Odpowiedź na pytanie, w jaki sposób system akademicki organizuje relacje zależności, awansu i dostępu do samodzielności, wskazuje na to, czy młody naukowiec rzeczywiście może rozwijać się w sposób swobodny, czy raczej porusza się w granicach wyznaczonych przez lokalną hierarchię, instytucjonalne zwyczaje i nieformalne układy. W tym sensie pytanie o kondycję polskiej nauki nie dotyczy wyłącznie jakości badań, lecz także warunków, w jakich możliwe jest budowanie niezależności badawczej – pisze dr hab. Piotr Merks z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.
Debata o stanie polskiej nauki najczęściej koncentruje się wokół tego, co da się stosunkowo łatwo zmierzyć: liczby publikacji, punktów, grantów, pozycji w rankingach czy jakości czasopism. Są to elementy ważne, ale nie wyczerpują istoty problemu. Znacznie mniej uwagi poświęca się temu, w jaki sposób system akademicki organizuje relacje zależności, awansu i dostępu do samodzielności. To właśnie w tych mniej widocznych obszarach ujawniają się mechanizmy, które decydują o tym, czy młody naukowiec rzeczywiście może rozwijać się w sposób swobodny, czy raczej porusza się w granicach wyznaczonych przez lokalną hierarchię, instytucjonalne zwyczaje i nieformalne układy. W tym sensie pytanie o kondycję polskiej nauki nie dotyczy wyłącznie jakości badań, lecz także warunków, w jakich możliwe jest budowanie niezależności badawczej.
Autonomia badawcza: ograniczenia od pierwszego etapu
Moje doświadczenie z polskim systemem akademickim rozpoczęło się w 2011 roku, kiedy podjąłem studia doktoranckie. Miałem już wtedy doświadczenie międzynarodowe, jasno określony kierunek rozwoju naukowego oraz – co dziś wydaje się równie istotne – duży entuzjazm i przekonanie, że poprzez pracę naukową można realnie wpływać na otaczającą rzeczywistość. Początkowo współpraca z opiekunem naukowym zapowiadała się poprawnie. Z czasem jednak zacząłem dostrzegać, że napotykane trudności nie wynikają wyłącznie z indywidualnych relacji, lecz są osadzone w szerszym modelu funkcjonowania instytucji.
Jednym z pierwszych sygnałów było ograniczenie realnej autonomii badawczej. Zamiast koncentrować się na własnym projekcie, wykonywałem zadania niezwiązane z moją specjalizacją. Tego rodzaju sytuacje nie są wyjątkowe, jednak dobrze pokazują, że na wczesnym etapie kariery wolność badawcza bywa w praktyce ograniczana poprzez relacje zależności i sposób organizacji pracy, a nie przez formalne przepisy.
Równocześnie warunki finansowe nie sprzyjały niezależności. W praktyce oznaczało to konieczność funkcjonowania równolegle poza uczelnią. W moim przypadku była to współpraca międzynarodowa oraz działalność związana z transferem technologii. Współczesna nauka nie ogranicza się do uczelni. Coraz większa część wiedzy powstaje w sektorze prywatnym w firmach farmaceutycznych, technologicznych i biotechnologicznych. Badania prowadzone w tych środowiskach często wyprzedzają klasyczny obieg akademicki, a ich wyniki są wdrażane bezpośrednio w praktyce. Nie jest to nauka gorszej jakości. Jest to po prostu inny model jej funkcjonowania – bardziej aplikacyjny, szybszy i silniej powiązany z implementacją. To pokazuje, że system nauki jest dziś wielocentryczny. W wielu systemach takie doświadczenie wzmacnia pozycję naukowca i stanowi naturalny element rozwoju. W tym kontekście bywało ono jednak odbierane jako coś, co nie wpisuje się w oczekiwany model funkcjonowania doktoranta. To napięcie dobrze pokazuje różnicę między nauką rozumianą jako przestrzeń autonomii a nauką funkcjonującą w logice kontroli.
Niewidzialne mechanizmy
Z czasem coraz wyraźniej dostrzegałem, że funkcjonowanie w instytucji akademickiej nie opiera się wyłącznie na kryteriach merytorycznych. Istotną rolę odgrywają mechanizmy kontroli, obecności i podporządkowania się nieformalnym oczekiwaniom. Przejawia się to m.in. w konieczności uzyskiwania zgód przełożonych na działania wykraczające poza bieżące obowiązki, monitorowaniu aktywności pracowników oraz przypisywaniu szczególnego znaczenia fizycznej obecności i dyspozycyjności, często kosztem oceny rzeczywistych efektów pracy naukowej.
Równolegle funkcjonują normy, które – choć nigdzie niezapisane – realnie kształtują praktykę instytucjonalną. Obejmują one oczekiwanie konsultowania inicjatyw niezależnie od formalnej autonomii, dostosowywania się do przyjętej linii komunikacyjnej jednostki, a także presję dotyczącą afiliacji czy współautorstwa, nie zawsze adekwatną do faktycznego wkładu. W efekcie decyzje organizacyjne często zapadają w sposób nie w pełni transparentny, co ogranicza przewidywalność działania i poczucie sprawczości osób zaangażowanych w działalność naukową.
Przede wszystkim szkodzi to jednak akademii. Wspomniane mechanizmy nie mają wprawdzie spektakularnego charakteru i rzadko są zapisane w regulaminach, jednak w dłuższej perspektywie wpływają na sposób pracy i kierunki rozwoju badacza. To właśnie na tym poziomie ujawnia się realny wymiar wolności nauki. Nie jest ona abstrakcyjną deklaracją, lecz wynika z konkretnych warunków funkcjonowania. Jeżeli badacz nie ma rzeczywistej możliwości wyboru tematu, sposobu prowadzenia badań czy środowiska współpracy, to jego niezależność pozostaje ograniczona, nawet jeśli formalnie funkcjonuje w systemie.
Kolejnym etapem, który pozwala zrozumieć strukturę systemu, jest habilitacja. W polskich realiach nie jest ona jedynie formalnym potwierdzeniem dorobku naukowego, lecz momentem uzyskania dostępu do realnej decyzyjności. Do tego momentu naukowiec funkcjonuje w dużej mierze jako wykonawca. Dopiero habilitacja zmienia jego pozycję, umożliwiając wpływ na funkcjonowanie instytucji. Oznacza to, że rozwój naukowy jest jednocześnie procesem zdobywania dostępu do systemu, a nie wyłącznie rozwoju kompetencji.
Transformacja systemu publikacji
Jednym z najbardziej dynamicznych procesów zachodzących we współczesnej nauce jest transformacja systemu publikacji. Tradycyjny model subskrypcyjny przez lata dominował w globalnym obiegu wiedzy. Obecnie coraz większe znaczenie zyskuje model open access. Zmienia on nie tylko dostęp do wiedzy, ale także dynamikę jej rozpowszechniania i wpływ na rozwój nauki. Wbrew obiegowym opiniom, model finansowania nie jest wyznacznikiem jakości. Najlepsze uczelnie świata, takie jak Harvard University, Stanford University czy University of Oxford, funkcjonują w systemach bardzo kosztownych dla uczestników, a jednocześnie pozostają liderami globalnej nauki. Open access należy więc postrzegać nie jako zagrożenie, lecz jako element zwiększający wolność nauki, dostęp do wiedzy, jej widoczność i tempo obiegu.
Z mojej perspektywy jako naukowca funkcjonującego od początku również poza lokalnymi układami akademickimi, model open access ma ogromną wartość. Nie dlatego, że jest idealny, ale dlatego, że w dużej mierze pozostaje poza zamkniętymi strukturami wpływu, do których wielu młodych badaczy nie ma dostępu i których często nie chce współtworzyć. Nauka nie powinna być grą środowiskową ani mechanizmem reprodukcji układów. Jej fundamentem powinna być uczciwość wobec danych, wobec ludzi i wobec samego procesu poznawczego. Jej celem nie jest utrzymywanie pozycji określonych grup, lecz realne rozumienie świata i poprawa funkcjonowania systemów, w których żyjemy. Dlatego open access traktuję nie tylko jako model publikacyjny, ale również jako wyraz postawy, większej przejrzystości, dostępności i odpowiedzialności. To właśnie dlatego budzi on tak silne emocje: zmienia nie tylko sposób publikowania, ale także układ sił w nauce.
