania w postępowaniach awansowych przepisów KPA. Następnie stanowisko takie wsparł ówczesny przewodniczący Rady Doskonałości Naukowej prof. Grzegorz Węgrzyn. Co jednak najbardziej szokujące, propozycje te zmierzały nie tylko do wyłączenia stosowania w tych sprawach przepisów KPA, ale też kontroli sądowej jako rzekomo niezdatnej do weryfikacji tego typu decyzji. Skoro zatem spotykamy się z postulatami tak głębokiej reformy, warto przyjrzeć się bliżej roli KPA w postępowaniach awansowych.
Zakres stosowania KPA w awansach naukowych
Na samym początku należy wskazać, że stosowanie KPA w sprawach awansów naukowych następuje w bardzo niewielkim zakresie. Po pierwsze, KPA stosowane jest jedynie w sprawach nieuregulowanych w ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, ma więc charakter subsydiarny. Po drugie, przepisy KPA stosowane są „odpowiednio”, co oznacza, że doznają, niekiedy głębokich, modyfikacji albo wręcz wyłączeń ze względu na cechy charakterystyczne postępowań awansowych i specyfikę tych spraw.
Orzecznictwo sądowe już od dziesięcioleci wskazuje, na czym polega odrębność tych postępowań, która prowadzi do zawężonego („odpowiedniego”) stosowania KPA. To między innymi znaczne ograniczenie form prowadzenia postępowania dowodowego, wiodąca rola recenzji, dalece mniejsze wymogi co do uzasadnienia decyzji, zasada kolegialności czy niemal brak czynnego udziału strony w postępowaniu. Z tych powodów, wbrew obiegowym opiniom, procedury nadawania stopni i tytułów nie mają zbyt wiele wspólnego z „klasycznym” postępowaniem administracyjnym, w którym przepisy KPA stosuje się wprost, a nie jedynie „odpowiednio”. Procedury awansowe są więc dalece bardziej uelastycznione i dostosowane do specyfiki nauki i podmiotów sektora akademickiego.
Ponadto, co kluczowe, sprawy stopni i tytułów naukowych rozstrzygane są w oparciu o dalece niedookreślone przesłanki, takie jak „znaczny wkład w rozwój dyscypliny”, „istotna aktywność naukowa” czy „wybitne osiągnięcia naukowe”. Ocena ich spełnienia jest silnie subiektywna, co daje gigantyczną swobodę interpretacyjną, a więc i decyzyjną, najpierw recenzentom, a następnie komisjom i, na końcu, organom wydającym decyzję. Przepisy KPA w praktyce niemal w niczym tej swobody nie ograniczają, w niczym nie krępują recenzentów oraz organu w zakresie stwierdzenia, czy przedstawione osiągnięcia spełniają tak niedookreślone, subiektywne przesłanki. Przepisy KPA regulują jedynie tryb postępowania w tych sprawach, a nie narzucają, podobnie zresztą jak sądy, sposobu rozumienia „wybitności osiągnięć” bądź „znacznego wkładu w rozwój dyscypliny”. Nawet bowiem w sprawach specyficznych, jak kwestie nauki, muszą istnieć rzetelne przepisy procesowe, regulujące choćby tak elementarne kwestie, jak sposób gromadzenia i oceniania materiału dowodowego, doręczania pism, obliczania terminów, udostępniania akt sprawy, umarzania postępowania, głosowania, uzasadniania decyzji czy trybów wzruszania zapadających w takich sprawach rozstrzygnięć.
Ile prawdy, a ile mitów w zarzutach wobec stosowania KPA?
Mimo powyższego, obserwując środowiskową dyskusję na temat procedur awansowych w nauce, można odnieść wrażenie, że w dużej mierze wątpliwości co do zasadności stosowania KPA w tych postępowaniach wynikają bardziej z powielania narosłych mitów, aniżeli z rzeczywistej treści przepisów. Najczęściej chyba spotykany jest zarzut, iż KPA rzekomo nie pozwala wszechstronnie ocenić dorobku kandydata albo pozwala na uchylanie decyzji odmownych jedynie z powodu nieistotnych błędów proceduralnych. W środowisku wciąż powtarza się opinie, według których obecny model służy wyłącznie słabym naukowcom, by przy odkryciu jakichś nieistotnych detali, przysłowiowych „kruczków”, wymuszali oni nadanie im habilitacji czy profesury. Równie często podważa się dopuszczalność drogi sądowej w tych sprawach, sugerując, że sąd nie może oceniać zasadności decyzji związanych z ocenianiem czyichś osiągnięć naukowych, bo przecież robić to mogą tylko odpowiednio przygotowani naukowcy, którzy posiadają kompetencje badawcze, a nie prawnicze.
Choć takie twierdzenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, to, niestety, powtarzane są przez osoby mające w środowisku pewien autorytet. W efekcie osoby nieposiadające wiedzy prawniczej traktują te opinie jako rzeczywisty problem, skłaniając się ku postulatom wyłączenia KPA i kontroli sądowej w procedurach awansowych. Tymczasem fakty przedstawiają się zgoła inaczej – jeżeli decyzja negatywna została wydana zgodnie z prawem (zarówno procesowym, jak i materialnym), to brak jest podstaw do jej uchylenia w procedurze odwoławczej i stosowanie KPA niczego tu nie zmienia. Podobnie jest zresztą w przypadku kontroli sądowej – sądy już od dziesięcioleci prezentują spójną, ugruntowaną linię orzeczniczą, w myśl której nie są one uprawnione do oceny jakości przedstawianych osiągnięć ani do rozstrzygania sporów w świecie nauki. Badają jedynie legalność przeprowadzonego postępowania, a więc czy np. powołano spełniających wymogi recenzentów, czy recenzje zostały sporządzone zgodnie z prawem lub czy nie naruszono przepisów prawa materialnego (przyjmując np. zupełnie inne wymagania niż te uregulowane przepisami albo opierając się na nieaktualnym stanie prawnym).
Postulat wyłączenia przepisów KPA oraz kontroli sądowej może więc brzmieć bardzo atrakcyjnie – w końcu wygląda to tak, jakby miało być prościej, szybciej, bez zbędnych formalności oraz bez taryfy ulgowej dla słabeuszy. Niestety, to tylko pozory. Zwolennicy takiego rozwiązania w większości nie są bowiem świadomi konsekwencji, jakie przyniósłby proponowany przez nich model „wolnej amerykanki”, czyli nadawania stopni naukowych bez przepisów proceduralnych (albo z jedynie szczątkowymi przepisami uchwalanymi przez same uczelnie, w dużej mierze mającymi niską jakość legislacyjną i opartymi na zwyczaju) oraz bez sądowej kontroli ich legalności. Sprawiłoby to, że w awansach naukowych nie byłoby skutecznych narzędzi uchylania wadliwych decyzji w przypadku istotnych naruszeń prawa, np. błędnego sporządzenia recenzji albo oparcia decyzji na pozaprawnych przesłankach. To z kolei powodowałoby, że przepisy dotyczące stopni i tytułów obowiązywałyby jedynie w teorii – bo decyzji wydanych z ich pogwałceniem i tak nie można byłoby uchylić. Zamiast prawa, rządziłby więc „zwyczaj”, a w praktyce – ci, którzy definiują, czym on jest.
