Zadbać o dobro swojej jednostki czy o własny rozwój naukowy? – wraz z początkiem nowego okresu ewaluacyjnego przed takim wyborem stanie znowu część polskich naukowców. To pokłosie konsekwentnie podtrzymywanego od lat braku spójności pomiędzy krajową punktacją czasopism a międzynarodowymi wskaźnikami. O dylematach związanych z oceną jakości działalności naukowej pisze dr Agnieszka Żok z Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.
W ubiegłym tygodniu zakończył się zorganizowany przez ministerstwo cykl spotkań online poświęcony zasadom oceny jakości działalności naukowej za okres 2026–2030. Najwięcej wątpliwości wśród uczestników dotyczyło kryterium I, odnoszącego się do poziomu naukowego. Choć nowe reguły przewidują likwidację slotów publikacyjnych, wydaje się, że kluczowy problem tej oceny nie tylko nie zostanie rozwiązany, ale wręcz może się pogłębić.
Niezależnie od tego, czy ocenie podlegałyby sloty publikacyjne, czy też całe osiągnięcia naukowe, podstawą oceny w kryterium I pozostaje wartość punktowa przypisana publikacjom. To właśnie suma punktów uzyskanych za publikacje pracowników zaliczonych do liczby N w największej mierze decyduje o końcowym wyniku ewaluacji. Tym samym, choć ustawa jednoznacznie wskazuje, że ocenie poddawane są dyscypliny w ramach danej jednostki, a przyjęte kryteria nie mogą stanowić podstawy do oceny indywidualnych pracowników, w praktyce nie sposób całkowicie oddzielić jednostki od osób ją tworzących.
Dodatkowo należy podkreślić, że środowisko naukowe funkcjonuje w ramach międzynarodowych struktur badawczych, korzysta z programów grantowych, współpracuje oraz szkoli się w ośrodkach naukowych na całym świecie. W międzynarodowych konkursach dorobek oceniany jest na podstawie list JCR lub/i Scopus. Punktacja przyjęta przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego znacząco odbiega od tych wskaźników, przez co naukowcy nierzadko muszą stawać przed wyborem między działalnością na rzecz jednostki zatrudniającej a własnym rozwojem naukowym.
Nie da się pogodzić obu tych interesów przy tak dużych rozbieżnościach. Za przykład niech posłużą renomowane tytuły należące do grupy „Nature” czy „Lancet”: „Nature Reviews Methods Primers”, posiadające wskaźnik Impact Factor na poziomie 50,1, w polskim wykazie zostało wycenione ledwie na 40 punktów, zaś „Nature Reviews Earth & Environment” (IF = 49,7) czy „Nature Reviews Physics” (IF = 39,5) dostały jeszcze mniej – skromne 20 pkt. Najniższą z możliwych punktacji przyznano także „The Lancet Planetary Health”, mimo IF wynoszącego 24,1. Wszystkie te periodyki należą do wiodących w swoich dziedzinach i posiadają najwyższe wskaźniki w Scopusie.
Z kolei „Journal of Religion and Health”, przy IF 2,2, uzyskał 200 punktów, podczas gdy mające podobny współczynnik IF oraz Scopus czasopisma „Sports Medicine and Health Science (IF = 2,3; Scopus 88%), „Global Health Research and Policy” (IF = 4,6; Scopus 97%), „Journal of Migration and Health” (IF = 2,9;, Scopus 90%) oraz „International Journal of Transgender Health” (IF = 14,8; Scopus 98%), widnieją w wykazie z punktacją dziesięciokrotnie mniejszą. Natomiast „Journal of Community Health” z IF wynoszącym 3,9 otrzymał 70 punktów, podobnie jak wiele polskojęzycznych czasopism nieindeksowanych w międzynarodowych bazach. Takich przykładów braku symetrii jest znacznie więcej.
Punktacja polskiego ministerstwa nie odzwierciedla nakładu pracy i wysiłku, jaki wiąże się z prowadzeniem badań oraz przygotowaniem artykułu. W praktyce lokalne czasopisma (nawet najlepsze w swojej dziedzinie) są „wyceniane” na równi z prestiżowymi periodykami zagranicznymi, w których publikacje wymagają konkurowania z badaczami z całego świata. Sytuacja taka nie tylko sprowadza realizowanie badań naukowych do przyjęcia strategii publikacyjnej, w której trzeba balansować między różnymi systemami punktacji, ale przede wszystkim zniechęca do podejmowania wysiłków na rzecz globalnej widoczności polskich badań.
