Pod względem liczby badań klinicznych jesteśmy na 5 miejscu w UE – dołączyliśmy zatem do pierwszej ligi, staliśmy się miejscem już nie tylko do rekrutacji pacjentów. Mamy kompetentne kadry, dla których wyjazd za granicę nie musi być jedyną alternatywą. Dobry zespół można mieć i tutaj, przy niższych kosztach pracy, w przyjaznym środowisku, z systemem, który daje się aktywnie kształtować, bo nie jest jeszcze na tyle ustabilizowany, by nie można go było zmienić – mówi w wywiadzie dla FA prof. Wojciech Fendler, prezes Agencji Badań Medycznych.
Dlaczego w Europie prowadzi się coraz mniej badań klinicznych? Czy może to być szansa dla Polski? Jakie znaczenie mają niekomercyjne badania kliniczne? Gdzie tkwi niewykorzystany potencjał polskich producentów medycznych? Między innymi o tym z prof. Wojciechem Fendlerem, prezesem ABM, rozmawia Mariusz Karwowski.
Dlaczego w Europie prowadzi się coraz mniej badań klinicznych?
Powodów jest wiele. Z pewnością bolączką UE jest sporo nadmiarowych procedur. O ile ocenę etyczną udało się zharmonizować, o tyle wciąż nierozwiązana na poziomie unijnym pozostaje rejestracja badania klinicznego. W efekcie wszystko dzieje się wolniej niż np. w USA, choć ten dystans się zmniejsza. Jeszcze kilka lat temu zabierało to dwukrotnie więcej czasu, teraz różnica zmniejszyła się do kilkudziesięciu dni. Coraz bardziej wyraźna jest także tendencja przenoszenia badań wczesnych faz do Azji. Mimo wszystko nie biłbym jeszcze na alarm. Oczywiście, pewnie byłoby lepiej, żeby były prowadzone u nas, przez lokalne firmy, ale z drugiej strony, jeżeli tam robi się to szybciej, a w Europie realizowane są kolejne fazy, to nie widzę w tym niczego złego. Poza tym w Polsce spadek liczby badań klinicznych jest jednak mniejszy niż w skali kontynentu. Dla całego Europejskiego Obszaru Gospodarczego wynosi 6%, podczas gdy w Polsce – 2%.
Chce pan powiedzieć, że możemy na tym jakoś skorzystać? Badania kliniczne mają szansę stać się naszą marką, jak choćby informatyka?
Akurat Polska jest całkiem niezłym rynkiem, jeśli chodzi o badania kliniczne. Na tle Niemiec, Holandii czy Wielkiej Brytanii prezentujemy się więcej niż dobrze. Mamy więc przestrzeń do rozwoju. Jesteśmy na 5 miejscu w UE pod względem liczby badań klinicznych – dołączyliśmy więc do pierwszej ligi, staliśmy się miejscem już nie tylko do rekrutacji pacjentów, ale też do lokowania badań, centrów badawczo-rozwojowych. Podobnie jak w informatyce mamy kompetentne kadry, dla których wyjazd za granicę nie musi być jedyną alternatywą. Jednym słowem, dobry zespół można mieć tutaj, przy niższych kosztach pracy, w przyjaznym środowisku, z systemem, który daje się jeszcze aktywnie kształtować, bo nie jest jeszcze na tyle ustabilizowany, by nie dało się go zmienić.
Czy nie ma pan wrażenia, że ABM wciąż nie rozwinęła skrzydeł na tyle, na ile oczekiwano?
Bylibyśmy w innym miejscu, gdyby nie pandemia, a zaraz po niej inwazja Rosji na Ukrainę. Tym niemniej uważam, że za sprawą Agencji Badań Medycznych system zmienił się kolosalnie. Wystarczy powiedzieć, że gdyby nie agencja, biotechnologia przez ostatnie dwa lata byłaby w ogromnej zapaści. Ustrukturyzowaliśmy także obszar badań niekomercyjnych, których w zasadzie do niedawna praktycznie w Polsce nie było, w zeszłym roku w ramach konkursu na niekomercyjne badania kliniczne i eksperymenty badawcze wpłynęły do nas 74 wnioski, w konkursie dedykowanym onkologii – 84 aplikacje.
