Aktualności
Sprawy nauki
04 Stycznia
Opublikowano: 2021-01-04

Rozmowa z Jarosławem Olszewskim, nowym przewodniczącym KRD

Przygotowania do nowelizacji Ustawy 2.0, zmiana statutu, większe zaangażowanie doktorantów uczelni niepublicznych, targi pracy, ogólnopolska konferencja – to tylko część planów Jarosława Olszewskiego, nowego przewodniczącego Krajowej Reprezentacji Doktorantów. 

Wybory nowych władz KRD odbyły się w połowie grudnia. O fotel przewodniczącego ubiegało się czterech kandydatów, w tym piastujący to stanowisko w 2020 roku Aleksy Borówka. Ostatecznie zwyciężył Jarosław Olszewski, do niedawna członek komisji rewizyjnej KRD. Jest absolwentem Międzywydziałowego Studium Biotechnologii Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, a od 2016 roku doktorantem na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej SGGW. Pracuje jako asystent naukowo-dydaktyczny w Katedrze Chorób Dużych Zwierząt SGGW. W 2020 roku stał na czele Warszawskiego Porozumienia Doktorantów.

Stanął Pan do wyborczego boju naprzeciw trzem kandydatom stanowiącym Zarząd poprzedniej kadencji. Czy Pana zwycięstwo można traktować jako wyrażenie przez społeczność doktorantów swoistego wotum nieufności?

Nie chciałbym skupiać się na moich rywalach, ale jeśli miałbym stawiać diagnozę, to w moim przekonaniu głównym powodem braku reelekcji była właśnie konkurencja wewnątrz Zarządu. Ten poprzedni Zarząd stanowił niejako koalicję, w której każdy – jak pokazała kampania wyborcza – miał inny pomysł na funkcjonowanie organizacji. Nie udało im się tego połączyć i postawić na wspólną kandydaturę i na tym w głównej mierze stracił mój poprzednik. Dla mnie z kolei to był sygnał, że koncepcja, którą przedstawiłem, stanowi odpowiedź na realne potrzeby doktorantów. Owszem, zarzucano mi brak tzw. pamięci instytucjonalnej, bo rzeczywiście nie mam jakiegoś dużego doświadczenia w KRD, niemniej grono doświadczonych osób, z którymi się konsultowałem, które mnie wspierały i służyły pomocą, świadczy o tym, że społeczność potrzebowała jasnego sygnału: oprócz tych angażujących się do tej pory będziemy słuchać także tych, którzy jeszcze nie działali, a szukają swojego miejsca w samorządności.

Jakie były założenia Pana koncepcji?

W skrócie nazwałbym ją: „reprezentacja zamiast rady”. Wraz ze wzrostem możliwości wpływu organizacji na stanowienie prawa, KRD poszła w kierunku eksperckim, tworząc pewną lukę między samorządnością lokalną a centralą. Jesteśmy reprezentacją, a nie wąskim gronem decyzyjnym. Musimy więc reprezentować wszystkich doktorantów i być otwartym na to, co dla nich jest istotne, przed jakimi wyzwaniami stają i co porusza tę bardzo zróżnicowaną społeczność. W ostatnim czasie o tych podstawach nieco zapomniano. Walka o polepszenie uwarunkowań prawnych jest ze wszech miar potrzebna, ale wynik wyborów pokazał, że delegaci chcą też mieć wpływ, być częścią tego, co się tworzy i uczestniczyć w nakreślaniu kierunku, w jakim KRD ma się rozwijać. Nie znaczy to, że dążę do zaniechania linii eksperckiej. Nadal chcę wspierać ministerstwo we wdrażaniu prodoktoranckich rozwiązań, przygotowywać je, sugerować potrzebne przepisy, ale zamierzam też otworzyć KRD na społeczności lokalne. Zależy mi na zwiększeniu wymiany myśli, informacji z poszczególnymi jednostkami samorządów, czyli tymi najniższymi lokalnymi komórkami, które de facto stanowią o sile samorządności, bo to w nich się najwięcej dzieje i to one mają największy wpływ na każdego doktoranta.

Jakich konkretnie działań należy się w tym kontekście spodziewać?