Oczywiście, zarówno JCR, jak i Scopus, mają swoje słabe strony i ich znaczenie różni się w poszczególnych dziedzinach, jednak pozostają uznanymi wskaźnikami o jasno określonych kryteriach oceny. Przypomnę, że ewaluacja odbywa się w ramach dyscyplin, więc rozbieżności pomiędzy punktacjami – w zależności od rodzaju prowadzonej działalności naukowej – nie powinny stanowić istotnego problemu. Paradoksalnie jednak takie rozwiązanie najbardziej utrudni funkcjonowanie dyscyplinom, dla których wskaźnik IF jest podstawowym narzędziem oceny. Przykładowo, w naukach medycznych badacz zajmujący się kulturowymi aspektami zdrowia nie będzie w stanie konkurować z onkologiem, który ma zupełnie inne możliwości publikacyjne. Niemniej punktacja powinna być charakterystyczna dla danej dyscypliny i zgodna ze światowymi trendami, których nie można ignorować. Zaproponowana przez MNiSW ekspercka ocena osiągnięć naukowych może jeszcze dodatkowo pogłębić ten problem. Jak? Prace, które zostały zrecenzowane przez kilku ekspertów i przyjęte do publikacji w czasopismach notowanych w międzynarodowych bazach, mają być podczas ewaluacji poddawane ponownej ocenie eksperckiej. Takie rozwiązanie nie tylko spotęguje przywołane wcześniej dylematy, ale także wprowadzi niepewność związaną z ponowną oceną już zrecenzowanego dorobku. Ile bowiem punktów ostatecznie zostanie przyznanych danej dyscyplinie, w której jednostka jest ewaluowana?
Zmiany w systemie ewaluacji, choć deklaratywnie mają służyć większej przejrzystości i obiektywności, w praktyce nie eliminują podstawowych problemów, z którymi borykają się polscy naukowcy. Ministerialna lista czasopism, mimo że obecnie pozostaje stabilna, w przeszłości nie uniknęła ręcznego sterowania punktami, co cały czas wzbudza poważne zastrzeżenia odnośnie do metodologii jej tworzenia. Dodatkowo brak spójności pomiędzy krajową punktacją a międzynarodowymi wskaźnikami oraz wprowadzenie ponownej oceny eksperckiej już zrecenzowanych prac, zaowocują jeszcze większym poczuciem niepewności i niesprawiedliwości. W efekcie, zamiast wspierać rozwój polskiej nauki i zwiększać jej rozpoznawalność na świecie, nowe rozwiązania mogą przyczynić się do dalszego utrwalania modelu publikacyjnego podporządkowanego krajowej punktacji, a nie rzeczywistej jakości badań. To z kolei będzie miało negatywny wpływ zarówno na indywidualny rozwój naukowców, jak i na pozycję polskich jednostek w globalnym środowisku badawczym.
dr Agnieszka Żok
Artykuł wyraża prywatne opinie autorki, które nie muszą odzwierciedlać stanowiska jej uczelni
Nowy rok akademicki, nowe-stare problemy. Punktoza ma się dobrze, spółdzielnie mają się dobrze, MDPI ma się dobrze. Ja nie mam się dobrze. W pisaniu wniosków przegrywam nawet z panią co robi tipsy. Poczytajcie o KPO i jakie dotacje na "innowacje" były. Po kilkaset tysięcy bez problemu zgodnie z regulaminem, pokupowane jachty, mieszkania na wynajem, kryptowaluty. Ja muszę rozliczyć grant uczelniany za kilkanaście tysięcy publikacją na swiatowym poziomie za 140, najlepiej 200 pkt. Ponad 20 lat pracy, habilitacja, a jest mi coraz gorzej bo dochodzi do mnie że pracuje w cyrku a ja nie mam na to predyspozycji.
Nowy rok akademicki i nowe-stare problemy. Dziesiątki mądrych głów debatuje latami jak pokręcić śróbki ewaluacji żeby było sprawiedliwie. Tylnymi drzwiami ogromne środki publiczne wypływają co roku na takie rzeczy jak publikacje w MDPI. Spółdzielnie mają się dobrze. Punktoza ma się dobrze. Ja nie mam się dobrze, ponad 20 lat pracy, habilitacja, coraz mniej widzę w tym sensu. Przegrywam już z panią co robi tipsy - poczytajce jakie dotacje dostały firemki z KPO na "innowacje", po kilkaset tysięcy bez problemu, pokupowane kryptowaluty, mieszkania na wynajem, jachty, wszysto zgodnie z regulaminem. Ja muszę zaraz rozliczyć grant uczelniany kilkanaście tysięcy publikacją na światowym poziomie, za 140 a najlepiej 200 pkt.
Z tytułem się zgadzam, ale w treści nie widzę propozycji rozwiązań. Wskaźniki bibliometryczne to wskaźniki popularności. Ich korelacja z jakością gwałtowanie spada. Eksperci niewiele pomogą (jestem raczej pewien, że oni wręcz dodatkowo zaszkodzą, co już widzieliśmy przy konstrukcji list ministerialnych). Proponowałbym weryfikację POST FACTUM. To znaczy, wstępnie przyznać punkty według wskaźników bibliometrycznych (w ramach dyscyplin), a następnie WSTECZNIE zweryfikować tę punktację po zakończeniu ewaluacji.
Założenie jest następujące. JEŚLI po 4 latach liczba polskich afiliacji w danym piśmie wzrośnie pond miarę (a to łatwo widać, w minionej ewaluacji zawyżona punktacja wywoływała wzrosty nawet 10-20 krotne, dochodząc do tysięcy (sic!) artykułów w jednym takim czasopiśmie, 140 punktów działa jak magnes), to oznacza, że dane czasopismo jest znacznie słabsze (niższy prestiż, słabi recenzenci) niż sugeruje jego wskaźnik bibliometryczny. Zatem wysokie punkty się nie należą i trzeba je obniżyć o co najmniej jeden poziom.
Prawdę mówiąc, uważam to za najważniejszą poprawkę do rozporządzenia o ewaluacji, że czasopismom, których poziom okaże się w praktyce zbyt niski - można obniżyć punkty post factum. Sama groźba takiego posunięcia może skłonić autorów do sensowniejszego kierowania swoich artykułów.
Druga zasada, którą radzę przyjąć: żadne "eksperckie" czy ministerialne arbitralne PODWYŻKI punktacji nie są dopuszczalne. Obniżki czy dyskwalifikacje - jak najbardziej, każda kompromitacja czasopisma (a już zwłaszcza wypadnięcie ze Scopusa czy JCR) powinna wręcz automatycznie skutkować sankcjami lub degradacją. Największym złem dla ewaluacji jest zawyżona punktacja.
Inna propozycja (aby budżet państwa i jednostek odetchnął) - obniżać punktację za publikacje opłacone z budżetu jednostki (w tym granty), np. 1 pkt obniżki za wydane każde 50 EUR. Oczywiście jest to w poprzek dogmatycznego nurtu "otwartej nauki". Ale chcąc otwierać naukę - twórzmy otwarte repozytoria w Polsce, nakazujmy umieszczanie w nich prac polskim autorom itp. Chodzi o merytoryczne udostępnienie, a nie absurdalne roztrząsanie do jakiego stopnia opublikowana wersja jest identyczna z preprintem. Jak ktoś chce sobie to porównywać, albo jest czuły na drobne niuanse, to niech poprosi autora o kopię egzemplarza autorskiego :)
Wiele wskazuje na to, że podstawowe patologie systemu ewaluacji zostaną w "nowym systemie" utrzymane.
Przykład 1. Dana praca/publikacja jest wyceniona w systemie ewaluacji na "X" punktów (przykładowo 100). Czy wprowadzi do systemu "X" punktów? Nie! wprowadzi "X" * liczba autorów z różnych instytucji lub podobny wariant. Oznacza to, że system włącza mechanizm PREMIUJĄCY udział w tzw. spółdzielniach wydawniczych. Mam kolegę pracującego w podobnej działce ale różnych instytucjach, umawiamy się na "współpracę" pt. "ja dopiszę Ciebie, Ty dopiszesz mnie", i szafa gra. Wprowadzamy do systemu 200 punktów, ale każdy z nas zachowuje swoją stówkę. Patologia? Tak, patologia nagradzana przez system ewaluacji.
