Monografia to nie tylko zapis wyniku badań naukowych, ale także świadectwo dojrzałości intelektualnej autora. W dobie agresywnej ekspansji artykułu wysiłek włożony w spisanie wyników badań i własnych refleksji na temat pracy jest szczególnie cenny. Ratuje w nas człowieczeństwo, jest w jakimś sensie istotą humanistyki – mówi prof. Rafał Matera, rektor Uniwersytetu Łódzkiego i przewodniczący Kapituły Nagrody im. Kotarbińskiego.
Nagroda im. Profesora Tadeusza Kotarbińskiego, ustanowiona przez nasz uniwersytet, w ubiegłym roku została przyznana po raz dziesiąty. Nie zrobiliśmy przerwy na pandemię, choć wręczenie nagrody nie miało wtedy tak uroczystego charakteru, jak zwykle. Prof. Tadeusz Kotarbiński był wybitnym filozofem i logikiem, wielkim humanistą oraz pierwszym rektorem Uniwersytetu Łódzkiego, a zatem jak najbardziej zasługuje na to, by patronować nagrodzie za osiągnięcia w dziedzinie nauk humanistycznych.
Wypada przypomnieć, że inicjatorem tej nagrody był ówczesny kanclerz UŁ Rafał Majda, który namówił do tego przedsięwzięcia rektora, prof. Włodzimierza Nykiela. Stało się to przy okazji jubileuszu 70-lecia Uniwersytetu
Łódzkiego. Tę tradycję kontynuowali kolejni rektorzy, profesorowie Antoni Różalski, który jest biologiem, i Elżbieta Żądzińska, antropolożka biologiczna. Proszę zauważyć, że nasz uniwersytet jest najbardziej humanistyczny z klasycznych uniwersytetów. Nie mamy części medycznej, a nauki ścisłe i przyrodnicze stanowią mniejszość, zarówno jeśli chodzi o liczbę pracowników, jak też studentów. To dyscypliny humanistyczne i społeczne dzierżą u nas palmę
pierwszeństwa. Zatem nagroda promująca, wbrew nazwie, nie tylko humanistykę, ale również nauki społeczne, jest jak najbardziej na miejscu w naszym uniwersytecie.
Twórcy Nagrody Kotarbińskiego chcieli, żeby miała ona zarówno znaczący wymiar naukowy, jak i finansowy. W 2015 roku 50 tysięcy złotych to była spora suma. Właśnie ogłosiliśmy nabór książek do XI edycji konkursu, w której na dalsze badania naukowe laureata bądź laureatki przeznaczymy 70 tys. zł. Doceniamy również książki nominowane, bo ich wartość poznawcza jest ogromna, a czasami wskazanie z ich grona zwycięzcy jest naprawdę trudne. Decyzją Kapituły wyróżnienia i nagrody w wysokości 5 tys. zł otrzymają zatem także pozostali finaliści konkursu.
Uniwersytet stać na to, żeby tę nagrodę ufundować, ale mamy sponsorów, firmy, których szefowie to ludzie światli, rozumiejący znaczenie humanistyki, a może także współpracy z uniwersytetem, w końcu – czytający książki. Oni chętnie sięgają po nagrodzone prace i lubią z nami o nich rozmawiać. Głównym partnerem nagrody w minionych edycjach była firma Amcor, ale są też inni sponsorzy.
Spośród 70–80 prac co roku przysyłanych przez wydawnictwa lub uniwersytety, wybieramy pięć, które nominujemy do nagrody. Jest o to w gronie ekspertów dość zażarta batalia. Podobnie jak później przy wyborze laureata – tak naprawdę nagradzamy badaczy za książki, a nie same tytuły. To też humanistyczny rys tej nagrody. W kapitule mieliśmy dotąd sporą przewagę mężczyzn. Właśnie poszerzyliśmy jej skład o dwie znakomite naukowczynie: prof. Małgorzatę Sugierę z Katedry Performatyki Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz prof. Krystynę Pietrych, literaturoznawczynię i krytyczkę z Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Łódzkiego. Pożegnaliśmy natomiast ks. prof. Andrzeja Szostka, zasiadającego w kapitule od początku powołania nagrody. Serdecznie dziękuję księdzu profesorowi za jego dotychczasowy wkład w rozwój nagrody, dystans, humor i krytyczne, choć zawsze podnoszące na duchu opinie. Powołaliśmy również funkcję rzeczniczki naukowej nagrody, którą objęła prof. Katarzyna de Lazari-Radek, filozofka i etyczka z UŁ.
Każdy członek kapituły dostaje kilka z nadesłanych na konkurs książek i spośród nich wskazuje jedną lub dwie, jego zdaniem godne nominacji czy po prostu nagrody. Potem cała kapituła dyskutuje o tym, które z nich nominujemy, przekonujemy się wzajemnie. Można powiedzieć, że każdego roku jest jakaś niespodzianka, bo to albo historia sztuki, jak w roku ubiegłym, albo wcześniej antropologia czy – jak dwa lata temu – bardzo mocna interdyscyplinarna książka Jakuba Gałęziowskiego o dzieciach urodzonych z powodu wojny.
Nagroda ma być promocją humanistyki. Chcieliśmy się z pracami nominowanymi, a zwłaszcza książką laureata, przebić poza ścisłe grono specjalistów, wyjść z pokoi, w których piszemy książki co prawda opatrzone silnym aparatem naukowym, ale poruszające na tyle ważne tematy, że mogą zainteresować większą część społeczeństwa.
W ciągu 10 lat do konkursu zgłoszono ponad 620 książek ze 145 ośrodków naukowych i wydawnictw. Nominowaliśmy do nagrody autorów 50 z nich, a 10 naukowców zostało laureatami. Myślę, że bez konkursu o Nagrodę Kotarbińskiego te książki mogłyby nie zostać zauważone poza wąskimi kręgami badaczy z danej specjalności. Jest to zatem także promocja autorów. Wiem o dwóch, którzy przeznaczyli nagrody na cele charytatywne, co stanowi niezwykłą wartość, z uznaniem patrzymy na takie wydarzenia.
Warto wspomnieć o szczególnej roli książki w humanistyce, w badaniach humanistycznych. Monografia to nie tylko zapis wyniku badań naukowych, ale także świadectwo dojrzałości intelektualnej autora. W dobie agresywnej ekspansji artykułu wysiłek włożony w spisanie wyników badań i własnych refleksji na temat pracy jest szczególnie cenny. Ratuje w nas człowieczeństwo, jest w jakimś sensie istotą humanistyki. W tym kontekście nagradzanie tego rodzaju aktywności jest niezwykle ważne. Nie chodzi bowiem autorom o kontekst ewaluacyjny, ale o głębszą refleksję nad problemami, które badają. Książki, które trafiają na konkurs, przekraczają ramy pracy awansowej, nawet jeśli wyrastają z doktoratów czy habilitacji, i na tym właśnie polega ich wartość. Ręce same składają się do oklasków, że jeszcze są autorzy, którzy potrafią przekroczyć ramy walki o naukowy byt i spojrzeć na przedmiot swoich badań z głębokiej, ludzkiej perspektywy.
Pamiętajmy, że obok Nagrody Kotarbińskiego jest także Kolegium Refleksji Humanistycznej. Co roku dotychczasowi nominowani i laureaci nagrody są zapraszani na uniwersytet, by dyskutować o sprawach ważnych nie tylko dla świata akademickiego, ale dla całego społeczeństwa. Zadajemy pytania, jaka jest rola wspólnoty akademickiej,
co możemy dać społeczeństwu, co oznacza bycie humanistą dzisiaj, jaka jest rola humanistyki w dobie rozwoju sztucznej inteligencji? Mamy już naprawdę świetną drużynę.
Not. Piotr Kieraciński
Ruszyły zgłoszenia do konkursu na najlepszą książkę humanistyczną 2024 roku
Ciekawostka ,może ornitologiczna ! Monografia /100 punktów/ wymaga 1 a może nawet 2 lat ciężkiej ,uczciwej i solidnej pracy. Artykuł w "drapieznym" periodyku /też 100 punktów/ 6-7 stron ,przy dobrym angielskim 1,2 dni ! PYTANIE ! Jak żyć panie premierze , przepraszam ministrze ????
Prawdziwą naukę robi się w artykułach, klepanie monografii to przywara polskiej pseudo nauki.
Może wyjedź na staż zagraniczny i zobacz jak to na świecie wygląda?
Dziwne ? S.Huntington zaczął od artykułu a skończył na obszernej monografii "Zderzenie....." Na stażu byłem i wiem jak się robi naukę np. w RFN !
Przypominam, że w prawdziwej nauce artykuł nie powstaje kilka dni bo jest on tylko końcowym etapem, opisaniem badań naukowych, których wykonanie uczciwym i solidnym ludziom zajmuje trochę czasu (oczywiście monografia zajmuje więcej czasu ale nie to jest istotą badań naukowych).
Zasadne ! Uczciwym i solidnym a nie cwaniakom którzy w jednym numerze specjalnym "drapieżnego" periodyku publikują 6-7 artykułów po 6-7 stron - każdy po 100 punktów.
Od wielu lat mamy Internet. Czy nie byłoby dobrze, gdyby te zarówno zgłoszone, jak i nagrodzone monografie były publicznie dostępne dla osób zainteresowanych, a przede wszystkim dla studentów?
Może ktoś z humanistów wytłumaczy końcówkę, którą dodają " antropolożka" "lożka", skąd pochodzi? Czy ta końcówka pochodzi od młodej świnki płci żeńskiej, gdzie sz zmieniono na ż, ale brzmi podobnie. Czy ta końcówka ma inne umocowanie? np. z żargonu miejskiego o młodej kobiecie, ale tam piszą przez sz. Młoda jest " antropolożką, a jak nazwać starą " antropolog" "antropolochą", czy inaczej?
"Monografia to nie tylko zapis wyniku badań naukowych, ale także świadectwo dojrzałości intelektualnej autora."
Tak - oto kwintesencja humanistyki: nie treść się liczy, tylko forma i postrzeganie przez środowisko.
a co gdy pada deszcz ?
"Nie chodzi bowiem autorom o kontekst ewaluacyjny, ale o głębszą refleksję nad problemami, które badają."
Agrument, że nauka bez ewaluacji jest lepsza. Szkoda że ludzie we władzach uczelni zwyklr o tym pozapominali, nawet jeżeli są (a może już tylko byli) humanistami.
Piszę to jako nie-humanista ale ktoś zasmucony tym, że prawdziwa nauka zanika w tym co miało być ulepdzaniem nauki.
I ta Panie chcą być nazywane terminami "krytyCZKA", naukowCZYNI? Osobiście odnotowałam próby nazywania mnie fizyCZKĄ, lub fizykoloŻKĄ. I powiem szczerze - jestem fizykiem, i NIE ŻYCZĘ SOBIE, podobnie jak innym badaczom. Przestańcie kaleczyć język polski! Każdy normalny naukowiec chce być określany tytułem, zawodem, KTÓRY MA W DYPLOMIE, NA KTÓRY CIĘŻKO ZAPRACOWAŁ. DOŚĆ TEGO! Fizyk, chemik, krytyk, czy informatyk JEST FORMĄ BEZOOSOBOWĄ. Skoro "na siłę" chcecie wprowadzać feminatywy, to proszę - GDZIE SĄ OKREŚLENIA DLA OSÓB TRANSPŁCIOWYCH, LUB DLA HERMAFRODYTÓW? Osoba płci oboja TEŻ MA PRAWO DO STOSOWANIA ODPOWIEDNIEJ DLA SIEBIE TERMINOLOGII. Czekam na światłe propozycje, skoro sama redakcja chce ciągnąć tę głupotę...
Dziękuję serdecznie Panu Profesorowi. Dla zwolenników form dziwnych, apeluję o wymyślenie odpowiednich homonatywów, hermafrodatywów, oraz transnatywów. W odniesieniu do wYprowadzanych, z jakiejś 150-letniej szafy feminatywów, inne formy również są niezbędne. I albo idziemy w stronę sprawiedliwości i wprowadzamy indywidualne formy dla każdego, albo zostajemy przy formach bezosobowych, ponieważ tylko stosowanie tych form jest społecznie sprawiedliwe. Każdy może zdobyć ten sam tytuł. Nikogo nie stygmatyzuje on ze względu na płeć, czy orientację seksualną. Jednak, dla Państwa - słowotwórców, możemy zacząć stosować przykładowo:
-magisterka/magistra (kobieta),
-magistrans (mężczyzna transseksualny),
-magistransa (kobieta transseksualna),
-magisterej (mężczyzna homoseksualny),
-magisterelesa (kobieta homoseksualna).
Jeżeli zostaną zaproponowane formy, uwzględniające płeć i orientację osób niebinarnych, to mogę nawet być fizyCZKĄ. Wtedy przynajmniej będzie robienie z ludzi i..tów "po równo", a nie tylko z kobiet.
Tylko tyle płci? Ostatnio było ich 60 ale liczba może wzrosnąć. Proszę obejrzeć https://www.youtube.com/watch?v=8MazhX_CXPk
Przestudiowałem problem w innych językach. W większości nie istnieje rodzaj gramatyczny (np. chiński, węgierski) albo jest zredukowany (np. angielski, szwedzki), więc problem żeńskich końcówek nie istnieje, to co się dzieje w polskim to po prostu kalka z niemieckiego, gdzie kilka lat temu nastąpił wysyp żeńskich końcówek, nikt teraz nie powie Frau Doktor tylko Doktorin. Nie wiem jak państwo, ale jak Niemcy wpadają na znakomity pomysł, to ja tak ochoczo bym tego nie kopiował, mieli już kilka pomysłów w historii, o których wolą zapomieć. Zabawnie jest w językach romańskich, gdzie żeńskie końcówki tworzy się bardzo naturalnie ale kobiety sobie ich nie życzą, bo uważają, że tak się umniejsza ich osiągnięcia, Włoszka przedstawi się jako dottore a nie dottoressa. Tak że bardzo panią wspieram, jest pani fizykiem a nie fizyczką.
PS. W liceum używaliśmy form chemica, geografica, fizyca ale dziś tego nikt nie podjął. Dlaczego?
Feminatywy na siłę to zostały wyprowadzone, a nie wprowadzone. I są naturalne. Małe dzieci same z siebie używają męskich i żeńskich określeń - do czasu, aż kultura zmusi ich do używania tylko męskich, żeński przedstawiając jako kuriozum.
Są, wszędzie tam, gdzie ktoś chce, żeby były. A w sprawie siły: feminatywy nie są wprowadzane na siłę. Powracają, po sztucznym wyrugowaniu. Nikt też na siłę nie będzie Pani nazywał tak, jak Pani nie chce. Jak widać - to Pani używa bardzo dużo siły, przemocowych i obraźliwych określeń po to, żeby z feminatywami walczyć. .
Komentatorka ma rację