Autonomia uczelni nie zwalnia z zasady legalności
Nasze doświadczenie w ramach Kancelarii dla Nauki w sporządzaniu licznych odwołań od decyzji o odmowie nadania stopni i tytułów wyraźnie potwierdza, że z przestrzeganiem przepisów w zakresie awansów naukowych jest poważny problem. Do najczęstszych przypadków należy np. wadliwe sporządzenie recenzji. Normą jest, że negatywne recenzje oparte są albo na wybiórczej ocenie osiągnięć naukowych (często z pominięciem większości z nich), albo na kompletnie nieaktualnym stanie prawnym. Niestety, normą jest także, że recenzent sporządza negatywną recenzję z przyczyn, które w ogóle nie stanowią przesłanek nadawania poszczególnych stopni lub tytułów, a argumentację tę podziela następnie organ wydający decyzję. Ogromnym problemem są też błędy w ustaleniach faktycznych. I choć wszystkie te nieprawidłowości pozostają niezauważone, gdy decyzja jest pozytywna(takich się bowiem nie skarży), to problem pojawia się, gdy tego typu wady zdeterminowały negatywny wynik całego postępowania, a więc doprowadziły do – w świetle prawa nielegalnej – odmowy nadania stopnia/tytułu.
Praktyka wyraźnie więc pokazuje, że założenie, iż organy akademickie nie potrzebują nadzoru w zakresie tych postępowań, gdyż ze względu na swoje kompetencje naukowe są gotowe przeprowadzić je rzetelnie, jest mrzonką. Potwierdza to zresztą sprawozdanie Rady Doskonałości Naukowej za rok 2024 – spośród wszystkich odwołań, które wpłynęły do RDN, organ ten uchylił 43% decyzji o odmowie nadania stopni naukowych. Z kolei sama RDN przegrała przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Warszawie w co trzeciej sprawie, w której wniesiono skargę do sądu, zaś przed Naczelnym Sądem Administracyjnym – w niemal co piątej.
Brak KPA i kontroli sądowej wydaje się więc atrakcyjny, sprawny, rzekomo pasujący do specyfiki nauki. Ale tylko na krótką metę. Na dłuższą, nikt z nas nie chciałby żyć w państwie, w którym decyzje dotyczące naszej sytuacji prawnej podejmowane są „bez trybu” (albo wyłącznie w oparciu o – pisane lub nie – dobre praktyki lub tradycje), a ich legalność nie podlega jakiejkolwiek kontroli sądowej. Stopnie i tytuły nie są jedynie honorowymi, zwyczajowymi wyrazami uznania– od ich posiadania zależą bowiem liczne uprawnienia publicznoprawne, nie wspominając już o płynącym z nich zaufaniu społecznym. Dlatego procedury awansowe w nauce i ich legalność nie są tylko „wewnętrzną sprawą naukowców”, a skoro tak, to powinny być rozstrzygane (proceduralnie, a nie merytorycznie) tak jak większość spraw administracyjnych i podlegać kontroli sądowej – i tak zresztą silnie ograniczonej, właśnie z powodu specyfiki nauki.
Podsumowanie
Problem stosowania przepisów KPA ma oczywiście o wiele głębszy charakter niż przedstawiono to w niniejszym, popularnonaukowym artykule. Nawet jednak tak skrótowa analiza wystarcza do stwierdzenia, że obecny model, wbrew formułowanym obawom, w najmniejszym zakresie nie stoi na przeszkodzie wszechstronnej, rzetelnej ocenie dorobku naukowego osób ubiegających się o stopnie i tytuły ani w żadnym razie nie wymusza ich nadawania słabym naukowcom. Przeciwnie, daje uczelniom i instytutom ogromną swobodę interpretacyjną, nieporównywalną do wielu innych kategorii spraw. Nie daje też możliwości wzruszania tych decyzji z błahych i niemających prawnego znaczenia powodów. Gwarantuje natomiast rzetelną i zabezpieczoną przez kontrolę sądową procedurę, obudowaną wieloletnim orzecznictwem oraz licznymi opracowaniami naukowymi.
Dlatego model taki (choć mógłby się wydawać bardziej uciążliwy niż kuszący brak reguł, sankcji i nadzoru)sprzyja bezpieczeństwu obrotu prawnego w sferze nauki i pozycji prawnej każdego uczestnika procedur awansowych. Rzetelna procedura to większa legitymizacja zapadającej po jej przeprowadzeniu decyzji, także tej odmownej, a więc większe zaufanie do całego systemu awansów naukowych. To zaś leży nie tylko w interesie poszczególnych naukowców, ale także organów nadających stopnie i tytuły oraz całego środowiska akademickiego.
Łukasz Kierznowski
Artykuł powstał w ramach współpracy z Kancelarią dla Nauki
Widzę tutaj straszny płacz niektórych doktorów. W mojej ocenie, niektórym ludziom nie jest dane habilitację zrobić w ogóle. Powody mogą być różne - brak czasu, sytuacja rodzinna, jednosta macierzysta nie chce sfinansować procedury, a na samym końcu stawiam niewielką ilośc dokonań naukowych. Myślę, że tzw. leniwych naukowców jest najniższa liczba. Jednak proszę o jedno Państwa piszących. Proszę o NIEDPRECJONOWANIE osób z habilitacją, lub tytułem profesorskim. Większość tych ludzi załużyła na tytuł CIĘŻKĄ PRACĄ. I tutaj należy zaznaczyć, że nie liczą się tylko dokonania naukowe (chociaż tak właśnie powinno być), ale masa innych rzeczy, takich jak - dydaktyka, staże, popularyzacja nauki, współpromotorstwo doktorantów, prowadzone projekty, patenty... I wszystko musi być w dużej ilości. Więc, aby te warunki spełnić, trzeba popylać jak mały samochodzik. - często kosztem snu i zdrowia.
Ale przecież to w ogóle nie jest wymagane. Uczony ze stopniem doktora może być zarówno "prostym" adiunktem współpracującym w większym zespole pod kierunkiem wybitnego profesora, jak i cenionym specjalistą od przekazywania wiedzy studentom, albo też uczonym o międzynarodowej renomie, prowadzącym samodzielne badania. Do żadnej z tych rzeczy nie jest potrzebna habilitacja, nawet w polskim specyficznym systemie awansowym. Dla np. NCN habilitacja nie jest wymogiem formalnym do niczego.
