Najważniejszym pragmatycznym aspektem algorytmu, o którym rzadko mówi się w dyskusji, jest zapewnienie środków na przeżycie przynajmniej tym uczelniom, które są „zbyt duże, żeby upaść”. Z tego powodu przy każdej zmianie algorytmu tak długo kalibruje się wagi i współczynniki, żeby żadna z dużych uczelni nie stanęła przed widmem bankructwa – pisze dr hab. Michał Mackiewicz, kwestor Uniwersytetu Łódzkiego.
Przyszły takie czasy, że już prawie wszyscy znają się na finansowaniu szkolnictwa wyższego. Nawet taki niszowy temat, jak algorytm podziału subwencji, stał się tematem popularnym, który pojawia się w głównych mediach. Jednak zanim zacznie się zajmować twarde i zdecydowane stanowisko, warto zrozumieć, czym algorytm w ogóle jest – i jak oddziałuje na uczelnie.
Algorytm podziału subwencji między uczelnie akademickie, choć niewidoczny i niewdzięczny, rozpala ostatnio emocje. Nawet w takim medium jak „Polityka” ukazał się szyderczy artykuł „Gra w semestry. Czy warto dziś studiować? Dużo tu potężnych wątpliwości”. Autorka widzi w algorytmie jedno ze źródeł rzekomego kryzysu toczącego szkolnictwo wyższe, opisując przy okazji działanie tego mechanizmu jako „zadanie dla tęgich umysłów”. Tymczasem do jego zrozumienia wystarczy matematyka ze szkoły podstawowej: cztery podstawowe działania i rachunek proporcji.
I warto od razu zaznaczyć, że faktycznie ten sposób podziału pieniędzy nastręcza władzom uczelni tęgiego bólu głowy. Jednak przyczyna jest zupełnie inna, niż przedstawiają to popularne artykuły prasowe.
Do czego nam algorytm?
Zamiast jednak epatować skomplikowanymi wzorami, przedstawmy problem na przysłowiowych „jabłkach”. Wyobraź sobie, drogi Czytelniku, że zarządzasz gminą, w której jest 10 szkół podstawowych – i na ich sfinansowanie dysponujesz sumę 50 milionów złotych. Jak taką kwotę podzielić? Najprościej dać po równo na każdą szkołę, jednak niektóre z nich są małe, inne duże, więc przy takim scenariuszu tym drugim zabraknie na pensje dla nauczycieli. Można więc inaczej: podzielić pieniądze proporcjonalnie do kosztów z zeszłego roku. W ten sposób rozwiążesz problem zapewnienia elementarnego finansowania szkół, ale stworzysz inny. Dyrektorzy szkół zorientują się, jak działa system i zaczną „pompować” koszty, żeby w kolejnym roku dostać więcej pieniędzy.
Na tym etapie już widać zjawisko znane wszystkim ekonomistom: każdy tego rodzaju mechanizm nie tylko dzieli środki ex post, ale stwarza też przy okazji ex ante motywację do pewnych działań. Każdy uczestnik systemu najdalej po roku lub dwóch uczy się, jak postępować, żeby dostać jak najwięcej pieniędzy – niekoniecznie w sposób, który będzie zgodny z pierwotnymi celami.
Wróćmy do naszego przykładu ze szkołami. Widać wyraźnie, że podział trzeba oprzeć na jakiejś mierze wielkości i kosztów szkoły. Jednak trzeba wybrać miarę, która będzie zgodna z celami, takimi jak na przykład zapewnienie edukacji wszystkim dzieciom w gminie. Taką oczywistą miarą jest liczba nauczycieli. Szybko zorientujesz się jednak, że tym razem dyrektorzy szkół zaczną grać inaczej: zatrudniać więcej pracowników, a jednocześnie bronić się przed przyjmowaniem dodatkowych uczniów, żeby ograniczać koszty.
Jeszcze innym rozwiązaniem może być podzielenie pieniędzy między szkoły proporcjonalnie do liczby uczniów. Jednak pewnie wkrótce okaże się, że racjonalni dyrektorzy szkół rozpoczną z kolei wyścig po przyjmowanie większej liczby uczniów. Ba, zobaczysz, że w budżetach szkół pojawią się pozycje w rodzaju „tablet dla każdego nowego ucznia” i inne tego rodzaju zachęty, które z kształceniem mają niewiele wspólnego. W dodatku będą utrzymywać zaledwie minimalną obsadę nauczycielską, a za kilka lat okaże się, że w gminie standardem są klasy liczące po 40 dzieci.
Już ten prosty przykład pokazuje, jak trudne jest odpowiednie skonstruowanie sposobu podziału – czyli właśnie niesławnego „algorytmu”. Byłoby jakimś rozwiązaniem podzielenie całej kwoty i rozdzielenie jednej części proporcjonalnie do liczby nauczycieli a drugiej – adekwatnie do liczby uczniów. Choć wtedy zapewne jakiś dziennikarz napisze w lokalnej gazecie, że zrozumienie tego mechanizmu to „zadanie dla tęgich umysłów”.