Dlaczego badania niekomercyjne są tak istotne?
Bo są inicjowane przez badaczy, a przez to uważane za bardziej obiektywne. Występuje w nich większa frakcja wyników negatywnych, a więc wykazuje się brak przewagi nowego leku nad dotychczasowymi terapiami. Jeżeli takie badanie kontroluje firma, to publikuje jedynie wyniki korzystne dla siebie. Niekomercyjni badacze, którzy są rozliczani z projektów, mają obowiązek pokazania rezultatów nawet wtedy, gdy nie są zgodne z oczekiwaniami.
Poza tym badania niekomercyjne uzupełniają wiedzę w sposób, którego biznes nie chce stosować. Po co ma ryzykować? Nagle może się okazać, że dobrze rokujący lek w badaniach klinicznych, z udziałem określonej grupy pacjentów, po jej rozszerzeniu wykazuje powikłania wcześniej niewidoczne. W pediatrii lub chorobach rzadkich, w których potencjalny zysk jest mniejszy, a koszty istotne, niekomercyjne badania kliniczne wypełniają ważną potrzebę pacjentów. Bez ABM-u byłoby to niemożliwe. Dla Narodowego Centrum Nauki to już nie są badania podstawowe, a do tego drogo kosztują. Dla Narodowego Centrum Badań i Rozwoju z kolei to żadna innowacja, skoro lek już jest na rynku. Dla nas to innowacyjne, bo rozszerzamy wskazania, możemy leczyć większą grupę ludzi. Bardzo dobrze zagospodarowujemy więc badania niekomercyjne, które gdzieś muszą się znajdować, a żadna inna agencja nie jest tego w stanie udźwignąć.
Objął pan stanowisko prezesa ABM dziewięć miesięcy temu. Czy wizja, z jaką startował pan w konkursie, wytrzymała zderzenie z rzeczywistością?
Fundamentem mojej wizji agencji była jej apolityczność – to nie może być jednostka wpisująca się w linię jakiejś partii. Badania naukowe są zbyt ważne i zbyt merytoryczne, by mogły podlegać pod kontrolę polityków. Trwają też dłużej niż kadencje w kluczowych instytucjach państwa. Dlatego agencja jest wyodrębniona z Ministerstwa Zdrowia – tam zapadają decyzje polityczne, a my zajmujemy się merytoryką. Stawiamy przede wszystkim na jakość i bezpieczeństwo pacjentów. Oczywiście, powinny być pod nadzorem, ale w żadnym razie być ideowo motywowane.
Bardzo zależało mi na uruchomieniu współpracy instytucjonalnej. Dostaliśmy wsparcie z NCN w tym, czego nam brakowało, czyli bazie ekspertów. My z kolei pokazujemy NCBR nasze doświadczenia z programów biotechnologicznych, dzięki czemu mogą uniknąć niektórych błędów. W zakresie wymiany akademickiej współpracujemy z Narodową Agencją Wymiany Akademickiej, z którą planujemy już kolejny program. Szukamy też możliwości połączenia naszych projektów z działalnością Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Rozkręcamy również współpracę międzynarodową. Stworzyliśmy w naszej strukturze specjalny wydział, który się tym zajmuje.
Ile wynosi w tym roku budżet agencji?
Jesteśmy finansowani z kilku źródeł. Mamy wspomniane 0,3% odpisu z NFZ-u, obecnie to około 520 mln zł, co stanowi około 2/3 naszego budżetu. Ponadto dostajemy dotację celową z Ministerstwa Zdrowia, którą przeznaczamy na projekty komercyjne, edukacyjne i związane z różnego rodzaju wydarzeniami, jak np. konferencje. Z tej kwoty finansujemy np. konkurs translacyjny czy projekty covidowe. Ostatnim elementem naszego budżetu jest dotacja podmiotowa na działalność agencji. Uczciwie mówiąc, uważam, że obecny budżet ABM jest wystarczający dla naukowców.
Warto też dodać, że w ub.r. dostaliśmy duży zastrzyk w postaci 1,1 mld zł z KPO. Finansowaliśmy z tych środków projekty infrastrukturalne i badawczo-rozwojowe. W tym przypadku zwiększenie obciążenia ABM monitorowaniem projektów KPO stanowi już olbrzymie wyzwanie i znacznie przekracza możliwości dotacji podmiotowej w obecnej wysokości.
Mówiąc krótko, macie do dyspozycji około 800 mln zł.
Tak podpowiada prosta kalkulacja, ale to nie są pieniądze, które rozdysponowujemy na bieżąco. Odpis finansuje badania już rozpoczęte kilka lat temu, a wciąż realizowane, i nowe konkursy w kolejnych transzach. Zasada jest podobna, jak w NCN. Mając konkurs z alokacją 200 mln zł, nie rozdzielamy tej kwoty jednorazowo, tylko przykładowo 50 mln zł teraz, 50 mln zł w roku następnym, 50 mln zł w kolejnym… Ta suma pokrywa nam więc zobowiązania wieloletnie. Mówiąc zatem o 800 mln zł, trzeba pamiętać, że w tym roku wydamy je na około 300 trwających projektów, które rozpoczęły się na przestrzeni ostatnich pięciu lat.
Kiedy z powodu pandemii praktycznie wszystkie badania stanęły w miejscu, nie wydawaliśmy pieniędzy, więc została pewna rezerwa. Fundusz wynikający z tych „oszczędności” służy nam m.in. do tego, żeby zbudować infrastrukturę do wykorzystania danych do celów medycznych.
W porównaniu z innymi agencjami grantowymi 800 mln zł wydaje się jednak niewielką sumą.
Na naukę środków nigdy nie będzie dość, ale w zakresie działalności ABM powiedziałbym, że jest w sam raz. Jeżeli NCN ma 1,7 mld zł na cały obszar nauki, a my mamy połowę tego tylko na jeden obszar, to wcale nie jest tak mało. Odpis z NFZ pozwala na uruchamianie 10–15 nowych badań na konkurs i to jest optimum. W standardowych konkursach dostajemy około 70–80 wniosków, część odpada z przyczyn formalnych, a z pozostałych chcemy finansować tylko najlepsze. Osiągnęliśmy średni poziom sukcesu w konkursach 25–30%, poniżej którego nie schodzimy. Zakładamy, że mają być to projekty, które bronią się jakością naukową i niejako „przy okazji” pomagają ludziom, zapewniając dostęp do nowoczesnych terapii w warunkach zwiększonego bezpieczeństwa i nadzoru. Badania niekomercyjne prowadzone są po to, żeby odkryć nową wiedzę, poszerzyć horyzonty, ale z tyłu głowy mamy też dostarczenie pacjentom konkretnej terapii. Lokujemy się więc niejako pośrodku między badaniami podstawowymi a nauką stricte stosowaną, np. w postaci nowych leków.
Słychać jednak zarzuty, że zabieracie pieniądze z NFZ.
Trudno powiedzieć, że coś zabieramy, skoro dajemy bezpieczną terapię, która najczęściej jest bardzo zaawansowana albo po prostu niedostępna. Badania kliniczne są prowadzone w tak transparentny, otwarty sposób, że niczego nie da się ukryć. My widzimy pacjenta, co jest u niego badane, monitorujemy każdy projekt w cyklu kwartalnym, niektóre wskaźniki w cyklu tygodniowym, do tego kontrole przeprowadzane ad hoc… Takiej sprawozdawczości nie ma nawet NFZ. Podejrzewam, że 0,3% odpisu na ABM to najbardziej kontrolowane pieniądze Funduszu w systemie. Wyjęcie badań niekomercyjnych spod parasola NFZ, poprawiło nie tylko nadzór nad nimi, ale też dało większe możliwości negocjacyjne. Jeśli mamy badanie na chorobę rzadką, gdzie lek kupuje się dla określonej grupy, to wychodzi taniej niż gdy dwudziestu pacjentów zrobiłoby prywatne zbiórki albo uzyskało dostęp do terapii lekami finansowanymi przez NFZ.
Jak na tle ogólnego budżetu ABM prezentują się kwoty na poszczególne projekty? Skoro wspomniał pan o NCN, to często podnoszonym zarzutem pod adresem krakowskiej agencji jest niezadowalający poziom finansowania grantów.
Nie ma zbyt wielu głosów mówiących, że projekty w ABM są za mało finansowane. Jeżeli za punkt odniesienia weźmiemy ofertę NCN, gdzie standardowy OPUS wynosi około 3 mln zł, to my na 5-letnie badania dajemy średnio 12–14 mln zł, ale zdarzają się projekty i za 30 mln zł. To są koszty, których w badaniach klinicznych się nie uniknie. O ile w klasycznym projekcie naukowym potrzeba zespołu, dostępu do aparatury, być może zakupu sprzętu, to u nas jeszcze dochodzą leki. W przypadku zaawansowanych terapii koszty coraz częściej przekraczają 100 tys. zł na pacjenta. Jeśli w projekcie musi brać udział nie mniej niż 150 pacjentów i każdy z nich ma dostać lek za 100 tys. zł, to siłą rzeczy musi to kosztować.
Z reguły nie narzucamy limitu wartości projektu, bo np. w konkursie onkologicznym leki są bardzo drogie i jakiekolwiek ograniczenia mogłyby stanowić przeszkodę. Dlatego pojawiają się wnioski zarówno na 5 mln zł, jak i na 80 mln zł. Większość oscyluje jednak w okolicy 15–20 mln zł, co biorąc pod uwagę liczbę pacjentów, czas badania wynoszący 7 lat, obsługę, zaangażowanie kilku czy kilkunastu ośrodków, wydaje się kwotą nieprzesadną. Jeżeli ci pacjenci nie uczestniczyliby w badaniu, to za podobne pieniądze byliby leczeni w NFZ z tym, że nie przy takim nadzorze i nie w kombinacjach, jakie chcemy.
Jakie kryteria brane są pod uwagę przy ocenie projektów? Wydaje się, że w badaniach klinicznych ważnym powinien być potencjał komercjalizacyjny.
Mamy wśród kryteriów znaczenie ekonomiczne projektu i możliwość stosowania wyników w systemie. W zależności od konkursu różnie rozkładają się wagi punktowe sześciu kryteriów określonych w ustawie o ABM. W projektach niekomercyjnych czy badaniach head-to-head, czyli porównania leku z innymi rozwiązaniami, kosztem innowacyjności, która występuje tu w ograniczonym zakresie, premiujemy ekonomiczny aspekt, bo np. wykazana zostanie ścieżka opłacalnej terapii.
Ale już w projektach translacyjnych będziemy patrzeć też na aspekt komercjalizacyjny. Wprowadzamy mechanizm panelowy, który pozwoli spojrzeć na wszystkie zgłoszone projekty i odpowiednio wyważyć naukowe o wysokim ryzyku i takie, które będą mniej innowacyjne, ale dotyczą wyrobu użytecznego, łatwego do wdrożenia. Chcemy to zbalansować, zderzyć na poziomie panelu ocenę technologii medycznych, aspekty finansowe, badania kliniczne.
Ile projektów do tej pory sfinansowała ABM?
Mamy podpisanych już 320 umów, z czego 54 komercyjne, około 60 infrastrukturalnych i około 200 badań klinicznych. W KPO mamy z kolei 57 projektów badawczo-rozwojowych realizowanych przez jednostki naukowe. Do tego około 30 projektów komercyjnych na leki i wyroby medyczne oraz 30 kolejnych na centra wsparcia badań klinicznych.
Licząc wszystkie projekty, wychodzi więc około 450, co oznacza zwiększenie intensywności monitorowania w 2025 roku o połowę względem lat ubiegłych, przy – tu podkreślę wyraźnie – niezmiennych zasobach kadrowych. Przydałoby się nam więcej pieniędzy na monitorowanie projektów, których liczba znacznie wzrosła i jest to dla nas organizacyjnie spore wyzwanie.
O jakiej perspektywie można mówić w badaniach klinicznych, jeśli chodzi o ich wyniki?
