Aktualności
Życie akademickie
02 Czerwca
Fot. Magdalena Kordziałek
Opublikowano: 2026-06-02

Doktoranci o akademii: feudalizm, zepsucie, brak perspektyw

Feudalizm i zepsucie w akademii, brak perspektyw, ilość pracy niewspółmierna do korzyści – to główne powody, dla których obecni doktoranci nie podjęliby ponownie kształcenia na tym poziomie. O podnoszeniu atrakcyjności szkół doktorskich dyskutowano podczas ostatniego posiedzenia Komitetu Naukoznawstwa PAN.

W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele szkół doktorskich z Uniwersytetu Jagiellońskiego, Politechniki Gdańskiej, Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach oraz Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Otwierając posiedzenie, prof. Agnieszka Olechnicka, przewodnicząca Komitetu Naukoznawstwa PAN, wyraziła nadzieję, że dyskusja stanie się przyczynkiem do opowiedzenia o tym, jak wygląda system nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce: w którym miejscu jesteśmy, jakie mamy ambicje, jak wspieramy osoby z dużymi aspiracjami, a tym samym jak realizujemy cele rozwojowe Polski.

Silosowe kształcenie

Na wstępie naukowcy z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu zaprezentowali pierwsze wyniki najnowszych badań dotyczących szkół doktorskich. Są one dziś postrzegane przez doktorantów jako przestrzeń tak naprawdę niczyja. Z ankiet i wywiadów przeprowadzonych wśród 1157 doktorantów wynika, że przebywają oni zazwyczaj w macierzystej jednostce (katedra, instytut) i właśnie tam prowadzą swoje badania. W przypadku nauk humanistycznych i społecznych jest jeszcze inaczej – tu doktorat powstaje najczęściej w… domu. Szkoła doktorska jest więc jedynie miejscem na załatwianie różnego rodzaju formalności. „Nie czuję potrzeby żeby tam iść i pracować, szczególnie gdy mam teraz własny pokój na uczelni, to pracuję tam albo w domu, więc w szkole, tak naprawdę, bywam sporadycznie” – mówił jeden z respondentów.

Tymczasem, zwracano uwagę, miały to być przecież miejsca fermentu intelektualnego, który wynikałby z ich interdyscyplinarnego charakteru. Okazuje się, że były to tylko pobożne życzenia. Doktorantom brakuje relacji z kolegami i koleżankami z innych dyscyplin, często mówią o silosowości kształcenia.

Obraz wyłaniający się z naszych badań pokazuje, że jest to jednak przestrzeń cały czas mocno ukierunkowana na kształcenie w poszczególnych dyscyplinach. Interdyscyplinarność jest trochę sztuczna i wymuszona – zauważył dr hab. Dominik Antonowicz, kierownik Katedry Badań nad Nauką i Szkolnictwem Wyższym UMK.

Ponad połowa badanych (52,8%) wskazywała, że spora część zajęć jest nieprzydatna. Podkreślali, że dla ukończenia doktoratu w terminie kluczowe znaczenie ma relacja z promotorem. Jeżeli ktoś źle trafi, ma pecha: współpraca przebiega źle, pojawia się zwątpienie, zniechęcenie, wręcz negatywne nastawienie do nauki. Tym samym promotor jawi się jako osoba kształtująca zaufanie do całej akademii. W drugą stronę też to działa: wpływowy promotor jest w stanie obronić doktoranta w kryzysie, poprowadzić go przez niuanse szkoły doktorskiej, a nawet zapewnić mu etat na uczelni. Daje więc poczucie bezpieczeństwa.

Dlatego jeżeli ta relacja jest niewłaściwa, ma to odzwierciedlenie nie tylko w osobistych animozjach, lecz wpływa także na opinię o całej akademii. Kluczowy z perspektywy efektywności systemu jest dobór promotora i jak te relacje się później kształtują – tłumaczy dr Krzysztof Wasielewski z UMK.

Ni to pies, ni wydra

Badacze byli także ciekawi, jak doktoranci funkcjonują w szkole doktorskiej. Cieniem na tej kwestii kładzie się ich nieuregulowany status: nie są bowiem ani studentami, choć wciąż często się ich tak określa, ani pracownikami, mimo że prowadzą zajęcia w ramach praktyk i realizują badania, tyle że bez pracowniczych benefitów. W wywiadach ktoś użył dosadnego określenia: „ni to pies, ni wydra”.

Ankiety ujawniły, że w każdym w zasadzie obszarze nauki obserwuje się „dorabianie” – doktorant pracujący poza nauką to już właściwie standard. Z badań wynika, że zawodowo pracuje 60,4% doktorantów, w tym 70,3% w HS i 42,5% w STEM. To konieczne, gdy ma się na utrzymaniu rodzinę, a deklaruje to 26,4% doktorantów.

Badanie objęło także studentów studiów uzupełniających i jednolitych magisterskich, których w kontekście kontynuowania kształcenia zapytano o atrakcyjność nauki. Co czwarty udzielił odpowiedzi twierdzącej, zaś dla aż 60% praca w nauce ma wymiar prestiżowy. Ponad połowa (54,7%) uważa z kolei, że stosunki międzyludzkie w nauce mają charakter feudalny.

Wydaje się, że właśnie ten element bardziej niż niskie płace odpycha młodych ludzi od nauki. To jest najbardziej niepokojący obraz, jak wyłania się z tych odpowiedzi – konstatuje D. Antonowicz.

Pytano też, jak oceniają wartość doktoratu na rynku pracy. O tym, że jest duża lub bardzo duża przekonanych jest w sumie 30% z nich. Za średnią uznaje ją 42%. Blisko 40% studentów rozważa podjęcie kształcenia w szkole doktorskiej. Co ich motywuje? Najbardziej możliwość samorozwoju (73,5%), perspektywa zatrudnienia w nauce (46,3%), prestiż stopnia naukowego (35,6%) oraz silniejsza dzięki temu pozycja na rynku pracy (25,5%). Znamienne, że osoby mające w nauce kogoś z rodziny wykazują prawie dwa razy większe zainteresowanie kształceniem w szkole doktorskiej i późniejszym pozostaniem w akademii niż ci, którzy takiego familijnego „benefitu” nie mają.

A gdyby obecni doktoranci mogli wybierać raz jeszcze, to co w największym stopniu wpłynęłoby na inną decyzję? Na plan pierwszy wybija się feudalizm i zepsucie w akademii (21,7%). Nieco mniej osób mówiło o braku perspektyw (16,8%) oraz ilości pracy niewspółmiernej do korzyści (16,1%). Pojawiały się też głosy o trosce o zdrowie psychiczne (14,3%) i ogromie niepotrzebnych zajęć (13,7%).

Pełne wyniki projektu „Doktoranci w Polsce – motywy wyboru kształcenia, przyczyny niepowodzeń, ścieżki rozwoju zawodowego” zostaną opublikowane jeszcze w tym roku.

Nie tak szybko, jak chcą „Zetki”

W dyskusji, którą prowadziła dr hab. Anna Zachorowska-Mazurkiewicz, dyrektorka Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, zderzono doświadczenia osób, które aktywnie uczestniczyły bądź uczestniczą w tworzeniu i zarządzaniu szkołami doktorskimi. Skupiono się na dwóch kwestiach: umiędzynarodowieniu i interdyscyplinarności. Jeszcze parę lat temu wydawało się, że te dwa aspekty zachęcą studentów do podjęcia kształcenia doktoranckiego.

Jak mówiła prof. Ewa Lechman, zastępczyni dyrektora Szkoły Doktorskiej Politechniki Gdańskiej ds. rozwoju i internacjonalizacji, na jej uczelni działa jedna szkoła doktorska, która skupia 14 dyscyplin.

Mamy obecnie około 370 doktorantów, z czego 1/3 to obcokrajowcy, głównie spoza Unii Europejskiej, m.in. Hindusi, Pakistańczycy, Irańczycy. Pamiętajmy, że zainteresowanie ścieżką naukową na całym świecie spada. To nie jest tylko problem Polski. W ostatnich latach i w Europie, i w Stanach Zjednoczonych, i w Kanadzie, liczba doktorantów spadła średnio o 20%. To wynika z demografii, ale nie tylko – przekonywała.

Innym czynnikiem są warunki finansowe, które zniechęcają do robienia doktoratu. Porównując zarobki na uczelniach z tym, co oferuje biznes, nawet osobom zaraz po studiach, widać przepaść. W akademii zostają więc pasjonaci. Kolejny z czynników, na który zwróciła uwagę, to specyfika pokolenia Z: chcą szybko, natychmiast, od razu. W nauce tak się nie da, szybkich efektów nie ma. Z tym właśnie wiąże się wysoki drop-out po pierwszym roku kształcenia.

Tworząc naszą szkołę, wyszliśmy z założenia, że będziemy inwestować w doktorantów. Uruchomiliśmy program grantów na badania, całe kształcenie odbywa się po angielsku, mamy też szeroką ofertę wyjazdową. Oferujemy trzymiesięczne staże do najlepszych politechnik w Europie: na ETH w Zurichu, TU Delft, RWTH Aachen, UPV w Walencji – wyliczała.

Prof. Francesco Giacosa, dyrektor Szkoły Doktorskiej Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach (jedna szkoła, 17 dyscyplin), podał, że u niego co piąty doktorant jest spoza Polski. Zaznaczył, że w UJK również jest mniej doktorantów niż wcześniej. Wielu pracuje, ale obcokrajowcom – z uwagi na nieznajomość języka polskiego – jest o to dużo trudniej. Z kolei z podstawowym stypendium trudno normalnie żyć.

Bariery finansowa i językowa stanowią, jego zdaniem, największe wyzwanie dla doktorantów, którzy przyjeżdżają do naszego kraju. Co ich zachęca? Przede wszystkim dobry grant. A poza tym promotor: czy ma pozycję, sieć kontaktów, jest znany międzynarodowo. Podkreślił, że na UJK udało się zrealizować ideę interdyscyplinarności. Być może to dzięki temu, że uniwersytet nie jest duży i o wiele łatwiej zbudować współpracę między naukowcami z różnych dyscyplin.

Dr hab. Krzysztof Kowalski, kierownik interdyscyplinarnego programu doktorskiego w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, już na wstępie określił się jako fan szkół doktorskich.

Jestem może trochę z innego świata, bo uważam, że to rozwiązanie, na które powinniśmy chuchać i dmuchać. To jest wyjście poza dotychczasowy, wewnętrzny system naboru. Daje transparentność, zewnętrzną możliwość finansowania i współpracy. Program, taki jak nasz, jest możliwy tylko i wyłącznie dzięki istnieniu szkoły doktorskiej – zaznaczył.

Program realizowany jest w ramach Uniwersytetu Europejskiego Una Europa. UJ współpracuje z innymi członkami sojuszu w zakresie pozyskiwania kandydatów, wymiany, wsparcia, umów bilateralnych. Całość opiera się na systemie double degree: doktorant podpisuje dwustronną umowę, po obronie otrzymuje podwójny dyplom od uczelni macierzystej i goszczącej. Oponował przeciwko nazywaniu szkoły doktorskiej niczyją.

Ona jest tak długo niczyja, dopóki ktoś nie dojdzie do wniosku, że można zbudować wspólnotę wokół pewnych wartości. Nie mówię, że jest to łatwe. Nasza szkoła oferuje osadzenie doktoranta w kontekście międzynarodowym z pomocą promotorów, którzy patrzą dalej niż tylko do obrony doktoratu. Doktoranci szukają bowiem osadzenia w rynku pracy – przekonywał.

Podawał przykłady zajęć z Science Communication czy warsztatów z Science Popularization, które są właśnie taką odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku. Odniósł się również do przedstawionych wcześniej wyników badań, w których wskazywano nieprzydatność części zajęć w szkole doktorskiej.

To ma być środowisko wsparcia, a nie lista kursów do wypełnienia. Można przecież dopuścić aktywności, które komuś bardziej odpowiadają, a dadzą odpowiednią liczbę punktów ECTS. Więc to kwestia wprowadzanych rozwiązań, a nie tego, że szkoły doktorskie są co do zasady złe. Uważam bowiem, że są najlepszym miejscem do przekazywania innym tego, co sami kiedyś na uniwersytecie dostaliśmy – podsumował.

Doktorat atutem czy nie?

Ciekawą perspektywę dorzucił prof. Paweł Swianiewicz z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, dyrektor Narodowego Instytutu Samorządu Terytorialnego, były dyrektor Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem szkoły doktorskie to pomysł, który został w dużym stopniu zmarnowany.

Cechuje je pozorna interdyscyplinarność. I nie chodzi mi tu nawet o badania, a bardziej o kształcenie. Mamy ekonomistów, psychologów, politologów, geografów, socjologów, którzy często posługują się tymi samymi metodami. Skoro tak, to zróbmy zajęcia , w których ekonomiści skorzystają z wiedzy psychologa znającego się na metodach eksperymentalnych. Szkoły doktorskie, które znam, nie chcą iść w tym kierunku. Mamy więc szkoły, w której każda dyscyplina kształci po swojemu, tak jak było od zawsze – mówił.