W tej kampanii, co wcześniej się nie zdarzało, sporo mówiło się o doktorantach uczelni niepublicznych. To bardzo specyficzna grupa doktorantów. Nawiązałem już współpracę z jej kilkoma przedstawicielami, którzy usilnie namawiają do powołania porozumienia doktorantów uczelni niepublicznych. Mam nadzieję, że uda się to już w tej kadencji. Średnia wieku tych doktorantów jest oczywiście wyższa, bo zazwyczaj są to osoby z dość dużym już doświadczeniem zawodowym, które w trakcie swojej kariery zdały sobie sprawę, że stopień naukowy byłby pożądany w rozwoju ich kariery. W mojej opinii jest to gremium bardzo atrakcyjne dla nas jako organizacji zrzeszającej wszystkich doktorantów  w Polsce. Wnoszą bowiem bardzo dużą wiedzę ekspercką z bardzo różnych dziedzin, a do tej pory byli niejako na marginesie, bo stanowią grupę bardzo rozproszoną i bez tradycji samorządowych. Podobnie rzecz się ma z ogromną rzeszą doktorantów w instytutach PAN, którzy choć stanowią duży wkład w całą społeczność doktorancką, to nie mają mocnych scentralizowanych struktur. Rada Doktorantów PAN to bardziej struktura federacyjna niż centralna. Zatem o ile ci doktoranci są w gorszej pozycji jeśli chodzi o działalność w swoich macierzystych jednostkach w porównaniu z dużymi uczelniami, o tyle ich głos dla całej wspólnoty doktoranckiej w Polsce byłby bardzo cenny. I właśnie odnalezienie ich, zaangażowanie, mogłoby stanowić duże wsparcie dla działalności KRD i przysłużyć się obydwu stronom.

W swoim programie chyba najmocniej podkreślał Pan potrzebę nowelizacji Ustawy 2.0.

Jesteśmy świadomi, że taka nowelizacja nastąpi, musimy się więc do niej dobrze przygotować. Wprawdzie z tego, co w tej chwili mówi się w środowisku, nowelizacja nie będzie tak głęboka, jak się spodziewano – raczej będzie chodziło o uszczegółowienie niektórych przepisów, doprecyzowanie ich – tym niemniej chcę dokumentować wszelkie problemy, które się pojawiają i na bieżąco ewaluować wprowadzanie tej ustawy. Współpraca z władzami rektorskimi jest siłą KRD, dlatego wszelkie dodatkowe regulacje zamierzamy zgłaszać np. na posiedzeniach KRASP, propagując tym samym dobre praktyki w poszczególnych uczelniach. W SGGW publikacje wydawane przez KRD były niejednokrotnie podstawą do wydawania opinii przez władze rektorskie, np. przy tworzeniu szkół doktorskich, i tę partnerską pozycję jako organizacja chcemy nadal promować. W negocjacjach z ministerstwem możemy doradzać, sugerować, ale to na tym szczeblu władz rektorskich możemy realnie wpływać, doradzając rozwiązania na konkretnych uczelniach.

Co w pierwszej kolejności?

Z pewnością kwestie bezpośrednio lub pośrednio związane z pandemią. Jednym z działań do przeprowadzenia w prosty sposób jest umożliwienie doktorantom ze Szkół Doktorskich pobierania zapomogi. Stypendia nie wystarczają do tego, by radzić sobie z przejściowymi trudnościami życiowymi, a w takich sytuacjach zapomoga powinna zapewniać doktorantom wsparcie. To jedna z kwestii, które poruszymy lada moment. Inna dotyczy zrównania statusu doktorantów studiów doktoranckich, które są już na ukończeniu, i Szkół Doktorskich. Chodzi o to, aby można było wykazywać ich działalność w ewaluacji, nie spychać na boczny tor, tylko traktować na pełnoprawnych zasadach. Niezwykle istotne jest zadbanie o to, by osoby, które są na ukończeniu studiów doktoranckich miały wsparcie w tym newralgicznym momencie, jakim jest finalizowanie prac badawczych i przygotowanie dysertacji do obrony, bo od tego tak naprawdę, czy dostaną wsparcie na tym etapie, czy będą traktowane na równi z nowo przyjętymi, czy zostaną z tyłu, zależy powodzenie ich doktoratu. Sam jestem przedstawicielem grupy, która właśnie jest wygaszana, więc doskonale wiem, że kwestia zapewnienia stypendiów dla tych osób jest w dużej mierze definiującą to, ile z nich ukończy te studia z pozytywnym wynikiem i uzyskaniem stopnia doktora.

Przy okazji, Szkoły Doktorskie funkcjonują jak należy?