Horyzont czasowy każdego projektu wynosi zwykle 5 lat. Pierwsze konkursy organizowaliśmy w 2019, więc mamy obecnie czas, w którym pojawiają się pierwsze wyniki.
Jedne z najbardziej obiecujących przyniósł projekt kierowany przez prof. Marię Pokorską-Śpiewak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Dotyczył zastosowania leków przeciwwirusowych w kombinacji u dzieci z przewlekłym zapaleniem wątroby typu C. Chodziło o sprawdzenie, czy terapia zadziała u dzieci nieobjętych programem lekowym. Kwalifikowano do niego dopiero powyżej wieku 12 lat. Badanie wykazało, że lek podany w odpowiedniej dawce działa bezpiecznie także u 6-latków. To szansa na uniknięcie przeszczepu i raka wątroby. Ministerstwo Zdrowia niedawno włączyło refundację również dla tej młodszej grupy.
Skończyła się także rekrutacja w projekcie hematologicznym, który prowadzi Uniwersytet Medyczny w Łodzi. Tu z kolei chodzi o wykorzystanie pewnego specyficznego przeciwciała u pacjentów z białaczkami wieku dziecięcego. Wyniki są bardzo obiecujące, ale też i design badania jest lepszy niż to, co równolegle robiło inne, międzynarodowe konsorcjum.
Jak to zrobiono?
Pomysł polskich badaczy pokazał efekt działania leku w bardziej racjonalny sposób. Sukces badania definiuje się poprzez konieczność spełnienia określonych kryteriów. Te przyjęte przez zespół z Polski zostały spełnione, w przeciwieństwie do równolegle prowadzonego projektu międzynarodowego. Dlatego polskie badanie będzie pierwszym na skalę światową nad skutecznością tego leku w konkretnej grupie pacjentów. Jeśli się powiedzie, może zmienić program terapeutyczny w farmakologii.
Mamy też innowacyjne badania nad rakiem płuca, kardiologiczne i wiele innych. Z pierwszej transzy projektów, połowa już skończyła rekrutację, trwają obserwacje pacjentów, zaczynają pojawiać się wyniki.
Po co Agencji Badań Medycznych badania własne?
Intencją było umożliwienie ministerstwu zlecania badań z nagłych obszarów, jak choćby epidemiologia. Na razie prowadzimy dwa takie badania. Jedno dotyczy uzależnień i weryfikuje, co się dzieje na rynku produktów tytoniowych, drugie – testu wykrywającego endometriozę, który jest w obrocie, ale nie do końca wiadomo, czy powinien być refundowany z uwagi na brak dobrych danych o skuteczności diagnostycznej.
Moim zdaniem ten aspekt działalności agencji powinien wyglądać tak, że ministerstwo zleca nam badania własne na poziomie danych. Przykładowo: który z czterech programów lekowych na glejaka jest lepszy. Następnie Agencja Technologii Medycznych i Taryfikacji, w oparciu o te wskaźniki, ocenia, czy opłaca się jeden z tych programów refundować.
Mamy w planach projekt dotyczący onkologii i weryfikacji postaw pacjentów wobec badań klinicznych jako takich. Wspieramy więc tego typu badania ogólnokrajowe, które trudno byłoby podjąć jednej grupie badaczy. Badania własne nie oznaczają jednak, że agencja wejdzie w rolę sponsora badania klinicznego.
Przy okazji podpisania porozumienia o współpracy między ABM a NCN, z ust dyrektora Krzysztofa Jóźwiaka padła deklaracja, że zaowocuje ono konkursami w obszarze medycyny translacyjnej.
Chodzi o wypracowanie ścieżki dla tego typu badań. Mówię tu nie o kolejnych grantach do zdobycia, tylko o tym, co rzeczywiście na którymś etapie trafi do pacjenta.
Badania biomedyczne zawsze były translacyjne. Nie chodziło w nich tylko o ciekawość naukową, lecz także o zrobienie czegoś, co przyniesie ulgę ludziom, wyleczy chorobę, zmniejszy cierpienie. Wprowadzenie nowej terapii nie zawsze musi być super innowacyjne, ale musi być ważne dla systemu.
NCBR lada moment uruchomi nabór do programu STEP, który ma pomóc we wdrażaniu innowacji. Jeżeli wsparcie technologii na wczesnym etapie zostanie przez NCBR zabezpieczone, to my z chęcią przekażemy tę działkę, bo to nie jest nasz obszar. Zapisano nam to w ramach rządowego planu rozwoju sektora medycznego, ale jeżeli NCBR jest gotów to zagospodarować, to chętnie się przerzucimy na poziom wyższy, tzn. będziemy wdrażać to, co wyjdzie z NCBR jako innowacja. Od początku w naszym przypadku założenie było takie, że mamy badania podstawowe, ale z komponentem pacjenckim, i badania wdrożeniowe, czyli technologie, które ktoś chce zarejestrować. Oba te segmenty jesteśmy w stanie wspierać, mamy do tego ustawowy mandat.
Czy Agencja Badań Medycznych może stać się źródłem wpływów do budżetu państwa?
Teoretycznie możliwy jest wykup odkryć badawczych z projektów komercyjnych. Ale jak mielibyśmy to robić? Nie możemy przecież kupować wyników badań naukowych. Wprawdzie w niektórych umowach zapisano, że jeżeli w wyniku badania komercyjnego uzyskana zostanie nowa cząsteczka albo nowy wyrób, to możemy zażądać dostępu do tej technologii. Tylko żeby ją kupić, musimy mieć na to pieniądze.
Nasz wkład do budżetu polega na tym, że zwiększamy bezpieczeństwo pacjentów, którzy w innym wypadku byliby skazani albo na szarlatanów, albo na różnego rodzaju zrzutki lub też indywidualne eksperymenty lecznicze. Dzięki nam pozostają w reżimie badania klinicznego, którego wyniki muszą być uzyskane w konkretny sposób i są monitorowane. Jeżeli mamy pacjentów z chorobą rzadką, to jesteśmy w stanie wskazać, którzy z nich uczestniczą w badaniu. To wszystko jest bardziej przejrzyste, transparentne.
Celem naszego działania nie jest przynoszenie zysków, ale chciałbym, żeby wyniki uzyskane przez naszych komercyjnych beneficjentów były sprzedawalne. Te projekty wystartowały nieco później, na rezultaty trzeba jeszcze chwilę zaczekać, ale wiem, że część projektów jest na bardzo dobrej drodze i na pewno będzie z nich korzyść. Wsparliśmy w ramach konkursu m.in. badania nad zamiennikami dla leków przeciwcukrzycowych, to tzw. flozyny. One dają efekty w cukrzycy, ale są także stosowane skutecznie w kardiologii czy neurologii. Jeżeli okaże się, że generyki te uda się zarejestrować i trafią do sprzedaży po cenach wskazanych we wnioskach, to zyski rzeczywiście będą liczone w miliardach złotych. Przeprowadzone przez nas analizy finansowane wskazują na duży potencjał oszczędności możliwych do uzyskania przez system dzięki tym projektom.
Ktoś może się obruszyć, że to inwestowanie w zyski firm. Nie zgadzam się. Inwestujemy w to, żebyśmy mieli tańsze generyki i leki dostępne dla pacjentów. Przecież jeżeli tego nie zrobimy, to te generyki będą i tak produkowane tylko w innych krajach, a my będziemy je kupować, oczywiście z marżą przeliczaną w euro.
Podobno myśli pan o zainwestowaniu w wyroby medyczne?
Trudno liczyć na to, że zaleje nas fala nowych leków z Polski, bo nie mamy takiego budżetu i nasze firmy farmaceutyczne mają problemy, żeby stworzyć zupełnie nowy lek. Szacuje się, że to ponad 1,5 mld dolarów w okresie 10–15 lat. Po uwzględnieniu odsetek i zamrożeniu kapitału suma ta rośnie do blisko 2,5 mld dolarów. To dwa razy więcej niż okres funkcjonowania ABM i łączny budżet alokowany dotychczas na wszystkie nasze projekty.