Między ambicją a strukturą
Problem polskiej nauki ma charakter systemowy. Dotyczy sposobu organizacji relacji władzy, dostępu do decyzji i kultury instytucjonalnej. W wielu przypadkach dostęp do wpływu nie wynika wyłącznie z dorobku, lecz z pozycji w strukturze. To powoduje, że część naukowców funkcjonuje w systemie, ale nie ma realnego wpływu na jego kształt. W dłuższej perspektywie ogranicza to zdolność systemu do adaptacji i innowacji.
Sama diagnoza jednak nie wystarczy. System wymaga zmian, przede wszystkim większej transparentności procedur awansowych, uznania wartości mobilności międzynarodowej oraz odejścia od uproszczonego myślenia o współautorstwie. Współczesna nauka jest zespołowa i globalna, a jej ocena musi to odzwierciedlać. Konieczne jest również ograniczenie koncentracji władzy oraz stworzenie realnych mechanizmów zgłaszania nieprawidłowości, które będą działały także poza lokalnymi strukturami. Bez tego trudno mówić o odpowiedzialności systemu. Z perspektywy osobistej oznacza to jedno — rozwój naukowy nie może być uzależniony od jednego środowiska. To w otwartej współpracy oraz międzynarodowych projektach nauka znajduje swój naturalny kierunek. Nauka nie może być oparta na strachu. Nauka musi być oparta na odwadze.
Piotr Merks
Chcę odpowiedzieć na głupie pytanie w tytule... PONIEWAŻ NA DOKTORATACH ZARABIAJĄ MNIEJ, NIŻ ŚMIECIARZE NA BUTELKACH KAUCJOWANYCH. Naukowcy są w Polsce traktowani jak banda parchów, płaci się nam tak goovniany pieniądz, że tylko miłość do nauki trzyma nas w zawodzie. A ten zachwalany OPEN ACCESS, przy całkowitym braku finansowania, to coś zaiste wspaniałego!
Ja Wam wspolczuje, w Polsce z jakiejkolwiek pasji nie zarobi sie kokosow. Jedzcie w swiat. Lub probujcie zmienic prace i zawod. Politycy w tym kraju nadwislanskim to skorumpowani idioci na uslugach roznych grup dbajacych o wlasne kieszenie, sludzy roznych krajow, biznesow i agencji . Ciemno widze przyszlosc tego kraju. Korupcja i bezprawie kwitnie. Ten kraj to jedna niekoczaca sie afera korumpcyjna od lat 1989, tak musi byc. Nikt o was nie zadba jak wy sami o sobie. Zagranica wiedza bardzo dobrze przez ambasady jakim krajem jest Polska, oni czytaja gazety.
Jedyne, co generuje taki, a nie inny "postęp" w obecnym systemie nauki to: "Kasa Misiu, Kasa" xD
Kolejne bajdurzenie starej kliki. Już niebawem lekarze dostaną 9 % podwyżki.
Kulaskowe dzieci dziwią się, że młodych w nauce nie ma :D Dinozaury won z nauki. Idźcie do rynkowej pracy. To przez was jest zapaść bo blokujecie wszelkie starania o podwyżki wynagrodzeń. Adiunkci niebawem dostaną najniższe krajowe - tyle co asystenci.
Kiedy naukowcy wyjda na ulice strajkowac pokazac ze maja swoja godnosc? W tym kraju wszyscy juz strajkowali nauczyciele, sluzby mundurowe, gornicy, urzednicy, lekarze i pielegniarki. Walczcie o swoja godnosc!!! Zrobcie strajk ogolnokrajowy. Pokazcie spoleczenstwu ze walczycie o swoje prawa i godne zarobki
Nie wyjdą. Dinozaury - stare prof bez ambicji i zadowolone z 10k brutto - blokują wszystko. Złogi won z akademii.
Ada mi sie wydaje, ze oni sie bola wychylic wladzy politykom, bo oni zyja w symbiozie z nimi jak za PRL i kazdej wladzy. Niektorzy maja nie tylko etaty na uczelni a takze prace w spolkach miejskich, skarbu panstwa i ministerstwach i urzedach. Boja sie ze jak wychyla sie wladzy to politycy im pozamykaja uczelnie lub pozmieniaja prawo aby sie na nich zemscic. To o to chodzi. o utrate kasy wladzy i etatow. Teraz jest niz demograficzny mlodzi nie chca studiowac w skansenie komuny z lesnymi dziadkami prl wola wyjechac w swiat. I to sa bajki ze biede sie klepie na uczelni klepia parobki, reszta zyje jak bulki w masle, niektorzy potrafia wyciagnac 20k miesiecznie. Tutaj chodzi o nierobienie sobie konkurencji przede wszystkim. Maja byc mlodzi, nawini i za darmo robic jak parobki bez wlasnego zdania. Kazda wladza potrzebuje pozytecznych idiotow na stanowiskach, daleko nie szukac trzeba ^^, bo w Polsce jest jeszcze ciemnota, ludzie wierza ze osoba z tytulami naukowymi jest madra i ze to musi byc prawda z telewizora czy prasy. Do robienia opinii publicznej tez sa potrzebni aby politycy mogli robic walki za plecami lub odwracac uwage od spraw istotnych. Polscy nauczyciele z akademii najwierniejsi kazdej partii politycznej od prl - PZPR po PIS i PO. Gratulacje braku godnosci.
Myślę, że jest istnieje jeszcze zjawisko, które być może nie zostało dobrze opisane i rozpoznane, a mianowicie żądza władzy osób na stanowiskach, którym nie o naukę, nie o sławę, nie o akademię wreszcie, ale o samą władzę chodzi. Zostają tymi swoimi dyrektorami, dziekanami, przewodniczącymi dyscyplin, ale tylko po to, by móc zdecydować o życiu, pracy wszystkich ludzi wokół. I ten problem uderza nie tylko w młodych i ma miejsce nie tylko w małych ośrodkach. Raptem kilka dni temu samodzielny doktor hablitowany (a chyba i profesor uniersytetu) z Uniwersytetu Jagiellońskiego (!) opowiadał mi, jak jego przełożona dyrektorka instytutu dziennikarstwa powiedziała mu, żeby z kolegami, z którymi pisze, to nie pracował, a to z uwagi na ich orientację seksualną (sic!). Ktoś może myśleć, że to żart, albo że się profesor przesłyszał, ale napisał protest e-mailem do rzeczonej dyrektorki, a ta wydała dokument, w którym napisała, że nikogo nie ocenia, ale musi dbać o reputację instytutu i uniwersytetu, a ten jest instytucją hierarchiczną, więc ma być jak ona mówi!! Ludzie, o czym my mówimy i jak jest w małych ośrodkach i w stosunku do asystenów i doktorów, jeżeli takie rzeczy dzieją się w tych najlepszych uniwersytetach wobec samodzielnych.
OWSZEM, żądza władzy i chęć leczenia swoich kompleksów kosztem innych. Pokazano to trochę w słynnych "Barwach ochronnych" Zanussiego i "W labiryncie" Karpińskiego.
Do tego dołóżmy hierarchiczny system, w którym X. nie musi się wysilać za bardzo, może nawet o pisać o "czymś tam", byle tylko miało to Z GRUBSZA znamiona niby-naukowości, ale mając za sobą poparcie silnego mentora, będzie mógł wtedy nawet nieźle tam funkcjonować. Z drugiej strony, w tym samym systemie, Y. może zajmować się poważną nauką, rozwiązywać równania trudne, jak orzech do zgryzienia, dowodzić ważnych twierdzeń, uzyskać dobre wyniki, a nawet je opublikować w czasopismach z osławionej "listy z Filadelfii rodem", a potem punktowanych, ale te prace dziwnym trafem nie będą cytowane, zaś ich (współ)autor wyląduje na szpitalnym łóżku (będąc dr bez habilitacji), jako już starszy emerytowany jegomość, będąc zapomnianym przez środowisko.
Doprawdy, moc zbioru rzeczy, które mnie zdziwią, jest raczej małą liczbą naturalną. ;=/
To jest przykład radzieckiej struktury organizacyjnej w publicznej instytucji. Silna Hierarchia zależności układy i brak własnego zdania a najlepiej być do tego mało inteligentnym zawodowo i emocjonalne aby nie robić sobie konkurencji. Do tego obgadywanie szkalowanie i plotki oraz bezinteresowna zawiść. Nic nowego pan nie odkrył tak zawsze było. Najgorzej jak taki narcyz dorwie się do władzy to już jest koniec takiej instytucji. W pierwszej kolejności odchodzą osoby wartościowe i samodzielne. Zostają bierni mierni wierni i tumany którzy muszą żyć w stresie i mobbingu. Nic nowego pan nie odkrył. Tak wygląda polska budżetówka i polska powiatowa. Do tego mogą dochodzić wałki i przekręty w następnej kolejności bo wiedzą jak prawo działa formalnie. Zero etyki wartości czegokolwiek. Upadek i dno moralne. A to wszystko za 3-4k net miesięcznie dla parobków
@Prof PAN
Sytuacja dosyć patologiczna, ale wydaje się, że nawet ważniejsze od tego, że do niej doszło jest to, jakie są konsekwencje takiego zachowania. Bo te konsekwencje (lub ich brak) będą coś mówić nie tylko o tej konkretnej osobie, ale o całym lokalnym środowisku.
Jakie konsekwencje? jakie efekty zadne. Polska to kraj bezprawia byle samym swoim dobrze sie zylo. Rodzina na swoim. A to ze przekrety sie robilo finansowe lub cos sie rozkradlo to zaden problem. Gazety popisza, NIK napisze raport, sledztwo sie umorzy lub zamknie, zgina teczki z sadu lub prokuratury byle komu kase dac posmarowac. Ludzie zapomna i tak do nastepnej afery. Polska to kraj bogaty, w przypadku braku kasy to sie wezmie pozyczke od miedzynarodowych instytucji finansowych lub wydrukuje obligacje skarbowe ktore sie sprzeda na rynkach kapitalowych. Efekt jest taki jaki powinien byc, brak ambicji i konkurencji i wszystko zostaje wsrod samych swoich. Budzetowka, skorumpowani politycy uchwalajacy prawo za lapowki dla korporacji czy lokalnych januszy biznesow, prawnicy oraz niewydolny wymiar sprawiedliwosci to jedna wielka mafia prawie nie do ruszenia, ponad prawem. Tak samo kazda instytucja publiczna panstwo w panstwie, robia sobie co chca. i sa poza wszelka kontrola. A prawo przestrzega sie na papierach. A jaki byl stan prawdziwy stan faktyczny nikogo nie interesuje. W efekcie w tym kraju nie bedzie technologii i postepu cywilizacyjnego. Bo trzeba miec do tego kumatych ludzi
@erfe
Przepraszam za mój niczym nie uzasadniony optymizm.
Rzeczywiście, jestem trochę "detached" jeśli chodzi o kierowanie jednostkami naukowymi w Polsce.
Kasa na uczelniach jest w setkach millionow tylko wybrani ja przytulaja. Reszta ma pensje wynikajace z ustaw lub umow o prace i nic wiecej. To jest typowa piramida (finansowa) z budzetowki. Najwiecej zarabiaja na szczycie a reszta robi za plebs i tak jest w kazdym urzedzie, dlatego zwyczajni urzednicy nie sa szczesliwi ani zyczliwi bo zarabiaja chlapy i nie maja szans na rozwoj. O inwestowaniu w polsce w pracownika to wiecie mozecie zapomniec, to jest niepotrzebny koszt, jeszcze taka osoba odejdzie do sektora prywatnego i zarobi kokosy. Osoby zarzadzajace potem dorabiaja sobie na przekretach finansowych do pensji. Poczytajcie sobie rapoty NIKu czy artykuly prasowe ale podam slowa klucze: fikcyjne etaty,nietrafione inwestycje, fikcyjne badania, zamowienia publiczne i gospodarka nieruchomosciami a ostatnio doszla patodeweloperka. Moja kolezanka pracowala na zachodzie w jednej z lepszych liceow w danym kraju z dzieciakami millionerow, jezdzila z nimi na olimpiady matemtyczne po swiecie po londynach, paryzach czy shanghaju. Jak uczyla w polsce w wakacje dzieci w publicznej angielskiego to mowila ze takiej ciemnoty dawno nie widziala i glupoty, ze tak spoleczenstwo zdurnialo przez pare lat, ze nie mogla robic im sprawdzianow ani zadawac prac domowych. Takich obywateli poltykom trzeba durnych i glupich aby mogli krasc i przekrety robic na czym sie da, do tego Polska zostala stworzona. Do rozkradania kasy. Mi kazdy mowil Holender, Brytol, Niemiec, Wlosi, Irlandczycy oraz Amerykanie ze w Polsce wszystko kradnie sie i jest bezprawie w sadach i szerokim pojetymi wymiarze niesprawiedlowosci. Dlatego tutaj nie bedzie duzo powaznych inwestycji gospodarczych bo kazdego da sie skorumpowac lub kupic bez problemu. Odpowiedzialnosc prawna zerowa dla zlodzieji poltykow, kase sie wytransferuje do roznych jursdykcji podatkowych przepusci sie kase przez rozne servisy providery a potem kasa wraca do polski legalnie wyprana, najlepiej zrobic to przez organizacje koscielne i wszyscy sa szczesliwi. Najlepiej w kredytach i nieruchomosciach wyprac ^^. I na koniec dodam ze tak robilo PIS i PO. Dlatego na zadne wybory nie ide nigdzie, to jest sciema na resorach ta demokracja ludowa w zascianku koscielnym. Polscy zlodzieje z budzetowki i politykow.
Dostrzegam interesujący paradoks: mimo iż żyjemy w państwie demokratycznym, w szkolnictwie wyższym feudalizm wciąż ma się dobrze.
Panie Jurku pan zyje w demokracji ludowej, tutaj nic sie nie zmienilo, w panstwie mafijnym na uslugach skorumpowanych politykow, przekretow robionych przez prawnikow i budzetowke. tutaj kazdego mozna kupic za kase.
Cyt."Problem polskiej nauki ma charakter systemowy. Dotyczy sposobu organizacji relacji władzy, dostępu do decyzji i kultury instytucjonalnej. W wielu przypadkach dostęp do wpływu nie wynika wyłącznie z dorobku, lecz z pozycji w strukturze. To powoduje, że część naukowców funkcjonuje w systemie, ale nie ma realnego wpływu na jego kształt. "
No, właśnie. Jeszcze raz powtórzę to, co już kiedyś napisałem: mówi się i pisze tylko o NIEKTÓRYCH problemach nauki w Polsce, a pozostałe są SKRZĘTNIE PRZEMILCZANE. Warunki do zarabiania na życie badaniami naukowymi oraz zajęciami dydaktycznymi (tzn. powiązanymi dość mocno z tymi badaniami), ma TYLKO PEWIEN odsetek ludzi. To z TEJ GRUPY wywodzą się ci, którym udaje się być docenionymi, czy to przez awans naukowy, czy to przez wyróżnienie jakąś nagrodą itp. OBIEKTYWNIE rzecz biorąc, to DOBRZE, że są doceniani.
Natomiast, smuci fakt, że większość zaś wiedzie życie parobków od zajęć (z których wiele ma się NIJAK do ich działalności naukowej), pewna część z nich, to ludzie pozostawieni samymi sobie przez swoich niegdysiejszych promotorów i/albo będących poza jakimś "klanem" naukowym.
Dlaczego młodzi mają tak niewiele do powiedzenia w polskiej nauce?
Bo starzy nie pozwalają.
Dziwne, że wykrzesano z tego tematu cały artykuł :)
Very Funny
Jeteśmy niszczeni i deprecjonowanie przez starszych naukowców. Albo żąda się od nas czynów niemoralnych w zamian z przynależności do "elity"- mienia kochanek lub " wyprowadzania pieniędzy" albo podważa się całkowicie sens naszej pracy.
Sednem problemu wydaje się być dążenie do zabezpieczenia własnych interesów finansowych oraz interesów najbliższego otoczenia. Mechanizmy polegające na przerzucaniu odpowiedzialności za „błędy i wypaczenia” (cytat z Gomółki) na innych są dobrze znane z historii, choć młodsze pokolenie może ich nie kojarzyć. Osoby wywodzące się z dawnych struktur często wykazują dużą biegłość w manipulowaniu opinią środowiska, od subtelnego podważania kompetencji młodszych pracowników (czy młody adept nauki tłumaczył problem, który nie jest tematem jego zajęć, może sobie nie radzi) po wywoływanie wśród studentów wrażenia, że „walczą o swoje”.