To, co warte zauważenia, to mobilność doktorantów. Część uwarunkowań związanych z rekrutacją do Szkół Doktorskich sprzyja wybieraniu i przenoszeniu się pomiędzy ośrodkami pod kątem konkretnego tematu badawczego. W SGGW mamy napływ nowych kandydatów spoza uczelni, ponieważ oni przychodzą do konkretnych osób, jednostek, realizować konkretne tematy i to, uważam, jest na plus. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie to skutkowało większym umiędzynarodowieniem tych szkół, bo tak naprawdę mobilność młodego naukowca jest dziś najważniejszym, poza wiedzą merytoryczną i umiejętnościami praktycznymi, czyli np. biegłością w pracy laboratoryjnej, czynnikiem wpływającym na karierę. Druga kwestia to interdyscyplinarność i usystematyzowanie, połączenie części dydaktycznych różnych dyscyplin. To pozytywnie wpływa na integrację społeczności doktoranckiej w obrębie uczelni. Na studiach doktoranckich było to odseparowane: każdy wydział miał swoją społeczność doktorancką, a one między sobą się nie przenikały. Struktura Szkół Doktorskich, które łączą wiele dyscyplin, umożliwia większy kontakt, większą integrację, a to sprzyja aktywizacji – pamiętajmy, że za parę lat będzie to najmłodsza kadra tych uczelni.

W kategoriach negatywnych postrzegałbym coś, co mam wrażenie powoli zanika. Otóż doktoranci Szkół Doktorskich byli na początku oderwani od całej społeczności przez to, że stanowili całkiem nowy twór z innym od dotychczasowego sposobem organizacji kształcenia i on musiał dojrzeć, okrzepnąć, aby sprawnie funkcjonować. Nie mówię tu o stronie administracyjnej, tylko społecznej. Doktoranci w tych nowych warunkach byli trochę oddzieleni od niepisanych zasad, obyczajów obowiązujących dotąd na uczelniach. Wraz z coraz większym napływem do Szkół Doktorskich, ta odrębność będzie jednak zanikać.

W programie zapowiadał Pan też zmianę statutu KRD. Chce Pan dokonać rewolucji?

Nie, nie, zwracam tylko uwagę na to, co spotkało nas wszystkich w ubiegłym roku, niezależnie od tego, czym się zajmujemy. Chciałbym jak najszybciej przygotować ten nadrzędny akt prawny, który ureguluje działalność organizacji w trybie zdalnym. Po drugie, jeśli już powołamy zespół ds. nowelizacji Ustawy 2.0, ważne jest, aby część przepisów była uszczegółowiona w sposób systemowy. Do tej pory większość zmian do statutu KRD wprowadzano przy okazji zjazdów sprawozdawczo-wyborczych czy zjazdów nadzwyczajnych. Myślę, że przygotowanie statutu do panujących obecnie warunków, zapewni nam bezpieczeństwo funkcjonowania w zmiennych okolicznościach.

Co jeszcze Pan zamierza w tym roku?

Zorganizujemy targi pracy dla doktorantów sektora R & D. Pomysł pojawił się w rozmowach między porozumieniami: doktorantów uczelni technicznych, doktorantów uczelni medycznych i Warszawskim Porozumieniem Doktorantów. To jest projekt istotny nie tylko dla doktorantów, ale dla całego środowiska akademickiego w Polsce. U nas zaangażowanie biznesu w naukę dopiero się buduje. Doktoranci dzielą się na dwie grupy. Do pierwszej należą czynnie zaangażowani w pracę zarobkową i przy okazji się doktoryzujące – im nie trzeba specjalnie pomagać w odnalezieniu się w sferze biznesowej. Natomiast druga grupa, świetnych pod względem merytorycznym i naukowym, mających ogromny potencjał i wiedzę, jest zamknięta w swoich zespołach, laboratoriach, w uczelnianych jednostkach. Choćby rektorzy nie wiem jak się starali, nie dla wszystkich znajdą miejsce w akademii. Po za kończeniu kształcenia czeka ich moment wyjścia na rynek prywatny. Patrząc na doświadczenie moich znajomych, którzy byli doskonałymi doktorantami, to była wyjątkowo trudna chwila, ponieważ nie ma nacisku na uświadamianie tych ludzi, co będzie pożądane poza uczelnią, czym mogą się chwalić, gdzie mogą szukać miejsc pracy dla siebie. Chciałbym, żeby targi zaznaczyły ten problem przepływu informacji między uczelniami a przemysłem – czego potrzebuje przemysł i co może uzyskać od uczelni. To by bardzo pozytywnie wpłynęło na życie akademickie.

