Niż nie uderzy wszystkich jednakowo. Trzeba będzie zdecydować, które publiczne uczelnie połączyć, przekształcić w filie, gruntownie przeprofilować, a które zamknąć. Utrzymywanie instytucji bez studentów nie jest polityką regionalną. Jest kosztowną inscenizacją szkolnictwa wyższego.
Środowisko akademickie potrafi dyskutować. O niedofinansowaniu nauki, wysokości subwencji, algorytmach jej podziału, pensjach profesorów, stawkach minimalnych, kosztach badań i kolejnych reformach ewaluacji napisano już biblioteki. Każda zapowiedź zmiany dotykającej pieniędzy albo pozycji zawodowej wywołuje natychmiastową mobilizację. Powstają stanowiska, uchwały, listy otwarte i teksty wyjaśniające społeczeństwu, że bez odpowiednich nakładów polska nauka przestanie istnieć.
Kiedy jednak rozmowa schodzi na jakość kształcenia, dobrostan studentów albo rzeczywistą wartość dyplomu, akademicki gwar szybko cichnie. Pojedyncze głosy brzmią jak wołanie na pustyni. Można odnieść wrażenie, że dydaktyka interesuje środowisko głównie wtedy, gdy trzeba rozdzielić pensum albo znaleźć godziny brakujące do utrzymania etatu.
Nie jest to wyłącznie kwestia ludzkiego egoizmu, choć i jego nie należy wykluczać. Tak działa system bodźców. Publikacja, grant i kategoria naukowa budują pozycję pracownika oraz jednostki. Dobrze przygotowany kurs, uczciwy egzamin, opieka nad słabszym studentem czy stworzenie wartościowych studiów podyplomowych przede wszystkim zabierają czas. W systemie deklarującym jedność badań i kształcenia dydaktyka bywa więc tym, co trzeba wykonać możliwie sprawnie, aby móc wrócić do rzeczy naprawdę punktowanych. A właściwie nie tyle istotnych realnie, co uznanych za ważne według politycznego klucza.
Dydaktyka na bocznym torze
Trzon kadry typowej polskiej uczelni tworzą pracownicy badawczo-dydaktyczni. Sama nazwa przypomina o dwoistości ich obowiązków. Ustawa określa dla nich roczny wymiar zajęć wynoszący do 240 godzin dydaktycznych, a dla zatrudnionych na stanowisku profesora do 180 godzin. Konkretne pensum ustala uczelnia.
Nie brakuje naukowców, którzy na ten obowiązek pomstują. Chcieliby badać, a zajęcia traktują jak uciążliwą daninę składaną na rzecz studentów. Tymczasem powiązanie zatrudnienia badawczo-dydaktycznego z dydaktyką jest wbrew pozorom jednym z rozsądniejszych elementów systemu. Uczelnia nie jest instytutem badawczym ani akademią nauk. Jest miejscem kształcenia, w którym prowadzi się badania między innymi po to, aby uczyć na możliwie wysokim poziomie, wprowadzać studentów do żywej nauki, a nie tylko przekazywać im treści z podręcznika.
Jeżeli o tym zapomnimy, możemy stworzyć jednostkę prowadzącą badania na światowym poziomie, a obok nich zwyczajną szkółkę. Zresztą nie oszukujmy się – takich jednostek wcale nie brakuje. Szczególnie w czasach masowego szkolnictwa wyższego, gdy różnice w przygotowaniu kandydatów są ogromne. W każdym razie osiągnięcia naukowe nie spływają na studentów przez kontakt z uczelnianym logo. Trzeba je jeszcze przełożyć na program, zajęcia, wymagania i relację mistrz–uczeń. Bez tego doskonałość badawcza i marna dydaktyka mogą przez lata zgodnie mieszkać pod jednym dachem.
Ustawa zna również stanowiska czysto dydaktyczne. W teorii powinny tworzyć prestiżową ścieżkę dla ludzi szczególnie utalentowanych w kształceniu, którzy przygotowują znakomite zajęcia, rozwijają metody nauczania i potrafią wydobywać ze studentów więcej niż niejeden płodny autor publikacji. Tyle że polskie uczelnie nie zbudowały z niej dotąd porównywalnie prestiżowej ścieżki kariery. W praktyce stanowisko dydaktyczne nazbyt często przypomina akademicką bocznicę: trafiają na nią ci, którym nie powiodło się naukowo, ale których z różnych powodów władze uczelni nie chcą pożegnać. To rozwiązanie wygodne kadrowo, lecz zabójcze dla prestiżu dydaktyki. Trudno przekonywać, że nauczanie jest równoprawną misją uczelni, jeżeli ścieżkę dydaktyczną traktuje się jak plan awaryjny po wykolejeniu kariery naukowej.