Kompromis, który nikogo nie uszczęśliwia
W przypadku uczelni zbudowanie algorytmu okazuje się zadaniem jeszcze bardziej karkołomnym, ponieważ pełnią one równocześnie wiele funkcji. Pracownicy uniwersytetów i politechnik uczą studentów, ale też prowadzą badania naukowe, popularyzują naukę, realizują projekty i przyczyniają się do umiędzynarodowienia młodego pokolenia. W efekcie w algorytmie trzeba uwzględnić nie tylko liczbę studentów, lecz również liczbę naukowców, jakość badań, liczbę studentów przyjeżdżających i wyjeżdżających, a także (w części uczelni) liczbę realizowanych projektów. Tych parametrów jest sporo, a w dodatku we wzorze pojawiają się tajemnicze „współczynniki kosztochłonności”. W największym skrócie, te ostatnie powodują, że na studenta medycyny czy chemii uczelnia dostanie więcej pieniędzy niż na przyszłego filozofa bądź socjologa.
Takie komplikacje potęgują wrażenie, że cały ten algorytm to czarna magia, a zrozumienie go wymaga co najmniej habilitacji. Jednak w rzeczywistości jego działanie nie różni się od wcześniejszego przykładu ze szkołami: ma sprawiać, by większe i lepsze uczelnie dostały więcej pieniędzy niż mniejsze i słabsze. Dlaczego więc jego stosowanie wywołuje tyle kontrowersji i problemów?
Bierze się to z faktu, że podział subwencji musi połączyć kilka sprzecznych celów – i to niekoniecznie tych deklarowanych oficjalnie przez władze. Najważniejszy z nich może być zaskakujący i nie jest wcale ekonomiczny, lecz polityczny. Chodzi o utrzymanie uczelni na powierzchni: żaden rząd nie chce być zapamiętany jako ten, który doprowadził do zamknięcia z powodu braku pieniędzy Uniwersytetu Łódzkiego czy Uniwersytetu Wrocławskiego (nie mówiąc już o Uniwersytecie Warszawskim czy Uniwersytecie Jagiellońskim). Dlatego najważniejszym pragmatycznym aspektem algorytmu, o którym rzadko mówi się w dyskusji, jest zapewnienie środków na przeżycie przynajmniej tym uczelniom, które są „zbyt duże, żeby upaść”. Z tego powodu przy każdej zmianie algorytmu tak długo kalibruje się wagi i współczynniki, żeby żadna z dużych uczelni nie stanęła przed widmem bankructwa. Nie trzeba dodawać, że szczególnie uważnie sprawdza się wpływ zmian algorytmu na te uczelnie, z których wywodzą się kolejni ministrowie czy premierzy.
Jednocześnie algorytm powinien spełniać rolę motywacyjną. Przy odrobinie analityki można bowiem dokonać „inżynierii wstecznej” i wyliczyć, jakie w przybliżeniu kwoty uczelnie otrzymują w przeliczeniu na studenta czy pracownika. Na przykład w tym roku na każdego studenta historii czy prawa uniwersytety otrzymały 7,9 tys. zł, podczas gdy studenci na kierunkach o wysokiej kosztochłonności, takich jak fizyka czy biologia, przynosili szkołom wyższym kwoty około dwukrotnie wyższe (16,6 tys. zł).
W przypadku zatrudniania nauczycieli akademickich rachunek staje się bardziej złożony. Tu bowiem wysokość kwot zależy nie tylko od dyscypliny naukowej, ale też od stanowiska (wbrew pozorom, wcale nie od stopnia naukowego), a także od charakteru zatrudnienia. Na przykład adiunkt prowadzący badania w naukach biologicznych (pod warunkiem, że są one ewaluowane w danej uczelni) przynosi swojej alma mater prawie 260 tys. zł rocznie. Jeżeli jednak nie prowadzi on badań i jest wyłącznie pracownikiem dydaktycznym, kwota ta spada do marnych 67 tys. zł. Nawiasem mówiąc, stąd właśnie bierze się niechęć uczelni do utrzymywania pracowników dydaktycznych, a nie z jakiejś mitycznej niechęci do dydaktyki, o której pisał niedawno w FA Łukasz Wolański. Po prostu, o ile etat o charakterze badawczo-dydaktycznym w przybliżeniu samofinansuje się z subwencji, o tyle do zatrudnienia pracownika na etacie dydaktycznym uczelnia musi sporo dokładać.
Zabezpieczenia, zabezpieczenia
Co jednak zrobić, kiedy nie da się pogodzić dwóch tych celów, czyli zapewnienia elementarnego finansowania uczelni oraz odpowiedniego ich motywowania? Wtedy stosuje się różne mechanizmy zabezpieczające. W obecnym rozporządzeniu zaszyte są dwa. Pierwszy z nich to tak zwana „stała przeniesienia”, której zadaniem jest zmniejszenie wahań finansowania z roku na rok. Działa ona tak, że 75% kwoty dzieli się zgodnie z bieżącymi parametrami, a pozostałe 25% podlega podziałowi między uczelnie w takiej samej proporcji, jak w roku poprzednim.