W efekcie młodzi adepci nauki, obciążeni presją i atmosferą nieufności, nierzadko rezygnują z dalszej pracy. Zjawisko to bywa następnie wykorzystywane jako argument za zatrudnianiem kolejnych emerytowanych członków rodzin lub znajomych, co utrwala zamknięty układ personalny. W skrajnych przypadkach prowadzi to do sytuacji, w której niektóre jednostki organizacyjne zaczynają funkcjonować bardziej jak Uniwersytet Trzeciego Wieku niż nowoczesna instytucja akademicka.
18 mld z KPO na medycynę - a dla nas ZERO!
Młodzi MOGĄ mieć do powiedzenie w polskiej nauce, pod warunkiem, że są prowadzeni przez ODPOWIEDZIALNEGO promotora doktoratu. Natomiast, jeśli młody dr jest od początku po obronie doktoratu, pozostawiony sam sobie, to jest dość wysokie ryzyko tego, że będzie traktowany, jako swego rodzaju, "parobek" od zajęć dydaktycznych, a jego badaniami naukowymi mało kto będzie się interesował. Tak było w moim przypadku przez pewien czas (z wyjątkiem pewnego okresu, gdy faktycznie pewna grupa badawcza interesowała się moimi badaniami, a potem znowu "wróciło do normy" - ostatnio może zaczęło się coś zmieniać na lepsze, zobaczymy), i tak ma kilku moich kolegów. Są równie dobrzy, jak ja, w nauce, albo i jeszcze lepsi, ale ponieważ mają "szczęście" żyć w kraju, gdzie dr hab., to "biskup nauki", zaś dr, to taki "wiejski proboszcz", więc to już wiele wyjaśnia...
Gdyby tak chcieć jednym zdaniem odpowiedzieć na zadane w tytule pytanie: Dlaczego młodzi mają tak niewiele do powiedzenia w polskiej nauce?
Powiedziałbym, że dlatego, że w przeciwieństwie do swoich rówieśników w Zachodniej Europie, są po tutejszemu "niesamodzielni".
Miałem to samo pisać. Na zachodzie osoba po doktoracie ma możliwości założenia własnej grupy badawczej, a u nas musi się bić z systemem kolejne 5-7 lat do czasu uzyskania habilitacji.
Jest to jeden z czynnikow dlaczego mamy teraz taką lukę pokoleniową w akademii.
@PP
Ale zdaje sobie Pan/Pani sprawę z tego, że "na zachodzie osoba po doktoracie ma możliwości założenia własnej grupy badawczej" zwykle dopiero po odbyciu przynajmniej jednego stażu podoktorskiego, po którym następuje dramatycznie trudny etap przejścia przez konkurs na tą pozycje group leadera? W Stanach to się nazywa ‘tenure track’. Na uczelniach, które są mocno zainteresowane badaniami naukowymi jest zwykle kilkadziesiąt lub kilkaset aplikacji na jedno miejsce.
Czyli przez te kilka lat po doktoracie człowiek odbywa postdoki, zwykle gdzieś daleko od uczelni, na której robiło się doktorat, a potem musi jakimś cudem przejść przez niezwykle gęste sito konkurencji przy zdobywaniu tej swojej niezależnej pozycji. Jak to się ma to zrobienia habilitacji?
"zwykle" to nie zawsze. Różnic na niekorzyść naszego systemu nie chce mi się ponownie wymieniać.
@Przemo
Tak, są dziedziny wiedzy, gdzie postdok nie jest oczekiwany, ale to jest mniejszość; nie mogę napisać „zawsze”, bo to byłaby nieprawda. Ale na przykład w STEM postdok to normalny element ścieżki kariery.
Mój komentarz miał zwrócić uwagę na to, że ścieżka kariery w nauce akademickiej w krajach zachodnich jest bardzo wymagająca. Oczekiwania są wysokie, często bardzo trudne do spełnienia. Na pewno nie można jej nazwać „łatwą”. Natomiast moje osobiste zdanie jest takie, że jest zdecydowanie lepsza dla samej nauki i rozwoju wiedzy, ponieważ mocno promuje jakość.
Kariera to mi się bardziej z wojskiem kojarzy, niż z nauką i także raczej negatywnie.
Może pozostańmy przy tym, że postęp wymaga rozwijania umiejętności i korzystania z nich.
@Przemo
No cóż. Każdemu zawsze coś się z czymś kojarzy. To normalne.
Na uniwersytetach są biura "Career Service", a strona internetowa "Nature", gdzie są ogłoszenia o prace nazywa się "Nature Careers" (https://www.nature.com/naturecareers/), tak więc ja raczej pozostanę przy moich własnych skojarzeniach.
Marketing instytucjom i firmom zwykle dobrze robi ;-)
"bić się z systemem"?
Sytuacja młodego doktora jest o tyle paradoksalna, że w system musi się wkomponować, a testem na jego wymaganą samodzielność są lata cierpliwej, perfekcyjnej niesamodzielności.
W każdej pracy jest pewna struktura i hierarchia. Nie jest możliwe, by zaczynając pracę, znaleźć się od razu na szczycie.
Jakim szczycie? Mówimy o realnym wpływie młodych naukowców na kształt środowiska, możliwości badawcze i prawa pracownicze. Chyba, że jesteś jednym z tych gerontokratów, którzy to uważają za szczyt dostępny jedynie dla profesorów i chcesz utrzymać status quo. Nie jest to zaskakujące. Szkoda tylko, że wychodzi to profesorom, jak wychodzi. Opłakany stan widać na każdym kroku
W zasadzie to ten tekst można streścić jednym zdaniem: "niestety, w nauce nie da się pracować samemu, trzeba pracować z innymi ludźmi".
SŁUSZNIE, tak jest bardzo często. Niestety, ale ja zostałem pozostawiony sam sobie na kilkanaście lat i musiałem sobie jakoś radzić. Dzięki Bogu, udało mi się zrobić pewne rzeczy, ale ponieważ jestem tylko "dr" (bez habilitacji), więc z punktu hierarchiczności systemu, to chyba guzik kogokolwiek interesuje.
w niektórych kwestiach w 100% zgadzam się z autorem, będąc jeszcze studentem i działając w pewnym kole naukowym spotkałem się z dość zaskakującą sytuacją - otóż ówczesny opiekun koła zarządził, że nikt z członków koła nie ma prawa - pod zarzutem odpowiedzialności dyscyplinarnej - brać udziału w jakichkolwiek konferencjach naukowych jako czynny uczestnik, mogliśmy pełnić jedynie rolę słuchaczy, przy próbie uzyskania uzasadnienia, słyszeliśmy, że taka jest jej decyzja i kropka, a jak chcemy coś robić, to mamy złożyć pisemną rezygnację z jej koła i dołączyć do innego, tak samo było w kwestii pisania i publikowania artykułów, gdy ktoś zrobił coś bez jej wiedzy (nawet w wakacje, w czasie poza uczelnią, płacąc z własnej kieszeni od 400 zł w górę za opłatę konferencyjną), lądował na dywaniku na dyscyplinującej rozmowie, pracownik ten mocno wchodził w prywatne życie studentów (co robią poza uczelnią, gdzie pracują, z kim współpracują, z kim się kolegują), później doszło "uzasadnienie", że nie posiadamy żadnych kompetencji do tego by brać udział w konferencjach (nawet studenckich) oraz pisząc artykuły oraz, cytując jej słowa - "będziecie się tym zajmować dopiero gdy będziecie na doktoracie" - ciekawostka - ostatni doktorant tego pracownika, w czasie 5 lat studiów + 4 lata doktoratu (łącznie 9 lat), wziął udział w 3 konferencjach (!!!) (wszystkie organizowane przez promotora) + opublikował 4 teksty (3 w pokonferencyjnych tomach + 1 w czasopiśmie)
W związku z tym pojawia się pytanie, co tacy studenci mają zrobić, jeśli od samego początku jest im wpajana taka toksyczna zależność?
To ten doktorant ma dalece większy dorobek, niż najznamienitszy profesor COOLu., Pan P. Cz... XD
Ale przecież taka zależność to standard! Na naszych uczelniach obowiązuje hierarchia a nie konkurencja!