Habilitacja jest owszem, efektem pewnego wysiłku naukowego, ale też wyrazem wysiłku nakierowanego konkretnie na jej zdobycie, np. trzeba w tym celu zebrać do kupy niekiedy dość eklektyczny dorobek i napisać autoreferat, co samo w sobie jest przedsięwzięciem paskudnym. Dziś, kiedy nie jest obowiązkowa, robi ją ten, kto uważa że potrzebuje, np. żeby móc prowadzić doktoraty, kierować większym zespołem czy recenzować coś większego. Ewentualnie żeby nieco więcej zarabiać. Oczywiście, można też wybrać tę drogę w celu realizowania kariery administracyjnej, ale to już ścieżka oddalająca od nauki. Zależy, co się komu podoba.
Dobrych pomysłów podpartych rzetelną, uczciwą pracą nikt przecież nie deprecjonuje. Pośmiejmy się jednak razem z niewydolnego systemu feudalnego, przynajmniej tyle, kiedy "nie możemy" niczego zmienić i boimy się powalczyć o wolność w nauce, i o faktyczną autonomię uczelni.
Do ~Grześ 12.04.2025 23:50. W swoim poprzednim komentarzu: ~Grześ 12.04.2025 23:50 napisał pan, cytuję: „Ja pozostanę wolnym człowiekiem i nikt mnie do niczego nie będzie zmuszał.” Jednak pan uwzględnił moją uwagę, podając 16 WoS. Jak ja nie lubię czytać komentarzy, w których habilitowanych i tytularnych ogółem zalicza się do, jak pan pisze, cytuję: „prawdziwie wybitnych" = habilitowanych i tytularnych, z maniakalnym uporem broniących od zawsze istniejącej w Polsce habilitacji.” Panie Grzesiu, pan nic nie wie o mojej ścieżce w nauce, a na podstawie moich w miarę spokojnych i zrównoważonych wypowiedzi zalicza mnie do tego grona. Gdyby pan zechciał dowiedzieć się o mnie i moich poglądach czegoś więcej, radzę zapoznać się z moimi wypowiedziami w innych dyskusjach w FA. Mam 55 patentów, o których pan pisze, że „co oczywiście wzbudza obrzydzenie u tych "prawdziwie" wybitnych”. Już z tego wynika, że pan bezzasadnie zapisał mnie do grona „wybitnych”, o których pan pisze z ogromnym obrzydzeniem. Dla porównania, mam dwukrotnie większy niż pan h (WoS). Wykonałem szereg grantów oraz prac zleconych dla przemysłu. Od pewnego czasu, pod wpływem uzyskanych z NCN opinii od ich tak zwanych „ekspertów” przestałem składać wnioski. Z pana ostatniej wypowiedzi wynika, że pracuje pan naukowo od wielu lat, bo: „Na swojej długiej ścieżce naukowej…”. Pisze pan dalej: „Niestety Gowin mnie w niczym nie wyręczył”. Otóż wyręczył. Gdyby nie on, został by pan zrotowany lub, w najlepszym przypadku, przeniesiony na stanowisko starszego wykładowcy. Panie Grzesiu, przekręca pan moje słowa. Pisze pan, cytuję: „praca "na boku" ale w ramach obowiązków służbowych”. Pisałem o pracach „na boku” doktoranta, dla którego obowiązkiem służbowym jest robienie doktoratu. Proszę uważnie czytać teksty, a dopiero później pisać swoje uwagi.
W konstytucji USA napisano, że każdy człowiek rodzi się wolnym. Jednak tą wolność każdy rozumie na swój sposób. Pan wybrał swoją ścieżkę wolności przez negację niektórych rzeczy. Podejrzewam, że ze względu na długi czas znajdowania się na tej ścieżce nić już nie zmieni pana poglądów. Życzę panu sukcesów oraz umiarkowanego traktowania tych, kto nie podziela pana poglądów oraz nie przyklejania im łatki. Jak widać, można mieć odpowiedni dorobek i nie podzielać pana poglądów. Bo poglądy, tak jak i podeście do wyboru rodzaju wolności, każdy ma inne.
Nie rozumiem jak z faktu, że podałem WoS wyciągnął Pan wniosek, że zostałem przez Pana do tego zmuszony, ale co tam, gwarantuję Panu, że przez to moja wolność nie została naruszona. Faktycznie nie znam Pana ani Pana dorobku ale też pisząc o "wybitnych" nie pisałem konkretnie o Pana osobie. To nie moja wina, że ustawa wszystkich habilitowanych i tytułowanych wrzuca do jednego worka posiadaczy "wybitnych osiągnięć" bądź "znacznego wkładu w rozwój dyscypliny". I dalej odnosząc się do Pana wypowiedzi, to istnieje coś takiego jak doktorat wdrożeniowy, gdzie w ramach swoich obowiązków służbowych doktorant pracuje dla przemysłu i nie jest to traktowane jako "praca na boku". Nie, Gowin mnie w niczym nie wyręczył i nie zostałbym "zrotowany lub, w najlepszym przypadku, przeniesiony na stanowisko starszego wykładowcy" ponieważ nie pracuję na uczelni. Tak to jest, że można być naukowcem i niekoniecznie pracować na uczelni. A co do meritum czyli mojego uporczywego postulatu likwidacji habilitacji, to zacytuję pewnego naukowca: „Nie możesz rozwiązać problemu tym samym umysłem, który go stworzył”, więc tak właściwie to niczego w tej sprawie nie oczekuję od kasty.
Pozostaniemy więc przy swoich poglądach ale dziękuję za polemikę. Życzę wesołych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy.
