Około 8 mld zł kosztowałaby realizacja postulatów zawartych w petycji „3% dla nauki, 100% dla Polski” – wynika z szacunkowych wyliczeń. Gdyby do tego doszło, mielibyśmy do czynienia z 20-procentowym wzrostem nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe.
W środę pod Sejmem dojdzie do protestu sektora nauki. To zwieńczenie trwającej od trzech tygodni akcji „3% dla nauki, 100% dla Polski”, w ramach której zbierano podpisy o zwiększenie nakładów na naukę. Po proteście petycja ma trafić do premiera Donalda Tuska, ministra finansów i gospodarki Andrzeja Domańskiego oraz ministra nauki i szkolnictwa wyższego Marcina Kulaska.
O wyliczenie kosztów realizacji postulatów zawartych w petycji pokusił się dr hab. Adam Gendźwiłł, socjolog i politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Zwykle o dodatkowe środki zaczynaliśmy zabiegać wtedy, gdy projekt ustawy budżetowej był już kierowany do Sejmu. Politycy mieli więc gotową wymówkę, że na jakiekolwiek większe zmiany jest za późno. Teraz jesteśmy w innym momencie politycznego cyklu, budżet na 2027 rok jest dopiero szkicowany, więc ta wymówka przestanie być wiarygodna – mówi w rozmowie z „Forum Akademickim”.
We wtorek na swoim profilu w serwisie X opublikował szacunkową wartość trzech postulatów zawartych w petycji. Z góry zaznaczył, że do precyzyjnych wyliczeń potrzebne by były bardziej dokładne dane, on sam opierał się na ogólnodostępnych bazach.
Ile kosztują trzy postulaty zawarte w petycji @3procentnanauke?
Można szacować że ok. 8 mld zł
➡️To 0,87% całości wydatków budżetu państwa na rok 2026
➡️Byłby to ok. 20-procentowy wzrost nakładów budżetowych na naukę i szkolnictwo wyższe
Szczegóły – w wątku poniżej— Adam Gendzwill (@adamgendzwill) May 25, 2026
Pierwszy postulat dotyczy wzrostu płac w nauce. Obecnie najniższe zasadnicze wynagrodzenie dla osoby rozpoczynającej pracę na stanowisku adiunkta wynosi 7044,5 zł brutto, lecz w wielu instytutach badawczych i naukowych, jak wskazują, próżno szukać takich stawek. Dlatego naukowcy domagają się, by ich pensje powiązać ze stawkami rynkowymi, a każda osoba z doktoratem zatrudniona na stanowisku naukowym, niezależnie od typu instytucji czy rodzaju stanowiska, miałaby otrzymywać co najmniej średnią krajową.
Przypomnijmy, że wysokość wynagrodzeń w nauce określana jest w odniesieniu do minimalnej pensji profesora. I tak profesor uczelniany nie może dostawać mniej niż 83% tej bazowej kwoty, adiunkt – 73%, asystent – 50%, doktorant przed oceną śródokresową – 37%, a po ocenie – 57%. Dla uproszczenia Gendźwiłł przyjął w swoich kalkulacjach, że „osoba z doktoratem” (jak jest w petycji) to adiunkt. Zachowując powyższe proporcje i za punkt odniesienia przyjmując prognozowaną na ten rok średnią krajową na poziomie 9,5 tys. zł brutto, minimalne zarobki profesora trzeba by podnieść do 13 014 zł brutto.
Struktura stanowisk sektora nauki – 11% stanowią osoby z tytułem profesora, 24% to profesorowie uczelni/instytutu, 50% to adiunkci, 15% to asystenci – wskazuje, że przeciętny wzrost wynagrodzenia zasadniczego wyniósłby 2550 zł. Badacz z UW dolicza do tego pochodne wynagrodzeń, co daje średni wzrost pensji o ok. 3400 zł. Zakładając, że systemem mnożnikowym jest objętych ok. 108 tys. etatów (92 tys. w uczelniach, 4 tys. w instytutach Polskiej Akademii Nauk i 12 tys. w państwowych instytutach badawczych), sumaryczny koszt podwyżek wyniósłby ok. 4,4 mld zł. Należy jednak zwrócić uwagę, że w petycji wyraźnie wskazano, iż mechanizm podwyżek miałby objąć wszystkie osoby zatrudnione w tym sektorze, a więc również osoby zatrudnione na stanowiskach administracyjnych, technicznych i pomocniczych. To oznacza łączny koszt wzrostu wynagrodzeń na poziomie 5–5,5 mld zł. Gendźwiłł zastrzega, że kwota ta mogłaby być mniejsza, gdyby przyjęto regulacje „kominowe” (zakazy podwójnego zatrudniania, np. łączenia pełnego etatu profesora z etatem sędziego, wiceministra itd.).
Kolejny postulat to godziwe warunki dla studentów i doktorantów. O co chodzi? Między innymi o urealnienie progów dochodowych stypendiów socjalnych i zapewnienie odpowiedniej infrastruktury socjalnej (tanie, publiczne stołówki, pilne remonty obecnych domów studenckich i budowa nowych). Gendźwiłł przypomina, że w tej chwili z budżetu na „pomoc materialną dla studentów i doktorantów” trafia ok. 2,5 mld zł. Przyjął więc, że na początek wystarczyłby wzrost tej kwoty o 1/3, czyli o 830 mln zł. Do tego ok. 170 mln zł na wsparcie stołówek na kampusach na zasadach podobnych do barów mlecznych. Tym sposobem wychodzi 1 mld zł.