Są samodzielni i niesamodzielni , co na nich pracują: " zrobi Pan doktorat, jak ja dostanę belwedera".
Na ten temat wypowiedź w FA z 19 stycznia 2026: " Zakazane słowa: konkurencja i ambicja".
Nie przejmować się, i mieć odwagę robić swoje!
Piękne słowa, ale to tylko słowa. Z niektórymi też trudno się zgodzić.
Odejdźmy od pietyzacji mobilności naukowej. Mobilność taka nie gwarantuje jeszcze ani doskonałości naukowej, ani bycia przełomowym; nie gwarantuje stawiania odważnych pytań i udzielania precyzyjnych odpowiedzi. To wszystko umożliwia jedynie praca nad sobą w sprzyjającym środowisku. I to właśnie środowisko lokalne sprawia, że można ocenić, że mobilność naukowa umożliwia (lub nie) przeszczepienie wiedzy i umiejętności do jednostki macierzystej. W tym nie tylko umiejętności prowadzenia określonych badań.
Wiedzę naukową tworzymy w sposób ogólnoludzki i mając narzędzia komunikacji dalekodystansowej w czasie rzeczywistym potwierdzenie w postaci biletu na samolot niewiele znaczy, chyba, że chodzi o dostęp do jakichś lokalnych zasobów (biblioteki, kolekcje, rzeczy z natury), aparatury nowej, unikatowej lub rzadkiej (naprawdę, nie ma jej aż tak dużo biorąc pod uwagę wszystkie możliwości), czy innych tego typu rzeczy. Etap konceptualizacji, walidacji, wnioskowania można przeprowadzić w formie jakiegokolwiek on-line.
Transparentność awansu musi być jasna, ale ścieżka awansu musi być też realna. Nie może być przy tym uznaniowa. Kryteria muszą być jasno określone. Niedopuszczalne są jakiekolwiek sądy kapturowe. Z drugiej strony, kryteria awansu muszą być ewolucyjne, a nie rewolucyjne, aby nie realizować scenariusza typowego "wciągania drabiny" (za StaryZgred2012). Obecnie obserwuję zaostrzenie wytycznych w skali kraju, co daje dysonans między kadrą uwłaszczoną i próbującą się uwłaszczyć.
Co śmieszne, habilitację, świadczącą o samodzielności ma wykonać samodzielnie niesamodzielny doktor. To doprawdy zabawne. Czyli przed kolejnym stopniem, należy twierdzić o swojej samodzielności przez wiele lat samodzielnie. Jak potwierdzić swoją samodzielność będąc jedynie wykonawcą czyjejś woli?
Uwag w kontekście współautorstwa w ogóle nie rozumiem w obliczu powszechności zasad COPE. Publikując w czasopismach recenzowanych, to chyba nawet oznaka niedojrzałości ogólnoludzkiej, nie tylko naukowej, musieć rozmawiać o takich oczywistościach.
Oczywiście, że transparentność awansów jest wymagana.
Realnie, zależy od funduszy jednostki, w związku z tym znajomi królika rozgrabiają resztki ochłapów. Pozostali często gęsto nadal nie mają stanowiska naukowego, tylko technicznie, realnie pracując jak adiunkt.
Kryteria awansowe zostały zaostrzone przez przepisy europejskie. Aktualnie pracujący profesorowie sami nie spełniają warunków, które stawia się obecnie młodemu naukowcowi, który chce w końcu wyżebrać adiunkta.
Koniec końców, po 10 latach pracy na technicznym stanowisku znajomy dyrektora bez dorobku dostanie upragnionego adiunkta. Młody doktor z dorobkiem zostaje bez etatu.
Kurtyna
Pełna zgoda. Mobilność dla samej mobilności zdaje się dosyć bezrefleksyjnie wyrastać z wcześniejszej mobilności za chlebem, a nie o to chodzi.
@Przemo
Żeby nie ślęczeć nad tym godzinami, poprosiłem ChatGPT żeby mi zebrał dokumenty unijne, które mówią coś o mobilności. Oto krótka lista:
1. Europejska Karta Naukowca (2005; zaktualizowane ramy 2023)
Niniejszy dokument ustanawia zasadę normatywną – mobilność nie jest opcjonalna, lecz pożądanym i uznanym elementem kariery naukowej w całej UE.
2. Zalecenie Rady w sprawie europejskich ram kariery naukowej (2023)
Aktualizuje i formalizuje mobilność jako element strukturalny Europejskiej Przestrzeni Badawczej (EPB), wiążąc ją z konkurencyjnością i przepływem talentów.
3. Działania Marii Skłodowskiej-Curie (MSCA) – Dokumenty programowe
MSCA usprawnia politykę: mobilność jest nie tylko promowana, ale także wymagana do uzyskania finansowania (np. zasady mobilności w ramach stypendiów).
4. Badania nad mobilnością w ramach programów MSCA/Horyzont
UE nie tylko promuje mobilność, ale systematycznie ją mierzy i optymalizuje, traktując ją jako kluczową zmienną polityki.
5. Ramy Polityki Horyzontu Europa (i poprzednie programy, takie jak Horyzont 2020)
Mobilność jest wpisana w największy unijny program finansowania badań naukowych, co czyni ją praktycznym wymogiem dla wielu karier naukowych.
6. Agenda Polityki Europejskiej Przestrzeni Badawczej (EPB)
Mobilność jest ujmowana na najwyższym szczeblu strategicznym jako niezbędna dla europejskiej integracji naukowej.
Tak więc, jak widać z powyższego zestawienia, mobilność nie jest tylko opcjonalnym elementem, jest elementem absolutnie wymaganym, szczególnie w niektórych programach, takich jak na przykład MSCA. I są to wszystko obecne dokumenty unijne, nie "bezrefleksyjnie wyrastające z wcześniejszej mobilności za chlebem", tylko idące naprzeciw dążeniom do poprawy jakości nauki w krajach EU.
Zaryzykuję twierdzenie, że mobilność jest tym czynnikiem, który znakomicie służy utrzymaniu pewnego status quo w europejskiej nauce. Kto się zdążył przyjrzeć, ten zdążył. Otóż, mobilność pozwala na zachowanie władzy i wpływów grupom uprzywilejowanym, a reszcie przeznacza rolę pracownika kontraktowego. Kto ma być zatrudniony, ten będzie, niezależnie od mobilności. A jeśli komuś się wydaje, że to tylko polska specyfika, to polecam przyjrzeć się bliżej. Dokumenty unijne mówią tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, wpisano tam mobilność jako wymóg nie dlatego, że mamy jakieś dowody na to, że mobilność zwiększa jakość, tylko dlatego, że przyjmujemy to jako dogmat. A z dogmatami to wiadomo, jak bywa. Mało naukowe podejście. Po drugie, ktoś te dokumenty tworzył. Czy przypadkiem nie uprzywilejowani naukowcy z różnych krajów UE? Oh well.
@sdf
Z tą mobilnością, to chyba jest trochę jak z myciem zębów. Nie bardzo można udowodnić, że w przypadku pojedynczego człowieka mycie zębów pomaga. Brakuje nam negatywnej kontroli identycznego człowieka prowadzącego identyczny tryb życia, który zębów nie myje, dla porównania. Ale obserwując większe grupy w dłuższym okresie czasu można jednak dojść do pewnych wniosków i one brzmią: mycie zębów pomaga. Tutaj jest podobnie.
Nie wchodząc już w sferę samej nauki i badań, to w czym mobilność pomaga na pewno, to zmniejszenie efektu chowu wsobnego, na poziomie korupcyjnych zasad przyznawania miejsc pracy i innych benefitów znajomkom. Mobilność znacząco utrudnia korupcje, a to – na przykład w przypadku Polski – już jest gigantyczny plus.
Prawdę mówiąc Polska nie jest na pozycji, która mogłaby pozwolić nam powiedzieć "mamy w nosie wszelakie unijne zasady, my wiemy lepiej i sobie poradzimy bez pieniędzy i współpracy z EU". Bo tak właśnie mówią wszyscy, którzy odrzucają pryncypialne zasady i oczekiwania organizacji unijnych wspierających finansowo naukę (w tym oczekiwanie mobilności zawodowej).