Do ~Grześ 13.04.2025 14:36. Panie Grzesiu, ciekawie jest mi śledzić tok myślenia nieco młodszych ode mnie naukowców. Niektórym z nich czasami brakuje odrobiny wiedzy historycznej na temat nauki polskiej. W tym miejscu odsyłam choćby do Wikipedii: Stopnie naukowe w Polsce. Wprowadzono je w 1920r. Pierwsza reforma była w 1990r. i dotyczyła likwidacji dwu tytułów naukowych - profesor nadzwyczajny (niższy) oraz profesor zwyczajny (wyższy) i zastąpienia ich jednym – profesor. Jak widzimy, rozbudowany system stopni i tytułów w sposób istotny uproszczono. W latach 2008-2009 doktor, przewodniczący związku zawodowego Solidarność, która wtedy rządziła w kraju, próbował zlikwidować habilitacje. Jak widzimy, nie udało się. W przygotowaniu reformy z lat 2017-2018 również próbowano to zrobić ze znanym nam skutkiem. Pisze pan, cytuję: „A co do meritum czyli mojego uporczywego postulatu likwidacji habilitacji, to zacytuję pewnego naukowca: „Nie możesz rozwiązać problemu tym samym umysłem, który go stworzył”. Jak wynika z powyższego, twórcy systemu z roku 1920 dawno już w innym świecie i nie pomogą w rozwiązaniu problemu, który nurtuje pana. Pisze pan, cytuję: „istnieje coś takiego jak doktorat wdrożeniowy, gdzie w ramach swoich obowiązków służbowych doktorant pracuje dla przemysłu i nie jest to traktowane jako "praca na boku". Panie, takie studia doktoranckie pojawiły się w roku 2018, a ich absolwenci uzyskali doktoraty jeszcze później. Spośród obecnych doktorów doktoraty wdrożeniowe stanowią chyba 0,1% a może i mniej. Pozostali robili je na zwykłych studiach doktoranckich. Jak wynika z pana ostatniego komentarza, nie pracuje pan ani na uczelni, ani w instytucie badawczym. Znam kilka osób z doktoratami, którzy pracują w przemyśle, a z niektórymi z nich współpracuję. Panie, jesteś w gronie 0,1% doktorów spoza systemu, a próbujesz pan jego złamać. Gdyby to zrobiono w pierwszej reformie w roku 1990, tak, jak zrobiono to, na przykład, na Litwie, było by O.K. Przykłady, które podałem powyżej – doktor kierujący z tylnego siedzenia państwem oraz doktor wicepremier wykazały dobitnie, że obecnie nie da się tego zrobić. Po prostu za późno. Co ciekawe, na Litwie habilitacje pozostały i są dobrowolne. Jak ktoś chce, może ją obronić, żeby napisać na wizytówce: Dr hab. Pisze pan, cytuję: „Nie rozumiem jak z faktu, że podałem WoS wyciągnął Pan wniosek, że zostałem przez Pana do tego zmuszony.” Panie, proszę jeszcze raz przeczytać to zdanie, w którym napisałem o bazach, z których pochodzi h. Nikogo nie zmuszałem. Zwróciłem jedynie uwagę, że należy podawać, według jakiej bazy pochodzi h. Bo baza bazie nie równa. Po prostu, w takich niby drobiazgach należy być precyzyjnym. Podanie h=16 (WoS) jednoznacznie wskazuje na to, że pana artykuły są dobre bo opublikowane w czasopismach z IF, a nie w tych „Zeszytach powiatu NN” z bazy Google.
Zaczynając od końca. Cytuję: W swoim poprzednim komentarzu: ~Grześ 12.04.2025 23:50 napisał pan, cytuję: „Ja pozostanę wolnym człowiekiem i nikt mnie do niczego nie będzie zmuszał.” Jednak pan uwzględnił moją uwagę, podając 16 WoS" - oczywiście że Pan mnie nie był w stanie do niczego zmusić, proszę tylko o wyjaśnienie jak należy rozumieć to zdanie "Jednak pan uwzględnił moją uwagę, podając 16 WoS." w tym kontekście?
Dziękuję za rys historyczny stopni i tytułów naukowych w Polsce ale jest on mi znany i dlatego właśnie piszę, że habilitacja w nauce Polskiej istniała od zawsze. Pomimo Pańskiej długiej kariery naukowej nie twierdzę również, że brał Pan udział w tworzeniu od podstaw tego systemu ale już w próbach jego reformy (Gowin) z pewnością tak. Jak wnioskuję z Pana wypowiedzi to raczej nie był Pan przychylny reformom proponowanym przez obu doktorów (może w pewnym stopniu dlatego, że byli tylko doktorami a śmieli próbować ukrócić przywileje kasty?). W tym sensie przyczynił się Pan nie do tworzenia tego systemu ale z pewnością do jego trwania. Przecież to właśnie kasta zablokowała i nadal blokuje likwidację habilitacji. Cytuję: "Panie, jesteś w gronie 0,1% doktorów spoza systemu, a próbujesz pan jego złamać." Tak, jestem w pewnym sensie z poza systemu, choć rozprawy doktorskiej broniłem w trybie tradycyjnym, będąc pracownikiem instytucji naukowej, a sam system znam doskonale od podszewki z racji członkostwa w Radach i innych gremiach naukowych. Dlatego właśnie, że jestem z poza kastowego systemu, w myśl cytowanej już zasady „Nie możesz rozwiązać problemu tym samym umysłem, który go stworzył”, roszczę sobie prawo do ingerencji w ten korupcjogenny, kosztowny system i do jego złamania, w imię dobra nauki polskiej. Na zmiany czegoś co wiadomo, że źle funkcjonuje nigdy nie jest za późno. Dlaczego habilitowani i tytułowani tak obawiają się likwidacji habilitacji? Może obawiają się: rotacji - konkursów na stanowiska naukowe i ich kadencji? czyhających na ich stołki doktorów? utraty możliwości recenzowania i związanych z tym dochodów? utraty: władzy, układów, przywilejów, prestiżu i własnej celebry? Przecież ich wybitny dorobek, obroni się sam, a niewidzialna ręka rynku potwierdzi tylko ich wielkość.
Do ~Grześ 13.04.2025 22:04. Panie Grzesiu, nikt mnie nie pytał, zlikwidować lub zostawić habilitacje. Sejm uchwalił, a obecny prezydent podpisał. Piszesz pan, cytuję: „roszczę sobie prawo do ingerencji w ten korupcjogenny, kosztowny system i do jego złamania, w imię dobra nauki polskiej.” Mam pytanie. Naprawdę uważasz pan, że cały korupcjogenny system padnie po wyjęciu z niego jednej składowej – habilitacji? Pracując poza uczelnią wzywasz pan do likwidacji habilitacji. A wiesz pan, że adiunkt zarabia poniżej średniej krajowej? I ma jedyny sposób na podwyżkę – zrobić habilitację. Sądziłem, że jesteś pan idealistą. I raptem piszesz pan o niewidzialnej ręce rynku. Panie, niewidzialna ręka rynku dla tego niewidzialna, że niezauważalnie wyciąga z kieszeń klasy średniej oraz biedniejszych kasę i przekazuje ją najbogatszym. Powoduje to regularne kryzysy, po których biedni stają się jeszcze biedniejsi, a najbogatsi stają się jeszcze bogatszymi. Po kolejnym kryzysie nawet ultra liberalny profesor Balcerowicz przyznaje, że niewidzialna ręka czasami przesadza. A na język ludzki – niszczy wielu ludzi, w tym, niestety, i naukowców.
Bardzo chętnie odpowiem na pytanie: "Naprawdę uważasz pan, że cały korupcjogenny system padnie po wyjęciu z niego jednej składowej – habilitacji?" Może ja i jestem naiwny ale nie aż tak bardzo aby uważać że wyłącznie z powodu likwidacji habilitacji wywróci się system, jednak od czegoś należy zacząć i myślę, że wyjęcie na początek tej składowej jest odpowiednie. Proszę spojrzeć na podany przez Pana przykład marnych zarobków adiunkta dla którego jedyną obecnie szansą na ich zwiększenie jest habilitacja. No to likwidujemy habilitację, co wcale nie oznacza, że odbieramy adiunktowi szansę lepszych zarobków. Wręcz przeciwnie bo przecież skracamy jego ścieżkę awansu i przez to ułatwiamy mu przejście na wyższe lepiej płatne stanowisko. Oczywiście tu pojawia się kwestia czystości konkursów organizowanych przez uczelnie tak aby wygrał lepszy i w tym sensie pisałem o niewidzialnej ręce runku.