Przykład 2. Dwie porównywane jednostki naukowe, "A" i "B". Działające w tym samym "koszyku". Przyjmijmy hipotetycznie, że wypracowały taką samą liczbę punktów oceny parametrycznej. Przyjmijmy także, że mają taką samą liczbę zatrudnionych. Zdobyły te jednostki także taką samą liczbę grantów. Ale granty jednostki "A" zsumowały się do kwoty wyższej niż granty jednostki "B". Kto wygra rywalizację? Jednotka "A", bo premiowane jest kwotowe zwiększanie konsumpcji grantów. Patologia? Chyba tak, bo premiowane jest osiągnięcie podobnego efektu naukowego, po wyższych kosztach. Dodajmy, że jest to oczywista patologia, premiowana przez system ewaluacji.
Podsumowując, wiele ostanio się mówi o rzetelności w nauce, nadużyciach i patologiach uprawiania nauki. Jednak mało o tym, że nasze państwo INSTYTUCJONALNIE przykłada się do rozwoju tychże patologii.
Trafne podsumowanie (niestety).
Pełna zgoda. Chociaż pkt. 2 to walka z wiatrakami. Reguły oceny polskiej nauki systemowo zakładają, że im więcej jednostka czy badacz przemielą państwowych pieniędzy - są tym bardziej efektywne. Absurd. Ale dobrze, że Pan zwraca na to uwagę.
Art. 267, ust. 1, pkt. 2 mówi, że w ewaluacji ocenia się "efekty finansowe badań naukowych i prac rozwojowych". Ministerstwo ZAKŁADA, że tego typu efektem jest także kwota grantu pozyskanego z budżetu państwa :) Moim zdaniem - brak elementarnej logiki. Grant to nie jest efekt czy cel, to jest środek do celu!
Cytowania i IF i inne miary odnoszące się do publikacji są i należy je uwzględniać przy ocenie nauki. Może ktoś zna i wie czy uwzględnia się liczbę naukowców na świecie pracujących w danych dyscyplinach naukowych i jakie jest przełożenie na wskaźniki publikacyjne. Przykładowo jeśli w niszowej dyscyplinie np. filozofii, pracuje w świecie 1000 osób, a w medycynie kilka milionów, to liczby cytowań mogą byś w pierwszej śmiesznie małe, a w drugiej horrendalnie duże i jak to ująć? Może wprowadzić miarę która by uwzględniała liczbę naukowców w danej dyscyplinie i wtedy wskaźnik byłby może bardziej miarodajny niż te które są dziś.
@a co z liczbą osób pracujących w danej dyscyplinie
Wartosci impact factors (IFs) roznia sie dosyc dramatycznie pomiedzy dziedzinami, i to odzwierciedla w pewnym stopniu "zainteresowanie" dana dziedzina wiedzy, i posrednio: ile naukowcow pracuje w danej dziedzinie. Na przyklad w biologii komorki najwyzsze IFs to powyzej 20. W filozofii pisma o najwyzszym IF siegaja wartosci zaledwie 4.
Dlatego, jesli ktos chcialby uzywac IFs do porownywania pomiedzy dyscyplinami nauki, to zamiast stosowac bezposrednie wartosci IFs, raczej nalezy patrzyc, w ktorym kwartylu dla danej dyscypliny znajduje sie jakies pismo, albo zastosowac jakas inna kategoryzacje, ktora podzielilaby tytuly w grupy tych "najlepszych", "troche gorszych", "jeszcze gorszych", itd. W Clarivate mamy podane do jakiego "JIF Quartile" nalezy kazdy tytul, od Q1 do Q4, to na przyklad moze byc pewna wskazowka.
Trzeba jednak pamietac, ze o wadze (waznosci) pojedynczaj publikacji nie przesadza IF pisma, w ktorym ta publikacja zostala opublikowana.
Zgadzam się i dodam, że wewnątrz dyscyplin też jest duża różnorodność, np. w językoznwstwie top wg IF i podobnych wskaźników (np. CS Scopusa) okupowany jest przez pisma z applied linguistics, bilingualism i psycholinguistics, bo po prostu tak jest więcej naukowców i więcej cytowań do zyskania. Czy to znaczy, że np. językoznawcy historyczni z definicji publikują 'gorzej' - no nie. Stąd są próby, żeby to uchwycić takimi wskaźnikami jak np. SNIP (a w Clarivate - CNCI). Obecnie moim zdaniem SNIP i CNCI działają słabo, ale są cenną próbą. Może jakimś wyjsciem jest uśrednienie róznych wskaźników (np. w Scopusie byłaby to średnia CS, SJR i SNIP).
Nic z tej całej paplaniny ministerialno-środowiskowej nie wyniknie. Jak wielokrotnie pisałem nauka dla rządzących jest niestety wydatkiem nie inwestycją.
Chociaż, z drugiej strony, biorąc pod uwagę przeciętny poziom prowadzonych badań (o ile w ogóle takowe są prowadzone w przeciętnej jednostce) pokazuje, że takie podejście rządzących do nauki jest uzasadnione. Niestety.
Zawsze występuje mniejszy lub większy konflikt między interesem pracownika i firmy lub instytucji. To normalne, oczywiste i powszechne zjawisko. Nawet w spółce, jeden wniesie kapitał, drugi pomysł, a trzeci pracę organizacyjna, Jeden zajmie się reklamą, drugi sprzedażą itp. itd.
Praca wieloautorska w wielu instytucjach liczy się badaczowi osobiście, ale już niekoniecznie jako pracownikowi, dlatego, że liczy się ona instytucji tylko wtedy, kiedy większość autorów w niej pracuje. To oczywiste: instytucja płaci tylko za pracę naukową wykonaną dla niej. W dobrych instytucjach naukowych nie ma też mowy o wieloetatowości, a płacenie wynagrodzeń z grantów uznawane jest za nieeleganckie.
Jak łatwo można wprowadzić zamieszanie. Co to są punkty ministerialne i czy ktoś na świecie to rozumie? Chociaż słyszałem, że punktacja ministerialna to największe osiągniecie innowacyjny Polski. Nic z tego nie wynika a zabiera dużo czasu i energii. Jednocześnie toleruje się naukowców, którzy publikują nierzetelne wyniki.
W kryterium I można oprzeć się o kwartyle. Czyli publikujemy głównie w czasopismach Q1 i Q2. Można dodatkowo wprowadzić czynnik związany z cytowalnością danej publikacji. Zwiększyć wagę na prace publikowane z pierwszym autorem , będącym pracownikiem ewaluowanej jednostki. Usunąć sloty i dzielenie udziałów oraz czynnik k/m.
Polska jest prawdopodobie jedynym krajem na świecie, w którym cytowania nie mają żadnego znaczenia przy ewaluacji nauki. Przypadek?
Nic tak nie skłania do podnoszenia jakości pracy naukowej, jak liczenie cytowań. Poza Polską to oczywiste.
IF czasopisma nie ma tu większego znaczenia. Opublikować można prawie wszystko - musi być zgrabnie napisane, żeby nie było obciachu, a wydawnictwo z czasem znajdzie odpowiednich recenzentów i chętnie przyjmie niemałe pieniądze, także za pracę mało istotną.
Cytowania ludzie też sobie mogą kupić. Wg stawek pewnej chińskiej firmy cytowanie kosztuje ok 5 usd za sztukę. Poza tym praca zyskuje cytowania nawet jak przedstawia błędne dane lub jest wycofana z powodu nieetycznych praktyk.
Czyli co - skoro cała nauka jest skorumpowana i nic poza korupcją w niej nie ma, to uczciwy człowiek powinien zajmować się czym innym? Pogląd spójny logicznie, tylko jedno pytanie się nasuwa: Co pan robi w nauce? Czy pan też jest skorumpowany?
Tak, paradoks Eubulidesa czai się za każdym rogiem.
To może wydawnictwa także kupują cytowania? Wtedy IF czasopisma także nie jest żadną miarą jakości pracy naukowej tamże publikowanej?
Czasem recenzenci wymuszają cytowanie prac nowszych zamiast oryginalnych, co jest wyjątkowo nieuczciwe, ale podtrzymuje IF czasopisma.
Pozostaje już tylko ocena rzeczowa. I jak teraz ignoranci będą rządzić fachowcami?
"To może wydawnictwa także kupują cytowania?"
Nie, czasopisma nie kupują cytowań, bo nie muszą. Wystarczy im, że autorom zależy na tym, żeby mieć ich jak najwięcej, więc to wykorzystują. Publikowanie artykułów z karteli cytowań daje dziesiątki, a często setki cytowań rocznie na artykuł. Wszyscy korzystają. Do czasu, bo czasami Clarivate reaguje. Już kilkukrotnie podawałem przykłady STOTEN, Chemosphere czy Environmental Science and Pollution Research. O szmatławcach MDPI typu International Journal of Environmental Research and Public Health i Journal of Risk and Financial Management nawet nie warto wspominać. Wtedy pojawia się problem, bo ludzie przestają wysyłać manuskrypty do czasopisma bez IF i żyła złota się wyczerpuje.
"Wtedy IF czasopisma także nie jest żadną miarą jakości pracy naukowej tamże publikowanej" (usunąłem znak zapytania).
Z tego samego powodu uważam, że stosowanie CiteScore do oceny rangi czasopisma jest jeszcze gorszym pomysłem niż stosowanie IF, bo to wewnętrzy parametr Elseviera.
Ocena jest jak widać bardzo dobrym, nośnym tematem zastępczym.
Są GRUBE pieniądze na budynki, na koszmarnie drogą i niewykorzystaną infrastrukturę, na utrzymanie przerośniętej uniwersyteckiej administracji i na utrzymanie nadmiernej liczby uczelni, ale (stąd) nie ma ich na prowadzenie badań naukowych.
Nie ma planu, nie ma celu - jest tylko ocena i punktacje, które nie mają żadnego sensu - IF czasopisma jest lepszy niż punktacja, ale nie jest dobrą miarą jakości naukowej publikacji. Jedna publikacja w Nature ma kilka cytowań, a inna tysiące - średnio 40 albo 50, gdzie niewielka liczba publikacji jest grubo powyżej średniej, a potężna większość - poniżej.
Proponuję przynajmniej mnożyć IF czasopisma przez liczbę cytowań artykułu po 2 latach - tak, jak liczy się IF czasopisma.
Dziękuję za artykuł, generalnie zgadzam się, ale mam drobną uwagę co do parametrów pism: IF to miara, a Scopus to baza. Pisząc "Scopus 88%" (podobnie Q1 Scopus, Q1 WoS, itd.) należy jeszcze doprecyzować miarę, ponieważ bez tego może to oznaczać różne rzeczy. Co prawda najczęściej do danych Scopusa używa się CS, ale można także np. SJR albo SNIP. Np. Scimago pozycjonuje czasopisma ze Scopusa właśnie po SJR:
https://www.scimagojr.com/
To o czym Autorka pisze "w naukach medycznych badacz zajmujący się kulturowymi aspektami zdrowia nie będzie w stanie konkurować z onkologiem" można próbować korygować za pomocą miar i np. SNIP jest właśnie taką ciekawą próbą wyrównania różnic wewnątrz dyscyplin Scopusa. W praktyce jest to trudne - np. ranking wg SNIP słabo oddaje 'obiektywny' prestiż pism - jednak może nie jest zupełnie niemożliwe.
Po pierwsze od mieszania herbata słodka się nie zrobi, polskie uczelnie są bardzo kiepsko finansowane a kolejne rządy próbują to przykryć kolejnymi kolorowymi etykietkami ocen. Naukowców przygniatają obowiązki administracyjne i nadmiar dydaktyki, to nie są naukowcy tylko nauczyciele masowi... Wystarczy porównać liczbę studentów na profesora, od razu wiadomo że w Polsce czasu dla studenta jest niewiele. Robią wszystko by coś zrobić naukowego w tak zwanym międzyczasie. Jeśli chodzi o oceny to dziwne przeliczniki IF na punkty tylko zaciemniają obraz, choć sprawa wydaje się prosta, to przeliczanie cyferek na cyferki. Bardziej zagmatwane reguły tylko powodują że bardziej trzeba się będzie nagimnastykowac żeby dostać A+, ocena jednostek to gra, ma określone reguły, wszyscy się uczą i się ogrywają. Za poprzednią ocena nic nie poszło, nie miała wpływu na nic, ani na wynagrodzenia naukowców na uczelniach ani na dotacje, to tylko bicie piany. Zamiast płacić za oceny jednostek dofinansujmy naukowców i przestajemy z nich kpić......
Błąd. Miało i poszło. Dużo nieliczących się dotychczas jednostek otrzymało uprawnienia do nadawania stopni naukowych. A to jest jedna z dróg do zarabiania pieniędzy, co już zdążyły zademonstrować różne uczelenki.
Marek
Nie ukrywaj się. :)
To, że zniknęło logo Ministerstwa z FA to nie Twoja wina :)
W punkt lepiej bym tego nie opisał...dziękuję.
Zaiste
Autorka niestety pominęła bardzo ważną informację dotyczącą przyznania czasopismom punktów w aktualnym wykazie. Informacją jest to, że punkty ustalono na podstawie wartości wskaźników czasopism w bazach z 2019 roku.
Od tamtego czasu nie aktualizowano punktów wg wskaźników a jedynie ręcznie zmieniano punktację czy to przez KEN (aktualna lista) czy przez ministra Czarnka (żeby było śmieszniej to też aktualna lista).
Nowa lista (od 2026 r.) ma babrać pod uwagę wskaźniki obliczone w tym roku czyli IF za 2024 rok i CiteScore 2024. Oczywiście, żeby było ciekawiej (taki nasz rodzimy folklor) i można było po znajomości komuś dodać lub komuś odjąć to o +- jeden poziom KEN może zmienić.
Jest to tylko dodatkowy argument potwierdzający bezsensowność polskiej listy, która poza wspomnianymi wadami się zwyczajnie przedawnia. Nowa list za 5 lat też będzie nieaktualna. Obecna lista już w momencie jej powstanie budziła kontrowersje, przez uśrednianie punktów. Nie ma żadnego sensownego argumentu za utrzymaniem listy.
Dlaczego młodzi badacze/naukowcy, a niektórzy z doświadczeniem dydaktycznym NIE MOGĄ ZROZUMIEĆ ŻE WAŻNIEJSZE JEST TO CO PUBLIKUJESZ (WARTOŚĆ I JAKOŚĆ WYNIKÓW BADAŃ) NIŻ MIEJSCE TEGO CO JEST PUBLIKOWANE. ZWŁASZCZA OBECNIE GDY WYMIANA INFORMACJI ODBYWA SIĘ W CZASIE RZECZYWISTYM. CZASOPISMA ZWŁASZCZA TE Z GRUPY OLIGOPOLI POMPUJĄ IF OD WIELU DZIESIĘCIOLECI.
Moze dlatego, że premie, nagrody i podobne możliwości uzyskania większego wynagrodzenia za większą pracę opierają się na wykazach (np. ministerialnych), wskaźnikach itp.
To swoista schizofrenia, która blokuje zrównoważony rozwój badań i kariery.
Dokładnie. Pamiętajmy, że danego artykułu nie powinno się oceniać po IF czasopisma w którym został wydrukowany. JAKOŚĆ artykułu a IF czasopisma to są 2 różne rzeczy. Wiele artykułów w dobrych czasopisma nawet po 10 latach nie ma tylu cytować co IF czasopisma, a więc go de facto zaniżają, a więc ci autorzy świecą tzw. światłem odbitym. To jest niewygodna choć logiczna prawda, która jest pomijana.
No cóż za zagadka Irku. Może dlatego, że ich możliwość rozwoju, zdobywania projektów, utrzymania rodziny i siebie, zależy dużo bardziej od miejsca opublikowania, niż od treści materiału publikacji. Niektórzy profesorowie przez spokojne życie na ciepłej posadce na tyle oderwali się od rzeczywistości, że nie rozumieją prostych prawidłowości i zrzucają na młodych winę za niedoskonałości, które de facto sami zbudowali tworząc obecny system, podług którego młodzi muszą funkcjonować
Popieram autorkę. Ponadto nowy model każe kupować nowe certyfikaty jakości.
Przypomnijmy skandal z Certyfikatami
https://sciencewatch.pl/397-raport-w-sprawie-zakupu-certyfikatow-przez-publiczne-uczelnie2
Nie wspomnę o nadchodzącym skandalu z Perspektywami...
Fundacja Perspektywy zbiera wielomilionowe żniwa z budżetów uczelni:
1) opłaty z promocją na stronie
2) opłaty za organizowanie wydarzeń
3) opłaty za konferencje o horrendalnych cenach osobowych i innych
4) inne "sprytne" wydarzenia
Szacunkowo to ok 50-100t. PLN na uczelnię - czyli w skali kraju ok 5-10 mln PLN rocznie.
A teraz jeszcze będziemy kupować kolejne np "HR Excellence in Research" i inne.....
Nie wchodzac w sensownosc list ministerialnych, punktow i impact factors, chcialem sie tylko upewnic:
poniewaz niektore z wymienionych przez Autorke publikuja tylko artykuly przegladowe ('reviews'), czy to oznacza, ze przegladowki sa oceniane w czasie ewaluacji?
Publikacja jest publikacja a oceniane jest tylko miejsce publikacji a nie jej charakter.
@Profesor PAN
"oceniane jest tylko miejsce publikacji" - z tego, co wiem, Chiny poszly w tym kierunku i obecnie ich nauka nie jest ani troche gorsza niz ta amerykanska czy europejska.
Ale oczywiscie oni inwestowali i nadal inwestuja gigantyczne pieniadze w rozwoj nauki, wiec nie wiem do jakiego stopnia ten element nacisku na "miejsce publikacji" przyczynil sie do calosci zmian w swiecie chinskiej nauki, jakie zaszly w przeciagu ostatnich 30 lat.
@Marcin Przewloka
Ocena?
Chiny po prostu dobrze płacą, wymagają konkretnych wyników i mają duuże pieniądze na badania.
@Przemo
Tak. Ocena.
Wszyscy moi znajomi ktorzy wracali do Chin po postdokach niezwykla wage przykladali do publikacji w tzw. CNS, czyli Cell, Nature lub Science. Nie znam sie na ich zasadach ewaluacji, ale maja tam, lub przynajmniej mieli, polozony bardzo duzy nacisk wlasnie na to, aby publikowac w "prestizowych" tytulach z wysokim IF.
Tak wiec wlasnie w tym "wymaganiu konkretnych wyników" miesci sie oczekiwanie publikowania w czasopismach z wysokim IF.
Moze ktos, kto zna lepiej chinski system zatrudniania i oceniania tutaj skomentuje.
Z tego co wiem to tak. Co jest śmieszne. Nie wiem w jaki sposób wpływa to na rozwój nauki w PL;)
@Robert
No wiec wlasnie. Wiekszosc prac przegladowych nie pokazuje w zaden sposob tego, jak dany lab, czy dana grupa, przyczyniaja sie do rozwoju nauki. Rzeczywiscie, sa pewne przegladowki, ktore przynajmniej czesciowo maja charakter analityczny, czyli zawartosc takiej pracy wnosi cos nowego, ale w wiekszosci to jest tylko przeglad juz opublikowanej literatury. Zwykle sa to wysoko cytowane prace, jednak nie odzwierciedlaja rozwoju.
No ale tutaj znowu wracamy do pytania o priorytety, "do czego sluzy ewaluacja?" i w zwiazku z tym, "czego ma dotyczyc ocena?".
"Zadbać o dobro swojej jednostki czy o własny rozwój naukowy?" Przede wszystkim na pierwszym miejscu powinny być kwestie zdrowia i rodziny, a praca na drugim. Bo gdy tego zabraknie żaden z wcześniej założonych celów, nie zostanie osiągnięty w 100%. Także rozwaga i przewidywanie konsekwencji działań, a nie branie wszystkiego jak leci na głowę. Myślę że to jest jeden z ważnych czynników którego skutki obserwujemy w badaniach a także w stanie nauki w Polsce.
Artykułów o absurdach punktozy było tak wiele, że tylko dwie hipotezy dotyczące trybu powstania przesławnych list czasopism punktowanych wydają się być spójne logicznie i zgodne z faktami: jedna z nich twierdzi, że autorzy owej listy ustalają ją w stanie głębokiego zamroczenia spowodowanego środkami psychoaktywnymi. Druga jest prostsza i wspiera się słowem korupcja. Z ostrożności procesowej do żadnej z nich się nie przyznam.
To są tylko PRZYPUSZCZENIA nie ma się zatem czego bać. 🤣🤣🤣🤣🤣