Jego zdaniem decyduje o tym w głównej mierze konserwatyzm środowiska naukowego. Jak tłumaczył, w polskiej nauce mamy wielu wyznawców wiary w czystość dyscypliny naukowej. Tymczasem np. w samorządzie, czyli jego działce, interdyscyplinarność jest bardzo przydatna.

Jeżeli interesujemy się funkcjonowaniem samorządu terytorialnego, to umiejętność poruszania się w zakresie kilku dyscyplin, np. nauk społecznych, jest szalenie potrzebna, bo spojrzenie wyłącznie z perspektywy jednej byłoby bardzo fragmentaryczne – zakończył, dodając, że w niektórych obszarach, jak np. prawo, niezależnie czy kształcenie było interdyscyplinarne, czy nie, zdobycie doktoratu znacząco poprawia sytuację na rynku pracy.

Z tym, że stopień doktora jest dziś na rynku pracy atutem, nie do końca zgodziła się Paulina Chobot, pełnomocniczka ds. umiędzynarodowienia Krajowej Reprezentacji Doktorantów. Jej zdaniem osoby po doktoracie postrzega się jako wyspecjalizowane w bardzo wąskiej dziedzinie i bez doświadczenia praktycznego. Stanowi to duży problem dla tych, którzy nie planują pozostać w akademii. To też jeden z powodów, dla których wielu z nich łączy doktorat z pracą zawodową. Przypomniała, że przed oceną śródokresową stypendium doktoranckie wynosi mniej niż minimalna krajowa, co również skutecznie zniechęca do obrania tej ścieżki.

Przyznała, że interdyscyplinarność nierzadko staje się problemem dla doktorantów. Są oni oceniani w ramach jednej, wąskiej dyscypliny, co realnie przeszkadza i odstrasza od prowadzenia interdyscyplinarnych badań. Podkreśliła wagę umocowania czy doprecyzowania statusu doktoranta i to nie tylko na gruncie prawa, ale też, a może przede wszystkim, w mentalności świata akademickiego. Odniosła się również do kwestii mobilności. Nie zawsze jest ona odbierana pozytywnie przez promotorów.

Dla nich taki wyjazd oznacza wyhamowanie postępów pracy badawczej. A ponieważ kształcenie w szkole doktorskiej odbywa się w wąskich ramach czasowych, to często takie wyjazdy mogą się wiązać z tym, że termin ukończenia pracy doktorskiej nie zostanie zachowany. Mobilność jest ważna, ale niekiedy otoczenie systemowe w niej przeszkadza – dodała.

Patologiczny chów wsobny

Z kolei prof. Janusz Hołyst, członek Komitetu Naukoznawstwa PAN, za patologiczny uznał obraz promotora jawiący się z badań naukowców UMK. Respondenci wskazywali, że dobry promotor to ten, który później ma załatwić doktorantowi etat na uczelni.

Nasza tradycja chowu wsobnego jest po prostu patologią. Po obronie doktoratu trzeba jechać w świat, zdobywać doświadczenie, poznawać inne oblicze akademii, a nie osiadać w środowisku, z którego się wyszło – mówił.

Dodał, że nie rozumie, dlaczego za sukces uważa się jak największy odsetek doktorantów zagranicznych. Dlaczego mamy dokładać pieniądze polskiego podatnika do podnoszenia kwalifikacji obcokrajowców – pytał. W jego ocenie stypendia powinny służyć temu, żeby doktorat zwrócił się naszemu społeczeństwu. Przeciwko takiemu stawianiu sprawy zaprotestował prof. Kowalski.

Pytanie jest takie: czy chcemy dobre projekty i dobrych doktorantów, czy po prostu chcemy kształcić Polaków? Osobiście wybieram opcję, w której od początku rekrutujemy najlepszych, a nie dopiero wtedy, gdy już miejsca są wypełnione przez Polaków. Przecież nawet jeśli później obcokrajowcy wyjadą do pracy gdzie indziej, wytworzą pewnego rodzaju markę naszego kształcenia – przekonywał.

Podobnie na sprawę patrzy prof. Giacosa, który sam niedawno szukał doktorantów do swojego zespołu. Oferował całkiem niezłe uposażenie. W Polsce nikt nie był jednak zainteresowany, za to nadesłano sporo CV z zagranicy.

Potrzebujemy doktorantów zagranicznych i to nie podlega dyskusji. Tylko najpierw musimy rozwiązań ogromny problem z pozwoleniem na pobyt. Dziś czeka się nawet kilkanaście miesięcy – apelował.

Również prof. Lechman stanęła w obronie doktorantów z zagranicy. Przyznała, że u niej, na Politechnice Gdańskiej, czołówkę stanowią głównie doktoranci z Iranu, świetnie wykształceni w naukach matematycznych: publikują, przynoszą granty, nawiązują współpracę.

Poza tym proszę popatrzeć na to, jak na system naczyń połączonych. Przecież my też wyjeżdżamy na stypendia za granicę i korzystamy z zasobów innych państw. Dla mnie umiędzynarodowienie to właśnie zagraniczne wyjazdy doktorantów i trwała długofalowa współpraca z różnymi ośrodkami – zauważyła.

Panel dyskusyjny odbywał się pod patronatem medialnym „Forum Akademickiego”.

Mariusz Karwowski

Dyskusja (105 komentarzy)
  • ~fizyk 08.06.2026 08:26

    Szanowni Państwo, w 1995 roku prowadząc lekcję fizyki trafiłem na błąd w interpretacji warunku ruchu elektronu wokół protonu, który wiele lat później potwierdziłem odkrywając mechanizm bezemisyjnego ruchu elektronu wokół protonu. W 2002 roku u ś.p. prof. Bernarda Jancewiczna chciałem pisać ambitną pracę doktorską podważającą postulat Bohra o orbitach stacjonarnych oraz wykazać błąd w obecnym stanie wiedzy. Troskliwa odpowiedź brzmiała "nigdy na to się nie zgodzę, pan wie, co to by było?". Posiadam dowód błędu fizyków, który zmienia obecny stan wiedzy oraz wyjaśniam mechanizm bezemisyjnego ruchu elektronu wokół protonu. Uczelnie milczą, zatem w czerwcu podam opracowanie do publicznej wiadomości. Dowód jest zrozumiały dla absolwenta szkoły średniej.

    • ~geniusz 08.06.2026 12:50

      z pewnością fizyk co to odkrywa "Perpetuum mobile". Znałem takiego co to uderzając w wiązkę prętów raz młotkiem mówił, że energia powstawać będzie w nieskończoność w tej wiązce i żyć i nie umierać po co się męczyć. Chłopie gdyby to była prawda to co mówisz, to nie musiałbyś prof. przekonywać, a sam napisać publikację i opublikować i byłbyś docenionym geniuszem. Teraz to możesz gdy już ś.p. prof. mówić co chcesz bo i tak nikt nie zaprzeczy, ani nie poprze.

  • ~Iwona 07.06.2026 19:19

    Większość „pożal się Boże” profesorów od lat nie wnosi do nauki żadnej wartości, a przez brak kontaktu z przemysłem zostawia młodych bez przygotowania do rynku. Starsza kadra panicznie boi się utraty stołków – wiedzą, że zdolni młodzi naukowcy szybko by ich zweryfikowali i zastąpili. Stąd bierze się układ zamknięty: nepotyzm, kolesiostwo oraz plaga dopisywania się „na krzywy ryj” do cudzych publikacji, byle tylko sztucznie nabić punkty.Prawdziwych profesorów, którzy znają swoją wartość, nie kradną dorobku i dbają o rozwój doktorantów jak o partnerów, można policzyć na palcach jednej ręki. Dopóki na uczelniach rządzi strach i feudalny układ zamiast merytokracji, zdolni ludzie będą uciekać, bo skazani są na porażkę. Może, by tak jak w Czechach i zagranicą, kontrakty o prace odnawialne! Wówczas dotacja nie idzie w błoto, tylko dla tych co mogą i umieją, nie zabiera ich Rektor, Dziekan i Kierownik, dostaje je sam Prawdziwy profesor ( wprost z MNiSW), mamy tyle baz danych, a on wie jak je mądrze i dobrze spożytkować!

    • ~Karma wróci 08.06.2026 10:30

      powtórzę, "prosta droga do 05.06.2026 08:58

      "Z dużą pewnością można sądzić, że to mówi ""element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych" młody z pokolenia Z, by wykopać starych prof. "

      a jak wykopiemy tych starych prof. to będziemy dumni z siebie, a za parę lat będzie, aj waj, jak się do koryta dorwie i będę już prof. to mnie już nie " „na krzywy ryj” a na krzywy pysk na bruk wykopią. W świecie i w Polsce są profesorowie i mają pozycje "State position", "Tenured professor" "Full Professor" i są cenieni, ale nie karierowicze, miernoty, a tu jaśnie pani chce na bruk wszystkich prof. wyrzucani, bo tak uważa. Karma wróci szybko.

    • ~Marcin Przewloka 07.06.2026 20:21

      @Iwona

      Ale w których krajach na uczelniach są "kontrakty o prace odnawialne"?

      Rzeczywiście, pomysł zatrudniania nowych ludzi na uniwersytetach w Polsce należałoby zmienić radykalnie. Obawiam się jednak, że ten pomysł mógłby się spodobać tak samo, jak idea ewaluacji przez grupy ekspertów z zagranicy (zamiast punktozy).

  • ~Krystyna Żuk-Gołaszewska 07.06.2026 13:18

    Szanowni Państwo,
    potwierdzam opinię FBS dotyczącą sytuacji na UWM w Olsztynie.
    Oto moja ścieżka kariery naukowej dotycząca uzyskania tytułu profesora w skrócie (trwała 6 lat)
    https://www.facebook.com/share/p/1DNY66aPrY/



    • ~Profesor PAN 07.06.2026 17:23

      Od roku 2019 tytuł profesora jest nadawany na podstawie indywidualnego wniosku badacza bezpośrednio do RDN. Uczelni w tym procesie nie ma, tylko finansuje recenzje i nie ma prawa odmówić.

  • ~Michał 07.06.2026 08:50

    Jako młody adiunkt mogę uczciwie powiedzieć że na uczelni nie ma znaczenia jak dobry jesteś w tym co robisz. Byłem wśród 5% najlepszych studentów, materiał lepiej ogarnialem od nauczycieli. Teraz sam nim jestem i umysł mi się otworzył na to dlaczego tak się dzieje że ambitni ludzie marnują się na uczelni. Wydawać by się mogło że będzie rozwój, badania, zaangażowanie, a wyszło że konkursy dla "wybitnych" to już mają zaklepane miejsca. Niestety, jeżeli nie masz starych na uczelni co cię dopiszą do grantów, dadzą jakieś wirtualne pozycję czy dopiszą do gówno wartych artykułów o niczym, itp. to "wybitnym" nie będziesz. Na uczelniach panuje nepotyzm, kumoterstwo i korupcja w różnych formach. Ewaluacja? To chyba jakaś kpina. Punkty dziekani i rektorzy przyznają swoim kolesiom i pociotkom. Kasy na publikację w dobrym piśmie nie dostaniesz a twój kolega syn kolego dziekana będzie publikować w jakimś mdpi i naklepie punktów. Już nawet nie chce komentować durnych kryteriów gdzie punkty dostaje się za funkcje i zadania które przyznaje dziekan/kierownik. Jeszcze powinni dodać punkty za uściśnięcie dłoni dziekana i byłby komplet. Fakt, uczelnia to zgnilizna i komuna w pełnym wydaniu.

    • ~Marcin Przewloka 07.06.2026 12:55

      @Michał

      To, że "nepotyzm, kumoterstwo i korupcja w różnych formach" obecnie są tak głęboko zakorzenione na uczelniach polskich, to cecha ciągle powracająca w komentarzach.
      Musze przyznać, ze brzmi to dosyć dramatycznie.

    • ~jaki to 07.06.2026 12:23

      Widocznie jesteś doktorem o siamtym owamtym, głupocie co to dziś dominuje w mediach. Gdybyś był doktorem od spraw ważnych i mądrych, praw natury, to nie musiałbyś się tak wymądrzać i pisać żale, że nie pozwalają ci powielać jeszcze większych głupot. Zmień fach i lepiej zajmij się czymś pożytecznym a nie chrzanienia głupot i pokazywania jaki to jesteś "mądry".

  • ~Anonim 06.06.2026 20:15

    Po co nam wykształceni Polacy? CIEMNOTĄ SIĘ ŁATWIEJ RZĄDZI! PRAWDA???

  • ~FBS 05.06.2026 16:26

    To nie dotyczy wyłącznie doktorantów. Podobne mechanizmy pojawiają się na każdym etapie kariery akademickiej, często zaczynają się już na poziomie doktoratu, a później narastają jak efekt kuli śnieżnej. Dobrym przykładem jest środowisko akademickie UWM w Olsztynie, gdzie wiele osób przez lata wskazywało na problemy związane z lokalnymi układami, zależnością od przełożonych, brakiem przejrzystych ścieżek awansu i ograniczoną realną ochroną osób zgłaszających nieprawidłowości. Ale to nie jest wyłącznie problem jednej uczelni. Podobne zjawiska występują w wielu miejscach w Polsce, dlatego ta dyskusja powinna być prowadzona szerzej, nie jako problem doktorantów, lecz jako diagnoza kondycji całego środowiska akademickiego.