Ponieważ jednak ten mechanizm ma w gruncie rzeczy bardzo słaby efekt łagodzący, dołożono jeszcze drugi – tzw. „korytarz wahań”. Samo działanie korytarza jest proste: po wyliczeniu kwoty subwencji dla każdej z uczelni sprawdza się, czy nie jest ona przypadkiem niższa od zeszłorocznej o więcej niż 2%, ani wyższa o więcej niż 6%. Następnie dodaje się lub odejmuje pieniądze tak, by ostatecznie subwencja dla każdej uczelni mieściła się w takim właśnie „korytarzu” (stąd nazwa) między 98% a 106% kwoty zeszłorocznej.
Praktyka kolejnych lat pokazała jednak, że korytarz ten był niemal co roku modyfikowany w zależności od odstępności środków. Co roku wiosną Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłaszało, jaka kwota zostanie ostatecznie przeznaczona dla uczelni – i odpowiednio do tego modyfikowało dolną i górną granicę. W efekcie reguły gry były ustalane niemal w połowie roku budżetowego.
2026 rokiem demontażu systemu
Ten mechanizm – sam w sobie fatalny – utrzymał się aż do zeszłego roku. Jednak w tym roku zabrakło w budżecie pieniędzy na zwiększenie subwencji nawet o złotówkę, z wyjątkiem osobnej sumy przeznaczonej celowo na podwyżki dla pracowników. Co więc postanowiło ministerstwo? Z zaskoczenia (choć plotki pojawiały się już od wczesnej wiosny) postanowiło dać każdej uczelni dokładnie taką samą kwotę, jak w roku wcześniejszym, unieważniając tym samym całkowicie działanie całego algorytmu.
W efekcie wszystkie działania rozwojowe uczelni podjęte w latach 2024–25, takie jak zwiększenie naborów na studia, przygotowanie nowych atrakcyjnych kierunków czy wreszcie zatrudnianie naukowców, mają w tym roku dokładnie zerowy skutek, jeśli chodzi o wysokość subwencji. Okazało się poniewczasie, że w tej grze wygrały uczelnie, które zmniejszyły nabory, zwolniły pracowników i ogólnie postanowiły się „zwijać” zamiast rozwijać. Koszty im spadły, a subwencja pozostała taka sama, jak rok wcześniej.
W tej chwili władze uczelni i wydziałów zastanawiają się, czy w ogóle stać je na działania prorozwojowe i czy działania takie mają jakikolwiek sens finansowy. Rozwój bowiem kosztuje, i to niemało: większy nabór studentów oznacza wypłaty nadgodzin, a czasem konieczność zatrudnienia dodatkowych dydaktyków. Lepsze badania naukowe również kosztują duże pieniądze – a obecnie wynik ewaluacji nie przekładają się już w ogóle na wysokość subwencji (jak zresztą wyjaśnił w doskonałym artykule Zbigniew Bukowski, przewodniczący UKF KRUP).
Być może zamrożenie wysokości subwencji jest wyłącznie jednorazowym wypadkiem przy pracy, a w przyszłym roku algorytm znowu zacznie działać. Problem w tym, że Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wcale tego nie komunikuje. Tak naprawdę będzie zapewne tak jak dotychczas – że o wysokości i sposobie podziału subwencji uczelnie dowiedzą się dopiero w maju lub w czerwcu przyszłego roku. Całkiem realna jest jednak możliwość, że wobec napiętego budżetu, wojny w Ukrainie i zbliżających się wyborów powtórzony zostanie scenariusz tegoroczny, czyli zamrożenie „algorytmicznej” części subwencji i przeznaczenie co najwyżej jakichś drobnych kwot na kilkuprocentowe podwyżki.
Co dalej?
Skutkiem takiego scenariusza jest odebranie szkołom wyższym zachęty płynącej z algorytmu, która polegała na tym, że działania rozwojowe wpływały na ich sytuację finansową. Oczywiście uniwersytety i politechniki nie przestaną przyjmować studentów, jednak w sytuacji ogólnej mizerii finansowej wiele z nich będzie musiało pomyśleć, co robić dalej. Mało kto podejmie się teraz otworzenia nowego, atrakcyjnego, a przez to drogiego kierunku studiów. Koszty takiego ruchu są bowiem odczuwalne od razu, a może się on w ogóle nie przełożyć na wysokość subwencji. Podobnie, zatrudnienie młodego naukowca może stanąć pod znakiem zapytania, bo koszt jest duży i odczuwalny, a zamrożona subwencja i tak pozostanie na stałym poziomie.
W rzeczywistości dla wielu szkół wyższych mechanizm zamrożenia subwencji stworzy prostą motywację nie do rozwoju, lecz raczej do zwijania działalności. Skoro bowiem koszty rosną, a subwencja jest stała, jedyną możliwą polityką stanie się dla części uczelni ograniczanie dydaktyki, ostrożne podejście do finansowania badań i niezatrudnianie nowych pracowników w miejsce odchodzących. Z pewnością żaden rektor takiej polityki nie będzie chciał prowadzić, jednak w trudnej sytuacji finansowej może się okazać, że innego wyjścia po prostu nie będzie.
Pora więc, by odpowiedzieć na pewne pytania zasadnicze. Czy chcemy mieć system, który będzie w przyszłości stabilny, przewidywalny i będzie motywował uczelnie do długofalowych działań rozwojowych? Czy może pod wpływem bieżącej presji finansowej będzie kontynuowana polityka łatania co roku algorytmu i tworzenia tym samym zachęt do „zwijania się” zamiast do rozwoju? Niestety, tej decyzji nie podejmie żaden rektor, senat czy rada uczelni. To jest pytanie, na które odpowiedzieć może tylko państwo i jego polityka naukowa. Obyśmy poznali tę odpowiedź wkrótce.
Michał Mackiewicz
Ciekawy tekst na bardzo ważny temat. Istotnie, w roku 2026 algorytm został faktycznie zawieszony przy wykorzystaniu toporności mechanizmu korytarza (który jest od początku swego istnienia źle skonstruowany, gdyż odnosi się procentowo do poprzedniego roku). Zatem, JEŚLI jednocześnie subwencja jest zamrożona (casus roku bieżącego) oraz dolna granica korytarza to 100% (a tak bywa dość często, np. od dwóch lat mamy korytarz 100%-105%, dla IDUB -106%), to z algorytmu wychodzi, że skoro wszyscy muszą dostać co najmniej 100%, to nie ma z czego dać komukolwiek więcej (algorytm, od początku swego istnienia, czyli od ponad 30 lat, jest redystrybucyjny - jedni dostają więcej kosztem innych) i wszyscy dostają tyle samo, co w roku ubiegłym. Szkoda, bo niektórym należałoby się coś więcej. Nawet kosztem innych, skoro naszego rządu nie stać na choćby niewielką inwestycję w szkolnictwo wyższe.
Bardzo podobają mi się konkluzje Autora (końcowe akapity tego tekstu). Istotnie, gdy algorytm nie działa, to w zasadzie jedynym sposobem dynamicznego zarządzania uczelnią jest cięcie etatów, do czego zresztą, jak słusznie zauważa niżej StaryZgred2012, i tak na ogół nie dochodzi (ale bywają spektakularne wyjątki, bo czego się nie robi mając nóż na gardle).
Kto jak kto, ale związki zawodowe nie powinny lobbować za zbytnią stabilnością uczelnianej subwencji (co, niestety, zwykle robią). Gdy masowo zwalniana jest kadra, to i subwencja (przeznaczona przecież głównie na płace) powinna iść w dół, choćby o 2-3%. Korytarz 95%-105%, obowiązujący w latach 2017-2018, był bardzo trudny dla uczelni, ale dzięki temu od razu zadziałały bodźce ograniczające wieloletnią "pogoń za studentem" i wymuszone zostały konkretne działania. Optymalne byłoby może 97%-107%, ale liczone względem aktualnej średniej, a nie względem roku poprzedniego (co jest źródłem niestabilności algorytmu i pozwala na różne dziwne posunięcia, w rodzaju tego, co się stało w roku bieżącym, gdy nikt nie dostał żadnego wzrostu subwencji). 98%-106% ustanowione w roku 2019, ale stabilne i liczone względem średniej (aby braki w kasie ministra nie skutkowały zawieszeniem algorytmu), też nie wyglądało najgorzej.
To, że akurat ewaluacja nie przełożyła się na wysokość subwencji - nie jest aż takie złe. Obecna lista czasopism i beznadziejne sposoby obliczania Kryteriów 2 i 3 nie dają najmniejszej gwarancji, że wyliczone kategorie mówią cokolwiek o poziomie naukowym danej jednostki.
Moim zdaniem, Autor przesadza mówiąc o upadłości czy bankructwie uczelni. Do tego jest bardzo daleko. Najpierw nastąpią cięcia etatowe (rezerwy na ogół są), potem ewentualnie konsolidacje (choć mówi się o tym od co najmniej kilkunastu lat, to nic specjalnego się nie dzieje w tym temacie). W istotny sposób zagrożone są jednak np. uczelnie ekonomiczne, z powodu błędu (może zamierzonego?) w algorytmie. Mianowicie brak jest powiązania kosztochłonności studiów z wysokością dopuszczalnego SSR (wszyscy mają 13, a przecież logiczne byłoby, aby uczelnia ekonomiczna miała większą wartość, np. 20, a uczelnia techniczna - wartość mniejszą, np. 10, albo nawet mniej). Ten błąd (wskazuję go 10 lat) warto naprawić.
PS. Nie wydaje mi się, aby rektorzy (może poza jakimiś wyjątkami) kierowali się wprost algorytmem. Na przykład na wielu uczelniach technicznych jest bardzo dużo etatów dydaktycznych, w sytuacji, gdy na politechnice w zasadzie wszystkie etaty badawczo-dydaktyczne (a już zwłaszcza asystentów czy adiunktów) są samofinansujące się z subwencji, a etaty dydaktyczne - zdecydowanie nie (jak słusznie pisze Autor, choć podane liczby są raczej trochę zawyżone i zależą od kategorii: podana wielka dysproporcja dotyczy kategorii A, a dla A+ jest jeszcze znacznie większa!). Nie widać też otwartej szerokiej bramy dla etatów asystenckich, które są bardzo opłacalne (dla uczelni) od 20 już lat.
>> "W istotny sposób zagrożone są jednak np. uczelnie ekonomiczne, z powodu błędu (może zamierzonego?) w algorytmie. Mianowicie brak jest powiązania kosztochłonności studiów z wysokością dopuszczalnego SSR (wszyscy mają 13, a przecież logiczne byłoby, aby uczelnia ekonomiczna miała większą wartość, np. 20, a uczelnia techniczna - wartość mniejszą, np. 10, albo nawet mniej). Ten błąd (wskazuję go 10 lat) warto naprawić." - nie liczyłbym zbytnio na naprawę tego błędu. Bezwładność centralnego myślenia biurokratycznego zawstydziłaby granitowy głaz. Mam przypomnieć, ile DEKAD trwało usunięcie idiotycznego wymogu posiadania OTWARTEGO doktoranta przy wnioskach profesorskich? Po tym rządzie i tym ministerstwie niczego już się nie spodziewam. A na pewno nie przed przyszłorocznymi wyborami.
>> "Nie wydaje mi się, aby rektorzy (może poza jakimiś wyjątkami) kierowali się wprost algorytmem. " - rektorzy kierują się wyłącznie kalkulacjami politycznymi dla zaspokojenia swojego zaplecza i otaczającego ich dworu. Pustosłowie o dbałości o dydaktykę i badania ma charakter wyłącznie rytualny, jak paplanina dowolnego kardynała o cnocie ubóstwa. Marnotrawstwo środków jest przerażające i nie chodzi wyłącznie o przepalanie pieniędzy na zbędne etaty administracyjne motywowane wyłącznie chęcią przypodobania się lokalnym układom miejskim i partyjnym (takie etaty to świetne paśniki dla rozmaitych działaczy i aktywistów). Tu przede wszystkim trwa niezmiennie ładowanie potężnych środków w beton, na którym będzie można przyczepić tabliczkę ze swoim nazwiskiem "w kadencji tego-i-owego zbudowano ten budynek".
Uczelnie mają przerosty zatrudnienia nauczycieli akademickich i MONSTRUALNE przerosty zatrudnienia administracyjnego. To są koszty, które można ściąć bez pogorszenia dydaktyki i badań.
Jest rzeczą oczywistą, że kiedy nie możemy liczyć na zwiększenie dotacji, powinniśmy pracować nad optymalizacją wydatków. Na przykład, rzeczy, które zlecaliśmy na zewnątrz, powinniśmy robić sami. Nie powinniśmy podejmować działań zbędnych, a całą energię poświęcić tym, które przynoszą korzyści, pozwalają przetrwać kryzys i jak najlepiej przygotować się do sytuacji, kiedy koniunktura się poprawi.
Poza podziałem środków między jednostki systemu wymagającego dotacji, warto wziąć pod uwagę także jego dynamiczny wzrost. W roku 1990 studiowało w Polsce 390 tys. osób, a w roku 2025 już 1,3 miliona. W roku 1990 mieszkało w Polsce 38 milionów ludzi i tyle samo mieszka dzisiaj, i tyle samo osób płaci podatki co 35 lat temu. Zwiększono wydajność i rentowność pracy, ale koszty utrzymania także wzrosły, podobnie jak koszty utrzymania uczelni, ochrony zdrowia i innych systemów państwa.
Do tego: GUS podaje, że straty polskiego PKB w ostatnich pięciu latach, w związku z wojną w Ukrainie wynoszą 490 mld złotych, a końca tych wydatków ani końca dalszego, bezprecedensowego zadłużania państwa nie widać. Dzięki tej wojnie już wrzuciliśmy do pieca równowartość ponad dziesięciu lat finansowania szkolnictwa wyższego i nauki na aktualnym poziomie. Rozwój gospodarczy Polski i UE czy Ukraina w NATO, oto jest pytanie.
I to wszystko tylko po to żeby na koniec powiedzieć, że nie należy wspierać sąsiedniego kraju napadniętego przez naszego zdeklarowanego nieprzyjaciela. Podziwiam inwencję i pracowitość.
To doprawdy fascynujące studium strumienia świadomości, ale obawiam się, że pomyliłeś fora ?
Skoro tak chętnie nawołujesz do „optymalizacji wydatków” i „nierobienia rzeczy zbędnych”, proponuję zacząć od własnej energii i spożytkować ją na pisanie komentarzy, które mają jakikolwiek związek z tekstem. Bo jak na debatę akademicką, wyszedł nam tutaj wyjątkowo widowiskowy popis czystej mniemanologii.
Z mniemanologii doktoratu nie napiszesz, kariery naukowej nie zrobisz ?
Niedawno AI próbowała mi sprzedać fotel. Nieźle się ubawiłem :-)
Hmmm, ta kwota dotacji na etat dydaktyczny to chyba oprócz pensji?
Przecież 67kzł rocznie nie starczy na minimalną ustawową pensję adiunkta.
"Oprócz pensji" - nie, zdecydowanie nie. Ta stosunkowo niewielka kwota jest całą kwotą generowaną przez etat dydaktycznego adiunkta. Nie jest tak, że jeśli ktoś coś generuje, to mu się to "należy". Na przykład składnik studencki nie ma nic wspólnego z bezpośrednimi pieniędzmi dla studentów (w szczególności z funduszem stypendialnym). Cała subwencja, czyli wszystkie jej składniki, idzie głównie na fundusz płac. Zatem w pewnym stopniu wynagrodzenie pracownika czysto dydaktycznego powiązane jest ze składnikiem studenckim subwencji (ale wątpię, aby ktoś to precyzyjnie przeliczał na poziomie uczelni).
I o to chodzi. By publiczne uczelnie wyższe NIE zatrudniały na stanowiskach dydaktycznych. Ewentualnie by opłacały te etaty z części studenckiej subwencji.
Gdyby subwencja starczała na etaty, ich liczba rosłaby w postępie geometrycznym.
To samo jest z NCN-em. Jeśli tam dosypie się z miliardzik, to w kolejnym konkursie współczynnik sukcesu wzrośnie. A wtedy wzrośnie liczba wniosków i kwoty indywidualnych grantów. Co wtedy? Kolejny miliardzik?
Proszę zwrócić uwagę, że to wszystko się toczy w warunkach, kiedy roczniki maturzystów 2026 i 2027 mają liczebność 140-150% (230 tys.), w porównaniu z rocznikiem 2025 (160 tys.), ponieważ ofiary projektu "szesciolatki do szkół" dotarły do matury. Za początkową decyzję i obecne zaniedbanie odpowiada imiennie Platforma Obywatelska.
Ciekawe. Przysiągłbym, że jest mamy efekty maniakalnej demolki w szkolnictwie dokonanej raczej od 2015 roku, ale może się mylę?
Spokojnie. 20 lat temu porównywalna liczba kadry akademickiej obsługiwała 2 miliony studentów. W razie kłopotów z finansowaniem, wystarczy, zgodnie z ustawą, wszystkim podnieść pensum do 240 i będzie mniej nadgodzin. Poza tym faktycznie mamy przerosty zatrudnienia, por. wpis powyżej.
Po 2 latach kumulacji nabór spadnie dramatycznie (kłania się uśmiechnięta Zalewska - ona też z PO?). Co wtedy?
Jak można pogodzić opinię o przerostach zatrudnienia z propozycją podniesienia wszystkim pensum do 240 godzin (i zredukowania w ten sposób nadgodzin)?
Dlaczego w algorytmie uwzględnia się tylko pracowników naukowo-dydaktycznych i dydaktycznych? Dlaczego nie ma tam administracji? Dlaczego tylko pracownika dydaktycznego "nie płaca się" zatrudniać, a jednoczesnie prowadzić rozbuchaną administrację? To, że pracownik dydaktyczny jest "wyceniany" ponadczterokrotnie niżej niż naukowo-badawczy to jest skandal, moim zdaniem. Tym bardziej, że nierzadko i tak bierze w jakimś stopniu w badaniach, naukowych (przynajmniej w mojej uczelni), mimo że jego udział w publikacjach się do niczego nie liczy.
Dlatego, że etaty dydaktyczne należy finansować z dydaktycznej części subwencji. Tyle że to się niespecjalnie opłaca, bo gdyby się opłacało, rektorzy pozwalnialiby profesurę i do prowadzenia zajęć zatrudnili woźnych. W efekcie, etatów dydaktycznych jest jak na lekarstwo. Czy to ma sens - kwestia dyskusyjna. Ekonomicznego chyba nie ma, o czym świadczy struktura uczelni niepublicznych. .
Dydaktyczny?
co on robi poza dydaktyką?
a jak nie prowadzi badań to o czym on uczy ?
jak Profesor z liceum przeczyta ksiazki ....
Etaty dydaktyczne powinny być likwidowane !
w Adademi pewnie ponad połowa osób chciała by być "dydaktykiem". Robisz godziny i do domu. Wolne !
Niech jeden z drugim zrobi jakies badania ! opublikuje coś! to podyskutujemy!
A ja bym powiedzia, że wręcz przeciwnie.
Wykłady niech prowadzą naukowcy (choć nie zawsze dobry naukowiec to dobry dydaktyk). I niech robią góra dwa wykłady w tygodniu i mają czas na naukę.
Laboratoria, ćwiczenia niech robią dydaktycy, którzy w znakomitej większości mają też doświadczenie naukowe.
Przy obecnych poziomach pensum nie da się robić dobrej nauki. Zostawmy dydaktyków, zwiększmy im pensum, a naukowo-dydaktyczni niech mają mniej zajęć a więcej czasu na badania. W tej chwili część udaje, że robi naukę, drugą część, że uczy.
Wydaje mi się, że to dydaktyka na uczelni stanowi o jej wartości, no w końcu ktoś musi produkować ludzi wykształconych. Dydaktyka polega na przekazywaniu wiedzy szerokiej, nie tylko z wąskiego zakresu własnych badań, często nudnych, nieistotnych. Dydaktyk musi czytać podręczniki, owszem, ale i najnowsze artykuły naukowe. Tworzyć skrypty i pisać podręczniki. Miałam okazję niejednokrotnie słuchać wykładów wybitnych naukowców, którzy okazywali się być miernymi nauczycielami i wykładowcami. Nie rozumiem, skąd ta pogarda dla dydaktyków.
Przedstawiona opinia wydaje się być jedynie życzeniowa. W rzeczywistości wartościowe publikacje naukowe stanowią zaledwie około 5% ~~ max 10% wszystkich prac o charakterze naukowo-dydaktycznym, badawczym. Pozostały odsetek to pozycje o niskiej wartości merytorycznej, niespełniające standardów nawet podstawowych skryptów akademickich, które zostały wydane głównie dzięki relacjom towarzyskim lub protekcji.
W pierwszej kolejności zlikwidować drugie etaty.
Jeśli ktoś chce to zlecenie - po co płacić za drugi etat w wakacje itd, a tak tylko za godziny na zlecenie.
Kiedy ktoś się za to wezmie?
Wystarczy odpowiednia treść umowy o pracę. Każdy Rektor mógłby to zrobić, gdyby miał odrobinę odwagi.
Szanujące się firmy nie pozwalają na to, żeby pracownik na boku sobie dorabiał, a kiedy to zrobi, to tak, jakby jednostronnie wypowiedział umowę w trybie natychmiastowym.
Niestety żyjemy nadal w kraju "drobnych cwaniaczków" wg. Allena.
Jeśli sobie pan przypomina, podkopywanie banku się nie udało, a żeby zarobić miliony wystarczyło piec dobre ciasteczka :-)
Dokładnie.
Cwaniactwo dwuetapowe. Zwykle mierni albo naukowcy albo dydaktycy.
Bo jak ktoś jest bad-dyd to nie może być na drugiej albo trzeciej uczelni w tej samej ścieżce.
Czasami np. w stolicy 2-3 etaty na warszawskich uczelniach. Kryteria hmmm w sumie tylko decyzja rektora i nic więcej.
To pewnie w skali kraju milionowe koszty
"zamrożenie subwencji" a dlaczego miałoby być inaczej skoro cała gospodarka jest zamrażana
Kiedy duże uczelnie wiedzą, że algorytm działa tak, żeby nigdy nie zbankrutowały, mogą bez obaw podejmować decyzje, które podnoszą koszty ich działania. Efekty takich, czasem nieprzemyślanych działań są widoczne, inwestują na przykład w infrastrukturę, której utrzymanie generuje nowe koszty, a której później, bez dodatkowych środków nie są w stanie w pełni wykorzystać.
Tu potrzebny jest mechanizm kontrolny, z powodzeniem stosowany gdzie indziej: należy rok w rok sprawdzać przynajmniej wykorzystanie zakupionego, drogiego sprzętu i jeśli jest wykorzystywany tylko w niewielkim stopniu, środki, które jednostka przeznaczyła na jego zakup odejmowane są z jej przyszłorocznego budżetu, na rzecz tych jednostek, które sprzęt wykorzystują w pełni. W ten prosty sposób unika się inwestycji czynionych na wyrost.
Podział na pracowników naukowo dydaktycznych i dydaktycznych zdaje się być niedopuszczalnym uproszczeniem, a zatem większe uproszczenie mogłoby być lepsze: może wystarczy liczyć tylko ilu studentów uczelnia wykształciła na wymaganym poziomie, ile prac naukowych na dobrym poziomie opublikowała, ile zbudowała przydatnych baz danych i jaki miała konkretny wpływ na rozwój gospodarki państwa, i odnieść to do środków, które uzyskała z budżetu państwa. Wtedy można pozostawić uczelni decyzje iloma ludźmi i na jakich etatach najlepiej wykona swoje zadanie.
@Przemo
Czy można prosić o jakieś przykłady miejsc, które stosują podejście opisane w tym fragmencie komentarza:
"Tu potrzebny jest mechanizm kontrolny, z powodzeniem stosowany gdzie indziej: należy rok w rok sprawdzać przynajmniej wykorzystanie zakupionego, drogiego sprzętu i jeśli jest wykorzystywany tylko w niewielkim stopniu, środki, które jednostka przeznaczyła na jego zakup odejmowane są z jej przyszłorocznego budżetu, na rzecz tych jednostek, które sprzęt wykorzystują w pełni."
A po cóż Panu przykład?
Sprawa jest prosta: jeśli ktoś wydał 2 miliony na sprzęt, a później nie ma pieniędzy, żeby z niego skorzystać, to powinien był wydać milion, a drugi zostawić sobie, na korzystanie z niego. Wydatek 2 mln, który poczynił jest nieuzasadniony, a to znaczy, że w następnym roku spokojnie da radę pracować tak jak dotąd bez tych dwóch milionów w budżecie :-)
@Przemo
Proszę Pana, wyraźnie pisze Pan, że tenże mechanizm jest "z powodzeniem stosowany gdzie indziej". Te słowa oznaczają wprost, że są miejsca, gdzie to działa, i że wie Pan, gdzie. Chciałem po prostu dowiedzieć się dokładnie o ten właśnie konkretny szczegół.
Powtórzę więc pytanie, cytując Pańską wypowiedź, skoro ten "mechanizm kontrolny jest z powodzeniem stosowany gdzie indziej", to gdzie dokładnie jest on stosowany?
Są rzeczy dobre, którymi dobre firmy w internecie się nie przechwalają.
Dlatego ci, którzy nie dają rady bez przykładu, nie są w stanie im dorównać.
Pewnego razu, dawno temu, pewna księgowa z pewnego banku w Polsce zapytała pewnego bankiera z Ameryki, jak u licha miałaby rozliczyć usługę wykonywaną za darmo?
W odpowiedzi usłyszała, że jeśli nie wpadnie na to, jak to robić, jej bank zostanie zastąpiony przez jego bank, ponieważ klienta trzeba umieć sobie kupić ;-)
@Przemo
W odpowiedzi na kolejną dygresję poza tematem powiem może tylko tyle, że dobrze by było, aby pracownicy naukowi przywiązywali wagę do słów, do tego, co mówią i piszą, bo tylko wtedy ich wypowiedzi będą przedstawiać jakąkolwiek wartość. I tylko wtedy będą oni traktowani poważnie.
Powinni też czytać ze zrozumieniem, dorosnąć i odejść od licealnego standardu copy / paste.
Twierdzenie, że duże uczelnie celowo i bez obaw podnoszą swoje koszty tylko dlatego, że algorytm chroni je przed bankructwem, jest głębokim uproszczeniem. Rzeczywistość finansowa szkół wyższych, zwłaszcza w obliczu niedawnego zamrożenia subwencji, pokazuje, że duże jednostki nie opływają w luksusy, lecz walczą o przetrwanie i utrzymanie standardów w warunkach permanentnego niedofinansowania. Inwestycje w infrastrukturę czy nowoczesną aparaturę nie wynikają z kaprysu, lecz z konieczności dogonienia standardów światowych i wymogów samej ewaluacji naukowej. Zaproponowane rozwiązania kontrolne i uproszczenia algorytmu niosą ze sobą ogromne ryzyka o charakterze systemowym. Karanie za brak natychmiastowych efektów (kontrola sprzętu). Propozycja, aby rok w rok odbierać środki za „niewystarczające wykorzystanie aparatury”, uderza w samą istotę badań podstawowych. Przełomowe projekty naukowe często wymagają lat przygotowań, kalibracji aparatury oraz prób, które nie generują natychmiastowych, masowych wyników. Taki mechanizm doprowadziłby do sytuacji, w której uczelnie bałyby się kupować zaawansowany, unikalny sprzęt, wybierając bezpieczne i tanie rozwiązania. Biurokratyczny koszmar zamiast uproszczenia. Postulat, aby mierzyć „konkretny wpływ na rozwój gospodarki” czy to, czy studenci zostali wykształceni „na wymaganym poziomie”, w praktyce wymagałby powołania kolejnych urzędów, ankiet i kryteriów. Kto i na jakiej podstawie miałby obiektywnie oceniać ten wpływ ex post w ujęciu rocznym? To prosta droga do jeszcze większego paraliżu urzędniczego. Finansowanie oparte wyłącznie na suchych efektach (liczba publikacji/absolwentów) bez brania pod uwagę struktury zatrudnienia doprowadziłoby do drenażu kadrowego. Uczelnie, optymalizując koszty pod narzucone wskaźniki, mogłyby masowo zastępować stabilne etaty badawcze śmieciowymi umowami dydaktycznymi, co drastycznie obniżyłoby jakość kształcenia w długiej perspektywie. Przemo czy na pewno wszystko ok?
Nie twierdzę, że celowo, tylko, że system pozwala na podejmowanie działań nieprzemyślanych.
Upraszczając: jeśli budujemy dom, musimy mieć jakąś gwarancję, że będziemy mieli środki na jego eksploatację. Jeśli budujemy autostradę, przewidujemy, że inwestycja się zwróci i będą pieniądze na jej remonty.
Bez kontroli, będzie tak jak jest, ew. coraz gorzej. Stać nas na gorzej?
Nie proponuję też zatrudniania do kontroli urzędników, w domyśle dyletantów.
Jak zwykle zwracam uwagę, że wypowiedź po raz kolejny nie odnosi się do omawianego tematu, własnych wpisów, wcześniejszej argumentacji ani zadanych pytań. Próby zmiany wątku i ignorowanie kontekstu artykułu sprawiają, że dyskusja traci merytoryczną wartość.
To nie jest poziom dyskusji akademickiej.
Dziekuję ! Niestety tak wygląda dzisiejsza debata , nazwijmy Naukowa !
Dziś na wszystkich forach mamy płatne boty lub płatnych botów.
Dla miliarderów, którym niektóre dyskusje uwierają kilka tysięcy $ to drobniutki wydatek.
Być może tutaj to nowość, ale od pewnego czasu w takim świecie żyjemy.