Idziemy pod Sejm, a nie pod siedzibę ministerstwa, bo chodzi tu o całą klasę polityczną. Działania, o które zabiegamy, muszą być podejmowane przez rząd, a nie tylko ministra nauki. To decyzje strategiczne leżące w gestii premiera, ministra finansów. Dajemy sygnał, że nie jest to jakiś resortowy protest, który da się załatwić jednym rozporządzeniem – mówi w rozmowie z FA dr hab. Adam Gendźwiłł, socjolog i politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
W środę pod Sejmem odbędzie się zapowiadany od kilku tygodni protest sektora nauki. Postulaty? Wzrost płac w nauce, polepszenie warunków dla studentów i doktorantów, dodatkowe środki na badania podstawowe. Protest jest kulminacją akcji „3% dla nauki, 100% dla Polski”, w ramach której zbierane są podpisy o zwiększenie nakładów na naukę. O proteście z dr. hab. Adamem Gendźwiłłem z Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Mariusz Karwowski.
Jako jeden z pierwszych zadeklarował pan kilka tygodni temu, że pójdzie na protest. „Bo jestem wściekły na to, jak państwo od lat zaniedbuje naukę”. Czy od czasu tego wpisu w serwisie X zapał w panu nie opadł?
Nie, w żadnym wypadku, mobilizacja jest duża i cieszę się, że inni też się wybierają. Mam nadzieję, że się spotkamy w dużym tłumie.
Czego się pan spodziewa?
Jako socjolog jestem bardzo ciekawy, jak ten protest będzie przebiegać. Nasze środowisko często wyrażało swoje zdanie w formie różnego rodzaju listów otwartych, petycji, tekstów publicystycznych, ale niezwykle rzadko wychodziło na ulicę. Szczerze mówiąc nie pamiętam takiego momentu, w którym samodzielnie, nie jako część jakiegoś większego związkowego protestu, pracownicy akademii wychodziliby demonstrować. Nie mamy więc takiego doświadczenia, takiej „kultury protestowania”, jak niektóre inne grupy, które intensywniej i głośniej zabiegają od lat o realizację swoich postulatów. Mam nadzieję, że wystarczająco dosadnie wyrazimy nasze zdeterminowanie, nasz gniew na decydentów.
Nie wiem, czy będzie pan miał transparent, ale jeśli tak, to z jakim hasłem pójdzie pan pod Sejm?
Tak na gorąco chodzą mi po głowie dwa: „Nauka, głupcze!” albo „Nauka polską racją stanu”. Tego drugiego użyłem jakiś czas temu w jednym z tekstów publicystycznych, alarmując, że wydatki na naukę de facto spadają, wbrew deklaracjom kierownictwa ministerstwa.
Protestując pod Sejmem, chciałbym nie tylko zwrócić uwagę na to, że wynagrodzenia w sektorze są kiepskie, że siła nabywcza zarobków naukowców jest coraz mniejsza. Idę tam także jako adwokat pewnej wizji, ambicji, którą powinny mieć Polska i osoby rządzące tym krajem. Pracuję na co dzień z młodymi ludźmi, którzy tuż po skończonych studiach, czy to magisterskich, czy doktoranckich, szukają swojego miejsca. Decyzje o wyjeździe z Polski albo pracy poza nauką, które wielu z nich podejmuje, są z dużą pewnością dobre dla ich osobistego rozwoju, ale długofalowo będą szkodliwe dla naszego kraju. Nie za bardzo mamy ich też kim zastąpić. Ponieważ to widzę, podobnie jak moi koledzy i koleżanki, to chcę alarmować o tym polityków, przypominając im, że są odpowiedzialni za zadbanie o przyszłość kraju, nawet po tym, jako skończy się ich kadencja.
Przez trzy tygodnie petycję o zwiększenie nakładów na naukę podpisało 23 tys. osób. To prawie cztery razy więcej niż jesienią ubiegłego roku. Co się zmieniło?
Myślę, że duży wpływ ma nieskuteczność wcześniejszych działań, które podejmowaliśmy. Zwykle o dodatkowe środki na badania zaczynaliśmy zabiegać wtedy, gdy projekt ustawy budżetowej był już kierowany do Sejmu. Politycy mieli więc gotową wymówkę, że na jakiekolwiek większe zmiany jest za późno. Teraz jesteśmy w innym momencie politycznego cyklu, budżet na 2027 rok jest dopiero szkicowany, więc ta wymówka przestanie być wiarygodna.