Na poziomie całego kraju niezwykle drobiazgowo oceniamy działalność naukową. Możemy spierać się o zasady ewaluacji, wykazy czasopism i sens kategorii A+, A, B+, B oraz C. System bywa krytykowany, zmieniany i obchodzony, ale istnieje. Pozwala porównywać dyscypliny w poszczególnych uczelniach i niesie realne konsekwencje.
Nie stworzyliśmy odpowiednika dla dydaktyki. Polska Komisja Akredytacyjna oczywiście wykonuje pracę w tym zakresie, ale jej system oceny trudno uznać za dydaktyczny odpowiednik ewaluacji naukowej. Ocena programowa pozwala przede wszystkim stwierdzić, czy kierunek spełnia wymagania: w toku postępowania mogą być one uznane za spełnione, spełnione częściowo albo niespełnione, natomiast ostateczna ocena jest pozytywna albo negatywna. Pozytywna może obowiązywać sześć lat albo krócej, gdy potrzebne są działania naprawcze. Istnieją też Certyfikaty Doskonałości Kształcenia, lecz nie tworzą one powszechnej, czytelnej i porównywalnej oceny wszystkich kierunków. W efekcie dokładnie wiemy, która dyscyplina otrzymała jaką kategorię naukową, ale studentowi znacznie trudniej ustalić, gdzie naprawdę dobrze uczą. System potrafi rozpoznać minimum oraz przypadki szczególne. Gorzej radzi sobie z pokazaniem ogromnej przestrzeni między nimi.
Rynek oddany bez walki
Najlepiej widać to na studiach podyplomowych. W roku akademickim 2023/2024 uczestniczyło w nich 177,9 tys. osób. Na podstawie danych regionalnych można szacować, że uczelnie wydają rocznie ponad sto tysięcy świadectw ich ukończenia. Nie jest to margines szkolnictwa wyższego, lecz jedna z jego głównych gałęzi. Mimo to studia podyplomowe pozostają poza regularną oceną programową PKA i przez lata mogły być uruchamiane bez dostatecznego związku z rzeczywistymi kompetencjami uczelni. A w niektórych obszarach zawodowych mogą prowadzić do uzyskania kwalifikacji odpowiadających tym zdobywanym po wieloletnich studiach kierunkowych.
Skutki opisywałem już wcześniej. Szkoła nieprowadząca studiów z danej dziedziny może sprzedawać podyplomowe przygotowanie do jej nauczania. Na rynku rozkwitły programy, w których kontrola efektów uczenia się jest symboliczna, a świadectwo staje się właściwym produktem, do którego edukacja jest jedynie obowiązkowym opakowaniem (Drukarnie dyplomów, FA 1/2024).
Później przyszło podyplomowe eldorado. Uczelnie niepubliczne i zawodowe przejęły znaczną część rynku, na którym potrzebne są relatywnie krótkie, elastyczne i praktyczne formy doskonalenia. Uczelnie akademickie w znacznej mierze oddały go bez walki, jakby z ulgą, że ktoś inny zajmie się męczącą dydaktyką (Podyplomowe eldorado, FA 12/2024).
Pandemiczne doświadczenia dopełniły dzieła. Kształcenie zdalne może być znakomite, ale wymaga dobrych materiałów, kontaktu z prowadzącym i wiarygodnej weryfikacji osiągnięć. Zamiast tego w części szkół powstał model polegający na przeglądaniu materiałów i powtarzaniu testów do skutku. Można w ten sposób ukończyć nawet studia podyplomowe przygotowujące do nauczania fizyki, chemii czy biologii, nie wykonując samodzielnie eksperymentu (Czas chwycić e-learning za rogi, FA 1/2025).