Nie. Nie ma żadnego anty-polskiego spisku w EU. Zasady są takie same dla wszystkich i to, że naukowcy z Polski nie spełniają tych zasad na swoje własne życzenie, to nie jest wina EU. Ja raczej sugerowałbym dołączenie do grupy państw, które rzeczywiście liczą się w dziedzinie nauki w EU (obecnie Polska do tych państw nie należy) i wtedy wspólne z innymi pracowanie w kierunku zmian i ulepszenia zasad. Zasady muszą ewoluować, ponieważ świat dookoła nas się zmienia, ale ta ewolucja nie odbywa się na zasadzie "ja wiem lepiej i już".
Ja bym to ujął inaczej - mobilność MOŻE pomóc. Ale nie musi. Przecież wymagania, te oficjalnie i mniej oficjalne, dotyczą także innych spraw. Publication record (tak, jakby mniej "prestiżowe" publikacje na początku kariery były czymś złym), poruszanie się w modnych tematach, nawet rzeczy tak głupie, jak stój i fryzura podczas rozmowy. Boże. Podobno miało chodzić o jakość zaproponowanych do realizacji badań. Nie twierdzę, że jest jakiś anty-polski spisek. Twierdzę, że grupy decyzyjne wśród naukowców w Europie promują nie dobrą naukę, tylko własne interesy. O dopuszczeniu do grupy uprzywilejowanych decydują wyłącznie ci już uprzywilejowani, bo to oni tworzą reguły. Realnie zatem, dopuszczają głównie własnych wychowanków i współpracowników. W Polsce mamy przecież dokładną kopię tego systemu w mniejszej skali. Pieniądze dostają ci, co już mają pieniądze. Awanse łatwiej uzyskać tym, którzy znają odpowiednich ludzi. Kiedyś było to robione bardziej bezczelnie, dziś bardziej w białych rękawiczkach, ale tak jest. A Polska nie jest państwem liczącym się naukowo w EU, bo ma budżet na naukę, który jest budżetem państwa bez żadnych ambicji w tym zakresie. I kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt grantów EU w Polsce tego nijak nie zmieni.
"Nie twierdzę, że jest jakiś anty-polski spisek."
A dlaczego? Skąd pogląd, że nie ma porozumienia państw kolonialnych przeciw państwom skolonizowanym? Zawsze było.
@sdf
Żeby już nie rozpisywać się za bardzo, i nie powtarzać, napiszę tylko, że z Pańskiej wypowiedzi w pełni zgadzam się tylko z jednym zdaniem. Tym ostatnim.
Nie mam z tym problemu, wszak nie musimy się zgadzać i nadal możemy sobie spokojnie rozmawiać. Ale, ale, czy nie zgadza się Pan ze zdaniem przedostatnim? Wszak ono jest prawdziwe i naprawdę trudno z tym dyskutować ;)
career over curiosity?
vielen dank im voraus ;-)
@Przemo
Gdzie dokładnie zobaczył Pan "career over curiosity" w tych dokumentach unijnych?
Proszę zacytować, będzie łatwiej się odnieść.
Za dużo eventów, za mało nauki.
Problemem nie są poszczególne inicjatywy, tylko niewłaściwe proporcje między badaniami naukowymi, a działaniami wokółnaukowymi. To wszystko kosztuje i warto liczyć ile kosztuje.
Moja propozycja: mniej na eventy, więcej na badania!
Albo zostajemy przy tym, że trzeba oszczędzać rękawiczki na zajęciach ze studentami, ponieważ bardzo potrzebujemy 100 milionów na piękną elewację budynku i marmurową fontannę.
@Przemo
Już kiedyś pisałem: w rozmowie lepiej trzymać się tematu rozmowy. Inaczej trudno się rozmawia.
Temat mamy w tytule artykułu. Proszę spojrzeć.
Geriatria, papiernia, nieustanna frustracja i pretenjsje, cofających się dziadków z ograniczoną świadomością otaczającej rzeczywistości. Absolutnie nieprofesjonalne zarządzanie szefów z awansu bez kompetencji do zarządzania. Archaiczna struktura ośrodków i bezmyśne szastanie pieniędzmi jak już są. Tematyka badania bez celu niemożliwa do podważenia. Amen
Bardzo elegancka wypowiedź.
Tego faktu wielu wybitnych, kastowych naukowców stara się nie zauważać: "Współczesna nauka nie ogranicza się do uczelni. Coraz większa część wiedzy powstaje w sektorze prywatnym w firmach farmaceutycznych, technologicznych i biotechnologicznych. Badania prowadzone w tych środowiskach często wyprzedzają klasyczny obieg akademicki, a ich wyniki są wdrażane bezpośrednio w praktyce. Nie jest to nauka gorszej jakości. Jest to po prostu inny model jej funkcjonowania – bardziej aplikacyjny, szybszy i silniej powiązany z implementacją." Dodam jeszcze, że celem tego sposobu uprawiania nauki nie jest zaspokojenie ciekawości naukowca i publikacja. Cel ten jest zdecydowanie bardziej wymierny, a jego osiągnięcie powinno umożliwiać awans naukowy, w co najmniej równym stopniu jak zszywka publikacji.
Open access w wersji opłat po 2-3 tys £/€/$ od autorów jest absurdem, właśnie sabotującym młodych badaczy, różnicującym na instytuty bogate i biedne. Bo w wielu dziedzinach, zwł biologii i wielu interdyscyplinarnych badań jest to powszechne w czasopismach za 140pkt i więcej, prawie bez wyjątków.
W fizyce teoretycznej wszyscy i tak czytają tylko arXiv, a dziedzinowe czasopisma nie pobierały (dawniej) opłat od autorów.
Te 3 koła to optymistycznie, w naprawdę renomowanych journalach jest to powyżej 5, częściej ponad 8.
AO. Płać badaczu, płać. 3, 4 tysiące €$£. To nie jest normalny system publikacyjny w nauce. To biznes wydawniczy, nie ma on nic wspólnego z otwartą nauką i dostępem do wyników badań.
Starzy i ci w średnim wieku też nic nie mają do powiedzenia. Coś do powiedzenia mają tylko ci, co się dorwali do różnych rad, komitetów, zespołów, komisji i co tam jest jeszcze. Tych całych rad, komitetów, zespołów i komisji jest niby niezliczona liczba, więc teoretycznie dla wszystkich by się znalazło miejsce ale we wszystkich zasiadają te same osoby i nie jest ich wiele.
Pełna zgoda!
Dokładnie tak. Powiem więcej, nigdy wcześniej nie było takiego wysypu programów dla młodych naukowców, jeszcze nie tak dawno młodzi byli "w jednym koszyku" z doświadczonymi naukowcami. Również możliwości dochodzenia swego są teraz bardzo szerokie. Ale tu nie chodzi o wiek - spółki, kolesiostwo iip.
Tytuł powinien chyba brzmieć „dlaczego młodzi mają tak dużo do powiedzenia w polskiej nauce”
Młodzi mają granty dla młodych, mają Akademię Młodych Uczonych przy PAN z wieloma przywilejami, Radę Młodych Naukowców przy MNiSW i wiele innych tworów „tylko dla młodych”. Mogą zostać profesorami uczelni zaraz po doktoracie.
A to dane z NCN: „W 2025 roku NCN przekazał naukowcom na badania niemal 1,69 mld złotych w tym ponad 550 mln zł na badania naukowe prowadzone przez młodych naukowców. Ogółem od 2016 r., gdy rozpoczęto pomiary, do 2025 r. na wsparcie rozwoju młodych badaczek i badaczy agencja przeznaczyła blisko 7,2 mld zł, co stanowiło 48% kwoty przyznanej w tym czasie w konkursach krajowych i międzynarodowych.
W konkursach skierowanych tylko do młodych naukowców, rozstrzygniętych przez NCN w 2025 roku, finansowanie otrzymało 626 projektów. W konkursach otwartych dla badaczek i badaczy na różnych etapach kariery, finansowanie otrzymało 538 projektów i działań naukowych, co stanowiło niemal 40% spośród wszystkich sfinansowanych w tym roku badań, których liczba ogółem wyniosła 1362.” (https://www.ncn.gov.pl/efekty/fakty-liczby)
Dokładnie tak!