Ale sądzę, że przez ostatnie miesiące zmieniło się również nasze nastawienie. Nadal się spieramy, prowadzimy burzliwe debaty, lecz tym razem w obliczu walki o finansowanie osoby o skrajnie odmiennych poglądach zakopały wojenny topór. Myślę, że dawaliśmy się dotąd rozgrywać, łatwo było nas skłócić, pokazać wewnętrzne podziały. To była woda na młyn dla polityków. Powiedzieliśmy „stop” i w imię wyższego celu, który przyświeca nam wszystkim, idziemy ramię w ramię. Globaliści i lokaliści, przedstawiciele nauk humanistycznych, społecznych, przyrodniczych, inżynierowie, ci, którzy potrzebują laboratoriów i drogiego sprzętu oraz ci mający ograniczone potrzeby infrastrukturalne. Idziemy razem pod Sejm, bo co nam teraz po sporach, jak ma wyglądać lista czasopism punktowanych, która nauka ma być globalna, a która lokalna, jeśli ona będzie po prostu marnieć w każdym wymiarze, a perspektywa zajmowania się nią przestanie być atrakcyjna dla kogokolwiek.
Chce pan powiedzieć, że środowisko się zjednoczyło?
Przyznam szczerze, że sam jestem zaskoczony tym, że będę protestował w jednej grupie – z tego co zapowiadają – i z prof. Maciejem Góreckim, i dr. Bartoszem Rydlińskim, i dr. Andrzejem Dybczyńskim, a także wieloma innymi osobami, które dotąd trudno było mi sobie wyobrazić w jednym miejscu i pod jednym sztandarem. Moim zdaniem to dobrze wróży.
Chyba nikt nie przypuszczał, że do pierwszego od niepamiętnych czasów protestu ludzi nauki dojdzie pod lewicowym kierownictwem resortu.
Odpowiem najdelikatniej jak umiem: ocena obecnego kierownictwa resortu nauki jest w środowisku dosyć krytyczna. Ocena poprzedniego kierownictwa, przed 2023 rokiem, też była krytyczna. To pomaga zrozumieć, że ten protest ma charakter ponadpartyjny, bo staliśmy się jako naukowcy grupą doświadczającą wieloletnich zaniedbań wielu partii.
Natomiast pretensje do obecnych władz resortu można mieć o to, że zabrakło nowego otwarcia, pomysłu na pokazanie, że sytuacja ulega zmianie i że trajektoria spadkowa, z którą mieliśmy do czynienia w ostatnich latach, jakoś się odwróci. Brakuje planu, polityki naukowej, skupienia się na ludziach, którzy są głównym zasobem. Oczywiście, doceniam dialog i inicjatywy polegające na tworzeniu kolejnych ciał doradczych, ale samo słuchanie już nie wystarczy.
Jesteśmy przy tym świadomi tego, że problem jest strukturalny i klucz do jego rozwiązania nie leży wyłącznie w resorcie nauki i szkolnictwa wyższego. Idziemy pod Sejm, a nie pod siedzibę ministerstwa, bo chodzi tu o całą klasę polityczną. Dlatego, wracając do pytania o hasło protestu, może zmieniłbym na „Nauka, decydencie!”. Działania, o które zabiegamy, muszą być podejmowane przez cały rząd, a nie tylko przez ministra Marcina Kulaska. To decyzje strategiczne leżące w gestii premiera Donalda Tuska, ministra Andrzeja Domańskiego, który zarządza finansami. Dajemy sygnał, że nie jest to jakiś resortowy protest, który da się załatwić jednym rozporządzeniem.
Jak pan odpowie na zarzut, że apelując o większe środki w ogóle nie mówicie o podniesieniu jakości polskiej nauki?
Zgadzam się z istotą tego argumentu i chciałbym lepszej jakości nauki w Polsce. Nie jest sztuką starać się wyłącznie o zwiększanie nakładów, potrzeba też jakościowej zmiany. Natomiast trzeba sobie zdać sprawę z tego, że jeżeli nie zrobimy pierwszego kroku, który sprawi, że praca, zwłaszcza dla młodych ludzi, dopiero wkraczających na ścieżkę kariery naukowej, będzie jakkolwiek atrakcyjna, to żadna reforma się nie uda, bo trudno przy takiej płacy spodziewać się zmiany. Żadna projakościowa zmiana nie ma sensu, jeżeli specjalistów nie potraktujemy poważnie.
Politycy ochoczo umywają ręce od podejmowania decyzji, które mogłyby ten system w jakiś sposób ulepszyć, zreformować. Przyjęli podejście konserwowania status quo i administrowania biedą i bylejakością. Jeśli popatrzymy na relacje wynagrodzenia profesora, od którego liczone są zarobki w sektorze, do średniej pensji w gospodarce, to zobaczymy, że z poziomu około 130–140% w poprzedniej dekadzie, zeszliśmy do obecnych 101–102%. Oznacza to, że wynagrodzenia, zwłaszcza najmłodszych pracowników nauki, którzy zarabiają przecież mniej niż profesorowie, są po prostu na nieprzyzwoicie niskim poziomie. Niektóre – 19 złotych powyżej płacy minimalnej. Wydaje mi się, że nawet osoby, które głośno optują za radykalnymi reformami, dostrzegają, iż trudno jest to zrobić wspólnie z ludźmi, których zarobki z trudem pozwalają utrzymać się w dużym mieście, już nie mówiąc o tym, żeby żyć na poziomie specjalistów z sektora prywatnego.
Czy ma pan poczucie, że przez ostatnie trzy tygodnie nauka zdołała się przebić do świadomości społecznej?
Takie było założenie i stąd między innymi pomysł rolek w mediach społecznościowych, które zachęcałyby do przyjścia na protest. Pomysłodawcom chodziło o to, żeby ludzie spoza akademickiej „bańki” poparli postulaty zawarte w petycji, ale też zobaczyli konkretną wartość naukowych projektów i tego, czym się na co dzień zajmujemy. Wielu naukowców podejmuje w swojej pracy działania popularyzatorskie, ale nie zawsze przebijają się z nimi szerzej, stąd poczucie, podzielane również przez część polityków, że nauka jest odseparowana od społeczeństwa. A to nieprawda.
To nie jest tak, że każdy z nas będzie miał do zademonstrowania coś tak spektakularnego, jak Edison czy Einstein. Próbujemy pokazać, że trudno jest zbudować system wdrożeń, wynalazków przekładających się na realne zyski, jeżeli nie ma się sensownego modelu wsparcia badań podstawowych, czyli tych, które są wiedzione przede wszystkim ciekawością świata. Musimy zrozumieć, że od publicznych nakładów na naukę zależy nasze bezpieczeństwo, nasz potencjał technologiczny, ale też nasza tożsamość zbiorowa, krytyczny namysł nad tym, kim jesteśmy jako wspólnota, jako państwo, jak działają nasze instytucje, jak bywamy dezinformowani.
Czego oczekuje pan po proteście?
Liczę idealistycznie na to, że politycy zauważą nasze postulaty i odpowiedzą na nie inaczej niż do tej pory. „Budżet jest napięty” albo „Cieszmy się, że nauki nie uprawiamy po rosyjsku” – to już było i to nie wystarczy. Mam nadzieję, że na stole pojawią się rozsądne propozycje. Chciałbym także, by udało nam się przebić z przekazem, że nauka jest warta uprawiania również w Polsce. Pokażmy, że jesteśmy państwem z ambicjami, a nauka jest akurat przestrzenią, w której takie ambitne cele można sobie wyznaczać i je realizować. Model rozwoju, w którym pełnimy rolę montowni dla Zachodu, już się wyczerpuje. Jeśli przekonamy do tego opinię publiczną, to być może wtedy politycy zauważą sens w podnoszeniu argumentu, że nie chodzi tu tylko o roszczenia jakiejś jednej grupy zawodowej, lecz o ambicje całej naszej wspólnoty.
Rozmawiał Mariusz Karwowski
Akcję poparły między innymi Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich, Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Akademia Młodych Uczonych PAN, Rada Młodych Naukowców, Krajowa Reprezentacja Doktorantów, a także prezydium Polskiej Akademii Nauk. Na czas protestu na Uniwersytecie Warszawskim będą obowiązywać godziny rektorskie.
https://businessinsider.com.pl/gospodarka/polskie-wsparcie-dla-ukrainy-rosnie-minister-podal-konkretne-kwoty/snxcetv
Ja nie jestem pewien czy rząd może pozwolić sobie NA TO, żeby przekazywać miej pieniędzy Ukrainie? Dali już 21 miliardów, ale potrzeby są podobno znacznie większe.
Żartuję sobie z tymi rosnącymi potrzebami nowoczesnego zabijania ludzi, ale jeśli nie powstrzymamy wojennego szaleństwa, inne dyskusje nie mają już większego sensu.
Nasi trybuni ludowi sami (bez nas) niczego sensownego nie wymyślą. Świadczą o tym całe dziesięciolecia niemyślenia.
Zawsze było oszczędzanie na armii i stąd były rozbiory. Trochę myśl człowieku, a nie rozwiązuj prostych problemów naukowych które podobni do ciebie mogą rozwiązać nakładając trochę pracy. Na prostackie badania naukowe nie powinno być w ogóle kasy, a te w Polsce są od metra.
Rozbiory były wynikiem złego zarządzania potężnym państwem i utratą jego płynności finansowej.
A co ty odpowiadasz. Rozbiory były przede wszystkim z tego powodu, że w Polsce było pospolite ruszenie, nie było armii państwowej, tylko były prywatne oddziały wojsk finansowanych przez takich magnatów jak Sobieski czy Radziwił.
Próby wprowadzenia podatków na oddziały królewskie podczas obrad Sejmu zawsze spotykały się ze sprzeciwem i argumentowaniem, że jest pospolite ruszenie. A to było słabo wyszkolone i słabo uzbrojone, a o tym już wiedziano po potopie szwedzkim.
Zlikwidowano oddziały kozackie, bardzo tanie w utrzymaniu, co było między innymi powodem buntów kozackich.
Najzwyczajniej Poniatowski nie miał pieniędzy na solidną armię.
Przyczyną było zatem nie tyle oszczędzanie na wojsku, co ogólnie złe zarządzanie państwem i gospodarką - niewydolność i brak środków.
Marna armia jest tyle warta, co marna nauka.
Stanisław August Poniatowski chciał powołać 100-tysięczną armię, ale przede wszystkim nie miał na to pieniędzy.
Magnaci mieli, ale nie dali - złe zarządzanie.
Magnacie mieli swoje prywatne armie i je wystawiali jak chcieli w obronie kraju.
Radziwił na przykład sprzymierzył się ze Szwedami.
Zarządzał król, ale uchwalał Sejm, a na sejmie głosowali szlachcice, którzy nie chcieli wydawać na zaciężne wojska, gdyż uważali, że oni jako pospolite ruszenie wystarcza.
Teraz jak się sprzeciwiasz dawaniu na armię środków finansowych to też można wedle ciebie jest złe zarządzanie, ale niestety dla ciebie wybiera się rząd i swoich reprezentantów do sejmu, więc nie decydujesz osobiście. Gdyby było tak jak za Poniatowskiego, to ruskich już byś miał w Polsce dzięki takim osobom jak ty przeciwnym wydawaniu na zbrojenie armii polskiej.
Nie sprzeciwiam się budowaniu armii. Jesteśmy relatywnie małym państwem i model szwajcarski / chilijski byłby moim zdaniem dla nas optymalny. Kiedy jednak widzę inwestycje wyłącznie w sprzęt i infrastrukturę, widzę podobne błędy jak w nauce: mamy sprzęt, ale nie mamy pieniędzy, żeby go w pełni wykorzystać. To wydatki, które nic nam nie dają. Polecam także model singapurski: mieszkanie za podjęcie dwuletniej służby wojskowej.
Tak czy inaczej, po pierwsze gospodarka i dyplomacja. Wojna jest zawsze porażką człowieka myślącego.
Wojna od nas nie zależy, gdy się ma takiego sąsiada jak Rosja. Dyplomacja ci nie pomoże. Gospodarka, która wskazujesz tylko wówczas, gdy przekłada się na zbrojenia.
Frycowe trzeba zapłacić, choć takie firmy jak Grupa WB to coś fajnego.
Możesz w tej działce obronności dużo dobrego naukowo zrobić, choć te badania są nastawione na cel, a nie badanie od lewa do prawa coś tam bez celu, czy nawet w jednym temacie jak Tadeusiewicz (Einstein polskiej nauki podobno), choć jak widać ten wolał żyć z podatków, niż założyć własną firmę.
Zakładania z góry, że coś od nas nie zależy jest kapitulacją. Po co armia komuś ze skłonnością do kapitulacji? Wojna to zawsze stan przejściowy i nie warto się w nią angażować. Wygrana woja to taka, której nie musiałeś prowadzić.
Rosja jest nieobliczalna.
Wie już, że po rozpoczęciu wojny od razu pojawiają się negocjacje. Co więc jej szkodzi wejść do Polski i rozpocząć negocjacje i wtedy sprawdzi Francję, Niemcy i Anglię, o Włochach i Hiszpanach to nawet nie ma co wspominać. Zostaje tylko USA.
To zależy kto i czy w ogóle prowadzi jakieś obliczenia ;-)
Ja uważam, że jest obliczalna i podzielam opinię Prezydenta Finlandii i prof. Jeffreya Sachsa na temat aktualnej, niepotrzebnej wojny. Rosja nie ma wielkiego potencjału wojsk konwencjonalnych, ale bardziej przyparta do muru użyje środków, wobec których jesteśmy i będziemy bezsilni. Zwykle też mówią co będą robić, a następnie to robią.
Czy rozbiory wyniknęły stąd że Polska finansowała armię cudzego państwa zamiast własną?
Tak bardzo wszystkich ten protest interesuje, że na razie żadnej wzmianki w TV, ani w portalach informacyjnych w internecie...
Piszą, że dropout na uczelniach sięga 40%.
Jak niewiele się ma do zaoferowania studentom, to tym bardziej całemu społeczeństwu.
Do roboty, bo za duże leni i cwaniaków jest wśród naukowców takich od netoperków również.
Dokapitalizować i większe nakłady na uczelnie techniczne to dobry wybór, ale wydawanie na pseudonaukowców nie.
Świetne laboratoria i przydatne życiowo przedmioty pozwolą na ograniczenie dropoutu i podniesienie zainteresowania pracą inżynierską, a tychże inżynierów jest coraz mniej.
Naukowcy pójdą dziś na spacer, na świeże powietrze. Jak już przewietrzą płuca i głowy, to może przyjdzie refleksja i ktoś zapyta: kto za tym stoi?
Postulat nr 3: „Wprost apelujemy o przeznaczenie w ustawie budżetowej na 2027 rok dodatkowego miliarda złotych na potrzeby NCN”
Dlaczego w petycji wskazano tylko jednego adresata? Nawet nie określono na jaki cel NCN miałby przeznaczyć te pieniądze? Chociaż nie, przecież napisano: "na potrzeby NCN". Może na nową siedzibę? Może w Brukseli, żeby było europejsko.
Pozostałe postulaty też warto przeczytać, krytycznie.
Socjolog i politolog to jedni z tych, którzy chcą lekko sobie żyć.
Najniższa linia oporu życiowego im przyświeca, ale forsy chcą mieć w bród za nieróbstwo.
Pewnie przyjdzie Pani środa i Pan Zoll.
Nie pieprz Pietrze wieprza pieprzem.
Pasożytów wśród profesorów u nas dostatek.
Ciężko to jednak oceniać w oderwaniu od aktualnych władz ministerstwa, tak żenujących ludzi ze świecą szukać.
Przykładowo wystąpienie Ministry w debacie kanału zero (wiem) zostało ocenione najgorzej zarówno przed publiczność, ekspertów (weryfikacja faktów) i dziennikarzy. Wypadła po prostu fatalnie, sam dawno nie widziałem tak drażniącej i przemądrzałej osoby, a poglądy lewicowe są mi bliskie.
No i minister który prawie 10 lat temu nie mógł przeżyć za 9K brutto, po drodze pandemia, wojna, dwucyfrowa inflacja a każe doktorantom utrzymać się za 3400 a regularnym pracownikom za 4900.
To naprawdę są fatalni ludzie i wypadają złe nawet przy Czarnku - a wydawało się ze gorzej być nie może.
Brak odwolania rektora z Siedlec to będzie ich dziedzictwo, ludzie lewicy...
Minister Kulasek (z "l", a nie "t" w nazwisku!) nie mógł przeżyć w 2019 za 9000 złotych netto, a nie brutto.
Proszę nie siać dezinformacji.
Jestem przekonany, że też bym nie mógł, ale chętnie bym spróbował.
W sejmie panuje idiokracja. Dodałabym jeszcze osobę poprzedniego ministra nauki Dariusza Wieczorka, który pytany niedawno przez media nie wiedział, czy Polska jest republiką....
Wszystko to prawda. Ale mam takie pytanie: Co jeżeli tak właśnie miało być? Co jeżeli politycy nie są idiotami tylko prowadzą przemyślaną i konsekwentną politykę? Co jeżeli?
Panie Profesorze,
Pytanie jest trafne. Trzeba spojrzeć na ten kraj, i zastanowić się jak on wygląda po 37 latach demokracji. Mnie zastanawia jedno, a mianowicie dlaczego społeczeństwo jest tak opodatkowane i na każdym kroku karane finansowo rzecz jasna?Chciałoby się powiedzieć, co to za system? Krajowa klasa polityczna jest do wymiany, niech powstają obywatelskie komitety wyborcze, gdzie wyborcy we własnych okręgach wybierają osoby, które coś w życiu osiągnęły i coś sobą reprezentują, a nie demokratycznie wybranych przypadkowych ludzi z tej lub innej formacji politycznej. Jest to jakieś rozwiązanie na szybko, i rewolucyjne w swej istocie.
Nie podejrzewałem u kolegi tyle optymizmu.
A jeśli to pesymizm?
@Profesor PAN
To brzmi trochę jak międzynarodowy spisek wielopokoleniowy. Niemalże jak Adjustment Bureau w akcji.
:-)
Pan naprawdę jest naukowcem? Wydawało mi się, że nauka polega na zadawaniu pytań i próbach odpowiadania na nie. I nie ma pytań niestosownych.
Wyśmiewanie poglądów jest paskudne a wyśmiewanie pytań jeszcze paskudniejsze. A przede wszystkim bardzo, bardzo nienaukowe. Politycy potrafią realizować różne cele, niekiedy bardzo różne od deklarowanych, na co historia ma niezliczone dowody.
@Profesor PAN
Mój komentarz nie miał absolutnie na celu wyśmiewania niczyich poglądów. Mogę żartować, ale nie wyśmiewać.
Może podchodzi Pan trochę zbyt poważnie do komentowania na Forum Akademickim? Moim zdaniem to zupełnie niepotrzebne.
Co do pytań naukowych, to zdecydowanie wolę pytania z serii "dlaczego nie?" od pytań "dlaczego?". Ale one wszystkie skądś pochodzą.
Na przykład, nie mam przeciwko temu, aby przyjrzeć się dokładniej, czy rzeczywiście Ziemia obraca się wokół Słońca, a nie odwrotnie, jak teraz sądzimy. Ale to pytanie powinno z czegoś wynikać, powinno mieć jakąś naukową przesłankę. W innym przypadku możemy wszyscy znaleźć się w sytuacji, kiedy poszukujemy w lesie krasnoludków, a poszukujemy ich tylko dlatego, że przecież "nie ma pytań niestosownych".
Tak więc już wracając do sedna, odnośnie Pańskiej propozycji: od upadku komuny nie było w Polsce rządu, który by rzeczywiście próbował znacząco polepszyć sytuacje w nauce polskiej, niezależnie z której strony i kim byli ci wszyscy politycy. Czy sądzi Pan, że to dlatego, iż ktoś tymi wszystkimi ludźmi kierował tak, aby nauka polska praktycznie przestała się liczyć?
Kwestia gustu. Ale moim zdaniem twierdzenie "politycy nie są idiotami i wiedzą co robią" jest dopuszczalne. A pańskim zdaniem nie?
PS. Podchodzę śmiertlenie poważnie do wszystkich spraw w moim życiu. Czyż nie jest ono samo śmiertelnie poważne?
@Profesor PAN
Można bardzo wiele twierdzeń uważać za dopuszczalne. Ja osobiście jednak skłaniałbym się do tego, że politycy zajmujący się przez ostatnie 37 lat nauką polską byli nieudaczni, niekompetentni, ich działania wysoce nieprofesjonalne, a zainteresowanie kolejnych rządów tym tematem bliskie zeru. Raczej, niż miałyby to być ukierunkowane działania tychże polityków zmierzające do strategicznego i z góry zaplanowanego efektu, czyli zniszczenia nauki polskiej. Dla mnie to kwestia prawdopodobieństwa zajścia jednego lub drugiego zdarzenia. Oczywiście – nie mam tutaj żadnych liczb na poparcie, to tylko opinia.