Collegium Humanum stało się symbolem patologii, lecz wygodnie byłoby uznać, że wraz z medialnym skandalem problem został opisany, odizolowany i rozwiązany. Nie został. Podmioty oferujące łatwe, szybkie i niemal całkowicie zdalne zdobywanie kolejnych kwalifikacji nadal działają. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Polska Komisja Akredytacyjna o problemie wiedzą. Mimo to system nadal pozwala takim podmiotom funkcjonować, a odpowiedzialność rozpływa się między instytucjami. Ich istnienie nie jest nawet tajemnicą poliszynela, bowiem wiele artykułów w ostatnich latach poświęcono temu zjawisku. Podobnie jak temu, że uczelnie te przyciągają niekoniecznie amatorów wiedzy, a częściej kolekcjonerów „kwitów” niskiej wartości.
Najbardziej obciąża środowisko akademickie nie samo pojawienie się takich szkół, lecz obojętność, z jaką uczelnie akademickie obserwowały ich rozwój. Nie podjęto skutecznej walki ani o standardy, ani o rynek. To zaniechanie było nie tylko rezygnacją z części misji. Było również błędem strategicznym.
Wyż, który udaje sukces
Władze wielu uczelni najwyraźniej nadal nie rozumieją, w jakim momencie historii się znajdują. Tegoroczna rekrutacja przyniosła rekordową liczbę kandydatów. Uniwersytety chwalą się w mediach społecznościowych wzrostami zgłoszeń i przedstawiają je jako potwierdzenie rosnącej marki, atrakcyjności oferty oraz skuteczności promocji.
Tymczasem do matury w 2026 roku przystąpiło ponad 320 tys. absolwentów, około 65 tys. więcej niż rok wcześniej. W 2027 roku spodziewana jest kolejna, jeszcze większa kumulacja. To skutek dawnych reform edukacyjnych, które przesunęły część dzieci między rocznikami szkolnymi. Uczelnie biorą więc demograficzny przypływ za dowód, że nauczyły się dobrze żeglować.
Większość nie zwiększyła odpowiednio liczby miejsc. Pozytywnym wyjątkiem była Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie, która podniosła limity o około 10%, czyli o 700 miejsc. Nawet to było jednak znacznie mniej niż skala wzrostu liczby maturzystów. Możliwości kadrowe, lokalowe i laboratoryjne nie są oczywiście z gumy, a zwiększanie naboru nie może odbywać się kosztem jakości. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego łatwą do przewidzenia kumulację potraktowano jak nagłe zjawisko pogodowe.
W 2026 i 2027 roku należało czasowo zwiększyć nabór na oblegane i potrzebne kierunki, wykorzystując te roczniki jako pomost przed nadchodzącym niżem. Zamiast tego wielu kandydatom zafundowano ostrzejszą konkurencję o niemal tę samą liczbę indeksów. Za chwilę uczelnie zaczną natomiast konkurować o każdego, kto zechce indeks przyjąć. A może należałoby pójść w drugą stronę? Wraz z niżem zredukować liczbę miejsc, by utrzymać większą konkurencję w walce o indeksy – jak w tym i przyszłym roku? Dużo zależy od tego, jaki cel nam przyświeca.
Krzywe liczby urodzeń i liczby maturzystów, przesunięte względem siebie o 19,5 roku, nie pozostawiają wielkiego pola dla wyobraźni. Zaburzają je zmiany wieku rozpoczynania szkoły, różna długość nauki w liceach i technikach, migracje, powtarzanie klas oraz odsetek osób nieprzystępujących do matury. Mimo tego zależność jest wyraźna. Po kumulacji roczników nastąpi gwałtowny spadek, a w dalszej perspektywie jeszcze głębsze osunięcie wynikające z liczby dzieci urodzonych po 2017 roku.
Przyszli kandydaci na studia z lat trzydziestych już się urodzili. Nie jest to prognoza pogody ani wariant zależny od przyszłej polityki rodzinnej. Ich po prostu jest coraz mniej. Dzisiejszy wzrost liczby studentów może więc usypiać czujność, lecz nie odwołuje matematyki. Status quo dotyczące liczby uczelni, wydziałów i pracowników naukowych jest w najbliższym czasie nie do utrzymania.