Znacznie mniej pochłonąłby postulat zrównania stypendium doktoranckiego z płacą minimalną. Obecnie doktoranci dostają przed oceną śródokresową stypendium w wysokości… 3570,50 zł brutto. To oznacza, że trzeba by je podnieść do 4806 zł (+35%). Automatycznie zwiększyłoby się także stypendium po ocenie okresowej, które teraz wynosi 5500,50 zł, a byłoby 7404 zł. Do tego składki ZUS/NFZ. Jeśli przyjąć, że mamy w tej chwili ok. 17 tys. doktorantów, z czego ok. 9 tys. jest przed oceną, roczny koszt podwyższenia stypendium to ok. 400 mln zł.
Najmniej problemów przy wyliczeniach sprawia ostatni postulat. Jasno bowiem wskazano w petycji, by na badania podstawowe przeznaczyć w budżecie na 2027 rok dodatkowy 1 mld zł.
Sumując, wzrost płac (5,5 mld zł), pomoc materialna dla studentów i doktorantów (1 mld zł), zwiększenie stypendiów doktoranckich (400 mln zł), wzrost budżetu Narodowego Centrum Nauki (1 mld zł), kosztowałyby około 8 mld zł.
To 0,87% wszystkich wydatków budżetu państwa; 7,3% wydatków na obronę narodową; 15,5% polskich wydatków na B+R (choć nie wszystkie środki z tych 8 mld trafiłyby do nakładów B+R). Gdyby do tego doszło, mielibyśmy do czynienia z 20-proc. wzrostem nakładów budżetu na naukę i szkolnictwo wyższe – podsumowuje Adam Gendźwiłł.
W jednym z wcześniejszych wpisów w serwisie X wyliczył też, że przy planowanym na ten rok PKB Polski na poziomie 4,2 bln zł, postulowane 3% to ok. 125 mld zł. Tymczasem, jak wynika z danych GUS/EUROSTAT, nakłady B+R w 2024 roku wyniosły 51,5 mld zł (1,4% PKB). Większość, bo ok. 32,6 mld zł, pochodziło z biznesu. Instytucje naukowe dołożyły 17,7 mld zł.
MK, źródło: X
Dosypanie większej ilości złotówek do dziurawego mieszka nie pomoże zanadto ani polskiej nauce ani naukowcom jeśli nie będzie za tym szła jakaś myśl przewodnia a nie tylko "jakoś to będzie".
Uczelnie i instytuty przepalą każdą ilość dodatkowych środków na bzdurne programy "rozwoju", "wsparcia tego i owego" itp., czego wspaniałą ilustracją jest program Nobelium w ramach IDUB na Politechnice Gdańskiej (dr Bilal, dr Saeb...)
"Większość, bo ok. 32,6 mld zł, pochodziło z biznesu" - wystarczy dobra księgowa a zakup nowej linii produkcyjnej ("umowa wdrożeniowa B+R") lub ekspresu do kawy ("wsparcie szkoleniowe kadry") albo jachtu ("przestrzeń do zdalnej pracy badawczej") magicznie stają się "nakładem B+R". To, że firmy sobie coś tam realizują w ramach swojej działalności biznesowej - nijak ma się do tego, jak powinna wyglądać polityka państwa w zakresie finansowania nauki i szkolnictwa wyższego. Więc proszę - skończcie z tym wciskaniem kitu pod szyldem "nakładów B+R". Realnie finansowanie państwowych instytutów i uczelni wyższych spada, i nawet sztuczka połączenia tych dwóch domen - nie pomogła w ukryciu tego faktu.
Bogaci politycy i biznesmeni nie mają problemu z wysłaniem swoich dzieci na studia za granicę. A dzieci przeciętnej polskiej rodziny - jakie mają perspektywy?
Dzieci przeciętnej polskiej rodziny także coraz częściej studiują za granicą i tam robią doktoraty, zakładają rodziny itp., itd. Lepsza nisza - lepsze życie.
Zapytajmy może: co z przeciętną rodziną imigrantów z Ukrainy i z Bangladeszu?
Polaków studiujących w Polsce jest ponad 1,1 miliona. Polaków studiujących za granicą - około 0,05 miliona. Więc to "coraz częściej" nie jest kłamstwem tylko taką małą, zgrabną manipulacją. Studentów zagranicznych mamy około 0,1 miliona i tak niska wartość jest jednym z powodów słabych wskaźników "umiędzynarodowienia", które zaniżają pozycję polskich uczelni w rankingach światowych.
Odnośnie Ukrainy - robi ogromne postępy i jest w czołówce światowej w zakresie technologii dronowych, co chyba nawet w Moskwie dało się ostatnio zauważyć?
Jeśli coś rośnie, to rośnie, niezależnie od aktualnej skali procentowej. Gdzie tu "manipulacja"?
Procent nie mówi też nic o jakości.
A co do umiędzynarodowienia, jeśli ma samo w sobie jakąkolwiek wartość, poza wartością wymiany kulturowej, 13% doktorantów zagranicznych, to raczej nie jest niski wskaźnik tegoż umiędzynarodowienia ;-)