  • ~Młody badacz, lekko sfrustrowany. 04.06.2026 13:24

    Drodzy Państwo,
    Ze wszystkimi uwagami się zgadzam ale mam jedną istotną uwagę, która często nam ucieka w dyskusji o przedmiotowej sprawie.

    Jestem młodym doktorem, ukończyłem studia doktoranckie kilka lat temu, mój doktorat uzyskał kilka nagród, w tym jedną zdobytą po raz pierwszy w historii mojego uniwersytetu. Pomimo wiadomych warunków finansowo-organizacyjnych bardzo chciałem zostać na uczelni. Niemniej, jako osoba bez koneksji nie miałem żadnych szans aby na tej uczelni zostać. Jednocześnie na doktoracie miałem już na koncie bardzo wysoko punktowane publikacje. Nikogo to nie obchodziło. No nic - proza życia.

    I tutaj jest moim zdaniem fundamentalny problem. Bo my w systemie tracimy setki talentów, młodych doktorów, którzy pomimo tych fatalnych warunków chcą się na nie zgodzić i tworzyć naukę.
    Zapewne 8/10 przypadków nigdy nie dostanie nawet cienia szansy aby się sprawdzić. W toku nauczania mówi im się, że będą naukowcami a później po uzyskaniu dyplomu otrzymują „uścisk dłoni” i sympatyczne, choć budzące zawód, zawołanie: dziękujemy, do widzenia.

    To jest bardzo krzywdzące.

    Jak stworzyć system aby Ci najzdolniejsi mogli na tych uczelniach zostawać? Przecież ich obecność w dekadę zmieniałby wiele wymiarów funkcjonowania akademii. Z pewnością „pchnęli” by nas do przodu w rankingach.

    U mnie na studiach doktoranckich było 11 osób, które ukończyło studia. Jestem jedyny, który został w szkolnictwie wyższym. Dlaczego? Bo mam tak duże poczucie misji i pasji tego co robię, że przez ponad rok po doktoracie cały czas publikowałem nie będąc w akademii. Po 9 rekrutacjach w końcu jedna z uczelni mnie przyjęła (po „dowiezieniu” im punktów są zdziwieni, że moja Alma Mater tak po prostu się ze mną pożegnała).

    Niemniej moja sytuacja pokazuje, że tylko jakaś niewyobrażalnie dużą determinacją można po jakimś czasie do tego systemu się włączyć. Nie każdy ma na to czas, ochotę, pieniądze…

    Fajnie byłoby gdyby ktoś oceniał nasz potencjał po naszej pracy i dorobku, a nie po jakiej źle pojmowanej determinacji do wejścia do tego systemu. Co nie?

    Czy mógłby powstać system, że najlepszym dajemy szansę? Nie ukrywam, że boli mnie to jak widzę kolejne pokolenia bardzo zdolnych doktorów, którzy nigdy nie dostaną szansy.

    Wybaczcie nieco emocjonalny wpis ale jestem sfrustrowany myśląc o tym wszystkim. Szkoda mi po prostu mojego - naszego państwa.




    • ~Alpha 06.06.2026 09:29

      ~Młody badacz, lekko sfrustrowany.
      Bardzo dobrze rozumiem ten głos. To nie jest jednostkowa frustracja jednej osoby, tylko opis mechanizmu, który niszczy ludzi naprawdę zaangażowanych w naukę.

      Najbardziej bolesne jest to, że system bardzo często nie przegrywa dlatego, że brakuje zdolnych doktorów, ambitnych badaczy czy osób gotowych ciężko pracować. On przegrywa dlatego, że takich ludzi się zniechęca, wypycha albo zostawia samych sobie. A później wszyscy udają zdziwienie, że młodzi odchodzą z akademii, że nie ma następców, że polskie uczelnie nie awansują tak, jak powinny.

      To, o czym Pan pisze, jest możliwe do zmiany, ale tylko wtedy, gdy osoby rzetelnie pracujące naukowo zaczną mówić jednym głosem i przestaną godzić się na lokalne układy. Bo problemem nie jest brak talentu. Problemem jest to, że zbyt często o zatrudnieniu, awansie i dalszej karierze nie decyduje rzeczywisty dorobek, tylko to, kto kogo zna, kto komu jest potrzebny i kto został „wyhodowany” według zasady: mierny, ale wierny.

      I to nie kończy się na etapie doktoratu. Potem mamy habilitacje, awanse, recenzje i postępowania, które również powinny być oparte na rzetelnej ocenie naukowej. Tymczasem wystarczy czasem poczytać dokumenty: recenzje pisane pobieżnie, fragmenty wyglądające jak kopiuj-wklej z autoreferatu, rekomendacje do wyróżnienia bez pogłębionej analizy dorobku. A z drugiej strony, osoby wartościowe potrafią być blokowane tylko dlatego, że nie należą do właściwego układu.

      To jest po prostu demoralizujące. Dla młodych ludzi, którzy patrzą na akademię z nadzieją. Dla doktorów, którzy naprawdę chcą pracować naukowo. I dla tych wszystkich, którzy jeszcze wierzą, że uczelnia powinna być miejscem rozwoju, a nie zamkniętym systemem zależności.

      Dlatego moim zdaniem nie wystarczy już tylko o tym rozmawiać. Trzeba wywierać presję na przejrzystość procedur, na jawność kryteriów, na realną odpowiedzialność kierowników katedr, dziekanów, rad dyscyplin i władz rektorskich. Jeżeli decyzje kadrowe i awansowe nadal będą zapadały według nieformalnych reguł, to będziemy dalej tracić najzdolniejszych ludzi, i potem udawać, że nie wiadomo, dlaczego polska nauka stoi w miejscu.


      Jednoczmy się i wywierajmy presję.

      • ~miriam 07.06.2026 19:13

        To wszystko rozbija się o brak odpowiedzialności.

        Profesor za molestowanie odchodzi z pracy, a uczelnia nie wysuwa oskarżeń z KK.
        Upomnienie za próbę dopisania się (lub banalne do udowodnienia dopisanie się) do publikacji bez spełniania kryteriów - z automatu. Dwa upomnienia - nagana. W praktyce doktorant może po 2 latach zgłosić "samodzielnego" i załatwić mu naganę, a jeśli jest ich kilku to dyscyplinarkę.

        Bez tego typu rzeczy nic się nie zmieni.

    • ~Michał 05.06.2026 17:17

      Doktoranci. Mało kto zauważa, że Człowiek jest na takim poziomie Ewolucji, że już czas poszanować wszelkie Życie. Jecie mięso a mówi większość religii nie zabijaj. Chcecie szacunku a sami go nie macie do Życia. Na co chcecie liczyć?

      • ~no nie, 07.06.2026 10:37

        Skąd te twoje mądrości i jeszcze na religię powołujesz. To chore, to co robisz. Może powiedzieć rybkom, by nie zjadały inne, lwom, tygrysom, rekinom itd. żeby też nie zjadali, a może w ramach doświadczenia spróbuj ich przekonać i pogłaskaj krokodyla gdy jest głodny. Z pewnością zniknie ten ton i zadufanie jaki to ja jestem "godzien" i serwuje wam takie "mundruści".

    • ~komentator (poprzedni) 05.06.2026 16:04

      Cóż... co do mnie, to już pisałem, jak to było w moim przypadku. Mój wpis jest poniżej, więc nie będę go powtarzał. BARDZO DUŻO zależy od promotora, czy opiekuna pracy doktorskiej.
      Ostatnio przypomniałem sobie tamtą wiosnę i lato sprzed lat, gdy świeżo po doktoracie, miałem ogrom zapału i pomysły do pracy naukowej (jedna z dziedzin ścisłych). Pamiętam, jak wtedy, wracając z pogrzebu wujka, w sierpniu, myślałem nie tyle o wakacjach, ile m.in. właśnie o pracy naukowej, wprost nie mogłem się doczekać powrotu do domu, żeby się do tej pracy zabrać. NIESTETY, rychło realia miały wylać na moją pełną zapału głowę, kubeł zimnej wody. Wbrew temu, co usłyszałem na rozmowie z dyrekcją jednego z instytutów, szansy na etat nie było wskutek małej ilości studentów, a konkursy we dwóch innych miejscach przegrałem. Okazało się, że muszę zawrzeć "małżeństwo z rozsądku" z informatyką, gdyż w Polsce (i chyba nie tylko), użyteczność danej osoby na etacie na uczelni mierzy się przeważnie w ilościach godzin zajęć dydaktycznych, które można jej przydzielić: jeśli jest ich za mało, to "do widzenia", a ilości godzin zajęć z mojej dziedziny było właśnie "jak na lekarstwo". Musiałem więc się przekwalifikować na studiach podyplomowych. Oczywiście, trzeba było za nie zapłacić, zainwestować dodatkowo w sprzęt i oprogramowanie, literaturę...
      Zatem, co 2 - 3 weekendy: zajęcia na studiach podyplomowych, w niedzielę wieczorem usiłowałem się dokształcać z mojej dziedziny naukowej, ale pozbawiony właściwie wsparcia, szedłem trochę "na oślep", więc nie bardzo wiedziałem, na czym mam się skoncentrować.
      Mój związek z moją dziedziną nauki sprowadzał się do dwóch rzeczy: w każdy poniedziałek śpieszyłem na 8 rano, na wykład jednego z wybitnych profesorów, żeby choć tutaj cieszyć się tą wiedzą, potem po powrocie do domu odsypiałem trochę, po obiedzie zaś zastanawiałem się nad zadaniami z tych studiów podyplomowych.
      Co 1.5 - 2 miesiące przyjeżdżał z innego miasta jeden z dwóch niegdysiejszych opiekunów mojej pracy doktorskiej (kontakt z drugim się właściwie urwał), i wtedy korzystałem z okazji, żeby przez 15 - 20 minut pogadać z nim, ale widziałem, że już zdążył SAM ZAPOMNIEĆ wiele rzeczy z jego i zarazem mojej dziedziny. Ponieważ był "lubiany" przez dużą część środowiska naukowego, więc nie spodziewałem się uzyskać wsparcia od kogoś innego, zresztą był niezbyt chętny takim kontaktom. Tak więc, byłem w dużej mierze, pozostawiony sam sobie, i zresztą nie ja jeden.
      Koniec końców, liczba moich publikacji z nim, po doktoracie wynosi dokładnie: JEDEN, tylko jedna publikacja, do której obliczenia i pisanie jej wlokły się przez kilka lat, bowiem zajęty swoimi sprawami, miał w porywach 10% tego czasu na współpracę, co przedtem.
      PRZEZ ponad ROK po doktoracie byłem bezrobotny, co mi wręcz UWŁACZAŁO. Pracę na uczelni dostałem właśnie ponad rok po doktoracie, prowadziłem wyłącznie zajęcia z informatyki, 90 % dotyczyło dość zaawansowanych kursów, a nie "korzystanie z komputera" itp.
      Co ciekawe, dość podobny przebieg miała kariera akademicka mojego Ojca. Jego promotor też ZOSTAWIŁ, wyjechawszy sobie, jeszcze PRZED obroną doktoratu, hen daleko od Polski.
      OBAJ przekonaliśmy się, co oznacza uprawianie działalności naukowej, gdy się jest "poza klanem", gdy się nie ma tego "guru", tzn. mistrza. Obaj wiemy, jaka jest tego cena. SZKODA, że nikt nam tego nie powiedział zawczasu...
      Nauczony tym doświadczeniem, BĘDĘ UCZULAŁ młodych zdoktoryzowanych adeptów pracy naukowej, żeby NIE OCZEKIWALI robienia jakiejś dużej kariery akademickiej, jeśli ich promotorzy są nieodpowiedzialni (a tak było właśnie w przypadku moim i mojego Ojca). Jeśli chcą się zajmować nauką - OK, ale niech się przygotują na to, że NAWET osiągając ORYGINALNE i WAŻNE wyniki, NAWET publikując je W DOBRYCH czasopismach, MOGĄ pozostać "TYLKO" DOKTORAMI, tzn. po pewnym czasie będą postrzegani przede wszystkim, jako ludzie od zajęć dydaktycznych, gdyż habilitacji mogą nie zrobić. Wystarczy, że nie będą cytowani i sprawa załatwiona.

    • ~Barnaba 05.06.2026 12:32

      @Mlody badacz- popełniłeś niewybaczalny błąd w naszym piekiełku, okazaleś się młody, zdolny i groźny dla starych wyjadaczy. Więc zabrakło dla Ciebie miejsca.

      Do tego każdy liczy koszty i próbuje opędzlować oddział minimalną liczbą lekarzy, najlepiej rezydentów, ostatecznie imigrantów - bo najtańsi.

    • ~Profesorek 04.06.2026 20:18

      Próbować za granicą. Jeśli tam się nie da rady przebić, pogodzić się z losem - jest wielu lepszych od nas w tym wyścigu szczurów. W zachodnim świecie setki talentów nie są potrzebne nauce. Potrzebne jest niewielu najlepszych. A będzie potrzebne jeszcze mniej przez AI. Ilość a nie jakość to model sowiecki, brakuje jeszcze tylko pomysłu aby przywrócić tytuł kandydata nauk.

      • ~Michał 07.06.2026 08:55

        Ale taki tytuł funkcjonuje u nas tylko pod nazwą "doktor". Nasz doktor to nie to samo co doktor na zachodzie. U nas dopiero habilitowany to doktor z zachodu, chociaż zazwyczaj nie ma z nim nic wspólnego bo nasz doktor habilitowany to zazwyczaj osoba która węzła w układ powiązać a nie stopien naukowy przyznawany za osiągnięcia.

    • ~Marcin Przewloka 04.06.2026 15:56

      @Młody badacz, lekko sfrustrowany.

      Mały odsetek tych, którzy zostają na uczelniach nie jest cechą charakterystyczną systemu polskiego. Natomiast co wydaje się charakterystyczne dla Polski, to wysoce korupcyjny sposób w jaki te stanowiska są obsadzane (cyt. z Pańskiego komentarza: „jako osoba bez koneksji nie miałem żadnych szans”). Innymi słowy, nie dość, że tych stanowisk jest bardzo niewiele, to jeszcze dostają je nie te osoby, które powinny.
      Jeśli trzymać się postulatów „3% dla nauki, 100% dla Polski”, to niestety, ale mamy tutaj przykład czegoś niezwykle ważnego dla nauki polskiej, czego same pieniądze, nawet jeśliby się pojawiły, nie załatwią. Korupcja i układy przenikają wszystko, tak to przynajmniej widzę z opisów i komentarzy. Jak wiec to zmienić?

      Jeśli mogę coś zasugerować, to proszę spojrzeć na te stronę:
      https://royalsociety.org/news-resources/publications/2010/scientific-century/

      Po prawej stronie u góry jest link „Full report”. Jak go sobie Pan ściągnie, to proszę spojrzeć na Figure 1.6 ‘Careers in and outside science’, która obrazuje, jak ścieżki kariery po doktoracie wyglądały w 2010 roku w Wielkiej Brytanii. Ja rozumiem, to już dawno temu i to nie Polska, ale wydaje mi się, że w dużym stopniu wygląda to tak i gdzie indziej. Mniej więcej 3 % PhDs zostaje na uczelniach, następne około 20% w instytucjach naukowych poza-uniwersyteckich, ale cała reszta, czyli ponad ¾ pracuje poza nauką. Czy to źle? Chyba nie, bo podejrzewam, że znacząca większość tych poza-naukowych pozycji jednak wymaga (albo przynajmniej preferuje) posiadanie doktoratu. Tak jest w krajach wysoko uprzemysłowionych. Nie wiem do końca, jak to się ma do Polski.

    • ~Przemo 04.06.2026 15:00

      "Jak stworzyć taki system"?
      Po pierwsze: oceniać doktoraty. Kto dostaje summa cum laude - zostaje i ma prawo założyć grupę badawczą bez durnych zabaw w habilitacje, kto magna cum laude - dostaje etat, ale pracuje nadal u swojego promotora, kto niżej - zostaje u kogoś na postdoku lub szuka innej pracy i może zmiana miejsca dobrze mu zrobi.
      Po drugie: mniej stałych etatów na uczelniach, żeby system się nie zatykał - system kontraktowy.
      Po trzecie zdrowy system ewaluacji i przyznawania środków z budżetu państwa.

      Jak Pan widzi sporo trzeba by było zmienić, a jakoś od lat 37, podobno "się nie da". Bezwładność systemu jest potężna.



      • ~Hubert Wojtasek 04.06.2026 16:09

        Komentarze poniżej dowodzą, że Pana propozycja nie jest dobra. Moim zdaniem nie powinno być żadnego zatrudniana na tej samej uczelni po doktoracie, niezależnie od tych "osiągnięć". Po doktoracie szukasz postdoka - im wyżej tym lepiej. W Oxfordzie, Harvardzie czy Stanfordzie nikogo nie będzie obchodziło do ilu publikacji tato czy wujek cię dopisali. Musisz sam pokazać, że masz jakieś kompetencje. A jak się sprawdzisz, to możesz wrócić (tylko, że na razie to nie ma do czego, ale to inna sprawa). "Obecność TAKICH LUDZI w dekadę zmieniałby wiele wymiarów funkcjonowania akademii", jak pisze "Młody badacz, lekko sfrustrowany". I MOGŁABY zlikwidować wiele z patologii opisanych poniżej, bo gwarancji nie ma.

        • ~Przemo 04.06.2026 18:35

          Po co narzucać coś korzystnego, kiedy dobre rozwiązania same się bronią?
          Ludzie wracają z postdoków w bardzo dobrych miejscach i co? I nic. Jak sam Pan pisze - nie ma do czego wracać ;-)

          • ~Alek Rachwald 13.06.2026 21:12

            Niestety, zdarza się. Znajoma wróciła kiedyś ze stażu na Cambridge i okazało się, że najchętniej to w ogóle by ją zwolnili z roboty. W końcu po prostu wróciła do Cambridge, obecnie jest badaczką brytyjską.

          • ~Marcin Przewloka 05.06.2026 17:44

            @Przemo

            Pytanie tylko, co to dokładnie są te „dobre rozwiązania”? To wcale nie musi być, i nie jest, oczywiste.
            Na przykład, ta propozycja, która prowadzi do tak zwanego chowu wsobnego („zostaje i ma prawo założyć grupę badawczą”) według mnie absolutnie nie jest przykładem dobrego rozwiązania.

  • ~Solonaryba 04.06.2026 11:51

    W "szkołach doktorskich" WF też jest obowiązkowym i najważniejszym przedmiotem, bez zaliczenia ktoórego nie można ukończyć studiów matematycznych? Nad czym wy deliberujecie? Macie ten same oriblemy co jażda inna struktura w Oolsce-biurokracja i betoniza. Nauka, sądy, czy jakiekolwiek struktury "państwowe" są zarażone tym biurokratycznym rakiem.

  • ~Profesorek 04.06.2026 10:45

    Kończy sobie student studia i transparentnie dostaje się do szkoły doktorskiej kosząc konkurencję, mimo że jest tępy jak cep. Jak to możliwe? Posiada 10 publikacji z IF rzędu 30, do których przez całe studia był dopisywany przez znajomych rodziców. Ci znajomi wpisali go też do swoich kół naukowych, za co dostaje punkty. "Jeździł" na konferencje, a promotor, którego zgłasza w procesie rekrutacji ma najlepszą bibliometrię na wydziale. A limity przyjęć do elitarnej szkoły doktorskiej - kilka miejsc na rok. Tak wygląda ta transparentność. Dziękuję, kurtyna.

    • ~student 05.06.2026 10:50

      Dziadku, to było tak dawno, że najstarsi górale nie pamiętają. Humanoid https://www.agh.edu.pl/, inżynierowie zbudowali a uczeni "naukowcy" się uczą.

    • ~Marcin Przewloka 04.06.2026 17:39

      @Profesorek

      Tak tylko z czystej ciekawości zapytam, można prosić o jakieś przykłady tych "publikacji z IF rzędu 30”", to znaczy mam na myśli tytuły tych czasopism.

      • ~Profesorek 04.06.2026 20:15

        Łączny IF równy 30, czyli średnio po 3 na publikację. Może nie wyraziłem się precyzyjnie.

        • ~Marcin Przewloka 04.06.2026 20:44

          @Profesorek

          A, to rzeczywiście co innego. Dziękuję za wyjaśnienie.

          • ~Profesorek 04.06.2026 21:51

            W każdym razie efektem tego jest skrajna patologia - studenci uczciwie aktywni w kołach naukowych i uczciwie piszący publikacje, prezentujący postery na konferencjach itd. nie mają szans w starciu z takimi patorekinami. A jeśli ktoś przez studia nie robił nic w kołach naukowych, to nawet gdyby zrobił pod siebie - nie ma szans, za późno. A powinien mieć - bo inaczej to niedługo już w przedszkolu będą dorobek dzieciom generowali.

            • ~Profesorek 09.06.2026 07:17

              Proszę bardzo przykład, najczęściej publikuję w Gazecie Toaletowej. Dla której wymyśliłem łączny IF równy 30, czyli średnio po 3 kubryki.

    • ~Barnaba 04.06.2026 11:05

      Właśnie tak to wygląda. Są miejsca, w których działa fabryka doktoratów i habilitacji. Osoba z plecami ma na koncie publikacje, w których jest autorem jednego zdania, albo wręcz jej rola ograniczała się do poprawienia przecinków. A jak nie masz poparcia, to w swoim artykule jesteś wymieniony gdzieś w środku- za profesorem, docentem, ich kumplami, a przed szefem katedry i kilkoma emerytami dopisanymi, żeby łatwiej twórczość przepchnąć przez recenzje.

      • ~Profesorek 04.06.2026 11:22

        A potem w czasie "szkoły doktorskiej" w której jest jedynie słupem, pobiera kasę większą niż jego promotor - stypendium normalne, projakościowe, wojewódzkie/marszałkowskie i jeszcze nagrody samorządowe.

  • ~Piotr S 04.06.2026 09:50

    Bez pieniędzy i tak będzie tylko gorzej. Przez lata politycy głodzili m.in. system kształcenia doktorów. Nie oferowano odpowiedniego finansowania, nawet takiego co by podstawy życiowe zapewniało. Nikt nawet nie uczył ludzi jak być dobrym promotorem. Podstawiano nogę zdolnym ludziom z pasją, by ich nie wygryziono. To mamy. Luka pokoleniowa jest już taka, że za 10-15 lat większość "starszyzny", która pamięta jeszcze Gierka odejdzie. Tylko co wtedy? Powołam się na Niemcy, które mają budżet i kształcą. W Polsce kształci się ok. 20 tyś, a tam ok. 200 tyś doktoratów. My mamy ludzi związanych z nauką (czyli po doktoracie) z 160-170 tyś, a tam pracuje ok. 560tyś. W obu sektorach. A czynnie działających naukowo jeszcze mniej. Smutna rzeczywistość. Jak na 20 gospodarkę świata to bardzo słabo.

  • ~GPT-5.5 03.06.2026 21:03

    Moim zdaniem główna recepta brzmi: mniej „szkoły” w sensie kolejnych zajęć, więcej realnego systemu rozwoju młodego badacza. Szkoła doktorska nie powinna być przedłużeniem studiów magisterskich, tylko czteroletnią ścieżką pracy badawczej z jasnymi prawami, finansowaniem, opieką promotorską i planem kariery.

    1. Ograniczyć fikcyjne zajęcia, zostawić tylko to, co realnie pomaga

    Skoro ponad połowa badanych uznaje znaczną część zajęć za nieprzydatną, to nie dokładałbym kolejnych modułów „dla zasady”. Wprowadziłbym zasadę: każde zajęcia w szkole doktorskiej muszą mieć bezpośredni związek z doktoratem, warsztatem badawczym albo karierą po doktoracie. Artykuł „Forum Akademickiego” wskazuje właśnie na problem sztucznej interdyscyplinarności i nieprzydatnych zajęć.

    Praktycznie: mniej ogólnych wykładów, więcej seminariów metodologicznych, pisania artykułów, projektowania badań, analizy danych, etyki badań, wystąpień publicznych, zarządzania projektem i komercjalizacji wyników.

    2. Wprowadzić „kontrakt doktorski” między doktorantem, promotorem i szkołą

    Na początku doktoratu powinien powstawać prosty, formalny dokument: kto za co odpowiada, jak często odbywają się konsultacje, jakie są kamienie milowe, kiedy doktorant ma prawo oczekiwać informacji zwrotnej, jakie ma obowiązki promotor, a jakie szkoła doktorska.

    To ograniczyłoby feudalizm, bo relacja z promotorem przestałaby być wyłącznie osobistą zależnością. Dobry promotor dalej byłby atutem, ale zły promotor nie mógłby paraliżować doktoratu przez brak kontaktu, arbitralność albo wykorzystywanie zależności.

    3. Obowiązkowa ocena jakości promotorów

    Nie wystarczy oceniać doktorantów. Trzeba oceniać także promotorów. Promotor powinien mieć cykliczną, poufną ocenę opieki naukowej, a uczelnia powinna reagować, gdy powtarzają się sygnały o mobbingu, braku dostępności, zawłaszczaniu pracy doktoranta albo blokowaniu kariery.

    Dodałbym też zasadę: doktorant ma realne prawo zmienić promotora bez ryzyka odwetu. Przy trudnych przypadkach powinien działać niezależny rzecznik doktoranta lub komisja z osobami spoza jednostki.

    4. Promotor nie powinien być jedynym „panem losu” doktoranta

    Dobrym rozwiązaniem byłby model co najmniej dwuosobowego wsparcia: promotor główny plus drugi opiekun, mentor kariery albo komitet doktorski. W wielu problemach doktorant potrzebuje nie tylko eksperta od tematu, ale też osoby, która pomoże mu przejść przez system, publikacje, granty, wyjazdy i konflikty.

    To szczególnie ważne w sytuacji opisanej w artykule: wpływowy promotor daje bezpieczeństwo, ale właśnie dlatego system jest podatny na zależności osobiste. Trzeba tę zależność rozproszyć.

    5. Podnieść finansowanie albo uczciwie dopuścić model łączony: doktorat plus praca

    Największa hipokryzja systemu polega na tym, że oczekuje się pełnego zaangażowania, ale często nie zapewnia warunków do życia. Obecnie minimalne stypendium doktoranckie wynosi 3 570,50 zł brutto przed oceną śródokresową i 5 500,50 zł brutto po niej, według informacji Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

    Recepta: albo państwo i uczelnie finansują doktorat na poziomie pozwalającym normalnie żyć, albo system przestaje udawać, że doktorant nie będzie pracował poza uczelnią. Można wprowadzić dwa uczciwe modele:

    ścieżka pełnoetatowa – wyższe stypendium, mocne wymagania badawcze, pełne zaangażowanie;

    ścieżka łączona – doktorat realizowany wolniej, ale legalnie i organizacyjnie dostosowany do pracy zawodowej.

    To byłoby lepsze niż obecny stan „wszyscy wiedzą, że doktoranci dorabiają, ale system projektuje się tak, jakby nie musieli”.

    6. Nadać doktorantom bardziej pracowniczy status

    Doktoranci prowadzą badania, zajęcia, publikują, pracują w projektach, reprezentują uczelnię, ale nie mają pełnego statusu pracowniczego. To tworzy sytuację „ni to student, ni pracownik”.

    Nie twierdzę, że każdy doktorant od pierwszego dnia musi być zatrudniony na etacie, ale przynajmniej po ocenie śródokresowej powinna istnieć możliwość przejścia na kontrakt badawczo-dydaktyczny z prawami pracowniczymi. Szczególnie tam, gdzie doktorant prowadzi zajęcia albo wykonuje pracę w grantach.

    7. Zrobić z interdyscyplinarności praktykę, a nie hasło

    Interdyscyplinarność nie powstaje od tego, że doktorant z biologii i doktorant z literaturoznawstwa siedzą na tym samym ogólnym wykładzie. Powstaje wtedy, gdy mają wspólny problem badawczy, wspólne dane, wspólny projekt albo wspólne narzędzie.

    Dlatego zamiast obowiązkowych „interdyscyplinarnych” zajęć dałbym małe granty na projekty międzydziedzinowe: na przykład 20–40 tys. zł dla zespołów doktorantów z różnych dyscyplin. Efektem ma być artykuł, prototyp, raport, baza danych, wystąpienie konferencyjne albo wniosek grantowy.

    8. Wprowadzić obowiązkowy plan kariery poza akademią

    Uczelnie muszą przestać udawać, że większość doktorantów zostanie profesorami. Nie zostanie. To nie jest porażka doktoranta. To normalny efekt rynku pracy.

    Dlatego szkoła doktorska powinna od pierwszego roku pokazywać trzy ścieżki: kariera akademicka, kariera badawcza poza uczelnią, kariera ekspercka w administracji, biznesie, organizacjach międzynarodowych lub sektorze publicznym. Europejskie rekomendacje dotyczące kształcenia doktorantów coraz mocniej podkreślają znaczenie kompetencji przenoszalnych, wsparcia kariery, współpracy międzynarodowej i przygotowania także do pracy poza akademią.

    Praktycznie: staże w instytucjach publicznych, firmach badawczo-rozwojowych, think tankach, administracji, instytutach, wydawnictwach, laboratoriach, organizacjach pozarządowych.

    9. Walczyć z feudalizmem przez procedury, nie przez apele

    Hasła o „kulturze akademickiej” nie wystarczą. Potrzebne są twarde mechanizmy:

    jawne kryteria rekrutacji;

    jawne kryteria oceny śródokresowej;

    obowiązek pisemnego uzasadniania decyzji;

    możliwość odwołania do komisji spoza jednostki;

    zakaz oceniania doktoranta wyłącznie przez osoby zależne od promotora;

    poufne kanały zgłaszania nadużyć;

    realne konsekwencje dla promotorów i kierowników jednostek.


    Feudalizm żyje tam, gdzie decyzje są nieformalne, uznaniowe i niepodważalne.

    10. Finansować szkoły doktorskie za jakość, nie za sam nabór

    Uczelnie powinny być rozliczane nie tylko z liczby przyjętych doktorantów, ale z tego, ilu kończy doktorat, ilu publikuje, ilu ma doświadczenie międzynarodowe, ilu znajduje sensowną pracę po doktoracie i jak doktoranci oceniają jakość opieki.

    Nie chodzi o proste rankingi, bo te łatwo wypaczyć. Chodzi o systemową informację zwrotną. Jeżeli w danej szkole doktorskiej masowo rezygnują doktoranci, skarżą się na promotorów i uznają zajęcia za fikcyjne, to musi mieć to konsekwencje organizacyjne i finansowe.

    Moja propozycja minimum

    Gdybym miał wskazać pięć najważniejszych zmian, byłyby to:

    1. Kontrakt doktorski z obowiązkami promotora, doktoranta i szkoły.


    2. Prawo do bezpiecznej zmiany promotora.


    3. Radykalne ograniczenie nieprzydatnych zajęć.


    4. Wyższe finansowanie albo legalny model doktoratu łączonego z pracą.


    5. Stały monitoring jakości opieki promotorskiej i losów absolwentów.



    Najważniejsze: nie poprawimy sytuacji samą reformą programów kształcenia. Problem jest głębszy: dotyczy pieniędzy, zależności służbowych, kultury organizacyjnej i braku uczciwej rozmowy o tym, że doktorat nie jest już prostą drogą do etatu akademickiego.

    • ~K 04.06.2026 14:32

      100% zgody. Jeśli doktorat polega na studiowaniu literatury i kminieniu, taka osoba może to robić w nocy, weekendami, raz w tyg pojawić się na uczelni i super. Ma pracę na etat w branży i stypendium podstawowe.
      Jeśli projekt polega na pracy laboratoryjnej, zmienianiu pożywek w soboty, dzień w dzień obecność w jednostce i stypendium jest TAKIE SAMO… człowiek nie ma czasu i siły, a nawet gdyby miał to południami czy wieczorami nie dorobi do PEŁNEJ pensji jak humanista (nP. Prawnik!). to niech mi mądre głowy powiedzą, jak ma być tu innowacyjne. Kto o zdrowych zmysłach zgadza się na pełnoetatową pracę za śr. 4000 netto po studiach.
      Brak kontroli nad JAKOŚCIĄ promotorów to ogromny problem. Myślą, że nabiorą taniej siły roboczej i ludzie będą ciągnęli ich projekty. Na szczęście się to zmienia. System nie wspiera tych zmian, a wymusza je nowe pokolenie, które od promotora oczekuje mentoringu, czasu i wsparcia.

    • ~Jerry 04.06.2026 12:13

      Jak zlikwidujemy państwowe szkolnictwo i inne monopole oraz etatyzm to dopiero będzie można myśleć o prawdziwej, wolnej nauce a przy okazji demokracji i sprawiedliwości. Precz z komuną, monopolami, choćby państwowymi, partikracją.

    • ~Przemo 04.06.2026 07:29

      Doktoranci mieliby z założenia sobie dorabiać? Wolne żarty! Trudno o gorszy pomysł. W ciągu tych 3-4 lat mają stać się specjalistami w swojej dziedzinie. Dorabiając sobie z pewnością tego celu nie osiągną.

      Co do obowiązkowych zajęć, jak w szkółce - one są wszystkie zwyczajnie niepotrzebne. Doktorant powinien mieć możliwość raz w roku pojechać na wybraną przez siebie i promotora konferencję naukową, powinien regularnie uczestniczyć w seminariach i wykładach ze swojej dziedziny.

      Studia doktoranckie to nie jest uzupełnianie poniewczasie programu studiów magisterskich, tylko intensywna praca naukowa w wybranej dziedzinie.

  • ~Wojciech 03.06.2026 16:48

    Jestem inż z przemysłu z wielkim doświadczeniem zawodowym z inżynierii budowy maszyn i funkcjowania procesowej organizacji ze znanej na świecie korporacji. Przyz 45 lat nie tylko mnie i nas wyszkolili do perfekcji gdzie potem staliśmy sie wykładowcami w wielu fabrykach w Europie i na świecie nie wspominając o uczelniach.
    Nie tylko jak ja ale potrafimy w szczerym polu pojawić fabrykę, zbudować dowolną procesowo organizacje, wyszkolić załogę oraz wesprzeć w tworzeniu procedur. Tacy jak ja i inni jesteśmy w mojej opinii najlepszą bazą uczenia nie tylko doktorantów ale I wprowadzać nowr praktyczne modele zarządzania na uczelniach i w polskich zakładach.
    Niestety uczelnie i niektore polskie zaklady bronią sie przed praktykami z przemysłu i traktują ich jako zagrożenie. Nie tylko we mnie ale I w wielu moich kolegów z podobną wiedzą koncerny rocznie wydawały na nas potężne środki za które polskie firmy tudzież uczelnie dziś nie musiałyby już płacić. Niestety syndrom przyspawania sie w polskiej edukacji do stanowisk opiera sie głównie na teorii i pilnowania pozycjonowania pozorując uczenie praktyki.
    Nas wyszkolonych przez przez filozofię Toyoty jest już w Polsce nie wielu natomiast kiedy wspominamy o instrumentach zarządzania na bazie sorawdzinych wzorocow, automatycznie paralizujemy tych którzy wolą pilnować stagnacji rozwojowej. Kiedys tam w przeszłości pozwolono mi zrobić audyt na jednej z uczelni w tym zaproponowania programu naprawczego. Niestety uczelnia ta zachowała sie skutkiem audytu jak jaskiniowcy broniący swoich rubieży.. I to jest rzeczywistość ruszania strefy komfortu polskich uczelni a o ich reakcji już nie wspomnę.

    • ~Przemo 04.06.2026 08:06

      "jak jaskiniowcy broniący swoich rubieży"
      Gdyby fabryka Toyoty była oceniana nie na podstawie wydajności i jakości produkcji oraz sprzedaży, tylko na podstawie tego, jakich to wspaniałych zatrudnia mechaników, z czasem, byłoby być podobnie.

      • ~Wojciech 08.06.2026 20:58

        Przemo jesli dobrze Cie zrozumiałem.
        Chyba nie do końca zrozumiałem Twoj wpis zwłaszcza ze Twoj komentarz nie ma kpl zadnego nośnika odniesienia sie do tego co napisałem. Widać miedzy nami jest totalna przepaść organizacyjna o czym nie wspomniałem wcześniej celowo. Gdybyś pracowal w Toyocie i w parze z Toyotą z pewnością poznałbyś nie tylko strony techniczne wytwarzania ale przede wszystkim szerokie instrumentarium procesów zarządzania co jest kluczem przyspieszania jesli wiesz o czym pisze. I tutaj dopiero jest najlepsza kuźnia dka studentów doktorantów i kadry profesorskiej.. Ponieważ wszystkie fabryki na świecie bez względu na branże kopiują filozofie Toyoty więc to jest najlepsza baza do przyspieszania rozwoju. Niestety w polskiej mentalności często na uczelniach jest jak pan na zagrodzie gdzie stagnacja, zasiedzenie i obrona rubierzy są synonimem cofania się.

  • ~Barnaba 03.06.2026 15:10

    Mam pytanie, jako osoba z zewnątrz. Jaki jest sens kształcenia doktorów, których kariera naukowa skończy się na obronie doktoratu?
    Ksztalćmy tyłu, dla ilu znajdzie się miejsce w naszej nauce. Może wtedy doktoraty przestaną być nieco lepszymi artykułami z czasopism naukowych.

    • ~Profesorek 04.06.2026 10:47

      Doktorat jest obecnie kolejnym poziomem ogólnego procesu kształcenia w systemie bolońskim i nie ma nic wspólnego z nauką jako taką. Stety czy niestety, tak jest.

    • ~Marcus 03.06.2026 18:40

      Nie ma sensu, choć Szkoły Doktorskie i tak ograniczyły przyjmowanie względem studiów doktoranckich. Na moim roku (przyjęto nas ok. 20), bodaj nikt się nie obronił, a ile państwo włożyło w kształcenie tych osób - strach pomyśleć

      • ~Przemo 04.06.2026 14:08

        Dlaczego nikt się nie obronił? Brak odpowiedniego finansowania badań, czy coś innego?

        Jeśli około 75% doktorantów się nie broni, to można przypuszczać, że nabór robi się w sposób nieodpowiedzialny. To jest organizacyjna katastrofa.

        Przyjąłbym, że na dobrej uczelni (szkoła doktorska - twór zbędny) mogłoby nie kończyć studiów doktoranckich najwyżej 20-25% doktorantów. Przekroczenie tego odsetka powinno czasowo zamykać finansowanie takiej działalności.

    • ~Parna baba 03.06.2026 17:37

      Doktorantów kształci się właśnie w dużej mierze do przemysłu/industry szerzej rozumianej.

      Na uczelni w tych najlepszych naukowo krajach świata zostaje może ile, 5-10%?

      Problem ze u nas nie mamy za wiele przemysłu, za to ciężko zostać ordynatorem bez dr n med przed nazwiskiem.

      • ~Marcin Przewloka 05.06.2026 17:49

        @Parna baba

        Bardzo celna uwaga, która dobrze odzwierciedla rzeczywistość w tychże krajach.
        Problem z tym, jak to się ma do sytuacji z przemysłem w Polsce. Tego nie wiem.

      • ~Barnaba 04.06.2026 10:57

        @Panna baba
        Ale po co w przemyśle tytuł doktora? Przemysł nie prowadzi badań naukowych, a wdrożenia i patenty można opracowywać bez niego (co prawda w Polsce glównie wdrażamy rozwiązania przysyłane z centrali, własną innowacyjność zarżnięto po 1989r).

        Na ordynatora ostatnio biorą z łapanki. Mało kto ma ochotę pilnować kosztów, użerać się z dyrekcją szpitala z politycznego nadania i łatać własnym kosztem dziury w grafiku dyżurów. Większość woli leczyć.
        Zresztą doktorat w pracy ordynatora jest do niczego niepotrzebny (chyba tylko do przyciągania pacjentów do prywatnego gabinetu). 99,9% pracy naukowej to kliniki. Jak zwykły szpitalny oddział napiszę cokolwiek lub wyśle doniesienie na zjazd, to jest to opis przypadku. Na nic więcej nie ma czasu ani ochoty.

        • ~Profesor PAN 04.06.2026 11:44

          Po co w przemyśle tytuł doktora? Wie pan, idzie o poziom kwalifikacji. Do niektórych prac wystarczy umiejętność sprawnego uchwycenia łopaty ale istnieją prace, które wymagają więcej wiedzy.

          Cieszę się że pomogłem, nie ma za co.

          • ~Barnaba 05.06.2026 12:26

            @Profesor PAN- to ja mam pytanie, do jakich prac ten tytuł jest niezbędny? Do patentów nie jest. Do ich wdrozenia- tym bardziej. Do analiz statystycznych? Być może, ale przecież robi to statystyk (chyba, że na zasadzie "panie Kaziu, masz pan ten, no dochtorat, to zrób pan analizę straty materialów na etapach naszej produkcji, co ja będę statystykom placił"). Pozostaje mityczne "rozszerzenie horyzontów".
            Doktorat w przemyśle to raczej produkt uboczny innowacyjnego myślenia niż warunek konieczny.

            • ~Profesor PAN 05.06.2026 16:10

              1. Opracowywanie nowych leków.
              2. Tworzenie algorytmów obliczeniowych.
              3. Konstruowanie dronów.
              4. Wycena instrumentów finansowych.
              5. Budowa komputerów ze szczególnym uwzględnieniem komputerów kwantowych.
              6. Tworzenie sztucznych sieci neuronowych, w ogóle każda praca przy AI.
              7. Kryptografia.
              8. Zarządzanie ryzykiem w instytucjach finansowych.

              To tak na szybko, pewnie jakiś sto innych zawodów. Nie ma za co, cieszę się, że pomogłem.

              • ~Barnaba 05.06.2026 23:04

                Ale to wszystko można zrobić bez doktoratu, żaden przepis go nie wymaga.
                Jeśli nie potrafi tego magister, to fatalnie świadczy o poziomie studiów magisterskich (i prac magisterskich). To tak, jakby lekarz nie potrafił leczyć bez doktoratu chorego z cukrzycą i nadciśnieniem, bo w podręczniku te choroby są w oddzielnych rozdziałach.

                • ~Profesor PAN 06.06.2026 10:17

                  Oczywiście. Wszystko to można zrobić nawet bez matury. Marconi, Tesla, Edison, Spencer (kuchenka mikrofalowa), James Watt (maszyna parowa), Henry Ford, Bill Gates, Larry Ellison nie mieli formalnego wykształcenia poświadczonego dyplomem. Sam znałem znakomitych programistów, którzy studiów nie skończyli. Pracują nie certyfikaty a ludzie.

                  Tylko skąd ja będę wiedział przy przyjmowaniu do pracy, że ktoś znakomicie zna rachunek Malliavina i dziedziczenie w C++? Nie zrobię mu egzaminu z całego programu studiów, nie mam na to czasu, bo na korytarzu czeka jeszcze 30 kandydatów a chcę przed północą być w domu. Temu służą certyfikaty i w dużym stopniu spełniają tę rolę.

                  Jest jeszcze jedna rzecz, być może ważniejsza. Jak kto ma doktorat, to wykazał się zdolnością, by przeprowadzić program trwający kilka lat. Nie będę musiał mu co rano mowić, co ma robić, by w ogóle się ruszył.

    • ~Profesor PAN 03.06.2026 17:00

      Podobno doktorat podwyższa kwalifikacje. Ja swym doktoratom taki warunek stawiam - podejmę się promotorstwa pod warunkiem, że przez resztę życia polskie instytucje naukowe delikwent będzie omijać z przynajmniej stumetrowym dystansem.

  • ~Anonim 03.06.2026 14:07

    Przeklejam mój komentarz z innego artykułu, ale tutaj pasuje jak ulał!

    Przedstawię Państwu moją własną teorię spiskową – choć według mnie jest w niej więcej prawdy, niż wielu chciałoby przyznać.
    Mam wrażenie, że od lat prowadzona jest polityka, która w praktyce osłabia pozycję polskich młodych naukowców. Stypendia doktoranckie są tak niskie, że absolwent szkoły zawodowej często może zarobić więcej w zwykłej pracy niż doktorant na uczelni. Na takie warunki mogą sobie pozwolić głównie osoby mające dodatkowe wsparcie finansowe.
    Jako profesor obserwuję pewne zjawisko. Na proponowane przeze mnie tematy badawcze coraz rzadziej zgłaszają się kandydaci z Polski. Coraz częściej zainteresowanie wykazują osoby z zagranicy. Nie mam nic przeciwko tym ludziom – przyjeżdżają tam, gdzie widzą dla siebie szansę, i postępują racjonalnie.
    Zastanawia mnie jednak, dlaczego państwo tworzy warunki, w których własnych młodych naukowców skutecznie zniechęca do pozostania na uczelniach. Moja teoria jest taka, że komuś wygodniej jest uzupełniać braki kadrowe napływem ludzi z zewnątrz niż stworzyć warunki, które zatrzymałyby polskich absolwentów w kraju.
    Dlatego nazywam to „hidżrą w białych rękawiczkach” – nie dlatego, że ktoś jest winny z powodu swojego pochodzenia czy wyznania, lecz dlatego, że zmiany zachodzą stopniowo, bez otwartej debaty o ich przyczynach i skutkach. W tym samym czasie coraz więcej naszych zdolnych młodych ludzi szuka swojej szansy za granicą, a Polska traci potencjał, który sama wykształciła.
    To oczywiście tylko hipoteza. Ale patrząc na fakty, coraz trudniej mi uwierzyć, że to wszystko jest wyłącznie przypadkiem.

    • ~Przemo 04.06.2026 15:24

      To nie teoria spiskowa, tylko zaawansowana i bardzo zła praktyka. Stosowana nie tylko w Polsce.
      Jej celem jest rozbicie jedności ludzi światłych i tym samym zakneblowanie ich.
      Proszę spojrzeć jak "genialnych" polityków ma dzięki temu dzisiaj Polska, Europa i USA. Chodzi o prostą finansową sterowalność całych państw. To prosty skutek nadmiernej koncentracji kapitału i stopniowy powrót do systemu feudalnego na całym świecie.

  • ~Radovic 03.06.2026 09:21

    Kilka lat temu wskazałem członkom komisji akredytacyjnej, że na moim wydziale panują patologiczne zasady przyjęć naukowców do pracy po zakończonym doktoracie - to znaczy kolesiostwo (zatrudniane było tylko stronnictwo dziekana), załatwianie jednym etatów na telefon a odprawianie drugich z kwitkiem lub zniechęcanie ich poprzez wskazywanie możliwości zatrudnienia za kilka lat. Nakazywanie realizacji zadań administracyjnych na uczelni za darmo, bez umowy przez kilka miesięcy bo na zatrudnienie trzeba poczekać a sprawy do załatwienia są na już.
    Od członka PKA usłyszałem żebym "nie narzekał bo tak jest wszędzie". Generalnie się posłuchałem i już nie narzekam. Pracuję w przemyśle za kilkukrotnie wyższą stawkę bez konieczności ciągłego udowadniania wszystkim, że nie jestem jedynie feudalnym niewolnikiem :)

  • ~Zbyszek 03.06.2026 09:10

    Zostało tub użyte świetnie stwierdzenie, obrazujące rzeczywistość, choć autor z pewnością chciał je użyć w innym, pozytywnym kontekście, zacytuję: "...miały to być przecież miejsca fermentu intelektualnego, który wynikałby z ich interdyscyplinarnego charakteru..." Już tłumaczę: jak coś fermentuje, to można użyć innego określenia: "kiśnie"... I to faktycznie przypomina dziś to, co się częściej dzieje z młodymi umysłami w skostniałych, "trącących formaliną" systemach nauki w tym kraju...

  • ~prawnik 03.06.2026 08:57

    Studiowałam na UJ w szkole doktorskiej-prawo. Powiem tak: dopóki prowadziła nas stara kadra profesorska było ok- merytorycznie, z szacunkiem i klasą, życzliwie choć bardzo wymagająco. W momencie kiedy profesorowie z róźnych przyczyn musieli nas "oddać" kadrze niższego szczebla zaczynał się horror. Zadufani, aroganccy, bez szacunku do drugiego człowieka, z nastawieniem że i tak nic z nas nie będzie, oceny fragmentów pracy doktorskiej z uwagami personalnymi a nie rzeczowymi itd. Zupełnie inny obraz UJ nam się pojawił przed oczami. Jeśli tak ma wyglądać przyszła kadra tej zacnej uczelni to współczuję studentom. Dodam jeszcze że większa część z nas to ludzie z ogromnym doświadczeniem w swojej branży, dostrzegający problemy, luki prawne, z bazą pomysłów, rozwiązań , których warsztat badań opiera się na wieloletniej praktyce stosowania prawa.

    • ~dr-On 03.06.2026 17:56

      Proszę się zapytać tych, z którymi miała Pani zajęcia, czy te nauki prawne, to FAKTYCZNIE dziedzina NAUKOWA. Bowiem, mam tutaj DUŻE wątpliwości (i chyba nie tylko ja).

  • ~StaryZgred2012 02.06.2026 22:51

    Według Swianowicza:

    > Jego zdaniem decyduje o tym w głównej mierze
    > konserwatyzm środowiska naukowego.
    > Jak tłumaczył, w polskiej nauce mamy wielu
    > wyznawców wiary w czystość dyscypliny naukowej.
    > Tymczasem np. w samorządzie, czyli jego działce,
    > interdyscyplinarność jest bardzo przydatna.

    Owszem, mamy. Przede wsztstkim w RDN, ale i w wielu radach dyscyplin. Interdyscyplinarność na etapie awansów formalnych to przepis na katastrofę!

    • ~Profesor PAN 03.06.2026 09:17

      Zwłaszcza w naukach technicznych, które mądrzy ministrzy i mądre ministry podzielili tak:

      architektura i urbanistyka
      automatyka, elektronika, elektrotechnika i technologie kosmiczne
      informatyka techniczna i telekomunikacja
      inżynieria bezpieczeństwa
      inżynieria biomedyczna
      inżynieria chemiczna
      inżynieria lądowa, geodezja i transport
      inżynieria materiałowa
      inżynieria mechaniczna
      inżynieria środowiska, górnictwo i energetyka
      ochrona dziedzictwa i konserwacja zabytków

      Konia z rządem (albo rzędem) temu, kto oddzieli informatykę techniczną od informatyki bezprzymiotnikowej z nauk ścisłych i przyrodniczych.

  • ~KKC 02.06.2026 19:27

    Dla mnie pozostanie na uczelni tuż po doktoracie to ważna sprawa. Nie każdy może sobie pozwolić na roczny lub dłuższy wyjazd, na przykład z powodów zdrowotnych lub rodzinnych ale to nie znaczy że nie nadają się do pracy na uczelni. Moim zdaniem powinny być też stanowiska dla niemoblinych pracowników, którzy pracują niemal wyłącznie w siedzibie uczelni. Może zamiast "produkować" miliony doktorów którzy nie mają szans na zatrudnienie na uczelni, może warto rozważyć przyjmowanie mniejszej ilości doktorantów, a fundusze ze szkół doktorskich przekonwertować na zatrudnienie pracowników badawczych którzy przejęliby obowiązki doktorantów, aby pójść bardziej w jakość niż w ilość i tym samym poprawić statystyki zatrudnienia na uczelni po doktoracie?

    • ~Przemo 04.06.2026 14:23

      Mobilność jest ważna ponieważ niewolnik (doktorant) ma wykonać pracę i wypadać -nie robić konkurencji.
      Mobilność - ładnie brzmi, ale chodzi o odcięcie wykonawcy od wyników jego pracy. Prawdziwym i jedynym właścicielem owoców jego pracy jest promotor i uczelnia.
      Umiędzynarodowienie, to rozwinięcie tego samego mechanizmu depersonalizacji wykonanej pracy.
      Tak działał kiedyś Maksym Gorki, pracując na rzecz rewolucji bolszewickiej.