Zamierzamy także zwiększyć udział KRD w promocji zaangażowania biznesu w naukę, w promocję np. doktoratów wdrożeniowych, ponieważ zarówno pod względem ewaluacyjnym, jak i finansowym przynosi to uczelniom sporo korzyści. Oczywiście, są doktoranci, których prace nigdy nie będą miały potencjału komercjalizacyjnego i dla mnie są oni równie istotni. Tym niemniej dla prac kosztochłonnych, eksperymentalnych, doświadczalnych finansowanie zewnętrzne czy grantowe i wchodzenie w projekt realizowany w jakimś zespole jest najbezpieczniejsze pod względem zapewnienia ciągłości tych badań, doktorant może skupić się na problemie badawczym, nad tym, w jaki sposób uzyskać satysfakcjonujące wyniki, aby ten problem rozwiązać, a nie na szukaniu warsztatu, na którym będzie się tę pracę wykonywać.

Bogate ma Pan plany…

To jeszcze nie wszystko. W kalendarzu pojawi się też ogólnopolska interdyscyplinarna konferencja o statusie międzynarodowym prowadzona w języku angielskim. Jej celem będzie wsparcie wymiany młodych naukowców i promocja mobilności, ale także zwrócenie reflektorów na doktorantów spoza Polski, którzy swoje badania realizują u nas w kraju, żeby też poczuli się częścią naszej społeczności. Z badań ankietowych prowadzonych w ubiegłym roku wynika, że najczęstszym dla nich problemem jest poczucie odizolowania, odseparowania, braku komunikacji z całą społecznością doktorantów. Chcielibyśmy znosić te bariery i wydaje się, że taka konferencja nastawiona na wymianę myśli, metod badawczych, doświadczeń na poszczególnych uczelniach, będąca miejscem do nawiązania współpracy pomiędzy doktorantami o podobnych zainteresowaniach naukowych, mogłaby spełnić swoje zadanie.

Zapału Panu nie zabraknie?

Podejmuję to wyzwanie ze świadomością ciążącej odpowiedzialności. Niemniej jednak wierzę, że to będzie rok pełen wyzwań, które i mnie i mój zespół będą rozwijać. To prawda, jesteśmy bardzo pozytywnie nastawieni, chociaż zdajemy sobie sprawę, że będzie to dla nas rok wytężonej, ciężkiej pracy. Do tej pory w swojej karierze samorządowej miałem szczęście do współpracowników, którzy zawsze byli oddani sprawie i czuli potrzebę realizowania się i działania  dla dobra społeczności. Mam nadzieję, że i tym razem intuicja mnie nie zawiodła i wspólnie będziemy sprawnie działać dla dobra doktorantów. Szalenie sobie cenię doświadczenie wyniesione z Warszawskiego Porozumienia Doktorantów – było to gremium wspaniałych ludzi i ten zespół nie był wcale mniejszy niż ten, którym aktualnie będę miał przyjemność kierować. Skala jest inna, jeśli chodzi o działania formalne, administracyjne, ale w przypadku wyzwań organizacyjnych trudno o lepszy poligon doświadczalny. Tu nie będzie zaskoczeń. Damy sobie radę. Przewodniczący jest po to, by oczywiście nadawać ton, ale przede wszystkim, by umożliwić wszystkim członkom zarządu ich pracę w sposób jak najbardziej dla nich satysfakcjonujący i najbardziej ergonomiczny. Nigdy nie wychodzę z założenia, że wiem wszystko i ze wszystkim sobie sam poradzę. Po to ten zarząd jest taki szeroki, po to są pełnomocnicy, po to wreszcie jest rada doradcza, bo aby reprezentować całą tą społeczność trzeba mieć wiedzę znacznie przekraczającą i umiejętności i wiedzę dostępną jednej osobie. Myślę, że będę mógł liczyć na wsparcie zarówno tych, którzy już są zaprawieni w bojach w KRD, jak i dopiero chcących zacząć pracować dla dobra naszej społeczności.

Dziękuję za rozmowę.

Jarosław Olszewski będzie 13. sternikiem w historii KRD i drugim wywodzącym się z SGGW (po Robercie Kiliańczyku w kadencjach 2012 i 2013). Do Zarządu KRD wybrano również: Adrianę Kuligowską, doktorantkę Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych Uniwersytetu w Białymstoku (członek Zarządu); Aleksandrę Makarewicz, doktorantkę Szkoły Doktorskiej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu (wiceprzewodnicząca); Mariolę Pirek, doktorantkę Szkoły Doktorskiej Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (sekretarz); Jakuba Szczepkowskiego, przewodniczącego Samorządu Doktorantów Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (wiceprzewodniczący); Patrycję Uram, doktorantkę z Instytutu Psychologii Polskiej Akademii Nauk (rzecznik prasowy) i Adama Zwolińskiego, przewodniczącego Zarządu Uczelnianej Rady Samorządu Doktorantów Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie (członek Zarządu).

Mariusz Karwowski

 

Dyskusja (0 komentarzy)
    Tagi: