Aktualności
Sprawy nauki
31 Lipca
Źródło: archiwum prywatne
Opublikowano: 2024-07-31

Od parametryzacji do degeneracji

W ostatnim czasie ukazało się wiele artykułów poświęconych systemowi oceny parametrycznej, która jest podstawą ewaluacji. Wiceminister Maciej Gdula zapowiedział zmiany, zwłaszcza na liście czasopism. Panuje zgoda co do tego, że ewaluacja kuleje.

W tym tekście twierdzę, że ewaluacja nie tylko nie działa, ale i nie zadziała, mimo dobrej woli oraz możliwych modyfikacji. Co więcej, nie są temu winne ani lista czasopism i wydawnictw, ani tez proporcje między poszczególnymi składowymi oceny. Co do zasady ta ocena została zaprojektowana błędnie i przynosi oraz będzie przynosić błędne rezultaty. W tej sytuacji zamiast pudrować trupa, należałoby niezwłocznie odpowiedzieć sobie na kilka prostych pytań, a następnie zbudować model, który będzie adekwatny do udzielonych (szczerze) odpowiedzi. Pozwolę sobie najpierw przedstawić faktyczne podstawy degeneracji systemu oceny, który nie spełnia trzech zasadniczych cnót: rozsądku, prostoty i transparentności. Zacznę jednak od prowokacji.

Afera Collegium Humanum, dla wielu kwintesencja akademickiej i politycznej degrengolady, mimo że wydaje się bardzo daleka od systemu ewaluacji, znakomicie ilustruje, z czym tak naprawdę się mierzymy. Nie są to bynajmniej uczciwość, standardy naukowe i dydaktyczne, nawet nie są to kwestie zarządcze. Powiedzmy sobie wprost: nasz system społeczno-polityczny i gospodarczy nie różnicuje uczelni, a tym samym nie ma większego znaczenia, czy uzyskuje się dyplom MBA w Collegium Humanum, czy na SGH. Uogólnijmy tę sytuację i uzyskamy dziwaczny obraz systemu akademickiego, w którym z jednej strony obywatele, politycy czy przedsiębiorcy dowiadują się, że niektóre uczelnie są liderami kształcenia i badań, a z drugiej, niemalże w tym samym komunikacie, że nie jest ważne, w jakiej uczelni skończy się studia i robi doktorat czy uzyska stopień doktora habilitowanego. Co więcej, i to dotyczy już działania strony rządowej finansującej i nadzorującej sektor nauki i szkolnictwa wyższego, wyraźnie formułowany jest następujący przekaz: kontrolujemy jakość kształcenia, promowania kadr, a także jakość badań naukowych. Nie trzeba tęgich umysłów, by dojść do wniosku, że jest to iluzja, do tego katastrofalna w skutkach, gdyż ma charakter błędnego rozpoznania natury życia akademickiego i potrzeb społeczno-politycznych oraz gospodarczych, w tym charakteru efektów kształcenia, prowadzenia badań i oddziaływania na społeczeństwo i gospodarkę, a więc – chociaż egalitaryści tego nie lubią – formowania elit.

Ośrodki naukowe i naukowo-dydaktyczne są osiągnięciami społeczeństwa, dzięki nim możliwe jest budowanie racjonalnej debaty w życiu społeczno-politycznym, porządkowanie przestrzeni administracyjnej, rozwój gospodarczy i związane z tym budowanie przewagi konkurencyjnej w wymiarze indywidualnym i społecznym. Są to narzędzia wyjątkowo kosztochłonne ze względu na specyfikę aktywności oraz wysoki stopień prawdopodobieństwa porażki. To zaś oznacza, że należy być niezwykle ostrożnym w formułowaniu zasad rządzących takimi instytucjami, by z jednej strony dostrzegać wartość w porażce, z drugiej zaś widzieć potencjały, dzięki którym wspólnota społeczna ma szansę rozwoju i zapewnione jest bezpieczeństwo związane z racjonalnością, która jest dobrem najwyższym środowisk akademickich i daje gwarancję stabilności wspólnocie społeczno-politycznej.

Nim przejdziemy do wynaturzeń systemu ewaluacji, jeszcze jedna uwaga. Czy możemy mieć w Polsce Oksford lub Harvard? Wielu odpowie: nie, ponieważ nie mamy wystarczających zasobów kadrowych i finansowych. Moja odpowiedź jest na antypodach tego myślenia. Właśnie możemy (!), lecz nie będziemy mieć, jeśli przestrzeń akademicka będzie tak zestrojona, jak obecnie, z tymi wszystkimi ograniczeniami, niby-zabezpieczeniami, pętaniem uczelni regulacjami, które uniemożliwiają swobodny i racjonalny rozwój, a tym samym realne zróżnicowanie. Właśnie różnice między uczelniami należy wydobyć i uczynić podstawą myślenia o całym systemie akademickim.

Wynaturzenia (litościwie tylko kilka)

Weźmy dwie dyscypliny, które dobrze znam: filozofię i prawo. Według ostatniej oceny parametrycznej w obu przypadkach w gronie ścisłych liderów jest Politechnika Warszawska. Nie mam nic przeciwko temu, ale zastanówmy się chwilę. Nawet jeśli przyjąć, że jest to uczelnia zainteresowana rozwojem naukowym w tych obszarach i chce uruchomić w przyszłości kształcenie na powiązanych z tymi dyscyplinami kierunkach (obecnie prowadzi kształcenie na kierunku administracja zarządcza), promować doktorów czy doktorów habilitowanych, to obecnie nie ma żadnej tradycji i tego nie czyni. Zatem PW zbudowała ośrodek badań w obszarze prawa i filozofii, zatrudniła (i wspaniale!) fachowców, doskonale odczytała kryteria parametryzacji i pokazała, jak można osiągnąć wysoki wynik w oderwaniu od tego, czym w istocie jest uczelnia kształcąca filozofów i prawników.

Moglibyśmy skorzystać z innego przykładu, np. językoznawstwa czy literaturoznawstwa, które to dyscypliny promieniują na przykład w niektórych uczelniach zachodniej Polski, a niedomagają (według kryteriów parametryzacji) na jednym z najlepszych uniwersytetów w Polsce. Tutaj działa podobny mechanizm jak w przypadku Politechniki Warszawskiej. Liczba N (liczba pracowników uczelni deklarujących przynależność do danej dyscypliny) została tak ukształtowana na niektórych uczelniach, by uzyskać maksymalny efekt parametryzacyjny, gdy chodzi o dorobek publikacyjny. Oznacza to, że pracownicy byli przenoszeni na etaty dydaktyczne, zwalniano ich tym samym z wypełniania obowiązku publikacyjnego, i niwelowano przypadki N0, która to liczba jest niczym bicz boży na rozbudowaną kadrę akademicką w poszczególnych uczelniach. Inżynieria i manipulacja są zatem fundamentalnym wyzwaniem dla uczelni w przyszłej ewaluacji. Wszyscy to doskonale wiedzą.

A lista czasopism? Czy minister Przemysław Czarnek uczynił coś niegodnego, umieszczając na liście takie pisma, jak „Cement, Wapno, Beton” czy „Rocznik Teologii Katolickiej” i przypisując im 200 pkt. (na możliwe 200)? Chyba nie zaskoczę nikogo, jeśli powiem przekornie: nie uczynił niczego niegodnego, po prostu z wrodzonym sobie tupetem i dezynwolturą skompromitował system, który jest nie do obrony. Bo co tak naprawdę się stało w wyniku tej decyzji administracyjnej? Zostało wyraźnie powiedziane: system jest arbitralny i względny, a nie ufundowany na klarownych zasadach i absolutny. Odpowiedź na pytanie o jakość czasopism nie jest tożsama z odpowiedzią na pytanie o jakość badań prowadzonych przez konkretnego naukowca, jak również jakość badań w danej jednostce. Więcej nawet, ten, kto tego nie dostrzega, w istocie popełnia dwa kluczowe błędy: 1) niewłaściwie rozpoznaje podstawę do oceny tak określonej jakości naukowej; 2) niewłaściwie widzi naukowców i nauczycieli akademickich.

Spór o listę czasopism jest jałowy i wcześniej czy później będzie prowadzić do równie arbitralnej i względnej decyzji scedowania ostatecznego jej ukształtowania na grupę uczonych (szczególnie w naukach humanistycznych i społecznych) lub na bazy prywatnych firm, które zajmują się akumulacją i przetworzeniem informacji bibliometrycznej, a jednocześnie są to koncerny wydawnicze, które tworzą platformy do publikowania tekstów naukowych. I znów: w tym nie ma niczego zdrożnego i niewłaściwego. Tyle że trzeba sobie jasno powiedzieć: Czasopisma? Proszę bardzo! Bierzemy Scopus i dzielimy: pierwszy decyl – 200 pkt., drugi decyl 140 pkt., trzeci – 100 pkt., czwarty – 70, piąty – 40, pozostałe – 20 pkt. Czy to usunie patologię? Nie. To jedynie sprawi, że część czasopism wydawanych w Polsce zostanie zlikwidowanych, a tym samym przestrzeń komunikacji naukowej zostanie przeniesiona do innych czasopism będących w bazie Scopus. Czy to jest złe? Nie. To jest bardzo dobre, tyle że dobre w wymiarze, który dotyczy korelacyjnego i względnego systemu obiegu informacji naukowej, a nie systemu obiegu o charakterze bezwzględnym i absolutnym. Co to znaczy? Wyłącznie to, że jeśli czasopismo X, które wydawane jest w Polsce, miałoby się znaleźć w pierwszym decylu bazy Scopus, musiałoby wykonać działania, które spowodują, że będzie spełniać korelacyjne kryteria obowiązujące w tymże decylu. Każdy świadomy ilościowego przetwarzania informacji bibliometrycznej to wie, jak również wie, że takich czasopism z Polski, nie mówiąc o polskojęzycznych, może być zaledwie kilka. Minister Czarnek też to wiedział i wie, tak jak wie to minister Maciej Gdula.

Na koniec tej sekcji zabawna historyjka. Przewodniczący jednej z rad dyscyplin, które działają na moim uniwersytecie, zadumał się wielce nad nikłą produktywnością części członków tejże dyscypliny. W oczy zajrzało mu widmo iluś tam N0. Wpadł zatem na genialny pomysł, by porozmawiać z tymi Pustymi Slotami i w ten sposób wzniecić ducha publikacyjnej produktywności. Zawezwał zatem jedno czy drugie N0 i tłumaczył dzielnie: Panie Pusty Slocie (Pani Pusta Slotko), bardzo mnie martwi to, że ma Pan/Pani cztery sloty do zapełnienia i wciąż nic od Pana/Pani nie uzyskałem, by pieczołowicie w tychże umieścić. No i nie trzeba dodawać, że te sloty mają być zapełnione tekstami za co najmniej dwie kopy ministerialnych punktów, byśmy z twarzą wyszli ze zbliżającej się ewaluacji.

Nasze Enzera się zafrasowały, nawet wystraszyły, może po powrocie do biurek i komputerów napisały jedno zdanie tego wiekopomnego tekstu, może nawet zaczynało się ono od: „W niniejszym artykule wykażę wyższość mojej koncepcji nad dotychczasowymi rozwiązaniami”. Może. W istocie poczuli się przedmiotami w machinie, zdehumanizowanymi i niepotrzebnymi członkami wspólnoty akademickiej, która przecież ma wiele różnych zadań do wykonania. Poczuli się upokorzeni i stłamszeni. Brakowało tylko, by tenże przewodniczący rady dyscypliny miał przygotowany stosowny baner na szyję: „Jestem N0”, zakładał go nieszczęśnikowi/nieszczęśnicy i kazał paradować po uniwersytecie. Nie, do tego się nie posunął. Zrobił coś innego, zaczął opowiadać o tym, jakim bezsensem jest zatrudnianie takiego człowieka. Tyle że o sensie lub bezsensie nie decyduje wypełnienie slotu, bo to niejedyna aktywność nauczyciela akademickiego (choć być może jedyna naukowca zatrudnionego na etacie badawczym).

Podsumowując: ocena parametryczna nie jest żadną ewaluacją jakości naukowej, lecz przetwarza informacje ilościowe, by stworzyć mapę produktywności konkretnej liczby członków danej dyscypliny. To nie ma wiele wspólnego z jakością, natomiast jest wielce podobne do pomieszania z poplątaniem. Liczba N wraz z tym obrzydliwym nowotworem językowym, slotem, jest podstawą tego pomieszania, które w istocie swojej chce pogodzić dwie sprzeczne strategie oceny: indywidualną oraz instytucjonalną. Dyscypliny są instytucjami, a badacze są konkretnymi osobami. Aż trudno uwierzyć, że nikt tego nie chce dostrzec. Już samo to powoduje, że pudrowanie trupa nie ma sensu.

Pudrowanie trupa

Skupmy się na racjach, które pozwalają zrozumieć, dlaczego pudrowanie trupa/kosmetyka ewaluacji nic nie da. Ujmę te racje w dziesięciu punktach.

Racja 1. Lista czasopism dalej będzie miała charakter względny i arbitralny. To, że wróciliśmy do listy z kiedyś tam, niczego w tym nie zmienia. Pogłębia jedynie chaos. Pytanie dotyczy nie tego, czy uniknąć chaosu, bo tego się nie da uczynić, ale jak to zrobić, by szkody były jak najmniejsze. No więc szkody już są, a nikt i nic ich już nie usunie. Poza tym lista czasopism jest organizmem żywym, a więc to, co dzisiaj ma punktów 70, jutro może mieć 140, ale także 40. Arbitralność i względność mają to do siebie, że powodują wzrost niepewności w systemie. Będzie nam ona, co oczywiste, towarzyszyła zawsze, lecz nie oznacza to, że ma być podstawą do budowania realnego narzędzia wpływu. Tego właśnie należałoby unikać, a jak widać po działaniach ministerstwa, raczej uniknąć się nie da.

Racja 2. Publikacje w czasopismach i wydawnictwach ze światowej czołówki dalej będą incydentalne (tak w wymiarze indywidualnym, jak i całego systemu). Dlaczego? Ponieważ poziom konkurencyjności w tych periodykach jest niebotycznie wyższy niż w tych, które obsługują polską przestrzeń akademicką. I nie jest to kwestia znajomości języka angielskiego (bo to jest dzisiaj zupełnie bez znaczenia). Tu chodzi o to, że przy współczynniku odrzucenia na poziomie 98-99%, jak bywa w przypadku renomowanych czasopism naukowych, opublikowanie w nich czegokolwiek graniczy z cudem. Czy to ma nas zwalniać z prób? Nie. Przeciwnie, należy je podejmować. Czy to ma być podstawą systemu oceny? No chyba już jest jasne, że nie, bo takie postawienie sprawy doprowadzi do sytuacji, w której już dziś możemy powiedzieć: nikt niczego wartościowego nie publikuje. A czy to jest prawda? Nie jest to prawda. Powstają znakomite publikacje, które po prostu takie są, i to nie za sprawą decyzji redaktorów tych czy innych czasopism lub wydawnictw. Te czasopisma i wydawnictwa dodają prestiżu i pozwalają wyodrębnić grupę badaczy o wysokiej rozpoznawalności, za którą idzie najwyższa jakość naukowa i wybitność, ale to nie oznacza, że tej jakości i wybitności nie ma gdzie indziej.

Racja 3. System parametryczny całkowicie zagubił korelację między kształceniem a prowadzeniem badań, a co gorsza, petryfikuje model, który faworyzuje jeden typ aktywności. Zadajmy sobie dwa pytania: Czy badanie genomu wymaga uczestniczenia w procesie kształcenia? Naturalna odpowiedź brzmi: nie do końca. Czy badanie petroglifów (rysunków naskalnych) przez archeologów wymaga uczestniczenia w procesie kształcenia? Odpowiedź jest już bardziej złożona. Dlaczego? Ponieważ w tym drugim przypadku mamy do czynienia z istotnym składnikiem kultury materialnej i duchowej, która ma bezpośredni wpływ na kształtowanie w społeczeństwie wyobrażenia o historii, tradycji i wartościach, jakie nam przyświecają. Kształcimy archeologów po to, by mówili, najpierw studentom, potem całemu społeczeństwu, że relikty przeszłości są świadectwem witalności naszej kultury i pozwalają z optymizmem myśleć o przyszłości. Oczywiście badacz genomu może powiedzieć, że przecież on też musi komunikować społeczeństwu swoje odkrycia, lecz w istocie rzeczy ta komunikacja jest zapośredniczona przez skomplikowane narzędzia matematyczne, dzięki którym wielokrotnie powtarzane eksperymenty zaczynają przynosić określone rezultaty naukowe i dopiero wówczas staje się to częścią procesu kształcenia, najczęściej po długim czasie.

Racja 4. Przyjrzymy się czemuś, co jest ledwo widoczne, a stanowi istotną okoliczność dla procesu ewaluacji: wszystkie nauki, poza humanistycznymi i częścią społecznych, mają to do siebie, że rezultat procesu badawczego jest osiągany za sprawą agregacji i koordynacji, a nie ściśle indywidualnego działania naukowego. Naukę robią konkretni naukowcy, ale rezultaty są gremialne. W humanistyce i części nauk społecznych (także matematyce) rezultaty osiągane są na gruncie indywidualnego zaangażowania, choć nierzadko przy wsparciu osób trzecich i instytucji. To zmienia dynamikę pracy naukowej, przygotowania publikacji oraz profil naukowca. System parametryczny wymusza gremialność rezultatu, ale nawet w najlepszych ośrodkach czy systemach akademickich nie udało się i nie uda osiągnąć dokładnie takich samych rezultatów w humanistyce, części nauk społecznych oraz reszcie nauk. Ze zrozumiałych względów powoduje to napięcia i generuje nowy spór fakultetów, by odwołać się do znanej pracy Immanuela Kanta. Rozwiązanie tego sporu i jego skutki są przed nami. Dziś warto jednak być ostrożnym, formułując te same zasady i oczekiwania wobec całego spektrum aktywności naukowej.

Racja 5. Przyjrzyjmy się pozyskiwaniu grantów, kolejnemu ważnemu wymiarowi ewaluacji. W październiku 2023 roku ukazał się na stronie NCN tekst, w którym prof. Zbigniew Błocki, dyrektor NCN, mówi o wskaźniku sukcesu w niektórych konkursach i jednocześnie wyraźnie zaznacza granice między przypadkowością sukcesu a systemowością. Ta granica przechodzi w obrębie współczynnika 20–25%, czyli na 100 złożonych wniosków finansowanych jest około 20–25. W wybranych (flagowych) konkursach NCN wskaźnik ten spadł dramatycznie, właściwie do poziomu nieakceptowalnego, bo przecież przy 12% (a są przypadki wartości poniżej 10%) trudno mówić o wiarygodnych procesach oceny i przyznawania środków. Nie mówimy przy tym o demotywacji, przekonaniu o bezsensie składania wniosków (to pracochłonna czynność) czy identyfikowaniu swojej jakości z systemem ewaluacji proponowanym przez tę czy inną instytucję finansującą badania. Nawet jeśli przyjrzymy się innym agencjom, to sytuacja radykalnie się nie poprawia, bo na przykład w European Research Council konkurencyjność niewyobrażalnie wzrasta, a wskaźnik sukcesu dramatycznie maleje.

Do czego to prowadzi? Do tworzenia mechanizmów zastępczych, modeli finansowania, które udają wsparcie badań, a faktycznie powodują formowanie spółdzielni, kół wzajemnej adoracji i błędnego koła w przyznawaniu finansowania: finansuje się tych, którzy już zdobyli finansowanie. Czy to istotnie decyduje o jakości polskiej nauki? To pytanie retoryczne, proszę nie próbować na nie nawet odpowiadać, bo z gruntu prowadzi do paradoksów. NCN jest bardzo potrzebne. Określa zasady, na mocy których środki są przyznawane, pilnuje standardów, pozwala środowisku formułować własne dezyderaty dotyczące wartości naukowych. Jednocześnie nie jest to żaden rebis zmieniający miedź w złoto. Takiego magicznego kamienia nie ma żaden system i nigdy mieć nie będzie.

Racja 6. Zobaczmy kryterium wpływu. Gdybyśmy się przyjrzeli temu, jakie dane zostały wprowadzone przez uczelnie, mogłoby się okazać (lepiej jednak nie zaglądać), że jest to kryterium do pewnego stopnia fikcyjne. Dlaczego? Ponieważ zwrócono jedynie uwagę na to, jak aktywność badawcza i badawczo-rozwojowa bezpośrednio przekłada się na gospodarkę i społeczeństwo. Jest to całkowite nieporozumienie, bo główna misja uczelni (a nie jednostek badawczych!) polega na zrównoważonej aktywności związanej z badaniami i kształceniem, a to oznacza, że wpływ na społeczeństwo mierzony może być także pośrednio, np. poprzez liczbę absolwentów danego ośrodka zatrudnionych w różnych obszarach gospodarki, ich osiągnięć, oddziaływania społecznego, politycznego etc. Można też z łatwością wykazać fakt, co całkowicie pominięto, że wpływ fundamentalny związany jest z przygotowaniem do aktywności naukowo-dydaktycznej kadry o najwyższych kwalifikacjach, a więc doktorów i doktorów habilitowanych. Czyż nie jest to wpływ? Jest. Dlaczego go nie ma w trzecim kryterium ewaluacji? Jak się wydaje, powód jest prozaiczny, „bo zaraz wszystkie uczelnie zaczęłyby nadawać doktoraty i habilitacje”. Ten argument zdradza podstawę do racji fundamentalnej, dlaczego pudrowanie aktualnego modelu ewaluacji nie przyniesie oczekiwanych rezultatów.

Racja 7. System jest oparty na negatywnych przesłankach dotyczących polskiego środowiska naukowego. Po pierwsze, że jest naukowo na niskim poziomie. Po drugie, że co do zasady nie posiada żadnego etosu. Po trzecie, że jest zbyt liczne. Po czwarte, że przy relatywnie niskim poziomie wynagradzania kadry krytycznej dla procesu badawczo-dydaktycznego (doktorów i młodych doktorów habilitowanych) i tak musi pracować na wiele etatów i w związku z tym nie będzie miała czasu na pracę naukową w sensie ścisłym. Po piąte wreszcie, że wydatkowane środki publiczne na naukę i kształcenie akademickie są zbyt wysokie w stosunku do aspiracji społeczeństwa i polityków – żadnych Nobli, Medali Fieldsa, spektakularnych osiągnięć i sukcesów.

Jeśli sprowadzimy te wszystkie przesłanki do wspólnego mianownika, okaże się, że mamy do czynienia z systemem niskiego zaufania, kwestionowania zasadności aktywności naukowo-dydaktycznej, a tym samym zaspokajania przez środowisko akademickie fundamentalnych potrzeb społeczeństwa. Stąd bierze się brak faktycznego uznania różnicy między dyplomem MBA Collegium Humanum oraz jednej z głównych uczelni ekonomicznych w Polsce czy dyplomem ukończenia studiów na uczelni dzisiaj chełpiącej się wysoką oceną parametryczną oraz głównymi uczelniami w Polsce (na marginesie: ta teza dotyczy także relacji między tymi uczelniami a najbardziej prestiżowymi ośrodkami zagranicznymi). Zmienić ten stan rzeczy można tylko i wyłącznie metodami radykalnymi, a nie pudrowaniem trupa. O tym jednak w kolejnej sekcji.

Racja 8. Spójrzmy na tabelę z wagami poszczególnych kryteriów ewaluacji (poniżej). To jest cudeńko i cacko całego systemu. Popatrzmy na poszczególne dziedziny nauki i zobaczmy, jak „wyceniono” poszczególne kryteria. Porównajmy nauki humanistyczne, społeczne i teologiczne (jeden koszyk) z inżynieryjnymi, technicznymi i rolniczymi (drugi koszyk). Sformułujmy najpierw pytanie: W jakim celu na uczelniach technicznych i rolniczych prowadzi się kierunki kształcenia, które powiązane są z dziedziną nauk inżynieryjnych, technicznych i rolniczych? Weźmy informatykę albo dla większej wyrazistości technologię żywności. Jest oczywiste, że kształci się studentów po to, by nauczyć ich konkretnych umiejętności związanych z danym obszarem problemowym, który ma ściśle określony charakter. Innymi słowy, uprawianie nauki w tej dziedzinie korzysta w dużej części z badań podstawowych, a jeśli nawet nie, to ma charakter opracowywania rozwiązań technologicznych.

A co nam mówi tabela? Widzimy w niej, że poziom pracy naukowej oszacowany jest na 50%, czyli wyniki aktywności naukowej są brane w całej puli ewaluacyjnej jedynie w połowie. Do rangi kryterium rozstrzygającego urasta drugie kryterium: efekty finansowe prowadzenia badań naukowych lub prac rozwojowych, które stanowi 35% całej puli. Można pomyśleć: nie jest źle. No to teraz popatrzmy na wpływ na społeczeństwo i gospodarkę. Tutaj mamy wartość 15, a więc przy założeniu, że to są wyłącznie bezpośrednie efekty wpływu, można rzec, że rzeczywiście składa się to w jedną całość. Prawda jest zgoła inna. Wpływ na gospodarkę i społeczeństwo ma charakter fundamentalny, ponieważ źle wykształceni inżynierowie to potężne zagrożenie, które uniemożliwia faktyczny rozwój gospodarczy i techniczny państwa. Wystarczy zadać sobie wyjściowe pytanie, by stwierdzić, że źle określony efekt wpływu w istocie rzeczy zaburza obraz tego, co poddajemy ocenie.

A jak jest w naukach humanistycznych, społecznych i teologicznych? Pominę milczeniem dorzucenie do koszyka tej ostatniej nauki, bo uważam, że albo jest nauką humanistyczną, albo nie jest żadną nauką; ale to na marginesie. Zacznijmy od pytania: Jaką rolę spełniają w systemie akademickim nauki humanistyczne, społeczne i teologiczne? To nie jest trudne pytanie. Odpowiedź na nie jest dosyć banalna. Przyczyniają się do pogłębionego zrozumienia wieloaspektowej aktywności człowieka w wymiarze indywidualnym i ponadindywidualnym. Takie zrozumienie określa naszą tożsamość, daje podstawę do rozpoznania mechanizmów działania społeczeństwa, polityki, administracji, a tym samym wprowadzenia szeregu usprawnień. Tego rodzaju rozumienie wreszcie stanowi podstawę do tego, by kształcić następne pokolenia, określać ramy debaty publicznej, cywilizować afektywny wymiar funkcjonowania ludzi w wymiarze publicznym, kreować dalekosiężne cele dla społeczeństwa i państwa oraz dobierać do nich środki. Wreszcie pozwala na to, by członkowie wspólnoty społecznej, politycznej i gospodarczej mieli swoich liderów, za którymi mogliby podążać i żeby byli to liderzy odpowiedzialni, gotowi do pogłębionej refleksji i przyjęcia argumentów, znajdując dla wspólnoty najlepsze rozwiązania palących problemów.

No dobrze, to teraz popatrzmy na kryteria oceny zawarte w tabeli. Wynika z nich, że poziom naukowy prowadzonych badań (kryterium 1) określony jest na 70%, efekty finansowe badań lub prac rozwojowych – 10%, a wreszcie wpływ na 20%. Od razu zróbmy szach-mat i dodajmy, że w dziedzinie nauk przyrodniczych i ścisłych oraz medycznych i o zdrowiu kryterium pierwsze określone jest na 60% (sic!), a efekty finansowe oraz wpływ po 20%. Takie postawienie sprawy może wskazywać na: 1) chęć zmotywowania kadry należącej do dziedzin nauk humanistycznych, społecznych i teologicznych do zwiększenia efektywności w obszarze wysoko punktowanych publikacji; 2) ministerstwo szacuje tę grupę naukowców i nauczycieli akademickich na zbyt liczną, a tym samym za pomocą tak ustawionego kryterium ma zamiar wywrzeć wpływ na jej ograniczenie rękami kierownictw uczelni; 3) ktoś w ministerstwie i KEN błędnie rozpoznał status tych dziedzin nauk (zwłaszcza w powiązaniu z dziedzinami nauk przyrodniczych i ścisłych oraz medycznych i o zdrowiu).

Co jest nie tak w przypadku tak określonych proporcji w kryteriach ewaluacji? Po pierwsze, całkowicie niezrozumiałe jest to, jakimi przesłankami kierowało się ministerstwo i KEN w odniesieniu do wyznaczania tych proporcji w poszczególnych koszykach dziedzin. Po drugie, w odniesieniu do koszyka nauk humanistycznych, społecznych i teologicznych nastąpiło przewartościowanie kryterium pierwszego, natomiast w przypadku nauk przyrodniczych i ścisłych oraz medycznych i o zdrowiu niedowartościowanie tegoż kryterium. Więcej nawet, takie postawienie sprawy prowadzi do całkowitego niezrozumienia tego, że istotą aktywności w przypadku nauk ścisłych i przyrodniczych (mniej nauk medycznych i o zdrowiu) jest zespołowa działalność badawcza, podczas gdy w przypadku nauk humanistycznych, społecznych i teologicznych balans między badaniami a kształceniem i oddziaływaniem na społeczeństwo i gospodarkę za pomocą narzędzi dydaktycznych i formacyjnych. Po czwarte, całkowicie gubi się to, że w przypadku nauk humanistycznych, społecznych i teologicznych zasadniczy wymiar misji badawczej w przeważającej mierze powiązany jest z aktywnością indywidualną. Po piąte, tak ukształtowane proporcje popychają nauki humanistyczne, społeczne i teologiczne do tego, by odstąpiły, przynajmniej częściowo, od swojej funkcji oddziaływania poprzez kształcenie.

Racja 9. Zadajmy sobie pytania bardzo praktyczne: Ile osób jest zatrudnionych przy ewaluacji (na uczelniach, gdzie przygotowywane są dane), w ministerstwie, KEN, gdziekolwiek? Jaka jest skala wydatkowanych środków (w różnych formach, w tym także na postępowania przed sądami)? Jaka jest skala oddziaływania ewaluacji przy spłaszczonych wynikach i niejasnych konsekwencjach, które w istocie rzeczy (jak w przypadku szkół doktorskich) są nic nieznaczące? Jaka jest wymierna wartość ewaluacji dla środowisk naukowych, gdy okazuje się, że filozofia z UJ czy UW ma tę samą kategorię co z PW czy uczelni regionalnej, która swój wynik uzyskała środkami, o których już pisaliśmy? Jakie są skutki psychologiczne i społeczne ewaluacji, w tym szafowanie liczbą N0, określanie pracowników naukowo-dydaktycznych w kategoriach slotów, widzenie aktywności naukowej jednowymiarowo? Obawiam się, że odpowiedzi na te pytania są potężnym wyzwaniem dla decydentów, ale też samego środowiska akademickiego, które ma głębokie poczucie krzywdy (choćby poprzez długoletnie zaniedbania w finansowaniu), przy ciągłej inkryminacji, że jego członkowie są darmozjadami, których społeczeństwo nie potrzebuje. Czy system ewaluacji to zmieni? Nawet nie chce mi się odpowiadać.

Racja 10. No i wreszcie deser. Przypuśćmy na chwilę, że zostanie zmienione to czy tamto w kryteriach ewaluacji, na nowo zbudowana lista czasopism i w ogóle całe środowisko uzna, że wszystko już jest dobrze. Uzna tak dla świętego spokoju, bo w tej chwili jest już tak zmęczone ciągłym grzebaniem przy różnych aspektach funkcjonowania nauki, że najzwyczajniej albo popadnie w apatię, albo będzie czynnie sabotować (np. poprzez szukanie dróg obejścia) kolejne pomysły ministerstwa i powiązanych z nim ciał. To są potężne wydatki psychologiczne i społeczne, o których ministerstwo w ogóle nie myśli, wychodząc pewnie z założenia, że skoro płaci, to wymaga.

Zamiast zakończenia, czyli po co w ogóle ewaluacja?

Powyższe pytanie jest fundamentalne dla całego systemu oceny. Od razu ciśnie się nam na usta: po to, by ograniczać zatrudnienie, weryfikować, sprawdzać, określać, wykazywać nieprzydatność etc. Każdy może sobie podstawić wyrażenie, które najlepiej oddaje intencje zawarte w pytaniu. Zostawmy to, przejdźmy do kwestii naprawdę ważnych i spróbujmy rzetelnie odpowiedzieć na wyjściowe pytanie. Ujmijmy zasadność ewaluacji w postaci pięciu parametrów: 1) podstawy finansowania; 2) podstawy do udzielania uprawnień; 3) podstawy wewnętrznego zróżnicowania systemu; 4) podstawy zróżnicowania prestiżu i 5) podstawy dla społecznej, gospodarczej i politycznej przydatności uczelni. Zasadne pytanie brzmi: czy obecny system oceny zadość czyni tym pięciu parametrom. Otóż nie. Dlatego należy do ewaluacji podejść zupełnie inaczej, ale to już temat na inny artykuł.

Podsumowując: systemy ewaluacyjne nigdy nie będą doskonałe, ale na pewno muszą odpowiadać na konkretne zapotrzebowanie. Nasz nie odpowiada na nic. Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że doskonałość naukowa i doskonałość dydaktyczna nie są i nie będą rozsiane po systemie akademickim w takim samym stopniu i po równo. Oznacza to, że należy pogodzić się z tym, że w dużych, silnych ośrodkach będzie jej więcej, a w mniejszych będą jedynie wyspy doskonałości dydaktycznej i naukowej, co powinno znaleźć swój wyraz w rzetelnych i transparentnych rankingach. Wreszcie, jeśli chcemy mieć prestiż społeczny uczelni oraz wewnętrzny, na potrzeby nas samych, członków wspólnoty akademickiej, to po prostu pogódźmy się z tym, że ograniczenia (w różnych obszarach) muszą być zdjęte, a jednocześnie uczelnie muszą czuć, że zawierają faktyczny kontrakt ze społeczeństwem, studentami oraz kadrą.

dr hab. Sebastian Kołodziejczyk

Instytut Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego

Artykuł ukazał się w numerze 4/2024 „Forum Akademickiego”

Udział przyznanych kategorii naukowych według rodzaju instytucji w wyniku ewaluacji 2022 (źródło: OPI – PIB, baza RADON)
Slajd z prezentacji prof. Błażeja Skoczenia
Dyskusja (91 komentarzy)
  • ~PŻ 11.09.2024 11:19

    Po wakacjach jeszcze raz przeczytałem artykuł i dyskusję. Na 90 komentarzy aż 21 należą do Pana dr hab. Sebastiana Kołodziejczyka. W większości przypadków musiał on tłumaczyć, o co mu chodziło w artykule. W związku z tym nie podzielam opinii niektórych komentatorów, że artykuł jest znakomity. Gdyby tak było, to po co te tłumaczenia. Należało by po prostu odsyłać do przeczytania ze zrozumieniem odpowiednich akapitów artykułu. Na początku lat 90 na Radzie Wydziału jeden ze starszych profesorów powiedział: Oni tam w Warszawie, w Ministerstwie, wymyślają różne głupoty, a my przecież nie musimy je wykonywać. Do pierwszej parametryzacji (1998 r.) obecnie nazywanej ewaluacją było ręczne sterowanie, zwłaszcza w zakresie finansowania. Było z góry wiadomo, które uczelnie (wydziały) są lepsze, a które gorsze. Wprowadzenie ewaluacji było podyktowane próbą odejścia od sterowania ręcznego. Najbardziej obiektywna była, chyba, druga parametryzacja. Następnie zaczęto kombinować przy kryteriach, a tym samym psuć. Zaczęło się to znacznie wcześniej, niż za Gowina i Czarnka. W trzeciej, która odbyła się ale nie została uwzględniona w finansowaniu, jako jeden z głównych kryteriów wprowadzono kwotę pienięndzy z wdrażania. Wypromowało to PIBy, a uczelnie zdegradowano. Następnie dalej kombinowano, żeby wypromować przez członków komisji swoje uczelnie i wydziały. W pewnym momencie zrównano liczby punktów dla czasopism polskich nie posiadających IF, materiałów pokonferencyjnych z WoS oraz czasopism z IF 0,5. Dalej jeszcze lepiej. Wprowadzono kryterium trzecie, gdzie otwierają się nowe możliwości do sterowania ręcznego. Owszem, ewaluacja jak i demokracja jest kiepskim systemem, lecz niezmiernie lepszym, niż sterowanie ręczne. Histeryczne wrzaski o likwidacji ewaluacji oraz listy czasopism są ni czym innym, jak próbą powrotu do sterowania ręcznego z przed roku 1998. Należy naprawić system, usuwając wszystkie elementy, które mogą uleć sterowaniu ręcznemu. Na przykład, podział czasopism na dyscypliny. Przytoczę wymyślony przeze mnie przykład. Pracuję w naukach technicznych. Raptem mi zechciało się napisać artykuł z dyscypliny, w której specjalizuje się Pan dr hab. Sebastian Kołodziejczyk. I co mi powiedzą - panie, gdzie ty pchasz się do naszej filozofii. Siedź cicho w swojej dyscyplinie przez całe życie i nie próbuj nic innego. A angłosaksy, jak tu ich chwalą, mówią, że pracownik naukowy musi co raz na około 7 lat zmieniać kierunki badań. Drugim istotnym czynnikiem likwidacji uznaniowości jest przypisanie czasopismu punktów na podstawie jednoznacznie wybranego jednego z dwóch kryteriów, uznawanych na całym świecie - IF lub Cite Score. Tu też widać próby sterowania ręcznego - zabrać punkty jednym (tak zwane czasopisma drapieżne) i dać innym. Na całym świecie parametry te są uznawane, jedynie u nas kwestionowane. Dlaczego? Bo "dobre" czasopisma publikują "za darmo". Jest to nieprawda. Biorą one kasę za każdy sciągnięty artykuł. Za prenumeratę. Za udział w organizowanych przez nie konferencjach. Czasopisma płatne nie pozwalają na przyjęte u nas przeciąganie czasu recenzowania artykułu, co jest nagminne w czasopismach "dobrych". Nie da się uzasadnić recenzowania kilkunastu stronicowego artykułu przez kilka miesięcy a druk po około roku od złożenia. Czasami same badania wykonywane są kilkukrotnie szybciej, niż ich opublikowanie w tzw. "dobrym" czasopiśmie. Drugie kryterium, związane z finansami, również należy lub poprawić, lub skasować. Na przykład, granty, uzyskane z różnych źródeł, dają różne punkty. Niektóre granty w ogóle nie są uwzględniane. Kryterium trzecie należy lub skasować, lub drastycznie zmniejszyć jego wpływ na ocenę końcową. Tu są duże możliwości sterowania ręcznego - na przykład, poprzez uzyskanie odpowiednich zaświadczeń o zasięgu. Idealnym było by stworzenie systemu, który absolutnie uniemożliwia sterowanie ręczne. Na przykład, punktacja czasopism. Należało by sprawdzić, czy w danym czasopiśmie w ciągu ostatnich dwu lub trzech lat (w zależności od wyboru IF lub Cite Score) były artykuły z danej dyscypliny. Powodowało by to automatyczne dopisanie tego czasopisma do dyscypliny. Obecnie jest to uznaniowe. Zadaniem komisji ewaluacyjnej było by jedynie ustalenie liczby punktów w zależności od wartości IF lub Cite Score. Obecnie komisja może ręcznie w bardzo szerokim zakresie zmieniać punktację czasopism. Przy taki zmienionej ewaluacji komisji pozostaje jedynie ustalenie procentowego podziału kategorii według listy rankingowej. Podobny sposób podziału możliwy jest do zastosowania w kryterium drugim. Na zakończenie chcę jeszcze raz podkreślić, że ewaluacja powinna służyć wyeliminowaniu nawet najdrobniejszych możliwości sterowania ręcznego.

  • ~Anna 13.08.2024 10:23

    Dyskusja o zasadach oceny pracowników naukowych trwa już kilkanaście lat. Stare zasady są zastępowane przez nowe. Taki jest skutek, że niczego nie można egzekwować od pracownika. W dorobku pojawiają się publikacje, w których wkład był symboliczny (kolejny autor dopisywany do pracy). Nie widać, że coś zmieni się w najbliższym czasie na lepsze. Nie ma możliwości wymienić kadrę, choć pojawiają się młodzi zapaleńcy. Taka jest prawda: uczelnie i Instytuty naukowe, to miejsce pracy dla pasjonatów. Jednak ci najlepsi zawsze potrafią poprawić sobie stan konta. Np. wykładając na zagranicznych uczelniach, uczestnicząc w dużych projektach, otrzymując nagrody. Na dobre zarobki trzeba sobie zapracować.

  • ~Ala 12.08.2024 12:39

    Dziękuję za ten artykuł!
    Ktoś jeszcze myśli w tym kraju.
    Trzeba uzdrowić naukę ...
    Nigdy nie będziemy w światowej czołówce, ponieważ nie liczą się wdrożenia w gospodarce, teraz nie ważne są wymierne efekty badań dla społeczeństwa i kraju czy społeczności lokalnych .......... teraz mam ważne, że ważne są tylko punkty za publikacje? mało tego zdarza się nierzadko, że te publikacje z wysokim IF niosą w sobie jedynie hasła marketingowe, i tylko wielkie modne słowa niestety....

  • ~P.Ż, 07.08.2024 21:07

    O czym Pan pisze? W roku 2023 profesor zarabiał ciut wyżej, niż średnia krajowa. Po 5 latach magisterki, 5 latach ( w najlepszym przypadku) po doktoracie, od 5 do 10 lat na habilitację i jeszcze tyle na tytuł. Obserwowałem dziwną sytuację. Syn mojego pracownika ukończył medycynę i od razu zaczął zarabiać więcej niż profesor, który uczył go chemii.
    Kiedyś na konferencji wieczorem profesorowie pili w barze piwo i rozmawiali o polityce. Wychwalali się, kto jest bardziej prawicowy. A ja siedziałem cicho. W końcu zapytali mnie. Odpowiedziałem, że według moich zarobków powinienem być skrajną lewicą. Podwyżki 10%, 20% a nawet i 50 % nic nie zmienią. Szanuję budowlańców, mój ojciec był mgr inż. budownictwa i całe życie przepracował w budowlance. W nauce nic nie zmieni się, dopóki budowlaniec po szkole zawodowej będzie zarabiał więcej, niż profesor, który na studiach dostawał marne stypendium, a następnie piął się wiele lat od asystenta (20% poborów budowlańca) przez adiunkta (40 %), dra hab (55%) do profesora (70%). Gdyby zsumować zarobki od ukończenia liceum do tytułu, wyniosły by mniej niż 50% zarobków budowlańca za te same lata. Za komuny uważano, że proletariusz jest lepszy dla władzy, niż mgr inż. I co, zmieniło się coś? Troszeczkę dalej na zachód, niezależnie od tego, czy rządzi prawica, czy lewica, naukowcy są szanowani również i pod względem zarobków. A tak na serio, w dyskusji bla bla bla. Wymyślane są tematy zastępcze, na przykład o czasopismach drapieżnych. Przecież i wiodące wydawnictwa mają czasopisma płatne. Psucie ewaluacji zaczęło się znacznie wcześniej, niż za Gowina i Czarnka. Przypomnę, że w pewnym momencie zrównano w liczbie punktów czasopisma polskie, nie posiadające IF, materiały pokonferencyjne WoS oraz czasopisma z IF 0,5. Ewaluacja na podstawie jednego artykułu doprowadzi do dalszego wyrównania PWSZ i uniwersytetów. Wszyscy będą mieli na podstawie publikacji B+ lub A. Natomiast największy wpływ będzie miało kryterium trzecie, którym bardzo łatwo sterować uznaniowo.

  • ~Dariusz Kubinowski 03.08.2024 06:06

    Znakomity wywód, obecna ewaluacja to nie jest ewaluacja; lista czasopism do likwidacji, wszystko trzeba zaproektować na nowo a nie pudrować trupa...

  • ~Profesor PAN 01.08.2024 23:17

    Pisze pan, że "publikacje w czasopismach i wydawnictwach ze światowej czołówki są incydentalne, ponieważ poziom konkurencyjności w tych periodykach jest niebotycznie wyższy niż w tych, które obsługują polską przestrzeń akademicką."

    Niezmiernie ciekawe, bo ja na ten przykład znam bardzo mało osób, które mają mniej niż 50 publikacji w najbardziej prestiżowych pismach (wedle wszelkich profesjonalych kryteriów, na nieszczęsne ministerialne listy spuśćmy zasłonę miłosierdzia). A osób, które takich publikacji mają dajmy na to 200 też sporo znam.

    Dlaczego to nie oni dostają nagrody, stypendia i granty tylko ci, dla których "publikacje w czasopismach i wydawnictwach ze światowej czołówki są incydentalne"? Chyba coś nie jest dobrze z polską nauką.

    • ~Alex Danziger 02.08.2024 13:54

      Ja mam podobne doświadczenie, ale to z pewnością zależy od dziedziny. I przy okazji pokazuje, jak wielkie jest w Polsce "rozwarstwienie publikacyjne" między dziedzinami.

      • ~Profesor PAN 03.08.2024 08:20

        Niestety jest a że filozofia należy do tych zapóźnionych dyscyplin, jest niemiłym zaskoczeniem. Nie tak powinno być w kraju Łukasiewicza, Tarskiego i Ingardena.

  • ~First7777 01.08.2024 23:06

    Kasa, Misiu, kasa!!! Póki nie będzie prawdziwego finansowania na takim samym poziomie jak najlepszych amerykańskich uczelni, póty możemy sobie gderać o parametryzacji i ewaluacji w nieskończoność. Wpierw inwestycja w naukę, a dopiero potem efekty. Przy finansowaniu rocznym 2000-4000 zł na prace naukowe i badawcze jednego pracownika to najwyżej waciki można sobie kupić. Granciki NCBiRu czy NCNu to tylko dla poprawy samopoczucia ministra, jak wiele w naukę inwestuje. Budżet na badania musi wzrosnąć dziesięciokrotnie, a równając do Harvardu jakieś stukrotnie!!! Od mieszania herbata słodsza nie będzie, trzeba jeszcze wsypać cukier. A póki co mieszajmy to w jedną, to w drugą stronę, udając, że jest herbatka coraz słodsza...

    • ~Paweł Płatek 05.08.2024 12:26

      "2000-4000 zł na prace naukowe i badawcze jednego pracownika" - trochę samo środowisko jest sobie winne. Oni udają, że płacą, a my udajemy, że robimy.

      Podam tylko 1 przykład — wniosek o mikrogrant wydziałowy dla doktoranta na poziomie 1500 PLN, gdzie doktorant opisał czego to nie zrobi. Finalnie kasa z mikrograntu skończyła się, gdy pobrał próbki w terenie i już nie starczyło na zapłacenie za transport próbek do laboratorium. Efekt pokrycie pozostałych wydatków z innych dostępnych środków będących w gestii zespołu i rozliczenie sprawozdaniem badań. Wszyscy są zadowoleni: dziekan, że tak świetnie działają mikrogranty, doktorant, że rozliczył swój mikrogrant.

      Skoro jest tak dobrze to po co to zmieniać?

  • ~Maciek 31.07.2024 23:15

    Artykuł pana dr hab Sebastiana Kołodziejczyka jest ciekawy i wart lektury, choć naszpikowany szczegółami. Pan Sebastian w artykule zadaje ciekawe pytanie, czy możemy mieć w Polsce Oksford lub Harvard? Udziela też nań odpowiedzi. W moim przekonaniu mieć nie będziemy tej rangi uczelni wyższych, które Anglosasi określają mianem super research university. Żadna krajowa uczelnia wyższa nad Wisłą, w tym Uniwersytet Jagielloński nie spełnia kryteriów uczelni badawczych z USA czy UK. To zupełnie inne organizmy akademickie. Rzecz rozbija się o wybitne kadry badawcze, bardzo drogą aparaturę, wybitny, innowacyjny dorobek naukowy, który wpisuje się w główny nurt badań naukowych globu. Decydujące znaczenie mają też tutaj finanse, ale i przemyślana polityka naukowa państwa, organizacja sektora nauki itd. Tego wszystkiego w Polsce nie ma. Natomiast mamy wieczne mamrotanie o reformach, w tej chwili próbuje się reformować PAN, a założenia reformatorskie przypominają te z Federacji Rosyjskiej, gdzie w latach 2013-2020 reformowano Rosyjską Akademię Nauk, i właściwie ją pogrzebano. Wieje ostry i zimny wiatr ze Wschodu.

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 01.08.2024 16:37

      Dziękuję za dobre słowo.

      Istotnie, na dziś, głównie ze względu na system finansowania oraz organizację kształcenia oraz badań, nie możemy równać się z wymienionymi uczelniami. Tyle że to nie oznacza, że nie powinniśmy przeorganizować naszej przestrzeni akademickiej, zmienić paradygmat i pozwolić sobie na to, by wyłoniły się dwa-trzy ośrodki, które mogą konkurować w pierwszej 100, może nawet 50 rankingów. To jest możliwe i realne.

      Wieje wiatr od Wschodu, bo tam nastąpiła zmiana nastawienia. 23 uczelnie z Azji (bez Australii) są w pierwszej 100 rankingu QS. Korea Południowa ma ich 4, dodatkowo, oczywiście, Chiny, Japonia, Singapur, no i Malezja. Moment! Czy dla nas coś to znaczy? Bardzo wiele! Powinniśmy odrobić tę lekcję (szczególnie patrząc na poziom PKB) i po prostu na poważnie inwestować środki, jeśli rzeczywiście chcemy osiągnąć szczyty.

      Na koniec opowiem historyjkę. Gdy w NAWA robiliśmy pierwsze rozpoznanie atrakcyjności Polski jako miejsca, do którego mieliby przyjeżdżać naukowcy (od post-doca po profesora) ze świata, wyszło, że poziom komplikacji życia w Polsce obniża nasze potencjały. No bo powiedzmy sobie tak: dla każdego przytomnego człowieka, prawo jazdy to jest przecież dokument oczywisty, podczas gdy w naszym systemie jest to dokument, który uzyskuje się po dziwacznym egzaminie i w ramach absurdalnego systemu prawnego, który produkuje takie ewenementy jak 15 znaków na jednym skrzyżowaniu.

      • ~Maciek 01.08.2024 22:20

        Panie Sebastianie,

        Zgadzam się z panem. Nie ulega wątpliwości, iż krajowe środowisko akademickie i naukowe posiada i potencjał badawczy, i osiągnięcia naukowe. Najbardziej kuleje finansowanie sektora szkolnictwa wyższego i nauki circa 8,5 mld USD, to fundusze pochodzące z budżetu państwa, gospodarki i środków strukturalnych UE, a np. Niemcy łożą 141 mld USD na naukę rocznie, Francja 68,5 mld USD czy Chiny 551 mld USD. Dzieli Nas przepaść pod względem finansowania nauki do potęg naukowych globu, które wymieniłem. Brak polityki naukowej państwa i reorganizacji przestrzeni akademickiej ogranicza rozwój polskiej nauki. Niemniej kibicuje głównie Polskiej Akademii Nauk, ale i Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, bo to są dwie wiodące krajowe instytucje naukowe m. in. w zakresie produkcji naukowej. Natomiast Azja to wielki temat np. chińska nauka dokonała wręcz niewyobrażalnego postępu. Chińska Akademia Nauk i powołany do życia uniwersytet badawczy tejże Akademii, to I liga globu. Podobnie ichnie uniwersytety. Również Japonia, Korea Południowa, Singapur itp. grają ważne role w głównym nurcie badań naukowych świata. A co do krajowych historyjek, to wie pan, ja ciągle postrzegam moją Polskę, którą po ludzku kocham, jako chory psychicznie kraj. Zapewne nie jestem tutaj jedyny.

  • ~WZKa 31.07.2024 21:57

    Analizując wskazane patologie zastanawiam się jak nauka (postrzegana z perspektywy podmiotowej: naukowców, dydaktyków) na naszym polskim poletku ma wyglądać jeśli komisje przyzwalają doktorantom - ignorantom stać się doktorami, bo recenzje ich dysertacji są pozytywne (choć i w tych pozytywnych niejednokrotnie znajdują się podkreślenia słabej jakości pracy lub niejednoznaczności autorstwa...) pomimo wątpliwej wiedzy przedstawionej na obronie? Takie osoby (sic!) dostają skrzydeł i uznają się za ekspertów pomimo nikłej wiedzy i co jeszcze tragiczniejsze w skutkach: uczą studentów (może na szczęście w wielu przypadkach pięć minut lub opowiadając o swoich medalach...)...

  • ~NIE-filozof 31.07.2024 21:54

    Ufff... Przebrnąłem przez ten bełgot i wyciągnąłem dwa wnioski:
    1) kiedyś chodziły mi po głowie studia filozofii ale ostatecznie sobie odpuściłem - ten tekst utwierdził mnie, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu (mam hab. z nauk prawnych);
    2) wreszcie ktoś wyjaśnił mi dlaczego wszystkie dyscypliny naukowe (oczywiście poza teologią - która ponoć wg. autora może przypuszczalnie nie być nauką) mają najwyższy poziom badawczy i dydaktyczny na UJ. Biję się zatem mocno w pierś, że nie ukończyłem UJ, proszę pokornie o naznaczenie surowej pokuty i z pokorą przyjmuję informacje, że np: wykład o kontratypach w prawie karnym na uniwersytecie np: w Olsztynie, Zielonej Górze czy Siedlcach to poziom maksymalnie dst-. A na UJ? A no to co innego Mości Panie - tam to tylko bdb+

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 01.08.2024 08:39

      Dzień dobry! Szkoda, że nie podjął Pan studiów filozoficznych, bo dowiedziałby się Pan o różnicach w argumentacji. Pan zastosował argument ad personam pomieszany z ad hominem i jeszcze parę innych tanich chwytów. Może ten tekst jest bełkotliwy, lecz bardzo proszę o konkretne argumenty za tym, że system trzyma się kupy i przynosi znakomite rezultaty, istotnie przyczynia się do wzrostu jakości naukowej i dydaktycznej, a także poprawia pozycję polskich uczelni w rankingach światowych, najlepiej gdyby pokazać to na przykładzie korelacji, jak wskazuję w swoich odpowiedziach na komentarze.
      Czy wszystkie dyscypliny w UJ są równie dobre? Nie. Czy UJ dobrze kształci we wszystkich dyscyplinach? Nie. To jest jednak banał. Banalne nie jest to, że UJ posiada wysoko wykwalifikowaną kadrę, której liczebność jest większa niż w innych uczelniach i pełni złożoną misję dydaktyczną, której nie da się wprost wyrazić w tej parametryzacji. UJ, jak wiele innych uczelni, nie zastosował prostego mechanizmu „optymalizacji”, bo pewnie wyszedł z założenia, że na koniec dnia system parametryczny i tak uśrednia i zrównuje. No i się nie pomylił, przy czym uśrednienie ma swoje absurdalne konsekwencje, których nie da się zmienić tą czy inną decyzją ministra, komisji, gremiów czy nawet samego Pana Boga.

      • ~Kydler 02.09.2024 16:35

        Panie Profesorze.
        Pan "NIE-Filozof" sam o sobie wystawił świadectwo; które pokrywa się niestety z moimi tezami - uczelni w Polsce jest za dużo a profesor na UJ czy UW to nie to samo co profesor który całą karierę naukową "zrobił" na jednej z licznych "uczelni" w Polsce wymyślonych w celu pauperyzacji tytułu magistra czy stopnia doktora.
        A artykuł jest jak niżej napisano - przejrzysty, interesujący, i na temat.
        Z uszanowaniami,
        Kydler

    • ~Alek Rachwald 01.08.2024 08:05

      A to ciekawe, bo dla mnie (przedstawiciela STEM) artykuł jest napisany przejrzyście, interesujący i na temat.

      • ~Językoznawca 01.08.2024 13:37

        Też tak uważam, bardzo przejrzysty tekst

  • ~Zniesmaczony 31.07.2024 21:23

    Cenzura. Nikogo nie obraziłem. Stwierdziłem fakt. Forum akademickie chroni przestępców. Bravo!

  • ~Zniesmaczony 31.07.2024 20:56

    Człowieku, napisałeś tyle tego, że nikt nie chce tego czytać. A bardzo ważna kwintesencja, np. w Uniwersytecie Pomorskim dyrektor instytutu bezp. i socjol. wraz z prorektorem ds. kształcenia i rektorem tej wspaniałej uczelni, którą tworzą wspaniali nauczyciele i jeszcze wspaniałej studenci, dopłacają do interesu z publicznych pieniędzy i posyłają swoich piesków, żeby dopisywali się do artykułów 100 pkt. płacąc z kasy uczelni. W ten sposób rodzą się przyszli niekompetentni doktorzy i habilitowani, nie mówiąc o jednym profesorze. Dlaczego, bo jest system a nie nauka. To jest clu niepowodzenia naszej nauki. Parametryzacja, dajmy sobie z nią spokój. Ratujmy naukę, bo dzisiaj uczą Ci, którzy nie mają wiedzy w danej dyscyplinie. Piszą bezmyślne artykuły i płacą za dopisanie się do innych. To jest chore, a to co pan raczył napisać, nie twierdzę, że nie pan racji, ale co po racji jak nauka leży. Nauczyciele przychodzą na zajęcia i po 5 min je kończą, bo nie wiedzą co mają nauczać... Boże ratuj naszą naukę!!!

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 31.07.2024 21:50

      Nie rozumiem związku.

      • ~Zniesmaczony 31.07.2024 22:19

        Wielu nie rozumie, albo tego nie widzi. Dziś to nie nauka tylko biznes w edukacji. Nie jestem filozofem, chociaż mówią, że faceci w pewnym wieku z urzędu filozofują. Parametryzacja jest systemem, który krzywdzi naukę, albo inaczej, blokuje ją na poczet układów i trwonienia publicznych pieniędzy.

        • ~Sebastian Kołodziejczyk 01.08.2024 16:44

          To nie parametryzacja "krzywdzi" czy też "blokuje". To zupełnie coś innego. Parametryzacja jest narzędziem biurokratycznym, które niezbędne jest decydentom, by mogli naliczać subwencje, rozliczać uczelnie (publiczne) i decydować, kto będzie bliżej ucha ministra. To jest system pozbawiony sensu, więc produkuje bezsensowne konsekwencje. Ocena jest niezbędna, tylko pytanie, w jakim celu jest dokonywana i jakie są jej skutki dla ocenianych podmiotów.

          Powiem coś, co w przede dniu oceny prowadzonej przeze mnie Szkoły Doktorskiej może wydawać się karkołomne, ale co mi tam: jeśli ustawodawca tak skonstruował skutki oceny szkół doktorskich, że jest to 0 lub 1, to taki system oceny jest do niczego. Ani nie pokazuje kandydatom sensu starania się o przyjęcie do szkół, które są faktycznymi liderami kształcenia i wsparcia w procesie powstawania rozprawy, ani też nie daje żadnych instrumentów samym uczelniom, które przecież mogłyby, mając pewne dane, jeszcze bardziej inwestować w ten obszar.

  • ~Prof ucz piotr 31.07.2024 20:47

    Krytyka bardzo trafna tylko niestety zabrakło konkluzji jak to wszystko naprawić?

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 31.07.2024 21:51

      Dzięki. To będzie w innym tekście. Nie będę w nim proponował naprawy, bo tu się nic nie da naprawić. Tu trzeba fundamentalnej zmiany.

      • ~Paweł Płatek 01.08.2024 15:09

        Liczę, że w propozycjach uwzględni Pan też wpływ, który nauka powinna mieć na otoczenie społeczno-gospodarcze. Bo aktualnie ewaluacja zniechęca do aktywności na tym polu. A bez badań naukowych odpowiadających na zapotrzebowanie firm nie będzie rozwoju gospodarczego kraju i przełomowych innowacji z Polski.

        Uważam też, że stanowisko badawczo-dydaktyczne powinno być stanem przejściowym dla młodych naukowczyń/naukowców. Po pierwszych latach aktywności powinno się wybierać: czy chce się być dydaktykiem, czy poddawać się presji prowadzenia badań naukowych na wysokim poziomie. Widziałem już wiele osób, które zamiast habilitacji robionej w bólach chętnie z marszu przyjęłoby stanowisko dydaktyczne i miało święty spokój.

        I na koniec dane o % ogółu pracowników będących nauczycielami-akademickimi na stanowisku badawczym z listy 10 uczelni badawczych, zwycięzców konkursu "Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza" (IDUB):

        Uniwersytet Warszawski - 12,8%
        Politechnika Gdańska - 3,4%
        Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu - 7,5%
        Akademia Górniczo-Hutnicza im. Stanisława Staszica w Krakowie - 8,7%
        Uniwersytet Jagielloński - 10,6%
        Politechnika Warszawska - 5,5%
        Gdański Uniwersytet Medyczny - 2,7%
        Politechnika Śląska - 8,1%
        Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu - 5,7%
        Uniwersytet Wrocławski - 4,7%

        dane na dzień 01.08.2024 r.
        źródło: https://radon.nauka.gov.pl/raporty/

        Jak w Polsce mają powstawać prawdziwe uczelnie badawcze, skoro stanowisko badawcze zarezerwowane jest dla "homeopatycznej" liczby personelu naukowego uczelni i to też wówczas jeśli zdobyli samofinansowanie z projektu zewnętrznego (zatrudnieni na czas trwania projektu)? Wspomnę, że zdecydowana wiekszość w zwiazku z tym jest zatrudniona na umowy czasowe. Masz pojekt, masz pracę.

        • ~Alek Rachwald 05.08.2024 12:00

          Codzienny i jednocześnie kluczowy wpływ społeczno-gospodarczy nauki uniwersyteckiej przejawia się poprzez jakość i dalsze losy studentów danych uczelni. Bowiem nauka uniwersytecka i kształcenie studentów są nierozerwalne, a stałym produktem uczelni są wykształceni obywatele, którzy następnie prowadzą tę wspomnianą działalność społeczną i gospodarczą. Decydujące odkrycia naukowe dokonywane są co jakiś czas, natomiast studentów kształci się ciągle. Uważam, ze rozpatrywanie tych spraw oddzielnie jest błędem i badacz uniwersytecki, który dokonuje naukowych odkryć, a jednocześnie nie potrafi (lub nie chce) nauczyć czegoś studentów, jest bytem trochę sztucznie wykreowanym. Bowiem tacy specjaliści z tym jednym drobnym defektem mogą bez trudu dokonywać odkryć w instytutach PAN lub resortowych (gdzie zresztą w miarę łaski udzielanej skąpo przez uniwersytety studentów również czasem się kształci). Dla mnie głównym osiągnięciem w kryterium III jest "jakie są dalsze kariery studentów kształconych przez waszych naukowców i dydaktyków?". Że nie pasuje do ewaluacji NAUKOWEJ, czyli nie wiadomo, kto ma za to płacić, bo to nauczanie? No właśnie. Chyba coś tu jest nie tak.

          • ~Marcin Przewloka 05.08.2024 18:11

            @Alek Rachwald

            To znowu bardzo zalezy od podejscia, dlatego tez nie traktowalbym tej sprawy az tak pryncypialnie.
            Sa przyklady tego, ze sposob odwrotny do opisywanego przez Pana powyzej, dziala swietnie w praktyce (na przyklad szkoly medyczne w USA).
            W Wielkiej Brytanii ewaluacja badan na uczelniach (REF) jest rozdzielona od ewaluacji dydaktyki (TEF).

            Jest wiele drog prowadzacych do tego samego celu. One nie musza byc lepsze lub gorsze. Jesli sie je dobrze poprowadzi, to moga zadzialac tak samo efektywnie.

          • ~Paweł Płatek 05.08.2024 12:36

            W mojej ocenie badaczki i badacze, których koncentracja byłaby na prowadzeniu badań i dokonywaniu istotnych odkryć w skali międzynarodowej byliby wartością dodaną dla uczelni. A wyjęcie ich z pensum obowiązującym na stanowiskach badawczo-dydaktycznych i dydaktycznych nie zabraniało prowadzenia wykładu, który byłby wisienką na torcie edukacji akademickiej poprzez obcowanie studentów z wybitnym, światowej sławy naukowcem.

            • ~Alek Rachwald 05.08.2024 17:36

              Obecne pensa narzucone pracownikom uczelni są mordercze dla nauki. To, że ludzie mają jeszcze siłę i czas na prowadzenie wartościowych badań zakrawa na świecki cud. I nie dziwię się, że niektórzy w pewnym momencie tych sił nie mają. Obniżenie zwykłego pensum do połowy obecnego standardu powinno być pierwszym krokiem dla właściwego zrównoważenia proporcji i dania szansy większej liczbie naukowców na prowadzenie badań naukowych. Koledzy z niektórych krajów europejskich na wieść, ile u nas wynosi pensum, brali się za szperklapy ze zdziwienia. A przecież dochodzi jeszcze znacznie większe obciążenie obowiązkami administracyjnymi, niż to powinno mieć miejsce.

        • ~Sebastian Kołodziejczyk 01.08.2024 16:54

          Szanowny Panie Pawle, bardzo dziękuję za te dane. One wiele mówią, jak również wiele mówi system zatrudniania w polskich uczelniach, który ma szereg negatywnych konsekwencji. W naszej rzeczywistości akademickiej nauczyciel akademicki będący na etacie dydaktycznym to jest jakaś niedorajda naukowa. Ten stygmat nie tylko boli, ale też powoduje szereg negatywnych konsekwencji w obszarze awansu, nagradzania i wspierania rozwoju kadry. Niektórzy sobie wmówili, że uczelnie badawcze to są instytuty badawcze, w których kształcenie jest niepotrzebnym dodatkiem. Jest to jedna z najbardziej szkodliwych tez czy też opinii, ponieważ zupełnie nie rozpoznaje wagi kształcenia, które powiązane jest z badaniami, ale też które ma różne fazy i różne formy zaangażowania samej nauki.
          Czytam ustawę i zastanawiam się, po co ustawodawca określił z góry, na jakich etatach ma zatrudniać uczelnia. W moim przekonaniu, uczelnia powinna sama o tym decydować i to po analizach swoich potrzeb. Tyle że trzeba zmienić zasady finansowania. Połączyć grupy interesariuszy, a więc przyszłych studentów oraz podmioty z przestrzeni społeczno-gospodarczej bezpośrednio z uczelniami.

  • ~RK 31.07.2024 20:22

    Ocena parametryczna jest wprowadzona niezależnie od metod oceny przez biurokratów bo istnieje biurokratyczna potrzeba jakieś klasyfikacji i nic więcej. Czy takie oceny coś wnoszą- nie. Rynek jest najlepsza ocena, a więc zainteresowanie danej uczelni/kierunku przez maturzystów i ocena absolwenta przez pracodawcę. Uczelnie są po to aby kształcić fachowców, a tworzenie niepotrzebnych publikacji jest bez sensu. Instytuty naukowe należy rozliczać za naukę, a uczelnie za jakość kształcenia, a w drugiej kolejności za publikacje

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 01.08.2024 16:59

      Klasyfikacje nie są żadnym wymysłem biurokracji, lecz skutkiem określonego procesu, np. takiego, w którym następuje konieczność podziału środków finansowych. W tej sytuacji minister bierze Excela i od razu mu się lepiej robi na sercu, bo wszystko ładnie się wylicza.

      Jestem absolutnym entuzjastą połączenia grup interesariuszy, bez pośrednictwa rozdzielnika ministerialnego. Kandydat musi wybierać świadomie i wiedząc, że jego wybór waży dla uczelni. To wymaga jednak innego systemu finansowania oraz innej koncepcji funkcjonowania uczelni.

      • ~Kydler 02.09.2024 19:29

        Musielibyśmy mieć uczelnie prywatne wolne od nacisków profanów polityków.
        Ale nie takie jak Collegium Tumanum - takie jak zachodnie uczelnie badawcze z kapitałem żelaznym.

      • ~RK 02.08.2024 09:25

        Przykro mi ale to nie uczelnie wnosiky o ich ocenę ale ministerstwo.. No właśnie, bo jak podzielić fundusze i tak wymyślono biurokratyczna parametryzacje. Ta ocena jest na użytek biurokratów a nie uczelni. To rynek powinien decydować o funduszach a nie biurokraci. Będzie wówczas mniej humanistów a więcej inżynierów bo takie są potrzeby. Proszę zobaczyc jak wygląda sytuacja w Korei Południowej.

        • ~Alek Rachwald 05.08.2024 12:01

          Uczelnie wnosiły, a konkretnie kierunki. Wiele kierunków na luczelniach w ogóle nie było ewaluowanych, bo nie chciały.

  • ~Ferdynand 31.07.2024 20:10

    Jedynym osiagniecim nauki w Polsce są punkty ministeriale, co kolwiek to znaczy. Tabele na setki stron aktualizowane co roku. Brawo dla tego co to wymyślił. Kolejny sukces to szkoły doktorskie. Najpierw studia, samodzielna praca a później Szkoła. Brawo pomysłodawcą.

    • ~Alek Rachwald 01.08.2024 08:10

      Doktorant kiedyś był po prostu asystentem (lub z rosyjskiego systemu: aspirantem), potem studentem (studiów doktoranckich) teraz jest uczniem (szkoły doktorskiej). Rzeczywiście, z pewnym niepokojem czekam, co będzie na końcu tego procesu ewolucji.

      • ~Sebastian Kołodziejczyk 01.08.2024 17:08

        Zupełnie tak tego nie widzę. Nie czepiajmy się wyrażenia "szkoła", które jest wykorzystywane w innych, uznanych systemach organizacji życia akademickiego, i nikomu nie przychodzi kwestionować zasadności tak skonstruowanego systemu. Zastanówmy się nad tym, kim jest doktorant i jaki stoi przed uczelnią cel, który jest związany z kształceniem doktoranta oraz przygotowaniem przez niego rozprawy doktorskiej. To pozwala na dostrzeżenie, iż weszliśmy w fazę, w której doktoraty są świadectwem prowadzenia wysokiej jakości badań naukowych, ale też wzmożonej konkurencyjności na rynku akademickim. Okres studiów doktoranckich już nie wróci, choć z pewnością będzie jakaś recydywa tego systemu jak w Uniwersytecie Gdańskim.

        • ~Alek Rachwald 02.08.2024 00:12

          Zdarza mi się rozmawiać z kolegami z uniwersytetów na temat jakości kształcenia doktorantów. Otóż każdy zapytany twierdził na podstawie własnych doświadczeń w roli zwierzchnika/promotora, że "uczniowie" szkół doktorskich są o klasę-dwie gorszymi kandydatami na stopień naukowy od asystentów robiących doktoraty tzw. eksternistyczne, czyli poza szkołą doktorską (gdzieniegdzie zachowały się jeszcze takie osoby). Bo asystent przystępując do doktoratu ma już własne doświadczenie badawcze. Bo nie w semantyce rzecz, lecz w zastąpieniu tego, co wcześniej było standardowym podejściem do robienia doktoratu, czyli pracy badawczej pod kierunkiem doświadczonych kolegów, przez kolejny szczebel nauczania, częstokroć niewiele wnoszącego. Ci koledzy zastanawiali się, dlaczego w pewnym momencie dyplom magistra przestał być wystarczającą podstawą do rozpoczęcia pracy naukowej pod kierunkiem jakiegoś doświadczonego naukowca, a konieczne stało się dalsze douczanie w trybie uniwersyteckim, na statusie swego rodzaju starszego studenta. Wyrażano opinię, że w warunkach Polski wynikało to z zamiaru zatrzymania większej liczby ludzi na dalszych para-studiach uniwersyteckich. Miało to wynikać nie z oceny, iż polskiej nauce brakuje doktorów, a występuje nadmiar magistrów, tylko z zamiaru odwleczenia bezrobocia absolwentów, a więc z powodów nie wynikających z polityki naukowej, lecz z demograficznej. A ja potem dokładnie tak samo nie mam możliwości zatrudnienia świeżego doktora po szkole doktorskiej, jak nie miałbym możliwości zatrudnienia asystenta. Z prostego braku środków na etaty w nauce.

          • ~Profesor PAN 02.08.2024 10:43

            Od swoich doktorantów wymagam obietnicy, że nigdy, przenigdy nie postanie takiemu w głowie zatrudnić się w polskiej instytucji naukowej. Pod groźbą najsurowszych sankcji. Jak dotąd wszyscy tej obietnic dotrzymują, nawet ci, co doktoratu nie zrobili.

  • ~akademik 31.07.2024 19:44

    DZIĘKUJĘ ! Tego nam było trzeba ! Pozycji i prestiżu nie zdobywa się "
    punktami" ! Na to trzeba sobie ciężko i solidnie zapracować !!

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 01.08.2024 17:04

      Dziękuję. Pozycję i prestiż zdobywa się latami, poprzez złożony system oddziaływania i powiązanego z nim sprzężenia zwrotnego. Z mojego Instytutu wyszło wielu znakomitych pisarzy, dziennikarzy, prezesów firm, etc. Pytanie brzmi: czy jest systemowe działanie, które pozwala skorzystać z tego faktu? Ono jest, co oczywiste, retoryczne. Z niezrozumiałego dla mnie względu, uczelnie są powściągliwe w działaniach związanych z losami absolwentów, z drugiej utyskują, że ich głos się nie liczy.

  • ~Tankred 31.07.2024 18:56

    Ta zabawna dykteryjka jest o tym, że ktoś postanowił porozmawiać z ludźmi, który najwyraźniej niewiele robią, pobierając za to pensje?

    I co znaczy, że dyscypliny promieniują? Czyli w tej zachodniej Polsce po prostu nie ma dobrego literaturoznawstwa, bo pracownicy są radiokatywni? Bo fakt poprzesuwania kilku osób na inne etaty, to chyba za mało, żeby zdobyć kategorię A lub A+.

    Ewaluacja zawsze będzie subiektywna. Taka już jej natura.

    • ~Zpizeg 31.07.2024 20:59

      To typowe spiskowe myślenie najwspanialszego ujotu, który słusznie dostał po tyłku w ewaluacji, bo dławi się swoim prestiżem i tradycją.
      Rzetelny i transparentny ranking jest wtedy, gdy prestizowi badacze wyznający tradycję w ramach swojej opłacanej pracy badawczej znajdują się na jego szczycie, a jeśli wychodzi inaczej, to spisek.

      • ~Sebastian Kołodziejczyk 31.07.2024 21:43

        Nie bardzo widzę związek, ale może czegoś nie dostrzegam. Prestiż nie bierze się z ewaluacji ministerialnej, która jest narzędziem biurokratycznym. UJ i inne uczelnie mają słabsze i lepsze dyscypliny, tak jak uczelnie na całym świecie. Nie jest to żaden problem. Problemem jest to, gdy system parametryzacji zafałszowuje obraz.

    • ~obserwator bajzlu 31.07.2024 20:14

      Jeśli prowadzę warzywniak, oczekuję od pracownika odróżniania marchewki od jabłka. Jeśli bawię się w handel transatlantycki, to pracownik musi rozróżniać regułę handlową ex works od free on board. Jeśli z kolei moją działalnością jest nauka, cóż, oczekuję że w okresie 4-letnim pracownik jest w stanie wypocić publikacje (liczba mnoga) naukowe. Niekoniecznie całe serie w silnej kooperacji, po prostu więcej niż jedną. Zabawne jest w tym to, że istotna część naszego środowiska przyjęła, że z pracownikiem warzywniaka się pogada. A jak nie zadziała, to się go zwolni. Że dokładnie to samo zrobi się z niekompetentnym handlowcem. A już poruszenie tematu de facto wyłudzania przez X lat z rzędu redukcji w pensum względem pracownika dydaktycznego zakrawa na obrazę majestatu.

      • ~Sebastian Kołodziejczyk 31.07.2024 21:48

        Oczywiście. Bardzo obrazowe, choć chyba niezbyt trafione porównanie. Jeśli rektor danej uczelni chce, by pracownik naukowo-dydaktyczny publikował artykuł raz na rok, i to w czasopismach o randze międzynarodowej, nic nie powinno stać na przeszkodzie, by to znalazło się w umowie. Rektor może chcieć, by uczelnia była w 1 setce rankingu miedzynarodowego i dlatego mu na tym zależy. A na czym zależy kierownikowi warzywniaka, wróć!, ministrowi, który kieruje wszystkimi warzywniakami, wróć!, uczelniami?

        • ~Profesor PAN 02.08.2024 10:39

          Na czym zależy ministrowi, który kieruje wszystkimi uczelniami? Powinniśmy o to go spytać wprost. Istnieje podejrzenie, że zależy mu przede wszystkim na pieniądzach czyli by suma kwot wszystkich grantów, jakie polscy uczeni dostają od ERC, była większa od polskiej składki do tej szacownej instytucji a przynajmniej, by nie była kompromitująco mniejsza.

          • ~Kydler 02.09.2024 19:33

            Panie Profesorze,
            Ministrowi nauki zależy przede wszystkim na zadowoleniu pana premiera.
            Pan Premier zaś chce wygrywać kolejne wybory.
            Żeby wygrywać wybory należy mieć głosy mas - masy muszą być zadowolone.
            Masy nie za bardzo są zainteresowane tematami nauki. Może najbardziej je interesuje np. aby każdy w rodzinie był tym "magystrem" - czyli już wiemy co ma robić minister nauki.
            Dalej, słusznie Pan zauważył - skoro nauka nie jest ważna dla mas a ważne są np. programy nawet już nie socjalne tylko ordynarne (jak dawanie ludziom pieniędzy do łapy) to na czymś trzeba oszczędzić - czyli oszczędzamy na "nieważnej" nauce.
            Takie są prawidła ustroju populistycznego.
            Z pozdrowieniami.

        • ~obserwator bajzlu 01.08.2024 02:34

          Ależ poniekąd Rektor dokładnie to to robi. Ustalając kryteria oceny pracowniczej. Rektorowi nie zależy na tym, by uczelnia była w pierwszej setce rankingu, bo nic z tego nie ma (na tym może zależeć akurat bossowi wszystkich warzywniaków, bo miałby czym się pochwalić). Rektorowi zależy, aby duże dyscypliny nie były wyślizgane w ewaluacji przez konkurencję, bo mu się wątły strumyczek pieniężny jeszcze wysuszy. Najlepszą drogą do bycia wyślizganym jest tolerowanie totalnego pozoranctwa, bo to irytuje lokomotywy dyscyplin. A utrata choćby jednej lokomotywy to większy ból niż utrata 10 pozorantów.

          • ~Sebastian Kołodziejczyk 01.08.2024 17:12

            Zupełnie nie, bo kryteria oceny pracowniczej są do pewnego stopnia rozłączne z systemem ewaluacji. To po pierwsze. Po drugie, rektor uczelni publicznej może zakomunikować swojej wspólnocie, że właśnie będziemy się starać o pierwszą setkę rankingu QS, ale... zaraz wyłonią się problemy: związki zawodowe, ograniczenia ustawowe, zewnętrzne systemy oceny, inne cuda-wianki, które zupełnie nie idą w parze z tym, co rzeczywiście mógłby zrobić, by uczelnię do pierwszej setki wprowadzić.

            Rektor uczelni publicznej rano czyta ustawę, przed południem rozporządzenia, popołudniu dokumenty, które powstały na tych podstawach, a wieczorem zasypia marząc o tym, żeby rząd i Sejm nie wyprodukowali kolejnej tony przepisów: o Vacie, zamówieniach publicznych, prawach pracowniczych, etc.

            • ~Alek Rachwald 03.08.2024 08:33

              One są rozłączne owszem, teoretycznie. Natomiast moja firma dokonuje oceny pracowniczej na podstawie punktów, czyli gownioczarnków. I nie ona jedna, a sądzę, że większość. I to jest logiczne administracyjnie, bo po pierwsze, dostali do ręki urzędnicze narzędzie, co z tego, że opracowane niby do innych celów, skoro możliwe do obsłużenia ręcznym kalkulatorem, a po drugie, przy okazji oceniają, w jakim stopniu dany minionek przyczynił się do dobrostanu uczelni, czyli wyniku w kryterium I. Dodam jeszcze że moja firma włączyła do oceny również kryterium II, czyli ile pieniędzy dany naukowy osobnik przyniósł instytucji z zewnątrz. Na to, jak włączyć w ocenę kryterium III, jeszcze nie wpadli. Podsumowując, przynajmniej u mnie kryteria oceny pracowniczej są w znacznym stopniu, konkretnie w 66%, tożsame z systemem ewaluacji.

            • ~obserwator bajzlu 02.08.2024 11:14

              Rozłączne?! Rozłączne były przed Gowinem. Znam multum dyscyplin, gdzie kryteria lecą wprost punktami ministerialnymi i slotami. I jak pisałem - Rektor nie ma najmniejszego interesu, by swoją uczelnię śrubować w rankingach, więc tu nawet nie polemizujemy.

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 31.07.2024 20:08

      Ta dykteryjka jest o tym, że aktywność akademicka jest zjawiskiem złożonym, a parametryzacja tej złożoności nie widzi.
      W zachodniej Polsce na pewno jest dobre literaturoznawstwo i językoznawstwo. Spójrzmy sobie do zewnętrznego rankingu i spróbujmy to ustalić. Poszukałem w trzech dyscyplinach: Linguistics, English Language and Literature oraz Modern Languages (w QS nie ma wprost ujętego literaturoznawstwa). Hmmm. Żadna uczelnia z zachodniej Polski nie znajduje się w zestawieniu (oczywiście nie mówimy tutaj o UAM). W tych trzech dyscyplinach liderami są: UAM, UJ i UW.
      Ewaluacja nie może być subiektywna, bo nie jest kwestią perspektywy tego czy innego człowieka, tylko działań systemowych. Systemy nie są subiektywne, tylko dobrze lub źle zorganizowane.

  • ~bard 31.07.2024 18:45

    Nie będziemy.miec Oksfordu ponieważ system administracyjny uczelni tego zabrania.
    Nie zaprosimy noblisty na wykład semestralny za 2 miesiace bo jego przedmiot musiał by uzyskać wcześniej akceptację komisji kształcenia i senatu uczelni co trwa pół roku

    Nie zaprosiłmy noblisty do prowadzenia zajęć w przedmiocie już istniejącym w programie bo przedmiot jest po polsku i zmiana wymaga akceptacji różnych gremium oraz zgody studentow

    Nie podpiszemy umowy o współpracy z innym wybitnym uniwersytetem bo prawnicy uczelni będą ja sprawdzać przez 9 miesięcy a tamta uczelnia będzie czekać najwyżej miesiąc potem się zniechęci

    Nie rozpoczniemy realizacji grantu miedzynarodowego w konsorcjum od stycznia bo zatrudnianie doktorantów wymaga egzaminu do szkoły doktorskiej które przeprowadzane są tylko w październiku

    I tak dalej i tak dalej
    Wszystkie te przykłady są prawdziwe i pochodzą z pewnej Polskiej czołowej uczelni...

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 31.07.2024 20:01

      NIe bardzo widzę ten problem, o którym Pani/Pan pisze. Przeregulowanie ustawowe i wewnątrzuczelniane jest obciążeniem, ale to nie jest kwestia zasadnicza. Zasadnicza kwestia polega na tym, że środki są zawarowane, a uczelnia ma określone zobowiązania i nikłą swobodę w ich wydatkowaniu.
      Co do rekrutacji do szkoły doktorskiej - nie wiem, w jakiej uczelni jest takie ograniczenie, ale ma ono charakter wewnętrzny. Rekrutacja do prowadzonej przeze mnie Szkoły odbywa się od marca do połowy lipca, a w przypadku rekrutacji w trybie specjalnym - nieustająco.

      • ~Alek Rachwald 31.07.2024 21:11

        Pozwolę sobie potwierdzić na podstawie własnego doświadczenia z inną uczelnią, zwłaszcza w kwestii rekrutacji w trybie specjalnym, co wiąże się np. z doktoratem finansowanym z grantu. A co do podpisania umowy o współpracy z innym uniwersytetem, to procedowanie z jednym uniwersytetem owszem, zajęło pół roku, ale za to z drugim tydzień z kawałkiem. Wszystko to są wewnętrzne procedury oraz sprawność (lub nie) administracji, nie mające związku ani z ewaluacją, ani z ustawodawstwem.

    • ~Marcin Przewloka 31.07.2024 19:28

      @bard

      Nie bedzie Oxfordu, z definicji. :-)

      Ale nie ma wyraznego powodu, aby Polska nie mogla sie zblizyc w rankingach do na przyklad Szwecji lub chocby Hiszpanii.
      (no te podane przyklady sa rzeczywiscie troche smutne....)

      • ~Zdzislaw M. Szulc 31.07.2024 20:10

        Czyli nalezy dokonac czegos niezwyklego, aby przesunac sie "w gore" o 25 miejsc rankingowych w tej oto tabeli/rankingu < https://www.adscientificindex.com/country-ranking/ >

      • ~Sebastian Kołodziejczyk 31.07.2024 20:10

        Będzie z definicji to, co będzie. Natomiast czy nasze uczelnie wiodące mogą znaleźć się w 100 np. QS i mieć taki status jak z Południowej Korei? Mogą. Czy chociaż jedna może być w 10? Trudne zadanie, ale do zrobienia, tylko w dłuższej perspektywie czasowej i przy innym systemie finansowania i organizacji nauki i kształcenia.

        • ~Marcin Przewloka 01.08.2024 10:10

          @Sebastian Kołodziejczyk

          "Nasze uczelnie wiodące mogą znaleźć się w 100".
          Teoretycznie tak. Ale to jest troszke tak samo, jak ze stwierdzeniem, ze w tabelach medalowych na olimpiadzie mozemy zajac 1 miejsce. Teoretycznie tak, ale to sie raczej jednak nie zdarzy.

          Naprawde, nie trzeba byc pierwszym. Wystarczy jak sie jest bardzo dobrym. Trzeba stworzyc system promujacy rozwoj i jakosc.

  • ~StaryZgred2012 31.07.2024 18:08

    "system jest arbitralny i względny, a nie ufundowany na klarownych zasadach i absolutny" - każdy system ewaluacyjny jest ARBITRALNY i WZGLĘDNY, ponieważ dobór kryteriów oceny i algorytm rangowania według tych kryteriów jest ARBITRALNY i WZGLĘDNY. Tu nie istnieje system absolutny, lecz system wskazany decyzją polityczną dla realizacji celów i interesów grupy kreującej i wdrażającej system. To jest zwykłe narzędzie władzy i podziału zasobów, które zawsze będą niewystarczające. Opowieści o "obiektywnych algorytmach" to klasyczny kit propagandowy.

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 31.07.2024 19:58

      No i właśnie to należy powiedzieć sobie wprost oraz wyrazić wprost interesy "grupy kreującej i wdrażającej system", a te uczelnie, które nie chcą realizować tak rozumianych interesów, winny mieć możliwość działania na podstawach, które są od tych interesów wolne. To zaś oznacza inny system finansowania badań i kształcenia oraz inny model wewnętrznych procedur oceny działalności naukowej. Ministerstwo jak diabeł święconej wody boi się przyznać, że 1) uprawianie nauki jest przedsięwzięciem kosztowym i wymaga olbrzymich nakładów, które nie znajdą się w budżecie; 2) kształcenie jest kosztochłonne i nie ma pokrycia w subwencji; 3) finansowanie subwencyjne jest tylko częściowym zabezpieczeniem potrzeb uczelni.
      A co do arbitralności. Jeśli system ma działać tak, że uczelnia X dostaje 100 mln, a Y - 150 mln z tego samego źródła, to zasady muszą być takie, by nikt nie miał wątpliwości, że środki zostały przyznane na podstawie reguł, które nie mają charakteru autokompromitującego się.

  • ~Mgr 31.07.2024 16:30

    Czyli trzeba wybrać takie metody ewaluacji, żeby stare i wielkie uczelnie państwowe wypadły najlepiej. Każda metoda, w której wychodzi inaczej, jest wypaczona. Czyli szukamy metody która potwierdzi nasze tezy. Istotnie naukowe podejście...

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 31.07.2024 19:53

      Przeciwnie! Trzeba raczej zadać pytanie, po co ewaluujemy. Jak odpowiemy sobie na to pytanie, można spokojnie przejść do nicowania polskiego systemu akademickiego. Tylko że odpowiedź mówiąca, że ewaluujemy, ponieważ musimy mieć jakąś podstawę do finansowania, jest bardzo niepokojąca, ponieważ w istocie rzeczy mówi coś, co jest wbrew całej logice rozwoju nauki. Polski system finansowania jest oparty na podstawach, których nie da się utrzymać w dłuższej perspektywie, ponieważ oddziela interesariuszy od siebie. Kandydaci garną się do UW, UJ, PW, AGH czy UAM, ponieważ są to bardzo dobre uczelnie, które nawet jeśli mają swoje grzeszki i cienie, to stanowią gwarant względnego prestiżu, możliwości zdobycia kompetencji oraz zbudowania sieci relacji. Czy kandydat kieruje się ewaluacją ministerialną? Konia z rzędem temu, kto to udowodni.

  • ~Marek 31.07.2024 15:15

    W tekście jest wiele cennych uwag, tylko w jaki sposób oceniać uczelnie, żeby było to obiektywne. Nie sądzę by ocena ekspercka się sprawdziła. Znienawidzona punktów nie jest może najlepsza, ale rezygnacja z list czasopism spowoduje zalatwiactwo na dużo większą skalę.

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 31.07.2024 19:46

      Główne pytanie mojego tekstu brzmi: Po co oceniać? Jeśli chcemy mieć realistyczny, z rzetelną oceną i informatywny ranking, to na pewno nie jest do tego potrzebna ocena parametryczna w takim kształcie. Jeśli zaś chcemy finansować uczelnie na podstawie oceny parametrycznej, trzeba zadać sobie pytanie, czy spełnia ona wymagania, które przed nią stawiamy. Otóż, nie spełnia, bo daje zamglony, uśredniony i mało różnicujący obraz jakości naukowej. Może zabrzmi to obrazoburczo, ale gdyby minister rzucał kostką lub monetą, wyszłoby mniej więcej tak samo. Koszt tego systemu jest niewspółmierny do uzyskanych skutków.
      Nikt nie chce uczciwie powiedzieć, że ten system jest od A do Z postawiony na głowie, ponieważ całkowicie wasalizuje uczelnie i powoduje dziwne działania (tzw. optymalizacje), które nijak się mają do faktycznego stanu nauki i poziomu kształcenia.

      • ~Alek Rachwald 01.08.2024 08:19

        Ktoś z kolegów wcześniej, przy okazji innego artykułu napisał, że to chyba niedobrze, iż w wyniku tych wszystkich ciężkich prac ministerstwa oraz komisji jawnych, tajnych i dwupłciowych otrzymaliśmy system oceny naukowych instytucji, który w najgorszym wypadku daje bzdurę, a w najlepszym wynik zaledwie nie obrażający jawnie inteligencji. To było zwięzłe i niestety trafne podsumowanie efektów wielu lat pracy, zapoczątkowanej ustawą Gowina.

      • ~Albert 01.08.2024 02:18

        Ehm. Nie wiem, po co w ogóle są w Polsce ewaluacje, jednak podejrzewam, że ta ostatnia była po to, by choćby uchylić Gowinowi drzwi do premierostwa. Żadna inna hipoteza, zwłaszcza taka, że stały za nią jakieś przesłanki racjonalne, nie pasuje do obserwowanych skutków.

    • ~maciej 31.07.2024 16:50

      Można zrezygnować z listy, i w naukach ścisłych oceniać po IF czasopisma. Przynajmniej będzie to system niezależny od maliniaków i trudny do ręcznego sterowania.

      • ~Albert 01.08.2024 02:13

        To pozornie wspaniały, jednak w rzeczywistości absurdalny pomysł, bo IF czasopism w różnych dyscyplinach, np. matematyce i medycynie, różni się nawet o rząd wielkości. Jeśli by go wprowadzić, to nagle przestałoby się w Polsce uprawiać matematykę przez wielkie "M", natomiast gwiazdami polskiej matematyki staliby się statystycy, robiący standardową analizę wyników (w dodatku standardowymi metodami w jakimś numerycznym pakiecie statystycznym) medykom. Dlatego w poprzednich ewaluacjach korygowano punktację w grupach dyscypkinarnych (tj, przypisywano czasopisma dyscyplinom i dopiero wtedy rankingowano je i przypisywano im punkty).

      • ~StaryZgred2012 31.07.2024 18:10

        Pytanie: dlaczego ma być preferowana baza niegdyś amerykańska, a obecnie chińska, która nawet na poziomie deklaracji ogłasza, że nie zamierza być reprezentatywną?

        • ~Marcin Przewloka 31.07.2024 19:20

          @StaryZgred2012

          Ale ktora konkretnie to jest ta "baza niegdyś amerykańska, a obecnie chińska, która nawet na poziomie deklaracji ogłasza, że nie zamierza być reprezentatywną" ?

          Czy Clarivate podaje nieprawdziwe Impact Factors?

          I jak juz pisalem wczesniej, jezeli w ogole mozna uznac, ze Impact Factors o czyms mowia i ze sa pomocne w ewaluacji, to nie ma powodu, zeby ich nie stosowac we wszystkich dziedzinach nauki. Nie tylko w naukach scislych.

          • ~kragon 31.07.2024 21:58

            IF nic nie mowi o wartosci konkretnej pracy. Nawet cytowania tej pracy nic nie mowia o jej wartosci - cytowania moga byc nabijane do woli

            • ~Marcin Przewloka 01.08.2024 10:02

              @kragon

              "IF nic nie mowi o wartosci konkretnej pracy"
              To prawda. IF zaczeto stosowac w ocenianiu jakosci nauki jako proxy. Niestety, kiedy mamy przed soba okolo 20 artykulow, albo wiecej, i mamy cenic ich jakosc w krotkim czasie, a w dodatku nie jestesmy specjalistami w dokladnie tej samej dziedzinie, to jest problem. Wymyslono wiec, ze IF pisma, w ktorym te prace byly publikowane, bedzie taka "proteza", ze bedzie wskazywal na potencjalnie "lepsze" lub "gorsze" artykuly. Na dluzsza mete to oczywiscie nie dziala, ale jak na razie nie ma lepszego proxy. I to jest wlasnie problem.

              "Nawet cytowania tej pracy nic nie mowia o jej wartosci"
              To akurat nieprawda. Cytowania jak najbardziej wskazuja na to, czy dana praca zostala zauwazona i jest pomocna w rozwoju w pewnej dziedzinie naukowej, czy nie. To, ze "cytowania moga byc nabijane do woli" (akurat nie jestem pewien, czy rzeczywiscie "do woli", ale niech bedzie), to nie znaczy, ze cytowania nie mowia o jakosci pracy.
              Paszport mozna sfalszowac, ale czy to znaczy, ze nalezy w ogole wycofac paszporty, bo zdarzaja sie sfalszowane? Czas, w ktorym ktos przebiega dany dystans, jest dobrym wskaznikiem tego, jak ktos szybko biega. I nie zmieni tego fakt, ze ktos na dopingu przebiegnie jakas odleglosc szybciej.
              Cytowania, jak najbardziej, wskazuja na jakosc pracy. Problemem jest tutaj to, ze zwykle cytowania sa akumulowane w dluzszym okresie czasu. Przy ewaluacjach na przyklad co 5 lat, tego czasu czasem jest za malo. I stad - miedzy innymi - stosowanie tych IFs, o ktorych pisalem wczesniej.

              • ~Alek Rachwald 01.08.2024 11:24

                Świadomość, że i tak najwięcej cytowań własnych prac (i najwyższy indeks H) osiągnie się dopiero po śmierci, jest jednocześnie odświeżająca i nieco frustrująca. Ułatwia spojrzenie na sprawy z dystansu.

                • ~Marcin Przewloka 05.08.2024 18:18

                  @Alek Rachwald

                  Prawde mowiac, kiedy mysle na tematy "zycia i smierci", to sprawy typu h-index jakos natychmiast znikaja w nicosci moich kontemplacji.... Ich waga spada do zera. Tak wiec nie moge sie niestety odniesc do tego komentarza.

                  :-)

            • ~Profesor PAN 01.08.2024 08:37

              Idę na to. Proszę sobie nabić 10 000 cytowań wg. np. Scopusa.

          • ~StaryZgred2012 31.07.2024 21:11

            Od kiedy wskaźniki bibliomeyryczne Clarivate i zakres ujętych tam czasopism są fundamentalną właściwością natury a nie arbitralnym wyborem? Dlaczego wskaźniki tej akurat bazy i jej coverage mają być wyróżnione w stosunku do choćby Scopusa stosowanego m.in. przez Komisję Europejską?

            • ~Marcin Przewloka 01.08.2024 09:17

              @StaryZgred2012

              Rzucanie pojedynczych hasel czy pytan, bez odniesienia sie pytan rozmowcy, czyni dyskusje raczej trudna do prowadzenia, i ostatecznie malo pomocna.
              Odpowiem wiec na pytania z ostatniej Pana wypowiedzi:

              "Od kiedy wskaźniki bibliomeyryczne Clarivate i zakres ujętych tam czasopism są fundamentalną właściwością natury a nie arbitralnym wyborem?"
              Nie wiem skad sie wzial pomysl o "fundamentalną właściwością natury". Mowimy tutaj o ewaluacji, a nie o filozofii zycia. Cala ewaluacja, w kazdym kraju, jest arbitralna. Zwyczajnie, pewna grupa osob, ktora ma zdolnosci decyzyjne, wprowadza takie, a nie inne zasady. Te zasady moglyby byc inne, i te zasady zmieniaja sie w czasie. To jest arbitralne z definicji, i nikt nie twierdzi, ze nie jest.
              Podzial czasopism na dyscypliny, jaki jest wprowadzony w Clarivate, oraz fakt ze ta firma generuje co roku wartosci bibliometryczne dla wielu czasopism (np. IFs), sprawiaja, ze sa oni wygodnym zrodlem informacji dla potencjalnych systemow ewaluacyjnych. Przypominam: to ma sens tylko wtedy, jesli dany system ewaluacji w ogole bierze pod uwage wartosci bibliometryczne, bo tak przeciez byc nie musi.

              "Dlaczego wskaźniki tej akurat bazy i jej coverage mają być wyróżnione w stosunku do choćby Scopusa stosowanego m.in. przez Komisję Europejską?"
              Nie musza byc wyroznione, jesli grupa specjalistow stwierdzi, ze z jakiegos powodu Scopus jest lepszy lub wygodniejszy, niz Clarivate. Jak pisalem powyzej, to wszystko jest arbitralne, wiec nie ma powodu, zeby stosowac jakies fundamentalistyczne "jedynie wlasciwie" podejscie w tym temacie.
              Natomiast sama Komisja Europejska tez nie jest jakas wyrocznia w temacie ewaluacji nauki, wiec ten argument akurat w ogole do mnie nie przemawia. Da sie calkiem dobrze prowadzic ewaluacje nauki bez najmniejszego udzialu Komisji Europejskiej, czego przykladem jest brytyjski REF.

  • ~Profesor PAN 31.07.2024 13:36

    Szokuje pan znakomite prawo (a istotnie jest znakomite) na Politechnice Warszawskiej, bo jest pan Polakiem i to z tych Polaków, co to nie chcą wychylać nosa ze swego zaścianka. Najsłynniejsza politechnika świata MIT słynie nie tylko informatyką i mechaniką ale też językoznawstwem (Chomsky!) i ekonomią. Na Zachodzie ludzie szukają możliwości ekspansji, w Polsce bronią ciasnoty i ortodoksji. Kurczymy się i dziwimy się, że jesteśmy mali.

    • ~Sebastian Kołodziejczyk 31.07.2024 19:37

      Dzień dobry! Zupełnie mnie nie szokuje. Przeciwnie, bardzo kibicuję PW w utworzeniu wiodącego ośrodka badawczego (a pewnie w przyszłości także kształcenia) w obu wzmiankowanych w moim tekście dyscyplinach. Wszelako pozwolę sobie odróżnić od siebie pozycje rankingowe od pozycji w ocenie działalności naukowej, która jest przeprowadzana na potrzeby instytucji finansującej i nadzorującej. To są dwie różne perspektywy i dobrze, by nie były ze sobą mylone. Spójrzmy pod ten link: https://www.topuniversities.com/university-subject-rankings/law-legal-studies?region=Europe&countries=pl Ośrodkami liderującymi jest UW i UJ (odpowiednio 151-200 i 201-250 pozycja). Prawo na PW w ogóle nie jest klasyfikowane, tak jak i filozofia (UW - 201-250, UJ - 101-150). To jest jeden z wiodących rankingów, który ma swoje wady, ale pokazuje w miarę sensowny obraz tego, gdzie się znajdujemy z polskimi dyscyplinami. Oczywiście, ranking ten nie jest podstawą naliczania subwencji, tak jak ewaluacja jakości naukowej w polskim wydaniu. Można zatem powiedzieć, że kierowanie się nim, nie daje wprost polskim uczelniom żadnych korzyści. Inaczej jest z systemem ewaluacji - daje konkretne korzyści wyrażone w naliczaniu subwencji. Tym bardziej zatem należy zwracać uwagę na to, jakim systemem ewaluacji się posługujemy. Być znakomitym w profilowaniu danych pod polski system parametryzacyjny to zupełnie coś innego niż być znakomitym w rankingu, który mówi nam, jak się sprawy mają w szerszym planie.
      MIT ma znakomitych badawczy w naukach humanistycznych, w tym w lingwistyce, ponieważ dawno zauważono, że nie da się uprawiać poważnej nauki bez humanistyki. Tak na marginesie, w rankingu QS lingwistyka jest ujęta w odniesieniu do trzech polskich uczelni: UJ, UW (101-150) oraz UAM (151-200). Paradoks polega na tym, że średnio się to ma do oceny parametrycznej, zwłaszcza w kontekście wysokich ocen lingwistyki w niektórych naszych ośrodkach akademickich.

      • ~Profesor PAN 31.07.2024 22:56

        To nie tak działa, że jakaś humanistyka potrzebna jest inżynierom. Po prostu - są chętni do studiowania zarządzania, MIT otwiera Sloan School of Management, prawo popytu i podaży i nic więcej. Moją córkę podczas pobytu w Monachium bawiło to, że Politechnika Monachijska ma wydział lekarski. Ci też się kierowali tylko chciwością a nie uwielbieniem czystości. Oczywiście - w Polsce naukowiec nie zarabia na nauce i nauczaniu tylko na zasiadaniu w komitetach a dla tych czystość doktryny ma już znaczenie.

        • ~Sebastian Kołodziejczyk 01.08.2024 08:30

          Prawo popytu i podaży - jeśli w takich kategoriach patrzeć - obejmuje wszystkie obszary, nie wyłączając wewnętrznej i złożonej struktury dyskursywnej samej nauki. Czy lingwistyka przynosi ogrom dochodów MIT z faktu, iż prowadzi się tam kształcenie? Nie wiem. Możliwe, choć wątpię. Czy obecność Noama Chomsky’ego przynosi coś MIT? Ogrom różnych rzeczy.
          Podkreślę to raz jeszcze: nie jest problemem wydział lekarski czy prawo na tej czy innej politechnice. Problemem jest budowanie systemu oceny, która do niczego nie służy, nic nie mówi i jest wyłącznie po to, by decydenci polityczni mieli jakieś narzędzie dyscyplinowania i pseudouzasadnienia dla takiego a nie innego systemu finansowania. MIT tak nie funkcjonuje, ale jak byłoby w naszym systemie szybko by dokonało „optymalizacji” i wtedy okazałoby się, że albo szereg dyscyplin zupełnie nie jest potrzebnych, bo tylko stwarza problem ze slotami, albo machnęłoby rękę, bo i tak dostałoby mniej więcej tyle samo w subwencji.

          • ~Profesor PAN 01.08.2024 08:54

            A dlaczego pańskim zdaniem lingwistyka ma z jakiegoś dziwnego powodu wyłączać się z reguł rządzących pozostałymi dyscyplinami akademickimi? Studenci lingwistyki czesne płacą dokładnie tak samo jak pozostali.

            A w kwestii systemów oceny - nie będzie w Polsce dobrego systemu oceny, bo każdy system oceny jest wypadkową nacisku różnych grup interesu. Nauka w Polsce musi upaść i odbudować się od zera tak jak to byłó z gospodarką. Całkiem możliwe że nie za naszego życia.

            • ~Sebastian Kołodziejczyk 01.08.2024 17:41

              Nie, nie, nie uważam, że jest wyłączona. Uważam jedynie, że jest zróżnicowana skala przychodu, np. z czesnego z uwagi na system kształcenia, m.in. minor. Poza tym trzeba byłoby przeanalizować system wsparcia stypendialnego i porównać, np. zrobić analizę liczby studentów lingwistyki otrzymujących zwolenienie z czesnego, inne stypendia oraz studentów innych kierunków. To jest inny system finansowy niż nasz, więc inaczej wyraża się też racjonalność działania tego systemu.

              To nie nauka upadnie, lecz upadnie pozbawiony racjonalności system, który uprawianie nauki i pracę akademicką widzi w taki a nie inny sposób. Pierwszym krokiem musi być powiązanie między interesariuszami - studenci muszą wiedzieć, dlaczego wybierają daną uczelnię i ponosić z tego tytułu korzyści, ale też odczuwać zobowiązanie. Dzisiaj jest to poza zasięgiem, co pokazuje skala rezygnacji z kształcenia i absurdalny system rekrutacyjny.

            • ~Alek Rachwald 01.08.2024 09:58

              Nasuwa się pytanie, gdzie ma być to zero. Stwierdzenie jest wygodne, brzmi ładnie, ale jeśli wspomniana nauka w Polsce ma zaczynać od odkrywania zalet koła, to nie widzę szansy doścignięcia peletonu nauki uprawianej przez resztę świata bryczką, zaprojektowaną na podstawie tego odkrycia.

              • ~Marcin Przewloka 01.08.2024 11:55

                @Alek Rachwald

                Przeciez z wypowiedzi @Profesor PAN nie wynika, ze po "wyzerowaniu" nauka w Polsce mialaby odkrywac heliocentrycznosc oraz kolo, tylko ze mialaby byc od zera zorganizowana. Nie chodzi o zerowanie wiedzy (to nie jest ani mozliwe, ani potrzebne), chodzi o zerowanie organizacji tak, aby od poczatku bylo wiadomo jakie sa priorytety, bez bagazu poprzednich chorych schematow i ukladow.

                Pomysl znowu teoretycznie byc moze dobry, ale nie ma szans realizacji....
                :-)

                • ~Profesor PAN 01.08.2024 14:07

                  Aby się pan nie zdziwił. Gospodarki PRL też nikt programowo nie zerował, po prostu załamała się pod własnym ciężarem. Teraz czekamy na naukę PRL.