@młody emeryt
Ta mnogość dostępnych grantów raczej nie pomaga w mobilności po doktoratach. W czasie, kiedy postdocy na Zachodzie jeżdżą przez kilka lat po świecie zwiedzając laboratoria i ucząc się nowych podejść na każdym poziomie swojej pracy, w Polsce zdobywają granty siedząc od urodzenia do śmierci na tej samej uczelni.
A jest taki wymóg? Pan nie ma świadomości, że ludzie mają uwarunkowania rodzinne i inne i może nie chcą/ nie mogą być mobilni.
@Jk
Każdy ma swoje osobiste uwarunkowania i nimi kieruje się w decyzjach, co do swojej przyszłości. Są rzeczy, które pojawiają się bez zapowiedzi, czasami są to nieprzyjemne niespodzianki, ale są też takie, które można przewidzieć. Jedna z tych, które można przewidzieć, to właśnie wyjazdy związane z pracą zawodową. Są prace, które z definicji wiążą się z wyjazdami, na przykład częstymi i krótkimi podróżami lub wyjazdami na dłużej. Jeśli komuś się takie uwarunkowania z dowolnego powodu nie podobają, po prostu powinien wybrać inny zawód.
Częste są tutaj w komentarzach porównania do środowiska pracy na tak zwanym Zachodzie. Na przykład skargi odnoszące się do nieadekwatnych zarobków w polskich instytucjach naukowych. Jeśli więc ktoś chciałby, żeby środowisko pracy w Polsce przypominało to zachodnie, to powinien być gotowy również na zachodnie wymagania. A oczekiwania są takie: nie jeździłeś, nie dostaniesz pracy jako group leader, i tyle. A to dlatego, że bardzo negatywny wpływ chowu wsobnego oraz bardzo pozytywny wpływ przynoszenia doświadczeń z różnych ośrodków naukowych są ciągle rozpoznawane jako niezwykle istotne.
Mobilność może być cenna, ale na pewno jest kosztowna. O ile jakies wynagrodzenie sie dostanie to sam wyjazd czesto przekracza możliwości młodego naukowca (bo ze stypendium, czy pensji asystenta nie da się dorobić). Sama zrezygnowałam z 3 wyjazdów ze względów finansowych. W jednym miejscu nie bylo możliwości wynajmu mieszkanka bez wpłacenia przynajmniej 3miesiecznej kaucji (bo obcokrajowiec) - łącznie wychodziło ok. 10k zł na już, a przecież to nie jedyny koszt. Innym razem trafiłam na opcje miejsca w akademiku, ale proponowane stypendium ledwo wystarczyłoby na życie, a musiałam jeszcze utrzymać przez te pół roku swoje mieszkanie w Polsce aby miec dokąd wracać. Za trzecim razem, jako że leczę sie przewlekle, taniej byłoby latać do Polski na wizyty u lekarzy i badania, ale koszt przewyższałby wynagrodzenie.
Trudno, będę "chowaem wsobnym" którego jako tako stać na życie (skromnie, ale jednak). A sprzęt mamy światowej klasy i moje badania jakością nie odbiegają tym zachodnim. A w razie problemów zawsze mogę przedyskutować różne podejścia i eksperymenty z kolegami zza granicy online (bo przeciez mamy XXI wiek).
Wie pan, uprawianie nauki ma pewne uwarunkowania ale wcale nie ma wśród nich bezsesownego telepania się po świecie. Taki Immanuel Kant z Królewca wyjeżdżał tylko na krótko i niedaleko a jednak coś tam w nauce zrobił. Podobnie Isaac Newton całe życie spędził w trzech miejscowościach: Woolsthorpe, Cambridge i Londynie i nigdy nie był na kontynencie europejskim. Naukę się uprawia głową a nie nogami.
@Profesor PAN
Czasy się zmieniają, czy nam się to podoba, czy nie.
Jak Pan spojrzy na to, jak wyglądało uprawianie nauki za czasów Kanta i Newtona, to okazuje się, że jednak to zupełnie co innego. Parę innych rzeczy również się zmieniło w międzyczasie, na przykład medycyna, i trudno wracać do tamtych czasów mówiąc "ale przecież kiedyś….".
Okazuje się ze nasze głowy lepiej pracują, kiedy nabędą szerszej perspektywy (a tą najlepiej nabywać poprzez fizyczne interakcje z ludźmi w różnych miejscach pracy), lepiej zadają pytania i umieją na nie lepiej odpowiadać.
Nie sądzę, żebym tutaj kogokolwiek do czegokolwiek przekonał. Osobiście wolałbym do EU dołączyć, a nie z EU się bić. To takie moje prywatne zdanie.
Czasy się zmieniają w ten sposób, że 300 lat temu trzeba się było pofatygować do Lipska, by się spotkać z Leibnitzem. Teraz może pan porozmawiać z każdym na Ziemi nie wstając z fotela.
@Profesor PAN
I taka właśnie rozmowa "z każdym na Ziemi nie wstając z fotela" jest absolutnie niewystarczająca, aby poznać ogólne i szczegółowe mechanizmy, zgodnie z którymi dane miejsce pracuje, styl pracy, sposoby radzenia sobie z trudnościami oraz – być może przede wszystkim – zapoznanie się codzienną metodologią pracy, szczególnie tej eksperymentalnej, w STEM. Nie wystarczy też, aby własnoręcznie poprowadzić jakiś projekt, lub projekty, w nowym miejscu pracy (= postdok), co pomogłoby później przeanalizować dokładniej aplikacje takiej osoby na stałą pozycje na jakiejś uczelni.
Stoję tutaj po stronie EU oraz miejsc takich jak USA.
Panu nie wystarcza ale są tacy, którym to wystarcza. Powie pan - a co tam, nie będziemy zwracać uwagi na nielicznych dziwaków, dostosujemy prawo do zdrowej większości. Takie podejście w biznesie obróbki materiałów budowlanych (zwanego też tłuczeniem kamieni na drodze) może mieć sens ale w nauce problem polega na tym, że bardzo często opiera się ona na dziwakach. Nie byłoby dobrze wyrzucić z nauki Heaviside'a, który niechętnie wychodził z domu, albo Erdősa, który z kolei nie potrafił usiedzieć na jednym miejscu.
@Profesor PAN
Zgadzam się, że traktowanie środowiska naukowego, jak wojska nikomu dobrze nie robi.
Trzeba jednak wyjść naprzeciw tym, którzy chcą widzieć przed sobą jasne, klarowne wskazówki, rekomendacje i oczekiwania co do przechodzenia przez sita pewnych ocen i ewaluacji, czy to grantów, czy stopni w karierze zawodowej. Dlatego wolę takie jasne podejście dla większości z potencjalnymi "niestandardowymi wejściami" dla tych, którzy potrafią jasno powiedzieć i wyjaśnić, dlaczego nie są w stanie (lub nie chcą) trzymać się tych ogólnych rekomendacji.
Na świecie nie ma niczego biało czarnego, wszędzie są tylko odcienie szarości. Ale ważne jest, aby zdefiniować mainstream i pokierować tymi wyjątkami, które do mainstreamu nie należą. To jest trochę tak, że zdarzają się wypadki na autostradach, ale można się z nimi uporać, jeśli jest ich niewiele i jesteśmy na nie gotowi. Jeśli jednak tych wypadków będzie codziennie tyle, że będą pokrywać autostradę kompletnie zaburzając jakikolwiek ruch drogowy, to całość przestaje działać. Wyjątki powinny pozostać wyjątkami i wtedy jest OK. Znajdzie się miejsce nawet dla tych, którzy "niechętnie wychodzą z domu" (o ile to będą właśnie te wyjątki, a nie 50% populacji naukowców).
Wie pan, żeby w ogóle zajmować się nauką trzeba być niezłym odlotowcem.
Ja mam takie marzenie, by przepisy ułatwiały zarówno podróżowanie jak trzymanie się jednego ośrodka, jeśli akurat on został uznany za najlepszy. Tak, wiem, I have a dream...
@Profesor PAN
Ja sobie zdaję sprawę, że najbardziej interesująca jest tutaj perspektywa EU i dlatego też o niej piszę, ale proszę zwrócić uwagę, że w kraju, gdzie tych wszystkich regulacji (i ewaluacji) nie ma, czyli w Stanach, jakoś też jest tak, że w STEM postdocy aplikujący o pozycje tenure track muszą mieć te wszystkie wyjazdowe staże pozaliczane. Rzeczywiście, nie muszą oni jeździć za granicę, ale u nich jak się przejedzie ze stanu Nowy Jork do stanu Waszyngton, to również można powiedzieć, że jest to "daleko". Ciągle, sporo z nich wyjeżdża na postdoki na zewnątrz, na przykład do Europy właśnie.