A Pan od czego by zaczął reformę systemu? Tylko proszę nie pisać, że jest już za późno, bo trzeba by zacząć od wyrzucanie studentów za ściąganie.
Prawdę mówiąc, ja bym raczej zaczął od wymuszenia przez społeczność naukową rzetelności w recenzowaniu stopni i tytułów, a także publikacji. Nie da się, bo naród nie taki? To w takim razie co ma sprawić zniesienie habilitacji "na początek", cud? Klika kolegów dziekanów doktorów będzie lepsza od kliki dziekanów profesorów? W czym, w tym, że ci doktorzy też będą profesorami, tylko mianowanymi przez lokalnych kolegów, a nie przez prezydenta? A reszta zostanie po staremu, bo niby dlaczego nie? Widzę tutaj duży potencjał gowinowski, kolejną Konstytucję dla Nauki. A potem takie samo zdziwienie, ze zrobiło się jeszcze gorzej.
Nie zmusiłem pana. Poprosiłem o precyzyjne podanie informacji.
Do ~Grześ 12.04.2025 14:18. Na swojej długiej drodze w nauce nie po raz pierwszy spotkałem tak zawziętego zwolennika protestu przeciwko habilitacji. Jeszcze w latach 80 ubiegłego stulecia znałem kilka osób, którzy twierdzili: „Umrzemy docentami”. Pan również do nich dołączył. A teraz odpowiadam po kolei na pana twierdzenia. Pierwsze, cytuję: „Nie mieli czasu, bo może właśnie robili badania i próbowali ich wyniki wdrażać”. Wdrożenie, gdyby się udało, daje istotne korzyści finansowe wdrażającym, w tym i naukowcom. To tylko potwierdza moją tezę – nie mieli czasu, bo może pracowali na drugim etacie. Wdrożenie wymaga poświęcenia czasu (nie koniecznie pracy na etacie) w firmie wdrażającej. Cytuję: „nie kolekcjonowali publikacje do habilitacji”. Jak ktoś robi badania na poziomie, to dzieli się ich wynikami ze społecznością naukową w publikacjach, a nie „kolekcjonuje publikacje”. Potwierdza to również i pan, podając swój index hirsha. Szkoda, że nie podał pan, według której bazy. Bo jak wiadomo, można mieć duży h według Google i zero według WoS. Dla przejrzystości, obok wartości h należy podawać, żeby nie było niedomówień, według jakiej bazy. Pisze pan, cytuję: „będę dalej uprawiał naukę i protestował przeciwko kosztownej i nic nie wnoszącej do polskiej nauki habilitacji”. Panie Grzesiu, dawniej należało napisać książkę, nazywaną rozprawą habilitacyjną. Mając, jak napisał pan, „zlepek zrecenzowanych już wcześniej publikacj”, napisanie rozprawy zajmowało 2-3 miesiąca. Obecnie jest jeszcze łatwiej. Należy jedynie umieścić tytuły artykułów a pod nimi podsumowania, które również należy wziąć z artykułów. I co, dalej będziesz pan protestował na szkodę swoją oraz rodziny – bo jako adiunkt będziesz dostawał mniejszą wypłatę? Piszesz pan, cytuję: „Nie znam nikogo kto miałby lub chciałby mieć status profesora dydaktycznego”. Jak nie znasz pan osobiście, to wejdź pan na strony dowolnej uczelni i zapoznaj się ze stanem kadry na dowolnym wydziale. Zobaczysz pan przy niektórych nazwiskach: dr Iksiński, profesor uczelni. Oni nie chcieli. Prawdopodobnie ich zmuszono do tego. I dalej, cytuję: „jestem przekonany, że można być bardzo dobrym naukowcem i dydaktykiem nie posiadając stopnia habilitowany.” Panie Grzesiu, po ukończeniu studiów można być dobrym magistrem – naukowcem. Po kilku latach, ja uważam, że najlepiej przed trzydziestką, wypada już stać doktorem. I jakoś nikt nie protestuje przeciwko doktoratom. A dalej pojawiają się protestujący – zlikwidować habilitacje. Takich jak pan, protestujących, wyręczył swoją ustawą Gowin. Może dla tego, że sam był jedynie doktorem. A mianowicie, zlikwidował on rotację, która wymagała, lub zrób habilitację, lub żegnaj nauka. Należy zaznaczyć, że rotacja nieco pomagała w odmładzaniu kadry na uczelni. Obecna ustawa pozwala pracować nawet bez doktoratu na stanowisku asystenta aż do emerytury, a nawet i więcej. Pan wybrał drogę protestu. Pana wybór. Pisze pan, cytuję: „nie korzystając z pana wątpliwej rady”. Miałem spośród swoich doktorantów takiegoż protestującego. W pewnym momencie zmusiłem go do napisania i obrony doktoratu, bo on zaczął zajmować się pracami „na boku”, wdrożeniami i zaprzestał prac nad tematem rozprawy. Był on strasznie niezadowolony, a ja jednak dopiął swojego. Po jakichś 10 latach od obrony przyjechałem na konferencję do miasta, w którym on pracował. Znalazł mnie i był ogromnie wdzięczny za to, ze ja zmusiłem go do obrony. Jaki z tego wniosek - czas robi człowieka mądrzejszym.
h - 16 WoS. Uwielbiam takie mentorskie tony, typowe dla wybitnej kasty. Na swojej długiej ścieżce naukowej spotykam wielu "prawdziwie wybitnych" = habilitowanych i tytularnych, z maniakalnym uporem broniących od zawsze istniejącej w Polsce habilitacji, co jest zrozumiałe ponieważ nie po to tworzyli ten zlepek publikacji i czapkowali aby teraz uznać, że było to bezsensowne i nie po to aby teraz poddawać się weryfikacji rynku, czyli wystartować w otwartych konkursach na stanowiska naukowe (chce Pan prawdziwej rotacji?). Jednak spotkałem też (przyznaję niewielu) profesorów, którzy uważają, że to dorobek jest jedynym wyznacznikiem ich poziomu naukowego, a habilitację robili z przymusu, bo bez niej nie mogliby się dalej rozwijać. O dziwo, ci właśnie profesorowie do swego dorobku zaliczają nie tylko publikacje ale również patenty i wdrożenia, co oczywiście wzbudza obrzydzenie u tych "prawdziwie" wybitnych. Tak uważam, że jeśli to tylko możliwe, to praktyczne zastosowanie wyników pracy naukowca powinno być jednym z jej celów i nie jest to praca "na boku" ale w ramach obowiązków służbowych. Niestety Gowin mnie w niczym nie wyręczył - kosztowne i nic nie wnoszące do polskiej nauki habilitacje nadal istnieją i są uznawane jako wyznacznik wybitności naukowca oraz nadają szereg uprawnień. Proszę spojrzeć na polską naukę szerzej, nie tylko przez pryzmat przynależności do kasty, wygodnictwa i swojej kieszeni. Ja pozostanę wolnym człowiekiem i nikt mnie do niczego nie będzie zmuszał.