W wyrobach medycznych punkt wejścia do technologii jest dużo niżej ustawiony. Tu widzę niewykorzystany potencjał. O ile do produkcji leku potrzeba miliardów, o tyle do wdrożenia wyrobu na rynek wystarczy kilkanaście, może kilkadziesiąt milionów. Jest to w zasięgu naszych producentów. Najpierw musimy jednak dostosować przepisy prawne w tym zakresie tak, aby jasno wytyczyć granice, gdzie i co możemy wspierać.
Dużą popularnością cieszy się uruchomiony we współpracy z Harvard Medical School Postgraduate Medical Education program Polish Clinical Scholars Training. Będą kolejne edycje?
Edukacja jest dla nas bardzo istotna, bo widzimy, jak brakuje kompetencji w zakresie badań klinicznych. W programie uczestniczy już pół tysiąca osób, za chwilę dojdzie setka kolejnych. Zyskują wiedzę, kompetencje, ale także pewność siebie. Zaprojektowanie dobrego badania klinicznego nie jest proste. Dlatego pokazujemy, jak ważna jest rola statystyki, ale także design badań, obsługa danych, aspekty etyczne, prawne… To oczywiście nie jest kompletna wiedza o tym, jak prowadzić badania, ale pozwala przynajmniej napisać dobry wniosek, zdefiniować pomysł badawczy.
Będą jeszcze dwie edycje, a po nich szykujemy podobny program dotyczący pracy nad danych i rejestrach. Chcemy zaprosić do niego nie tylko naukowców, ale i specjalistów z administracji publicznej – urzędów, ministerstw, instytucji – żeby nabyli kompetencje w pracy z rejestrami: jak łączyć dane, na co zwracać uwagę, w jaki sposób analizować.
Był pan jednym z uczestników spotkania naukowców z premierem Donaldem Tuskiem i ministrem finansów Andrzejem Domańskim. Czy dostrzega pan potrzebę zmian w zakresie miejsca ABM w naszym systemie grantowym?
Chcielibyśmy wspierać takie etapy procesu badawczego, na których faktycznie mamy już dopracowane innowacyjne produkty i chcemy sprawdzić, czy da się je zastosować u pacjentów. Tak domknięty system byłby optymalny. Mając kontakt z biznesem, realizując projekty we współpracy z firmami, wiemy, jak wygląda badanie komercyjne, i jesteśmy w stanie zapewnić tę ścieżkę dla polskich firm technologicznych, żeby mogły ze swoimi produktami dotrzeć na rynek. Pojawiło się kilka interesujących propozycji, w tym zastosowanie w praktyce certyfikacji i rejestracji. ABM mogłaby realizować ten pomysł, pod warunkiem wzmocnienia naszego zaplecza kadrowego.
Na spotkaniu występowałem nie tylko w roli prezesa ABM, ale i jako naukowiec. To, co mi najbardziej leży na sercu, to uproszczenie administracji. Jeżeli ktoś chce być nieuczciwy, to podejrzewam, że startowanie w konkursach grantowych, składanie wniosków ocenianych przez innych naukowców, uczestniczenie w transparentnych procedurach rejestracji badania, komisji etycznej itd. będzie dla niego najgorszą i najtrudniejszą ścieżką pozyskania funduszy. Nie miejmy zatem oporów przed deregulacją w nauce, pomóżmy naukowcom, a nie obciążajmy ich kontrolami, kolejnymi zbędnymi przepisami, bo to oni walczą, by wprowadzać innowacje.
Oręduję za uproszczeniem prawa zamówień publicznych, jestem za większym wsparciem finansowym dla badań podstawowych, chciałbym też, by ewaluacja robiona na serio odseparowała jednostki złe od dobrych, wspomogła te drugie i zmusiła do zamknięcia lub konsolidacji jednostki ocenione najsłabiej. Może też pośrednio doprowadzi do tego, że naukowcy będą adekwatnie zarabiali w jednym miejscu pracy. Jeżeli jednak zostanie przeprowadzona według obecnych reguł, to może być pozbawiona sensu i nie przynieść spodziewanych korzyści.
Rozmawiał Mariusz Karwowski