Aktualności
Nagrody
04 Grudnia
Fot. Magdalena Wiśniewska-Krasińska
Opublikowano: 2024-12-04

Marcin Wodziński: Chasydyzm mnie fascynuje, ale nie zmniejsza to mojego naukowego krytycyzmu

Moja perspektywa jest ceniona przez wielu chasydów, z którymi współpracuję, właśnie dlatego, że jest spojrzeniem z zewnątrz, spoza sporu między religijnymi i świeckimi częściami społeczności żydowskiej. Największym komplementem, który słyszałem, było zdanie wygłoszone przez jednego z chasydów: „On wie o nas nawet takie rzeczy, których my o sobie nie wiemy” – mówi w wywiadzie dla FA prof. Marcin Wodziński, laureat tegorocznej Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Prof. Marcin Wodziński jest jednym z czterech – obok dr. hab. Sebastiana Glatta, prof. Janusza Lewińskiego i prof. Krzysztofa Sachy – laureatów tegorocznej nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Otrzymał ją za nowatorskie studia nad chasydyzmem wyjaśniające rolę kultury, polityki i geografii w kształtowaniu tożsamości religijnych i relacji międzyetnicznych. Z naukowcem Uniwersytetu Wrocławskiego rozmawia Aneta Zawadzka.

Do czego badaczowi potrzebne książki telefoniczne?

Dla mnie okazały się doskonałym źródłem badania współczesnego chasydyzmu. Udało mi się dzięki nim ustalić liczbę współcześnie żyjących chasydów na świecie. Może się to wydawać zaskakujące, ale kiedy zacząłem zgłębiać ten temat, okazało się, że właściwie nie dysponujemy żadnymi wiarygodnymi danymi.

I jak sobie pan z tym poradził?

W przypadku chasydów jest tak, że wszystkie duże i średnie, a także większość małych grup co kilka lat publikuje swoje książki telefoniczne. One są niczym listy członkowskie, w których znajdziemy spis wszystkich rodzin. Wystarczy więc zebrać kilkadziesiąt takich książek i zsumować liczbę znajdujących się tam rodzin. Dzięki wykorzystaniu tego źródła udało mi się stworzyć wiarygodną mapę 90 procent wszystkich rodzin chasydzkich na świecie. A jednocześnie uzyskałem nieosiągalny do tej pory stopień precyzji. Nie tylko wiem, w jakim kraju i mieście dana rodzina chasydzka mieszka, ale też na jakiej ulicy, pod jakim numerem i jakiego cadyka jest zwolennikiem. Stworzona przeze mnie baza danych liczy 130 tysięcy rodzin. Czasami żartuję sobie, że gdyby ktoś chciał się zająć chasydzkim telemarketingiem, to moja baza nadaje się do tego idealnie.

Jeśli chodzi o źródła, korzysta pan nie tylko z książek telefonicznych, ale i… spisów przeciwpożarowych.

Sięgnąłem po XIX-wieczne raporty przeciwpożarowe, bo tylko one pozwalały – choćby pośrednio – odpowiedzieć na ważne moim zdaniem pytanie o udział kobiet w chasydzkich izbach modlitwy. Ale myślę, że chodzi nie tylko o to, do czego to lub inne źródło mi się przydało, ale także o ogólniejszą kwestię spojrzenia na zjawiska religijne i być może kulturowe z bardzo wielu perspektyw. Właśnie dzięki różnym metodologiom i różnym typom źródeł, często bardzo nieortodoksyjnym, traktowanym w sposób komplementarny, uzyskujemy znacznie pełniejszy obraz. Jest to szczególnie ważne, kiedy mamy do czynienia z tak trudnym do zbadania zjawiskiem, jakim jest duchowość. W tym przypadku musimy potraktować źródło wyjątkowo kreatywnie. Jeśli więc chciałem zbadać, na przykład, czy kobiety chodziły, czy nie, do chasydzkich izb modlitwy, musiałem sięgnąć do spisów przeciwpożarowych z połowy XIX wieku z Królestwa Kongresowego.

Nie skupia się pan na chasydyzmie wyłącznie w kontekście religijnym, co czyni wielu badaczy, ale zajmują pana również kwestie płci, codzienności życia i aktywności gospodarczej.

Są dwa powody takiego postępowania. Pierwszy, bardzo pragmatyczny, mógłbym określić jako próbę przekucia słabości w zaletę. Pomyślałem, że skoro nie mam przygotowania rabinicznego, nie ukończyłem jesziwy i nie studiowałem od dzieciństwa żydowskiej literatury mistycznej czy kabalistycznej, a chcę zajmować się chasydyzmem, to muszę znaleźć inną drogę badawczą.

A drugi powód?

Drugim jest to, co wydaje się oczywiste dla badacza w Polsce, a co jest kompletnie nieoczywiste dla osoby patrzącej na dzieje chasydyzmu z zewnątrz. W Europie Wschodniej był on zawsze osadzony w realiach otaczającego go świata, czy to geograficznych, społecznych, politycznych, czy ekonomicznych. Stąd traktowanie go jako części tego świata jest w naszym kraju zupełnie naturalne. Nie wszędzie jednak tak się dzieje. Tam, gdzie brakuje tego elementu realności, tworzony jest obraz ruchu religijnego oderwanego od jego kontekstu, obraz mistyka unoszącego się pół metra nad ziemią.

Chce pan powiedzieć, że w Polsce ten mistyk był po prostu sąsiadem mieszkającym nieopodal?

Jeśli mówimy na przykład o cadyku z dynastii Ger, to mamy na myśli konkretną miejscowość, z której pochodził, czyli Górę Kalwarię z jej rynkiem, synagogą, kościołem i specyficznym układem ulic, żydowskimi i nieżydowskimi sąsiadami, chrześcijańskim właścicielem i tak dalej. Jednak wśród badaczy pochodzących z innych krajów często zdarzają się tacy, którzy traktują Ger jako mityczne miejsce nieumocowane w przestrzeni. Takie postrzeganie jest zresztą w nauce o chasydyzmie i w ogóle o Żydach dość częste. W najbardziej wyrazistej formie sformułował je Abraham Joshua Heschel, mówiąc, że judaizm jest jedyną religią osadzoną nie w miejscu, lecz w czasie. Jego zdaniem, Żyd nie żyje w Polsce albo w Ameryce, tylko między szabatem i szabatem.

Pan uważa, że chasydyzm jest jednak zawsze spleciony z miejscem?

Tak jak każde ludzkie doświadczenie! Miejsce jest istotne i to pojmowane w różnym sensie. Zarówno w znaczeniu materialnym, jak i społecznym oraz wyobrażonym.

Niczym Atlantyda?

To, że chasydzi w XXI wieku dzielą się na kilka zasadniczych odłamów – istnieje na przykład chasydyzm polski czy galicyjski – nie oznacza, że odnosimy to do współczesnych realiów. Nie chodzi więc ani o dzisiejszą Polskę, ale o XIX-wieczne Królestwo Kongresowe, ani o Galicję, która przestała istnieć sto lat temu. W tym sensie to jest kompletnie wyobrażona geografia, określana fantomowymi granicami XIX-wiecznej Europy Wschodniej w XX-wiecznym Izraelu czy Stanach Zjednoczonych.

I ta wyobrażona geografia kształtuje chasydyzm?

Ona też, ale podstawową kategorią społeczno-przestrzenną, która obowiązuje zresztą do dzisiaj, jest przywiązanie do różnych dynastii. Od przełomu XVIII i XIX wieku w chasydyzmie wykształca się bowiem typ przywództwa dynastycznego. Początkowo związanego z konkretnym miejscem. Oznacza to, że cadyk, kiedy przenosi się na przykład z Warki do Otwocka, to jego dynastia przestaje się nazywać warecką, a zyskuje miano otwockiej. Ale już po I wojnie światowej pojawia się bardzo mocna konkurencja, jeżeli chodzi o prawo do używania nazwy miejscowości, z której dana dynastia pochodzi. Nazwa staje się wówczas przedmiotem konfliktu między różnymi grupami chasydzkimi. Dzieje się tak dlatego, że staje się ona, jak byśmy dziś powiedzieli, ich brandem. Jest mocno osadzona w tradycji i związana z typem określonej chasydzkości. W obrębie każdej chasydzkości rozwijają się odmienne formy pobożności. Te różnice, choć czasami są naprawdę minimalne, stają się cechami w istotny sposób definiującymi różne grupy.

Skoro tak ważny jest „brand”, to czy liczy się także lojalność wiernych wobec cadyka?

Chasydyzm w tym sensie jest zjawiskiem ultra-nowoczesnym, że jedną z cech, które określają zarówno jego przestrzenność, jak i relacje społeczne, jest pełen woluntaryzm. Każdy chasyd ma wolną rękę, jeśli chodzi o wybór swojego cadyka. Łączy ich bowiem nie fakt, że mieszkają blisko siebie, ale że ich dusze wywodzą się z tego samego odłamu duszy Adama Kadmona, pierwotnego Adama. Nie znaczy to, że w praktyce aspekty pragmatyczne nie mają żadnego znaczenia. Oczywiście, chasydzi znaczniej częściej wybierali przywódcę, który mieszkał blisko, a nie daleko. Często też dziedziczyli przywiązanie do danej dynastii z ojca na syna. Mimo to, inaczej niż w świecie przednowoczesnym, chasydyzm wprowadził pełną swobodę wyboru przywódcy religijnego. Paradoksalnie więc przestrzeń w tym sensie nie miała znaczenia.

Chasydyzm jest ruchem egalitarnym czy elitarnym?

Chasydyzm, co niezwykle rzadko zdarza się w dziejach religii, udanie połączył oba te elementy. Jego elitarność wynika z tego, że duchowość w tym przypadku jest mistyczno-ekstatyczna, zaś doświadczenie mistyczne jest z natury dostępne dla niewielkiej grupy wyznawców. Przejawem egalitaryzmu jest natomiast otwarcie, zarówno na poziomie organizacyjnym, jak i doktrynalnym, na szerokie masy. Chasydyzm dokonał chyba najważniejszej rewolucji w nowoczesnym judaizmie, zmieniając kategorię najwyższej wartości religijnej. Przestaje być nią nauka i studiowanie świętych ksiąg, a staje się modlitwa. Dzięki temu każdy, nie tylko wykształcony mężczyzna, może rozwijać własną duchowość. Pojawia się nawet taka teoria, że modlitwa prostego pończosznika może być równie święta, a nawet świętsza, niż modlitwa uczonego rabina. Do tego potrzebne jest bowiem rozwinięcie właściwych intencji, a te są dostępne dla każdego.

A co regulowaniem życia codziennego? Czy chasydyzm wyznacza ścisłe zasady, których jego zwolennicy mają przestrzegać? Nakazuje na przykład kobietom, by zasłaniały włosy?

To, o czym pani mówi, to jest halacha, czyli żydowskie prawo religijne i związana z tym obyczajowość, która w pewnych momentach uzupełnia prawo. Określa, jak należy się zachowywać, co można jeść, a co nie, i tym podobne. Jednak to nie jest specyficzne dla chasydyzmu.

To co w związku z tym go wyróżnia?

Na pytanie: kto jest chasydem, odpowiedź brzmi – ten, kto ma swojego wybranego cadyka, jeździ do tego lub innego przywódcy przynajmniej raz w roku, a na co dzień modli się w chasydzkiej izbie modlitwy.

No i jest mężczyzną.

Do XX wieku kobiety nie uczestniczyły w chasydyzmie w zorganizowany sposób. To mężczyźni spotykali się w swoich modlitewniach. Spędzali razem czas na modlitwie i studiowaniu ksiąg. Opowiadali sobie święte opowieści o swoim przywódcy, rozmawiali o świecie albo po prostu czytali razem gazety. Powstawało w ten sposób bractwo chasydzkie skupione wokół zwolenników jednego cadyka.

Ale jeśli mieli jakieś pytania albo potrzebowali na przykład porady udawali się na dwór niekoniecznie swojego cadyka?

Najczęściej udawali się nie tyle z pytaniami, ile z konkretnymi prośbami. Do cadyków, którzy byli popularni potrafiły przychodzić setki petentów dziennie. Aby załatwić te tłumy pielgrzymujących możliwie szybko, cadykowie odbierali ich prośby spisane na tzw. kwitlach, czyli karteczkach. Niektórzy z cadyków bez czytania chowali je do kieszeni, co nie było niczym zdrożnym, bo ich wyznawcy wierzyli, że skoro ich prośby są tak blisko ciała cadyka, to on je w swoich modlitwach zaniesie do Boga. Z kwitlami do cadyka mógł przyjść każdy. Nie tylko chasyd, ale także zwykły Żyd albo chrześcijanin. Do niektórych cadyków mogły także przychodzić kobiety.

O co głównie proszono?

Na pewno taką kwestią było zdrowie. Największą grupę stanowiły prośby  związane z ciążą, porodem, połogiem i karmieniem najmłodszych. Nie ma zresztą niczego dziwnego w tej koncentracji na dzieciach, jeśli przeanalizujemy, jak wielką wagę w tradycyjnej społeczności żydowskiej przywiązywano do kwestii potomstwa. Jest ono najbardziej widocznym znakiem błogosławieństwa bożego. Jeżeli więc człowiek nie ma dzieci, to znaczy, że coś jest nie w porządku z jego rodziną. Przy czym z góry zakładano, że to kobieta jest winna bezpłodności.

Skoro tak, to jakie zalecano remedium?

Mężczyźnie najczęściej radzono, aby się rozwiódł. To było zresztą klasyczne postępowanie. Jeżeli w ciągu pięciu lat, najwyżej dziesięciu, para nie doczekała się potomstwa, typową procedurą było rozwiązanie małżeństwa i zawarcie nowego. W kanonie próśb znajdziemy też te bardziej dramatyczne. Na przykład ojciec prosił o to, żeby nie było nienawiści między jego nową żoną a jej pasierbami. Mamy też prośby na pograniczu niezamierzonego humoru. Pamiętam taki kwitł napisany przez Żyda z Berlina, któremu groziło więzienie za poczynione machlojki. Ten Żyd prosi cadyka, aby mu pomógł uniknąć odsiadki. Co prawda przyznaje, że oszukiwał, ale kto w Berlinie nie oszukuje?

A co radzono osobom cierpiącym z powodu melancholii, która według chasydów jest najcięższym z grzechów?

Melancholia sama w sobie nawet nie tyle jest grzechem, ile najgorszym, co człowiek może zrobić. Przed duszą tego, kto znajduje się takim stanie psychicznym, otwiera się bowiem otchłań zła, w którą łatwo może wpaść. Szatan tylko czyha na takie osoby. Dlatego melancholię trzeba zwalczać. Jedną z najciekawszych propozycji w tym zakresie miał Nachman z Bracławia. Zalecał, by w momencie, kiedy człowiek poczuje, że wpada w melancholię, zrobił coś szalonego, coś, czego nigdy jeszcze nie robił i nie zrobiłby w normalnych warunkach.

Chasydzi poszukiwali odpowiedzi na pytania związane z biznesem?

Chasydzi przychodzili do swojego cadyka nie tylko z ogólnymi prośbami, ale też na indywidualne audiencje. Te bardzo często związane były z rozmową nie tylko o duchowości, ale na przykład o kwestiach rodzinnych i biznesowych. Cadykowie często doradzali w kwestii interesów, co jest zresztą dość typowe nie tylko dla chasydyzmu, ale także dla wielu innych religii.

Z jakiegoś szczególnego powodu?

Wynika to z założenia, że skoro święty mąż jest szczególnie oderwany od rzeczywistości, bo jego dusza przebywa w wyższych sferach, to ma lepsze spojrzenie z góry i widzi rzeczy, których my na naszym poziomie nie dostrzegamy. W niektórych dworach wykształcił się nawet taki ciekawy obyczaj, że podpisywano z cadykiem fikcyjną umowę spółki joint venture. Wierzono, że jeśli cadyk staje się współwłaścicielem interesu, to dzięki jego błogosławieństwu biznes się powiedzie.

To przypomina myślenie magiczne.

Nie da się ukryć, że zaufaniu w moc sprawczą cadyka towarzyszyła wiara w magię.

Chasydów często kojarzy się ze specyficznym poczuciem humoru. Ich opowieści pełne są ironii i dystansu do siebie.

Chasydzi potrafią śmiać się zarówno z samych siebie, jak i z innych chasydów. I to jest ciągle widoczne, oprócz oczywiście tego, że czasami okładają się poza tym pięściami. Ja najbardziej lubię opowieść o cadyku Gedalim z Łunińca. Wyobraźmy sobie błotnistą drogę, gdzieś na Ukrainie początku XIX wieku. Cadyk wraz z żoną wyjeżdża w podróż. Jadą odkrytym wozem, a tu nagle zaczyna padać deszcz. Wszystko zaczyna robić się mokre, żona więc narzeka, że dała się wyciągnąć z ciepłego domu i teraz musi się tłuc po drodze w błocie i zimnie. Cadyk nie mogąc już znieść jej narzekań sprawia cud. I oto po jednej stronie drogi pada deszcz, po drugiej też, a na wozie jest sucho. Ta historia jest oczywiście opowieścią cudowną, ale jest w niej także zauważalny ironiczny dystans do narzekającej żony i dokonanego cudu, który stanowi erzac parasolki.

Przytoczona opowieść istnieje także w wersji antychasydzkiej. Otóż dwóch chasydów spierało się, który cadyk jest większy. Jeden twierdził, że jego, bo jak jechał drogą i padał deszcz, to sprawił, że po obu jej stronach było mokro, a na niego nie spadła nawet jedna kropla. Na co drugi: jednak to mój jest potężniejszy, bo jak jechał drogą w piątek i prawie zastał go szabat, to sprawił, że po jednej stronie drogi był szabat, po drugiej też, a na drodze był jeszcze piątek…

Zbiera pan takie opowieści?

Więcej podobnych historii znajdzie się w Opowieściach chasydzkich, które ukażą się po polsku w połowie przyszłego roku nakładem Wydawnictwa Ossolineum w serii Biblioteka Narodowa. W tym ponad 900-stronicowym tomie, który przygotowaliśmy wspólnie z Wojciechem Tworkiem z Katedry Judaistyki Uniwersytetu Wrocławskiego, znalazło się wiele fascynujących historii, w ogromnej większości toczących się w małych i średnich miasteczkach dawnej Rzeczypospolitej: Rymanowie, Bełzie, Nowym Sączu, Kozienicach, Leżajsku, Radoszycach czy Lelowie. Całość poprzedzona jest wstępem, który w zrozumiały sposób przedstawia historię chasydyzmu i wyjaśnia, co to jest w ogóle opowieść chasydzka – bardzo specyficzny i piękny gatunek literacki!

W historii chasydyzmu bardzo długo nie było widać kobiet.

Tak jak wcześniej wspomniałem, do XX wieku kobiety były nieobecne w bractwie chasydzkim. Nie mogły się modlić ani pielgrzymować wspólnie z mężczyznami. Mogły być na dworze cadyka, ale wyłącznie jako petentki razem z nie-Żydami. Przy czym to, że nie były częścią wspólnoty chasydzkiej, nie oznaczało, że chasydyzm nie oddziaływał na ich duchowość i że nie mogły się z nim utożsamiać czy też być częścią szerzej pojętej kultury. Natomiast z chasydyzmu jako organizacji, powiedzielibyśmy takiego gentleman’s club, z pewnością były wykluczone. Mówiąc to mam na myśli chasydyzm na poziomie wyznawców.

Czy którejś udało się przełamać męską hegemonię?

Zdarzało się, że kobiety pojawiały się jako przywódczynie, które stawały się quasi-cadykami. Najbardziej z nich znana dziewica z Włodzimierza, Sara Rochel Werbermacher, miała setki, jeśli nie tysiące zwolenników w I połowie XIX wieku. Co jednak charakterystyczne, aby móc pełnić tę funkcję, musiała przekroczyć rolę genderową. Dlatego na przykład zakładała talit i tefilin, czyli męskie atrybuty modlitwy. Jej popularność na tyle zaniepokoiła innych cadyków, że kazali jej wyjść za mąż.

W ten sposób chcieli się jej pozbyć?

To wynikało z wierzenia, że dziewice w okresie dojrzewania posiadają szczególną moc duchową, bo znajdują się na pograniczu dwóch światów: ludzkiego i boskiego. Jeśli więc taka dziewczyna wyjdzie za mąż, to automatycznie stanie się jak każda inna i straci swoje specjalne właściwości. Ostatecznie z tego małżeństwa i tak nic nie wyszło, bo zdaje się, że kandydat na męża był zbyt przerażony tym, że ma pojąć za żonę świętą kobietę. Sara Rochel wyjechała potem do Palestyny i tam odtworzyła nową, własną grupę.

Wydaje się, że jedyną kobietą, która miała stabilną pozycję była żona cadyka?

Ona rzeczywiście pełniła niezwykle ważną rolę na dworze. Miała istotny wpływ na charyzmę danej grupy i politykę całej dynastii. Zdarzały się także żony cadyków, które po śmierci swojego męża pełniły rolę regentki. Tak działo się w momencie, kiedy dzieci były zbyt małe, by przejąć rolę po ojcu. Wtedy żona do czasu uzyskania przez nie odpowiedniego wieku mogła czasem pełnić funkcję takiego quasi-cadyka. To jednak, że kobiety występowały w takich nietypowych rolach nie znaczy, że chasydyzm był egalitarnym ruchem, w którym kobiety i mężczyźni mieli równe szanse, jeżeli chodzi o dostęp do chasydzkiej duchowości.

To była stała tendencja?

To się zmieniło dopiero po I wojnie światowej, kiedy chasydyzm przeżywał wyjątkowo głęboki kryzys. Wojna przyniosła wielu chasydzkim wyznawcom załamanie wiary w cadyka i zwątpienie w sens tradycyjnego przywództwa. A kryzys rodzi reakcję, próbę odrodzenia. Do zbiorowej świadomości zaczęło przebijać się przekonanie, że transmisja wartości chasydzkich z pokolenia na pokolenie jest niemożliwa bez kobiet, a więc, że są koniecznym elementem chasydyzmu. To był też czas, kiedy pojawiła się koncepcja rodziny chasydzkiej, w której kobieta uczestniczy w równym stopniu jak mężczyzna, chociaż oboje pełnią zupełnie inne role. To nowe spojrzenie zaowocowało powstaniem chasydzkich szkół dla dziewcząt. Takie były początki.

Które, jak rozumiem, doprowadziły do zmian?

Dziś kobiety mają pełne miejsce w chasydyzmie. Oczywiście nie można tego mylić z równouprawnieniem, bo jednak to jest cały czas bardzo patriarchalna społeczność. Nie ma tu mowy o żadnym przekraczaniu granic wyznaczonych przez kategorię płci. Ale jednocześnie zarówno kobiety, jak i mężczyźni w pełni uczestniczą w świecie chasydyzmu.

Czy w związku z tym chasydki mogą dziś sprawować wszystkie funkcje, na przykład mogą zostać prezydentem?

Z tym byciem prezydentem byłbym jednak ostrożny. Ale jest na przykład znana chasydka Rachel Freier, która jest pierwszą ultraortodoksyjną Żydówką mianowaną na stanowisko sędzi sądu w Nowym Jorku.

Jak panu, jako osobie spoza środowiska, udaje się zdobyć informacje niezbędne do prowadzenia badań?

Wspólnoty religijne, szczególnie te o intensywnej tożsamości, do których z pewnością można zaliczyć chasydyzm, rządzą się swoimi prawami. To oznacza, że nie każdy, kto do nich się zwróci, może swobodnie zadawać pytania i liczyć na uzyskanie odpowiedzi.

Pan mógł.

Może zabrzmi to paradoksalnie, ale dzięki temu, że nie jestem Żydem i pochodzę spoza Stanów Zjednoczonych czy Izraela mogłem dotrzeć do wielu informacji niedostępnych dla innych. To, że nie byłem przedmiotem sporu między świecką i religijną częścią tej społeczności stawiało mnie w lepszej sytuacji, bo nie byłem zaangażowany po żadnej ze stron.

Czyli po prostu pomogło bycie kimś z zewnątrz?

Myślę, że moja perspektywa jest ceniona przez wielu chasydów, z którymi współpracuję, właśnie dlatego, że jest spojrzeniem z zewnątrz, spoza sporu między religijnymi i świeckimi częściami społeczności żydowskiej. Mnie jednak trudniej podejrzewać o ukryte intencje. Największym komplementem, który słyszałem było zdanie wygłoszone przez jednego z chasydów do drugiego: „On wie o nas nawet takie rzeczy, których my o sobie nie wiemy”.

Pewnie przysłużyło się też obiektywne spojrzenie badacza, który unika, często obecnego w przestrzeni publicznej, egzotyzowania chasydyzmu?

Mam świadomość, że dla wielu takie egzotyzowanie może być atrakcyjne. W końcu nic tak nie pobudza emocji, jak przedstawianie chasydów jako dzikich w chałatach, którzy siedzą zamknięci w swojej sekcie. Otóż chasydyzm nie jest sektą. To bardzo różnorodna wspólnota, której członkowie aktywnie uczestniczą w życiu publicznym. Nie ukrywam mojej fascynacji chasydyzmem. Ale to nie zmniejsza mojego naukowego krytycyzmu, chłodnego oglądu, a przede wszystkim naukowej pasji poznania, zrozumienia i opisania tego wyjątkowego ruchu religijnego, być może najciekawszego zjawiska religijnego zrodzonego kiedykolwiek na ziemiach polskich. No i jak tu nie studiować chasydyzmu?!

Rozmawiała Aneta Zawadzka

Dyskusja (0 komentarzy)