Panie Łukaszu DZIĘKUJĘ ZA KRYTYCZNE PODEJSCIE I REFLEKSJĘ.
Problem nie jest w procedowaniu, formie przede wszystkim W treści czyli właśnie w tym co oznacza wybitne osiągnięcie naukowe. A jeśli mamy brak kryteriów takiego osiągnięcia to mamy przyznawanych zwyczajowo kolegialnie lub w sposób Spółdzielczy lub w cudzysłowiu demokratyczny tytuł i takich wielkich wybitnych i znaczącymi osiągnięciami naukowców pod czym może się kryć wszystko. A gdzie te uczelnie czy instytuty gdzie każdy ma swój regulamin mądre panie w sekretariatach które wszystko wiedzą jak i co, a potem nawet nie potrafią wskazać podstawy prawnej. Ileż to razy a sam poznałem kilka takich jednostek które chciały lub nie zupełnie poza merytorycznych kwestii na przykład ksenofobii procedować przewód habilitacyjny. Regulaminy uchwały prawie jak wspólnoty mieszkaniowe lub spółdzielnia. Jeżeli jest tak że rola recenzentów do wykonania recenzji i praca a członkowie komisji mają tak samo ważny głos przewodniczący komisji nie sporządza uzasadnienia tylko sekretarz to odpowiedzialność jest zespołowa jak naszej kadry piłkarskiej, poziom wiadomo.
I dalej Dziękuję za te retoryczne pytania bo przecież wiemy że Jedni mają pozytywne recenzje A rada Naukowa instytutu czy uczelni odmawia inni mają całkowicie denną pracę złe recenzje i finalnie rady ich przegłosowywały i otrzymywali stopień naukowy. Współczuję tylko tym którzy wierzą tak jak ja przez lata że to wszystko jest merytoryczne. Prawdziwi profesorowie pozostali już tylko w liceach Ogólnokształcących oczywiście to też zwyczaj,.
Ale finalnie zapytam po co nam te tytuły stopnie, tak jak specjalności i specjalizacje na przykład lekarskie skoro rektorem dziekanem uczelni technicznej może być botanik, Wydziału Lekarskiego biolog a prawnikiem tytułować się absolwent Prawa i Administration, ministrem obrony lub zdrowia -ktokolwiek,
. My lubimy przecież jedno uniwersalne słowo będące i tytułem i stopniem i w ogóle wszystkim czyli ekspert a w naukach humanistycznych autorytet. Wszystko to jako prawnik bardziej pan czuje oparte jest na argumentum verrukundian z onieśmielenia może coś w pisowni pomyliłem.
Jeszcze raz bardzo dziękuję i pozdrawiam wszystkich ekspertów bez habilitacji czy z habilitacją może to robić przecież TVP Info
Do ~Grześ 11.04.2025 16:22. W dyskusjach w FA część uczestników twierdzi, że należy zlikwidować tytuł profesora oraz habilitacę. A najlepiej i doktorat. A ile to da oszczędności. Na uczelniach i w instytutach będą pracowali sami asystenci. Panie Grzesiu, wtrąca się pan z dziwną sugestią, że ci, którzy nie napisali rozprawy habilitacyjnej, zrobili to na znak protestu przeciw skostniałemu systemowi polskiej nauki. Pisze pan, cytuję: „tylko nie mieli na to czasu lub ochoty bo czuli wstręt do procedury i kasty.” Nie mieli czasu? Bo może pracowali gdzieś na drugim etacie? Nie mieli ochoty? Śmiem twierdzić, że większość z nich, a słyszałem to bezpośrednio od takich osób jakichś 20 i więcej lat temu, bardzo chcieli uzyskać habilitacje. Po prostu nie byli w stanie wykrzesać z siebie czegoś, czego poziom był powyżej „zeszytów powiatowych”. A tu przyszedł im z pomocą dr Gowin, i są obecnie profesorami dydaktycznymi. Mają pensum i wynagrodzenie takie jak i profesorowie badawczo – dydaktyczni oraz sporo czasu wolnego, bo nie muszą uprawiać naukę. Pisze pan, cytuję: „Cóż to jest ta habilitacja ponad zlepek zrecenzowanych już wcześniej publikacji”. Masz pan rację, jest to zlepek publikacji. Jest jeden drobny problem, żeby uzyskać ten zlepek, należy najpierw opublikować te artykuły. Niestety, wymaga to prowadzenia badań na poziomie, w sposób istotny przewyższający poziom „zeszytów powiatu NN”. Ja swoim doktorom mówiłem: powinieneś pierwszego dnia po obronie usiąść za badania. Nie daj sobie zrobić przerwy, uzasadniając, że jesteś zmęczony obroną. Widziałem wielokrotnie, ze taki odpoczynek zaczyna ciągnąć się latami. A życie (i nauka) leci obok. I po 20 latach doktor prosi kolegów, którzy już są z tytułami, żeby załatwili mu profesora dydaktycznego. Panie Grzesiu, pozdrawiam i życzę zastanowić się nad tym, protestować i nie robić habilitacji, lub wykonywać badania i zrobić habilitację.
Panie PŻ, to ja jeszcze raz wtrącę się z dziwną sugestią, że jest mnóstwo doktorów a nawet magistrów, których dorobek naukowy znacznie przewyższa dorobek tych habilitowanych, a nawet tytularnych i nie zamierzają oni poddawać się uwłaczającej procedurze nadania habilitacji. Cytuję: "Nie mieli czasu? Bo może pracowali gdzieś na drugim etacie? Nie mieli ochoty? Śmiem twierdzić, że większość z nich, a słyszałem to bezpośrednio od takich osób jakichś 20 i więcej lat temu, bardzo chcieli uzyskać habilitacje. Po prostu nie byli w stanie wykrzesać z siebie czegoś, czego poziom był powyżej „zeszytów powiatowych”. Nie mieli czasu, bo może właśnie robili badania i próbowali ich wyniki wdrażać, a nie kolekcjonowali publikacje do habilitacji i nie czapkowali kaście. Mam indeks h = 16 i będę dalej uprawiał naukę i protestował przeciwko kosztownej i nic nie wnoszącej do polskiej nauki habilitacji - nie korzystając z pana wątpliwej rady. Nie znam nikogo kto miałby lub chciałby mieć status profesora dydaktycznego ale jestem przekonany, że można być bardzo dobrym naukowcem i dydaktykiem nie posiadając stopnia habilitowany.
W komentarzu ~Marcin Przewloka 10.04.2025 09:22 słusznie stawiane pytanie, cytuję: „Tak wiec, czy polski system jest gotowy na to, aby przeszczepic 100% systemu anglosaskiego na swoj grunt?” Odpowiedź jednoznaczna – nie! Pisałem o tym w poprzednich dyskusjach. Żeby przyjąć w kraju system anglosaski, należy zacząć od studentów. A mianowicie, za ściąganie wywalać ze studiów. I co? Na wielu uczelniach nie było by kogo kształcić. A to oznacza, że nie byli by potrzebni pracownicy ani z habilitacjami oraz profesurami, ani ze stanowiskami profesorskimi „za zasługi”, najczęściej przyznanymi za wspieranie kumpli, zasiadających we władzach. Przypominam – stanowisko profesora dydaktycznego bez habilitacji – wymysł ustawy Gowina. Wprowadzony dla „zasłużonych” którzy przez 20 lat nie byli w stanie zrobić habilitację.