Znam kilku polityków. Znak też hydraulików, naukowców, dentystów, kierowców i ludzi wielu róznych prefesji. I wiem, że hydraulicy w większości znakomicie się znają na hydraulice, kierowcy świetnie prowadzą samochody, dentyści umieją leczyć zęby a naukowcy bardzo dobrze znają naukę. Ta absolutnie ogólna reguła stosuje się też do polityków - w ogromnej większości znają oni znakomicie politykę. A jeśli nie robią tego, czego pan od nich oczekuje, to tylko dlatego, że idzie im o coś innego.
@Profesor PAN
Ja to widzę inaczej. Politycy, którzy obejmują pewne stanowiska z klucza politycznego nie są przygotowani do pełnienia tej funkcji. Brakuje im wizji, brakuje im wiedzy, brakuje poczucia misji i odpowiedzialności. To zresztą nie ogranicza się do nauki, inne resorty też cierpią z tego samego powodu.
Jest to sytuacja zupełnie inna niż w krajach, gdzie nauka (czy też dowolna inna dziedzina) idzie już od lat w ustalonym kierunku. Kiedy system działa jak well-oiled machine, wystarczy być dobrym managerem i organizatorem. Jednak kiedy system nie działa i należy zmienić fundamenty, potrzebnych jest parę innych kluczowych rzeczy. Między innymi solidna wiedza o samej nauce, na przykład jak to działa gdzie indziej (jesteśmy częścią UE); trzeba też mieć dobrze zdefiniowane oczekiwania wobec lokalnej nauki oraz opracowaną ścieżkę rozwoju. Tutaj, jeśli ktoś sam nie zna szczegółów systemu, musi polegać na wiedzy i doradztwie innych, a to czasami nie działa i jednak przy podejmowaniu kluczowych decyzji potrzebne jest to poczucie odwagi, odpowiedzialności i wyczucia, że się wie, co się robi.
Tak więc polityk może i być dobrym politykiem (tak jak hydraulik dobrym hydraulikiem), ale to nie wystarcza, aby poprawić coś bardzo fundamentalnego. Aby pokierować głębokimi zmianami, a takie właśnie są potrzebne.
Pańskie wytłumaczenie tej sytuacji teoretycznie jest możliwe, ale ja pozostanę przy swoim. Według mnie jest bardziej prawdopodobne.
To empiria czy wyobrażenie? Bo nasz zawód zakazuje spekulacji bez poparcia w danych.
@Profesor PAN
Z "empirii" to tylko obserwacje. Obserwacje tego, co mówią i co robią przedstawicie polskich władz politycznych w domenie nauki. W olbrzymiej większości wypadków wskazuje to wszystko na wysokich lotów niekompetencję.
Ale, tak jak wspomniałem w komentarzu, nie stoją za tym żadne dane liczbowe. Chętnie jednak poznam jakieś statystyki, które wskazują na Pańską interpretację. Można prosić o te liczby, bo przecież "nasz zawód zakazuje spekulacji bez poparcia w danych."
W takim razie postępuje pan w sposób metodologicznie niepoprawny. Co dla naukowca jest kompromitujące, bo o ile rzeczywiście jeden z nas się zna na muszkach owocówkach a drugi na ciemej materii, to na metodologii nauk powinniśmy znać się wszyscy. A ta zakazuje robienia cichych założeń.
@Profesor PAN
A no widzi Pan, wystarczy troszkę poczekać, poskrobać paluszkiem i wychodzi na wierzch z kim mamy do czynienia.
Nie, już nie jestem zainteresowany pańskimi danymi, które popierają teorie o tym, że od ponad 35 lat w Polsce wszyscy kolejni politycy działają w zmowie, aby zepchnąć naukę polska w niebyt. Chociaż oczywiście jestem pewien ze te solidne dane istnieją. Ma Pan je gdzieś w szufladzie albo na komputerze. Inaczej przecież, bez tych danych, zachowywałby się Pan w sposób dla naukowca jak najbardziej kompromitujący.
O, Pan Marcin znowu trolluje :-)
Dokładnie. Wydaje mi się, że niektórzy nie mieli zajęć z metodologi nauk na studiach.
Obawiam się, że mało kto miał. Ale to inne zagadnienie.