    • ~Marcin Przewloka 02.06.2026 22:32

      @KKC

      Pisze Pan, że "pozostanie na uczelni tuż po doktoracie to ważna sprawa", oraz że "nie każdy może sobie pozwolić na roczny lub dłuższy wyjazd". A gdyby tak odwrócić ten wektor, to może wtedy należałoby się zastanowić, co dla uczelni byłoby tą "ważną sprawą"?
      Czy uczelnia nie powinna spisać tych warunków i oczekiwań, które z punktu widzenia uczelni są ważne, i poszukiwać kandydatów spełniających te oczekiwania?
      Bo konkurencja w świecie, do którego tak wszyscy wzdychają, zwykle jest bezlitosna. I o ile tylko jest nadmiar kandydatów, a zwykle jest, to raczej nikt się nie przejmuje tymi, którzy z jakichś powodów nie mogą któregoś z wymogów spełnić.
      Tak, zawsze znajdą się wyjątki, ale to są bardzo rzadkie wyjątki.

      • ~# 03.06.2026 16:32

        Sęk w tym, że polskie uczelnie (nie wszystkie, ale tak się zdarza) nadal potrafią łudzić, że jeśli będziesz wystarczająco dobry, będziesz mógł zostać. Zupełnie inaczej wygląda wybór doktoratu ze świadomością, że jesteś na chwilę i kolejnym krokiem jest poszukiwanie postdoka lub kilku, a zupełnie inaczej, jeśli wokół słyszy się, że potem jakoś to będzie albo (co jeszcze gorsze), od początku słyszeć, że będzie jakiś etat i na koniec zostać z niczym. Tylko potem, bez wsparcia systemowego, jeden człowiek skończy z depresją, drugi rzuci tym wszystkim, a trzeci będzie mozolnie szukał pracy w ogłoszeniach i korzystając z własnej sieci kontaktów. To nie prekaryjność jest największym problemem, tylko brak transparentności na starcie.

        • ~Marcin Przewloka 04.06.2026 21:04

          @#

          Wydaje mi się, że jasny przekaz co do oczekiwań jest bardzo ważny. Bez kręcenia, kluczenia, ustawek i znajomości. I te oczekiwania powinny być jasne i klarowne na długo przed pójściem na studia doktorskie, żeby ludzie mieli czas się przygotować, pomyśleć, poplanować, rozejrzeć się dookoła. Zastanowić się, czy to dla nich. Postarać się ograniczyć element przypadkowości w podejmowaniu decyzji.

  • ~Andy 02.06.2026 19:22

    W tempie galopującym nauka się formalizuje, biurokratyzuje czyli urzędniczeje i deprecjonuje samą siebie obniżając wymagania doktorskie, habilitacyjne i profesorskie. Zwłaszcza w niektórych dziedzinach. W takich "naukach o zdrowiu" czy kulturze fizycznej można zrobić doktorat z 1 polskiej wieloautorskiej pseudo-publikacji. Nazwa "szkoła" jest adekwatna, bo ten system coraz bardziej przypomina hybrydę szkółki z urzędem powiatowym - łącznie z intrygami, walką o stołki i przyspieszoną feminizacją stanowisk. Całość z nauką ma coraz mniej wspólnego.

    • ~Profesorek 04.06.2026 11:32

      W naukach o zdrowiu to wystarczy na 500 osobach zrobić ankiety a potem z tego wygenerować ładne ryciny. Nie jest potrzebna żadna publikacja. Odtrąbione, biegniemy dalej.

    • ~dr-On 03.06.2026 12:03

      Cyt."W takich "naukach o zdrowiu" czy kulturze fizycznej można zrobić doktorat z 1 polskiej wieloautorskiej pseudo-publikacji. "

      Ale przecież to jest OD LAT. Zwolennicy uprawiania nauki poprzez czczą pisaninę o siamtym-i-owamtym, mogą sobie zdobywać doktoraty, habilitacje i profesury z nauk filozoficznych, historycznych, politycznych itp. itp. I oczywiście, pieniędzy na etaty akademickie dla wielu ludzi uzdolnionych we chemii, fizyce, matematyce, NIE MA. WŁAŚCIWE WARUNKI do uprawiania działalności naukowej wylosowują z reguły ci, których promotorzy mieli odpowiedni zasób odpowiedzialności za swoich uczniów, oraz POTRAFILI zadbać o ich rozwój. Zaś reszta zasuwa do dydaktycznej pańszczyzny, w międzyczasie usiłując podczas tych marnych kilku godzin, jaki im pozostał z całej doby, "ciułać" jakieś badania, żeby potem z tego były jakieś publikacje. GUZIK to kogokolwiek obchodzi.
      JEŚLI nie wylosowałeś od losu postdoca lub WŁAŚCIWYCH WARUNKÓW do pracy naukowej, nie rozwijałeś się, ugrzązłeś wbrew swojej woli w grajdole, TO TWÓJ problem, na pewno nie tych, co potem rozdzierają szaty nad nauką polską... Ty możesz sobie co najwyżej pooglądać habilitowanych farciarzy, jak się rozglądają z dumą wokoło podczas jakiegoś święta uczelni, czy podczas inauguracji roku akademickiego, i posłuchać któregoś z rzędu rzewnego przemówienia jakiegoś oficjela ubranego w garnitur, czy gronostaje, o znaczeniu nauki dla kraju itp. itp. I to ma Tobie wystarczyć. Masz się przy tym uśmiechać i być radosnym oraz życzliwym "dla pozostałych członków społeczności akademickiej", bo "wszyscy razem tworzycie wspólne dobro i pracujecie dla dobra kraju i społeczeństwa"... Ufff... hahahhaha...

  • ~Ciekawski 02.06.2026 17:27

    1. Jak były studia doktoranckie, to doktoranci mieli indeksy i prowadzili zajęcia
    2. Teraz są w szkole, czyli są uczniami. To oni chodzą na zajęcia. Ciekawe czy mają dzienniczki ucznia, wywiadówki, oceny ze sprawowania? Już sam pomyśl zamiany studiów doktoranckich na szkołe świadczy o degradacji. Zamiast się zajmować badaniami, to chodzą na lekcję. Ciekawe czy są dzwonki w szkole doktorskiej i woźna ze szmatą
    3. Wrzucenie wszystkich, do jednego worka to sabotaż pracy akademickiej. Co mają wspólnego matematycy z historykami?
    To jest marnowanie czasu. Pomysł na szkoły doktorskie musiał się zrodzić po sporej ilości wiadomych grzybów
    4. Często doktorant (lub kandydat na niego) ma zaplanować co odkryje. To kuriozum. Też świadczy o tym, że tam gdzie szkoła doktorska tam nauki i odkryć nie ma, jest tylko biurokracja.
    5. Dlaczego mamy kształcić za darmo obywateli innych krajów?

    • ~Przemo 02.06.2026 20:41

      Chodzi pewnie o tworzenie absurdalnych stanowisk dyrektorów szkół - takich od wszystkiego, czyli np. z dyplomem MBA ;-)
      Więcej biurokracji, więcej bezsensu, więcej pieniędzy do przepalenia.

    • ~Marcin Przewloka 02.06.2026 19:01

      @Ciekawski

      Myślę, że użycie terminu "szkoła doktorska" nie niesie za sobą jakichś negatywnych konotacji. Jest oczywiste, że nie jest to szkoła podstawowa, a raczej ma coś wspólnego ze szkołą wyższą.
      Być może nazwa wzięła się z języka angielskiego, gdzie użycie wyrazu "school" jest bardzo popularne w różnych znaczeniach, na przykład szkoły medycznej (e.g. Harvard Medical School). W krajach anglosaskich szkoły doktorskie, czyli 'doctoral schools' albo 'doctoral colleges', są najpowszechniejszym sposobem zrobienia doktoratu. I właśnie w tychże krajach studenci doktorscy są rzeczywiście traktowani, jak studenci, i ich stypendia są raczej niskie, więc często muszą oni wcale nieźle zaciskać pasa w czasie, kiedy robią doktoraty. Natomiast po zakończeniu doktoratu ich pensja wzrasta około dwukrotnie, jeśli zostają na stanowiskach akademickich, lub nawet kilkukrotnie, jeśli przechodzą do przemysłu.

      Wydaje mi się, że nie warto się czepiać nazw lub wyrazów, raczej należy się przyjrzeć szczegółom, jak te studia są prowadzone, jak je ulepszyć, aby doktoranci mieli lepiej, i żeby nauka rozwija się lepiej i skuteczniej.

  • ~Przemo 02.06.2026 16:54

    Są na świecie miejsca w których warto robić doktorat i te warto wybierać, ponieważ dobre relacje z promotorem to nie wszystko.
    Są to instytucje:
    - w których finansowanie statutowe powoduje, że chwilowy brak grantu nie przerywa ani szczególnie nie utrudnia pracy doktorantowi,
    - w których poza wsparciem promotora doktorant wybiera sobie dwuosobową komisję ewaluacyjną, która doradza mu na stałe i spotyka się z nim co kilka miesięcy, żeby omówić postępy prac i wspólnie zastanowić się nad dalszą strategią badań,
    - które oferują doktorantowi pracę na stanowisku postdoka, jeśli rozprawa doktorska zostanie oceniona bardzo dobrze i pozwala mu założyć grupę badawczą, kiedy rozprawa będzie znakomita,
    - które wspierają kontynuację prac prowadzonych na studiach doktoranckich, nawet kiedy przenosisz się za ocean, jeśli tego chcesz, a jeśli chcesz zmienić temat, potrafią ci dobrze doradzić z kim podjąć współpracę.

    • ~Marcin Przewloka 02.06.2026 17:42

      @Przemo

      Musiałby Pan rozwinąć te myśli, bo niektóre z tych punktów brzmią trochę nieprawdopodobnie.

      • ~Przemo 02.06.2026 20:37

        Co tu rozwijać? To są proste rozwiązania, dla mnie w oczywisty sposób dobre.
        Drodzy kandydaci na studia doktoranckie - pytajcie dokładnie o warunki swoich starszych kolegów zanim zdecydujecie gdzie rozpocząć przygodę z nauką. Wystarczy się wybrać za Odrę i mówić w miarę dobrze po angielsku.

        • ~prosta droga do 03.06.2026 11:50

          O, o, no to dwugodzinny prezydent miał rację, że nauka (lotnisko) jest w Berlinie, a tu widzę, że słynny Przemo zwolennik Berlina i nauki za Odrą. A jak "po co nam .... jak jest w Berlinie" Może lepiej bezpośrednio niż za Odrą, powiedzieć "won za ..., jak ci tu źle". Na pewno nauka polska się "rozwinie" i dogonimy świat?.

          • ~Piotr S 04.06.2026 09:34

            Tylko Niemcy mają budżet i kształcą. W Polsce kształci się ok. 20 tyś, a tam ok. 200 tyś doktoratów. My mamy ludzi związanych z nauką (czyli po doktoracie) z 160-170 tyś, a tam pracuje ok. 560tyś. W obu sektorach. A czynnie działających naukowo jeszcze mniej. To skrajne dane statystyczne, patrząc na UE. W innych krajach Europy Zachodniej i Północnej również jest ludzi w Nauce więcej. A w Polce będzie ich jeszcze mniej jak już "starszyzna" odejdzie i zostawi lukę pokoleniową. Smutna rzeczywistość.

            • ~Przemo 04.06.2026 15:11

              Jeśli niczego nie naprawimy - smutna rzeczywistość będzie coraz smutniejsza.
              Jeśli mamy mały budżet, tym bardziej powinniśmy go mądrze wykorzystywać.

          • ~Przemo 04.06.2026 07:12

            Proszę czytać od początku mojej wypowiedzi. Chodzi mi o to, że nie wiem "jakąż to myśl miałbym rozwijać" - piszę prosto o prostych rozwiązaniach i proszę mi nie wrabiać bycia "zwolennikiem Berlina" - to niegrzeczne i niedorzeczne.

            • ~prosta droga do 04.06.2026 13:54

              hej ty z twoimi naukami " to niegrzeczne i niedorzeczne." znalazł się grzeczny i dorzeczny, typowy "ambitni i bezwzględni ludzie, "element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych" tak pięknie piszesz o "Wystarczy się wybrać za Odrę" co tu robisz?, tam o siamtym owamtym miałbyś większe szanse a nie tu.

  • ~Maria 02.06.2026 13:45

    Fajnie się dzieje, gdy doktorant zgłasza złe traktowanie. Ani to mobbing (chyba, że jesteście zatrudnieni), ani nic wielkiego - ot, młodzi jesteście, a co gorsza jak jesteście kobietami, to pewnie kusicie! Możecie mieć dowody, świadków, a zazwyczaj i tak winna będzie jedna osoba - doktorant.
    AKADEMIO, czas się obudzić!

  • ~Profesor PAN 02.06.2026 11:34

    Feudalizm to najlepsze co jest w akademii. Kiedy władzę także w nauce przejmą młodzi, ambitni i bezwzględni ludzie, "element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych" (określenie Jerzego Brauna, nie mylić z Grzegorzem) przestanie ona istnieć.

    • ~Ireneusz 02.06.2026 18:06

      W rzeczy samej. To się dzieje.