@PŻ
Dodam tylko, ze "profesorzy dydaktyczni" istnieja w systemie anglosaskim (oczywiscie, nie maja oni zadnej habilitacji).
Wbrew pozorom to nie jest zly pomysl, ale trzeba wiedziec, czego konkretnie sie od nich oczekuje.
u nas profesorowie dydaktyczni z konspektami są już w gimnazjach a liceach to już NADZWYCZAJNI!
Czyli co? Nie można być dobrym naukowcem i dydaktykiem nie mając habilitacji? Cóż to jest ta habilitacja ponad zlepek zrecenzowanych już wcześniej publikacji, ponownie ocenionych przez kastę profesorską, która w pewnym momencie stwierdzi: tak od tej właśnie chwili jesteś już godzien do nas przynależeć i być samodzielnym. A może ci którzy nie zrobili habilitacji to nie dlatego, że nie byli jej w stanie zrobić tylko nie mieli na to czasu lub ochoty bo czuli wstręt do procedury i kasty. Kosztowna dla podatnika habilitacja jest od zawsze i nic nie wnosi do polskiej nauki i jej jakości dlatego najwyższy czas ją zlikwidować.
Tak dobry naukowiec to na pewno taki profesor Baltazar Gąbka,
a po co rehabilitacja? w niektórych jednostkach szpitalach dla takich są -jak wrocławska- poradnia prehabilitacyjna...
Rehabilitacja = Re(habilitacja) tzn. część rzeczywista habilitacji.
Wniosek:
habilitacja = Re(habilitacja) + i*Im(habilitacja),
gdzie Im(habilitacja) to część urojona habilitacji, zaś i*i=-1. ;=) ;=)
Wygląda wprawdzie idiotycznie, ale co tam... żyjemy w Polsce... :=))))
Zdaniem doktorów habilitowanych nie można. Doktor habilitowany nigdy tego nie przyzna.
Doktor habilitowany to über-doktor, dla którego zwykli doktorzy muszą wiele lat popracować, zanim sami dostąpią podobnej godności.
Ta przyjemność spowalnia rozwój nauki, ale co tam.
Pomysł by prawnicy mogli decydować o awansach, np. żeby ktoś miał habilitację, mimo, że recenzenci mu odmówili, jest zwyczajnie śmieszny, a jeśli nie jest to może spróbujmy go najpierw zastosować w wojsku: ktoś uważa, że zasługuje na to by być kapitanem albo pułkownikiem, a odmawiają mu awansu. Wkracza sąd i przyznaje.
Jeśli to będzie dobrze działało, powinno objąć kinematografię: ktoś zasłużył na Oskara, a nie dostał. Wkracza nasz dzielny sąd i przyznaje. Wiele osób niesłusznie nie otrzymało nagrody Nobla i to w wielu dziedzinach - tam także bym koniecznie spróbował ;-)
To jest właśnie ciekawa sekwencja w procedowaniu tych awansów naukowych. Ja osobiście mam zaznaczony taki tryb w instytucjach państwowych poza uczelnią. Po tym artykule okazuje się iż po prostu uniwersytet to też instytucja państwowa, a nie - zebranie podstarzałych dziadków z UB. Bardzo ważna informacja dla innych naukowców w toku postępowania administracyjnego.
"Przepisy KPA regulują jedynie tryb postępowania"
A jeśli tryb postępowania jest absurdalny? Przez dziesięciolecia taki był. Wymagano na przykład, żeby określić procentowy udział badacza w opublikowanym osiągnięciu naukowym. Ile procent za pomysł? Ile za wykonanie eksperymentu? Bzdura, prawda?
System należy uprościć. Zlikwidować habilitacje i niech uniwersytety zatrudniają kogo chcą na stanowisku profesora. Rynek to zweryfikuje. Nic więcej nie potrzeba, poza tym, że wszystko powinno odbywać się zgodnie z obowiązującym prawem: sprawiedliwie i bez dyskryminacji.
to szkółki i siedzące jaskółki tak wymagają. Nigdzie w ustawie tak nie jest. WSZYSTKO JEST ZWYCZAJOWA TRADYCJA, jak to ktoś przejdzie myśli: mam na to w...e i czemu inni mają mieć lepiej -niech przejdą golgotę. pogonić hamską hołotę.....
Habilitacja i profesura tytularna powinny zostać zlikwidowane. System anglosaski jest zdecydowanie lepszy, co widać empirycznie.
Profesura jako stanowisko wydaje się optymalnym rozwiązaniem. Np. jeśli uczelnia chce mieć takich profesorów jak p. Czarnek to najlepiej o niej świadczy.
Pomijam już oszczędność pieniędzy, które można wydać na badania lub lepszą dydaktykę, i czasu tysięcy recenzentów.
A po czym widać bo ja nie widzę? Nie chcę się pracować a chce się być profesorem, najlepiej na drugi dzień po obronie dr.
@Marcin
Niektore systemy dzialaja tak, ze nie mozna przeszczepic ich polowe. Trzeba zaadaptowac calosc, bo inaczej to zwyczajnie nie ma sensu. Tak wiec, czy polski system jest gotowy na to, aby przeszczepic 100% systemu anglosaskiego na swoj grunt?
Na przyklad, w czasie aplikacji o stale pozycje (na poziomie assistant professor), zwykle odbywa sie prawdziwa walka. Na jedna pozycje w calkowicie otwartym konkursie aplikuje 30, 50, 100 osob, albo wiecej. Czy w Polsce tak wlasnie sie to odbywa?
A w Stanach jest jeszcze formalna procedura tenure, ktora wcale nie zawsze jest formalnoscia. Czyli kolejny 'bottleneck'.
Wydaje mi sie, ze struktura kadry w nauce polskiej jest zupelnie inna, niz ta w krajach anglosaskich, wiec transformacja calosci do tego wlasnie systemu moglaby byc zwyczajnie niemozliwa, a przynajmniej niezwykle trudna.
Procedura tenure na poważnym uniwersytecie to tak na oko dziesięć polskich habilitacji. A jeśli w Ivy League to już nie liczę. Ale w Polsce tak by nie było, jakby w Polsce nie było habilitacji, profesorem by zostawał koleżka, który najdłużej nosił teczkę za dziekanem. Tak sobie myślę, że niektórym spragnionym pyszności mądralom znakomicie by zrobiła konfrontacja z prawdziwym życiem.
Regularnie tutaj wyrażam podobne zdanie i regularnie widzę przeciwne opinie osób, które z jakichś powodów uważają, że żyją w raju otoczeni istotami anielskimi z doktoratami, i tylko wąż z habilitacją wkłada kij w szprychy powszechnego braterstwa uczonych.