Z jakiegoś powodu we wszystkich tych krajach, gdzie nauka ma się dobrze, mobilność również ma się bardzo dobrze.
Nie, proszę pana, postdoc nie jest wymaganiem tylko przechowalnią, złem koniecznym, którego się unika, jeśli się tylko da. Pamiętam czasy, kiedy postdoc nie był standardem.
@Profesor PAN
Tak, jak zaczynałem, to instytut został właśnie podsieciowany do Internetu i można było już sprawdzać artykuły w PubMed, ale publikacje do czytania dalej się kserowało w bibliotece. Kiedyś postdoków w ogóle nie było, ale teraz są wymogiem. Co na to można poradzić? Postdoka można oczywiście nie robić, ale w następstwie szanse na zostanie group leaderem są zwykle zerowe. Tak, bywają wyjątki, ale to są wyjątki.
Wszedłem na ‘Nature Careers’ i po pięciu sekundach miałem listę prac w kategorii „Biomedicine Principal Investigator jobs”, obecnie 28 otwartych pozycji. Oto ta pierwsza od góry, proszę przeczytać oczekiwania/wymagania:
https://www.nature.com/naturecareers/job/12858473/independent-junior-research-group-leaders-m-f-d-/?LinkSource=PremiumListing
No i co tu jeszcze można dodać? Naprawdę nie wiem.
Pozwolę się tu wtrącić, trochę złośliwie, a trochę prześmiewczo. Otóż, my jesteśmy chyba jedyną grupą zawodową na świecie, która godzi się na niekorzystne warunki pracy w imię mrzonek. Mrzonki te nazywają się różnie - doskonałość, jakość. Ale to jest raczej iluzja doskonałości i jakości. Czy wyobraża sobie Pan pracownika Ropuchy (wiadomo, o czym mówię, ale bez marek :)), który zgodzi się na okresowy kontrakt w innym kraju, o który trzeba walczyć z setką innych kandydatów, za kiepskie wynagrodzenie, a uzasadni to "lepszą jakością sprzedaży"? Tu się zgadzam z Profesorem PAN, trzeba być niezłym odlotowcem, żeby się na to godzić. Czy bardziej wprost, trzeba być wariatem.
Sam miałem kiedyś taką propozycję nie bardzo do odrzucenia - dwuletni post-doc, w pewnym kraju azjatyckim. Skalkulowałem i wyszło mi, że po opłaceniu mieszkania (no, raczej pokoju), od biedy starczyłoby na ryż. Ostatecznie post-doca nie zrobiłem, zastąpiłem go krótszymi stażami, do których i tak dopłaciłem. Ale nie było źle, i czegoś się nauczyłem, głównie w zakresie zasad etycznych w nauce. Była to pewna przeszkoda przy habilitacji, ale nie taka nie do pokonania.
Co można na to poradzić? Nie godzić się. Można sobie poczytać o perfekcyjnie uwłaczającym systemie zatrudniania w nauce w Portugalii. Co ciekawe, inne branże chętnie podchwyciły ten system, ale jednak wycofano się z niego jako skrajnie niekorzystnego dla pracowników. Wycofano się, ale nie w nauce... Albo o wiecznych kontraktach terminowych na niekorzystnych warunkach w nauczaniu w różnych krajach. Nie można jednocześnie oczekiwać wysokich kwalifikacji i oferować nędznych warunków pracy. Ten system pada. Jest coraz bardziej łatany ludźmi z krajów rozwijających się, ale to rodzi całą masę innych problemów. W tym, spadek jakości. Oh well.
@sdf
Brzmi to niezwykle przekonywująco. Myślę, że wszyscy, którzy kierują finansowaniem MCSA czy ERC w unii natychmiast zmienią zdanie co do mobilności po wysłuchaniu takich historii.
Naprawdę, cokolwiek sobie Państwo zażyczycie. Szkoda mi tylko nauki polskiej i ludzi, ale trudno, niech będzie.
Wie Pan, to, że my się fundamentalnie nie zgadzamy, to ja już wiem. Jest to normalne, możemy mieć przecież różne poglądy. Mnie nie obchodzi, co o tym myślą kierujący finansowaniem MSCA czy ERC, bo ja nie o tym piszę. Ja piszę o tym, że to pracownicy na dole tego systemu zgadzają się na takie warunki zatrudnienia. Przecież to jest szaleństwo. Wieczny prekariat, brak środków, brak jakiejkolwiek stabilności. W imię czego? Żeby nauka się lepiej rozwijała? A jaki, przepraszam, osobisty interes ma taki młody naukowiec w tej jakże szczytnej idei? I kto koniec końców na tym korzysta, bo przecież w 99,5% przypadków nie ten młody naukowiec?
Świetny komentarz Profesora PAN! Podpisuję się obiema rękami!
Chyba tylko i wyłącznie dlatego, że starzy się młodych łatwo pozbywają. Zazwyczaj nie ma etatów dla osób tuż po doktoracie, albo zatrudnia się bardzo słabe osoby (brak realnych konkursów). Ludzie pracują do 80tki, albo i dłużej, blokując stanowiska na wieki...
Bardzo przemawia do mnie ten tekst, dziękuję!
Po pierwsze, presja finansowa skłania doktoranta czy asystenta do podjęcia pracy poza uczelnią (chyba że ma wsparcie od rodziny albo dodatkowe stypendium z grantu promotora). Po drugie, w 2026 roku nie zatrudnia się doktora dlatego że napisał dysertację. Liczy się całokształt CV, staże zagraniczne, udział w prestiżowych konferencjach. Promotorzy nie są na bieżąco z oczekiwaniami rynku pracy, bo za ich czasów to był miły dodatek. Niektórzy nie rozumieją presji finansowej, bo kiedy ostatnio sprawdzali ceny wynajmu w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu? Podchodzą do pracy i mobilności krytycznie, a to powoduje trudności w relacjach.
Młodzi mają tak niewiele do powiedzenia w polskiej nauce, bo muszą cały czas lawirować między presją finansową, brakiem etatów i wyobrażeniami profesorów o takim idealnym wykonawcy. Wykonawca powinien się podporządkować, pracować za minimalną, być na każde zawołanie, a przy tym być osobą bardzo inteligentną. Takie osoby istnieją, ale kończą z wypaleniem zawodowym i depresją. Jeśli chcemy mieć dobrych współpracowników, musimy uznać sprawczość młodych, pozwolić im wyjść poza własną katedrę i zacząć zmieniać nasze środowisko razem z nimi.
W obecnych warunkach minimalna (płaca) to byłby postęp dla doktorantów przez pierwsze dwa lata. Stypendium miało sprawić, że doktorant nie musi zapieprzać po godzinach na uczelni. Wyszło po polsku, czyli wbrew idei, tworząc iluzję, że jest ok.
Open access dla doktoranta na 1-2 roku to niesmaczny żart, jakby głodnemu najpierw pokazać, a potem zabrać bułkę.
proponuje dwa bardzo różne, być może dobre rozwiązania:
1. wszyscy na uczelniach pracują w trybie B2B.
2. wszyscy na uczelniach i w instytutach pracują jak w dobrej firmie. Praca poza firmą to konflikt interesów - bye!
Zna pan płace w dobrych firmach?
Tylko naśladować. Nie miałbym nic przeciw :-)
B2B oznacza, ze nie ma zastosowania kodeks pracy.
Ale oznacza ze jak się NIE pracuje poza firma, jak Przemo wcześniej sugeruje ("praca poza firma to konflikt interesów") to można raz-dwa lub po upierdliwym postępowaniu w sadzie pracy sobie to wstecznie zmienić to na UoP - bo postulowane rozwiazanie jest nielegalne.
B2B nie powstał do żeby świadczyć prace u jednego pracodawcy, kolega widać ze nie wie o czym pisze a dobre kontrakty B2B zna chyba z komentarzy na discordzie ;)
Nic dodać, nic ująć: "diagnoza nie wystarczy".