  • ~Obiektywny 02.06.2026 11:26

    Wszystkie te dyskusje bawią mnie. Nie rozwiąże się problemów trapiących polską naukę jeśli nie wypleni się w pierwszej kolejności patologii polskiej akademii, a tymi są przede wszystkim plagiatorstwo i mobbing. Nie wierzę, że ten przegniły system można zmienić drogą ewolucyjną, bo ludzie na kierowniczych lub doradczych stanowiskach na poziomie ministerstwa z tego patologicznego systemu się wywodzą. Nawet jeśli chcą zmian to ich nie wprowadzają, bo po odejściu z ministerstwa trzeba wrócić do swojego dawnego instytutu. Mówicie o doktorantach? Przykład z jednego królewskiego miasta: powstaje jednostka badawcza za grubą kasę zatrudniająca 4 osoby z dyrektorem (dr. hab.), który nie jest na etacie. Po 5 latach pracownicy zgłaszają mobbing. Instytucja procedur antymobbingowych nie ma więc zleca dochodzenie prywatnej kancelarii. Jednocześnie już po zgłoszeniu możliwych nieprawidłowości w jednostce szef rady naukowej jednostki, prywatnie bliski przyjaciel dyrektora składa wniosek o jej likwidację. Kancelaria prawna orzeka, że działania ograniczyła do rozmów z dyrektorem i pracownikami, więc nie jest w stanie stwierdzić, czy w jednistce był mobbing, czy nie. Jednocześnie stwierdza nieetyczne zachowanie dyrektora uderzające w godność pracowników. Po zamknięciu dochodzenia jednostka zostaje zlikwidowana, pracownicy trafiają na bruk. Szef rady zlikwidowanej jednostki tworzy w innej jednostce naukowej jednostkę o identycznym profilu, mającą dokładne te same zadania. Róźnica jest taka, że nie ma już w niej poprzednich pracowników poza jednym, który wycofał wcześniej swoje zarzuty. Ministerstwo finansujące z dotacji poprzednią jednostkę przyznaje nowej dotację celową wynoszącą ponad 2 mln złotych na 5 lat. Na otwarciu jednostki jest sam wiceminister Andrij. Były dyrektor jednocześnie pamięta o swoich dawnych pracownikach składając nieprawdziwe zawiadomienia do prokuratury. Dlatego radzę co zdolniejszym doktorantom by uciekali z tego patologicznego środowiska. Polska to nie jest kraj dla naukowców. Możecie mieć na koncie, jak w opisanym przypadku, multum publikacji w tym zagranicznych dobrych periodykach, zrealizować kilka grantów z NPRH lub NCN a i tak być poza oficjalną nauką, podczas gdy dr hab. z poprzedniej epoki nieradzący sobie z angielskim bez google translate będzie sobie żył na poziomie. Tyle w temacie

    • ~prosta droga do 02.06.2026 13:27

      A jak dziś w nauce najważniejsze jest "patologii polskiej akademii, a tymi są przede wszystkim plagiatorstwo i mobbing. " no i jeszcze gender. a z tym że LGBT itd nie są na tapecie, a nauka nie rozwija się bez tych osiągnięć. Kto by sobie z doktorantów zawracał głowę nauką, badaniami, itd, bo to przecież promotor ma wszystko powiedzieć, zrobić, nauczyć pisać artykuły, robić doświadczenia itd. a jak nie to mobbing i feudalizm. I mamy jak to powiedział Profesor PAN "Kiedy władzę także w nauce przejmą młodzi, ambitni i bezwzględni ludzie, "element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych" (określenie Jerzego Brauna, nie mylić z Grzegorzem) przestanie ona istnieć.

      • ~Grześ 03.06.2026 14:04

        Nie ma większej patologii w polskiej nauce jak zarozumiały prof./hab. obawiający się przejęcia jego władzy, bo jak wiadomo 'celem władzy jest władza".

        • ~prosta droga do 05.06.2026 08:58

          Z dużą pewnością można sądzić, że to mówi ""element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych" młody z pokolenia Z, by wykopać starych prof. Będzie się działo i niedługo na drzewa wrócimy by przeżyć.

          • ~Grześ 05.06.2026 22:33

            Z całą pewnością mogę powiedzieć, że totalne pudło. Z tej diagnozy nie zgadza się nic poza "wykopać starych prof." bo jak tego nie zrobimy to "niedługo na drzewa wrócimy by przeżyć".

      • ~Obiektywny 02.06.2026 14:16

        Proponuję przeczytać jeszcze raz mój komentarz na spokojnie, dotyczący doktorów, nie doktorantów. Tylko proszę przeczytać, bo umiejętność składania liter nie jest równoznaczna z umiejętnością czytania.

        • ~prosta droga do 02.06.2026 15:58

          a gdzieś ty się uchował, że widzisz tylko " plagiatorstwo i mobbing" chyba jesteś jednym z " "element zawzięty, wytrwały, chciwy, ... " a co doktoranci to fruwają i nie są według ciebie w ""patologii polskiej akademii" i jeszcze poucza, to widocznie ten, patrz wyżej "..."

          • ~Obiektywny 02.06.2026 16:43

            Nie widzę jedynie plagiatorstwa i mobbingu. Zjawiska te uważam jednak za jedne z podstawowych problemów, które są źródłem kolejnych patologii. Mamy jednak do czynienia z systemem gdzie często środowisko broni plagiatora piętnujàc osoby zgłaszające potencjalne nieprawidłowości. Nie wspomnę, że zamiast odebrania wszystkich tytułów takiemu osobnikowi i zamknięcia drzwi w instytucjach naukowych, załatwia się ciepłe posadki. Być może nic dziwnego, bo cwaniactwo, tak mniej więcej od komuny, w Polsce jest w cenie.

  • ~Edwin 02.06.2026 11:12

    Zabawne spostrzeżenie: otóż jedna z głównych tez przywołanych badań to: "Na plan pierwszy wybija się feudalizm i zepsucie w akademii (21,7%).". Po czym głosy w dyskusji i przywołanie w artykule:
    - dr hab. kierownik
    - dr
    - prof. zastępczyni dyrektora
    - prof. dyrektor
    - dr hab.
    - prof. dyrektor
    - prof.

    oraz kwiatek do kożucha, czyli 1 pani doktorantka.

  • ~Endrju 02.06.2026 11:05

    Wszystkie te czynniki można przypisać także do młodych naukowców na stanowiskach asystenta czy pracownika badawczo-technicznego. Pogodzenie tej pracy z życiem rodzinnym przy większej liczbie dzieci (i braku realnego wsparcia ze strony dziadków wynikającego z gonitwy systemu) jest po prostu karkołomne. Wypalenie zawodowe to norma.

  • ~-bj-os 02.06.2026 10:58

    Temat rzeka, ale zgadzam się z większością krytycznych głosów. Słabe finansowanie - przez pierwsze dwa lata studiów w SD trudno wyżyć za oferowane stypendium, później jest lepiej, ale w dużym mieście, gdzie wynajem mieszkania to 2-3 tysiące zł miesięcznie, to nadal niewystarczająca kwota. Feudalizm - pełna zgoda. Cud, kiedy ma się dobrego promotora. SD jako przestrzeń do badań interdyscyplinarnych to kpina, podobnie zresztą jak przestrzeń do wymiany doświadczeń. Często bezsensowne zajęcia - pełna zgoda. Nic co nie służy rozwijaniu kompetencji badawczych, nie powinno znaleźć się w tym programie. Momentami wypracowany przez SD program bardziej szkodzi i zniechęca niż pomaga. Grillowanie doktorantów podczas sesji, konferencji naukowych, seminariów to norma. Jak już się to wytrzyma, zapewne ze szkodą psychiczną, to okazuje się, że i tak brak dla doktoranta miejsca pracy. Rozumiem ideę wyjazdu ze środowiska, w którym dorasta się badawczo, ale jak to zrobić mając męża / żonę / partnera / partnerkę ze stałą pracą (chociaż ktoś w rodzinie zarabia!), mieszkanie na kredyt na 30 lat i dziecko?

    • ~StaryZgred2012 02.06.2026 22:58

      > jak to zrobić mając męża / żonę / partnera / partnerkę
      > ze stałą pracą (chociaż ktoś w rodzinie zarabia!),
      > mieszkanie na kredyt na 30 lat i dziecko?

      Nie ma takiej sensownej możliwości. System jest patologiczny w całości, a mitologizacja "mobilności" to kult cargo.Przy obecnych możliwościach komunikacyjnych wystarczą krótkie wyjazdy techniczne.

      Celem obecnego systemu, niekoniecznie zamierzonym, jest dysponowanie zniewoloną grupą wykształconych prekariuszy.

      • ~Marcin Przewloka 04.06.2026 12:22

        @StaryZgred2012
        @-bj-os


        Ci, którzy kierują instytucjami naukowymi w krajach zachodnich mówią tak:

        "Chcielibyśmy, aby naszymi zespołami kierowali ludzie dobrze przetrenowani, mający doświadczenie nabyte w ośrodkach naukowych znanych na świecie z wielu odkryć naukowych i efektywnej pracy naukowej. Różnorodność kandydatów, i w konsekwencji pracowników, pozwoli nam spojrzeć na nasze zadania i trudne pytania z wielu stron i nieszablonowo, jak również łatwiej będzie stworzyć środowisko pracy, w którym osoby z całego świata będą w stanie się łatwo odnaleźć. Wszystko razem to sprawi, że pracować będzie łatwiej, przyjemniej i efektywniej. Dodatkowo, przyjmując ludzi z zewnątrz gwarantujemy, że rekrutacją nie kierują znajomości i lokalne układy, oraz że patrzymy na kandydatów biorąc pod uwagę tylko ich doświadczenie, osiągniecia i plany."

        To podejście preferuje ludzi, którzy aplikują o prace po dłuższym pobycie zagranicznym, jak również takich, którzy w danej jednostce wcześniej nie pracowali. Proszę powiedzieć, co jest niewłaściwego w tym podejściu.

  • ~komentator (poprzedni) 02.06.2026 10:36

    Cyt."Respondenci wskazywali, że dobry promotor to ten, który później ma załatwić doktorantowi etat na uczelni.

    Nasza tradycja chowu wsobnego jest po prostu patologią. Po obronie doktoratu trzeba jechać w świat, zdobywać doświadczenie, poznawać inne oblicze akademii, a nie osiadać w środowisku, z którego się wyszło – mówił."

    Mi NIKT (jeśli chodzi o promotora), NICZEGO nie załatwiał. Promotor, a właściwie było ich dwóch, zostawili mnie praktycznie samemu sobie. Przez rok byłem bezrobotny, musiałem za to zainwestować, i to DUŻO, w studia podyplomowe, żeby się przekwalifikować przynajmniej częściowo na informatyka, bowiem znalezienie pracy na uczelni w moim zawodzie stało się nader problematyczne.
    Jeden z tych panów promotorów w ogóle niemal przestał się odzywać, a z drugim odbywałem z reguły 20-minutowe pogawędki naukowe przy kawie 1 raz/1.5-2 miesiące. Skutek: ZMARNOWANIE NAJLEPSZYCH LAT na... (trudno mi określić to w kulturalnych słowach). Gdy inni szli do przodu, ja się cofałem lub co najwyżej goniłem ich z jeszcze gorszym wynikiem, w porównaniu z Achillesem, który gonił żółwia w tzw. paradoksie Zenona. Dzisiaj tamci są co najmniej habilitowani, a ja cóż... I dlatego CYNICZNIE podchodzę do tych przemówień wygłaszanych na inauguracjach roku akademickiego, czy na świętach uczelni, i ten CYNIZM już raczej pozostanie...

  • ~dr-On 02.06.2026 10:27

    Feudalizm, to jest w CAŁYM SYSTEMIE polskiej nauki i szkolnictwa wyższego, Koleżanki Doktorantki i Koledzy Doktoranci. Oczywiście, jest podtrzymywany z nieukrywanym samozadowoleniem przez dumnych ze siebie posiadaczy stopni "dr hab." oraz "prof. dr hab.".

  • ~K 02.06.2026 10:20

    Doktorant to NIE student (a przynajmniej nie tak powinno się go definiować). Jeśli sami doktoranci będą godzili się na nazywanie w ten sposób, dalej nikt nie będzie ich szanował. To jest mgr/ mgr inż./Absolwent Politechniki/uniwerystetu/… Po prostu JUNIOR (przez dwa lata), ale nie student. Jeśli zapytasz osobę przed 30 kim jest, a ona odpowiada “doktorantem”… to jak ma być normalnie? Przecież jest chemikiem/fizykiem/biotechnologiem i pracuje przy projekcie naukowym. Sami sobie to robią.
    Począwszy od sporej części ludzi z Samorządów.

  • ~Marcus 02.06.2026 10:19

    Byłem zarówno na studiach doktoranckich, jak i w szkole doktorskiej. Doktoratu nie skończyłem ze względu na brak wsparcia ze strony promotora w sytuacjach kryzysowych, a w pewnym momencie nawet obojętność. Promotor powiem wspierać, być właśnie "promotorem", a nie panem profesorem, który klepnie zaliczenie i czasem łaskawie się spotka na dyżurze.
    Interdyscyplinarność - hasło wypisywane na sztandarach, a każdy i tak pisz w swojej własnej, wąskiej dyscyplinie. Zajęcia często nieprzydatne - pan profesor z innej dyscypliny prowadzi wykłady na temat z zupełnie innej działki. Jak masz interdyscyplinarny, ambitny temat - radź sobie sam. Nie tak to sobie wyobrażałem.