@Profesor PAN
No wiec dlatego wlasnie trzeba wiedziec, jak sie niektore rzeczy robi gdzie indziej, aby nie wymyslac kola od nowa i aby korzystac z doswiadczen innych. Ale to nie wystarczy. Przeniesienie na polski grunt czegos innego z zagranicy tylko dlatego, ze tam to dziala, moze sie zakonczyc totalna porazka, bo zwyczajnie srodowisko w Polsce jest zupelnie inne. Ludzie sa inni, inaczej mysla, maja inna mentalnosc. Stad moje pytanie o "gotowosc".
To samo zreszta tyczy sie metod ewaluacji i wielu innych tematow.
Zas co do "konfrontacji z prawdziwym życiem", to byc moze naukowcy z Polski aplikuja o stale pozycje za granica, tego nie wiem. Nie wiem tez, jesli aplikuja, jakie dostaja odpowiedzi... No w kazdym razie nie jest to latwe. Mi zajelo ponad rok, okolo 50 aplikacji i raptem 3 interviews. Ale ostatecznie sie udalo (i to bez 'Nature' na liscie), nie wszyscy moi znajomi mieli tyle szczescia (i to z 'Nature' na ich listach).
W Polsce tąk nie jest bo wynagrodzenie na etacie ASYSTENTA jest prawie takie samo jak sprzątaczki/sprzątacza
@Ireneusz
Zauwazylem, ze sprawa zwiekszenia lub raczej regularnego, wieloletniego zwiekszania % GDP na nauke przycichla. Juz nikt o tym nie mowi, a przeciez jest to kwestia absolutnie kluczowa.
Pracowałem 10 lat za granicą, w tym 2 na uczelni w USA z poz. 1-5 (zależnie od roku) rankingu Szanghajskiego, więc wiem jak jest. Napisałem mój post z pełną świadomością jak to wygląda (a wygląda czasem na prawdę ostro).
Oceniam, że Polska dorosła już do tego systemu, na co wskazuje np. sukces instytutu IMOL i coraz większe rozpowszechnienie modelu otwartych konkursów na stanowiska kierowników grup badawczych (bez wymogu habilitacji) z ewaluacją po kilku latach. W takim układzie uczelnia ponosi odpowiedzialność za kadrę i w jej interesie jest zatrudnienie/utrzymywanie najlepszych ludzi, a nie tych z chowu wsobnego.
Nie bez znaczenia jest też rozwój polskiej gospodarki i pojawienie się konkurencyjnych ścieżek kariery w sektorze prywatnym. Tych 30-50 odrzuconych kandydatów w dzisiejszych czasach znajdzie dobre prace (na pewno lepiej płatne), więc nie jest to żadna tragedia.
@Marcin
Uczelnie stanowia w Polsce znacznie wiekszy rynek pracy dla naukowcow, niz instytuty naukowe, np. PAN (takie, jak IMOL).
Czy uwaza Pan, ze uczelnie w Polsce sa gotowe na tak znaczaca zmiane podejscia do rekrutacji i sciezki kariery?
I jeszcze jedna sprawa - niezaleznie od "gotowosci" polskich instytucji na taka zmiane, pozostaje pytanie o to, czy taki model rzeczywiscie jest znaczaco lepszy od innych modeli. Na przyklad w Europie system anglosaski nie jest az tak popularny.
Uczelnie w Polsce raczej NIE są gotowe na tego typu rozwiązania. "Konserwacja" cechująca "ważniaków belwederskich" (tzn. pewnego odsetka profesorów belwederskich - odsetek ten uważa się za "kardynałów" nauki polskiej), jest tego dość dobrym gwarantem. ALE JESZCZE LEPSZYM gwarantem tego jest brak szacunku dla dziedzin ścisłych, wynikający z mentalności większości społeczeństwa, która "trzęsie portkami" przed chemią, fizyką, czy matematyką, a konieczności docenienia także badań interdyscyplinarnych w ogóle nie dostrzega i nie rozumie.
całkowita zgoda, interdyscyplinarne osiągnięcie mi zakwestionowała pewna recenzentka z Gdańska oczywiście biolog dla której osiągnięcie nie było jednolite. A ustawa mówi o powiązaniu tematycznym. I o takie jednolite osiągnięcie łatwo cymbaliście który na cymbałkach zagra kilka Sonet albo Wlazł kotek w nowym wydaniu na cymbałki zamiast na skrzypce i jednolitość jest w każdym utworze cymbałki użyto jako głównego instrumentarium. Dlatego w tym kraju nie ma szerokich wielospecjalistycznych badań czyli w ogóle już odchodzimy od orkiestry. Te utwory Pendereckiego nie spełniają kryteriów jakie się uznaniowo stosuje. A ten Kopernik czy Skłodowska to by nie przeszli kolegium humanum i nie zdali NBA Niech idą do NBA
Niejednolite osiągnięcie... Znakomity pomysł. Jest jeszcze jeden sprytny zarzut z tej samej kategorii: cykl publikacji nie został zaplanowany zawczasu jako cykl publikacji. Co rasowy recenzent rozpoznaje węchem jak świnia trufle.
My się tak nadymamy i takie frazesy gadamy by wam się żyć nie chciało z nauki! My decydujemy, że pociotki i wszelkie towarzystwo adoracyjne tylko z tego żyło. Stołki, sobole, dostojeństwo to dla nas, a nie dla tych co chcą coś zrobić w nauce. My żyjemy z tego, że rządzimy i wiemy, co i jak by z tych stołów nie spaść, a i mieć co tam, nawet nie wiem co, coś na pu.., ale mamy.
Dziękuję za szczerość. :) Wystąp Pan jeszcze w telewizji lub w Internecie i powiedz to Pan podatnikom, żeby wiedzieli, na co jest wydawany duży odsetek ich pieniędzy.
Działalność "udzielnych książąt" z pewnego odsetka Komisji postępowań awansowych, sprawia że momentami odechciewa się prowadzić działalność naukową.
Mam zatem ochotę głośno wypowiedzieć szyderstwo, gdy słyszę z ust rektorów, czy ministra nauki z okazji kolejnych inauguracjach roku akademickiego lub świąt uczelni, te frazesy o odkrywaniu prawdy, czy życzenia sukcesów naukowych itp. Odkrywanie prawdy - hahahhaha, a może chodzi czasem o jej PRZYKRYCIE?
Generalnie zatem, poglądy Autora są zbieżne z moimi w tych kwestiach, o których pisze Autor. Możliwość uprawiania "samowolki" przez Komisje w postępowaniach awansowych skutkuje patologiami i KRZYWDAMI. Ci ludzie, nierzadko sprawiający wrażenie, jakby nie mieli sumienia, ani żadnych standardów etyczno-moralnych, uważają się za swego rodzaju, nietykalne książęta. Bez spowodowania, że będą mogli ponieść odpowiedzialność karną za swoje decyzje, taka sytuacja będzie trwała nadal.