Kiedy dydaktyka stanie się sprawą płacową
Właśnie dlatego oddanie rynku studiów podyplomowych było tak krótkowzroczne. Kształcenie ustawiczne mogło stać się demograficzną polisą ubezpieczeniową uczelni. Gdy maleje liczba dziewiętnastolatków, nie musi w takim samym tempie maleć zapotrzebowanie na edukację trzydziesto-, czterdziesto- i pięćdziesięciolatków. Ludzie zmieniają zawody, uzupełniają kwalifikacje i wracają do nauki. Trzeba im jednak zaproponować coś więcej niż tradycyjny plan zajęć przeniesiony na weekend albo zestaw slajdów zakończony automatycznym testem.
Uczelnie publiczne mogły budować rozpoznawalne programy podyplomowe, rozwijać kształcenie drugiego stopnia, oferować krótsze formy potwierdzające konkretne kompetencje, uznawać wcześniejsze efekty uczenia się i współpracować z pracodawcami. Zamiast tego pozwoliły, aby znaczną część rynku zagospodarowały podmioty konkurujące łatwością, ceną oraz szybkością uzyskania papieru. W ten sposób nie tylko utraciły przyszłych słuchaczy, ale pomogły obniżyć społeczną wartość samego studiowania.
Nie wystarczy powiedzieć, że brakujących Polaków zastąpią cudzoziemcy. Polska może i powinna przyciągać studentów zagranicznych, ale nie jest to działanie polegające na wpisaniu odpowiedniej liczby do arkusza kalkulacyjnego. Potrzebne są dobre programy w językach obcych, sprawna obsługa, integracja, uczciwa rekrutacja oraz perspektywa pozostania w kraju po studiach. Student zagraniczny nie jest demograficznym wypełniaczem pustego krzesła.
Nie wolno też zapominać o geografii. Niż nie uderzy wszystkich jednakowo. Najsilniejsze uczelnie w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu czy Gdańsku zapewne nadal zgromadzą kandydatów, wysysając ich z mniejszych ośrodków. Za kilka lat pytanie nie będzie więc dotyczyło jedynie tego, ilu pracowników trzeba zwolnić. Trzeba będzie zdecydować, które publiczne uczelnie połączyć, przekształcić w filie, gruntownie przeprofilować, a które zamknąć. Utrzymywanie instytucji bez studentów nie jest polityką regionalną. Jest kosztowną inscenizacją szkolnictwa wyższego.
Wtedy dydaktyka nagle przestanie być tematem drugorzędnym. Niedobór godzin oznacza bowiem problemy z wykonaniem pensum, a brak pensum – pytania o sens utrzymywania kolejnych etatów badawczo-dydaktycznych. Jakość kształcenia stanie się wreszcie przedmiotem gorącej akademickiej dyskusji, ponieważ zamieni się w sprawę pieniędzy i zatrudnienia.
Pompujemy balon, który zaraz pęknie
Demografia nie stawia więc przed nami jedynie pytania o to, jak utrzymać dzisiejszą sieć uczelni. Stawia pytanie znacznie trudniejsze: czy dzisiejszą sieć w ogóle warto utrzymywać. Środowisko akademickie od lat pompuje balon. Z zewnątrz staje się on coraz okazalszy, choć w środku pozostaje niemal pusty. Problem z balonami polega jednak na tym, że nie można pompować ich bez końca. W ostatnich latach, kiedy już należałoby brać się za gruntowną reformę polskiego świata akademickiego, uczelnie nadal skupiają się na pozorach: zmianach szyldów i promocji wizerunku. I tak szkoły wyższe zostają akademiami, akademie pragną zostać uniwersytetami, a uniwersytety mnożą przymiotniki mające świadczyć o ich wyjątkowości. Malowanie trawy trwa w najlepsze. Tyle że od bardziej dostojnej tabliczki na elewacji nie przybywa ani jakości badań, ani wartości kształcenia.
Potrzebujemy koncentracji potencjału badawczego w ograniczonej liczbie rzeczywiście silnych uczelni badawczych, prowadzących naukę i oparte na niej kształcenie akademickie. Obok nich powinny funkcjonować dobre wyższe szkoły zawodowe. Nie jako uczelnie drugiej kategorii, które z zazdrością czekają na awans w hierarchii nazw, lecz jako instytucje realizujące inną i potrzebną misję.
Coraz więcej zawodów wymaga dziś gruntownego przygotowania. Jednak nie każde takie przygotowanie musi być akademickie. Przyszły specjalista potrzebuje szerokiej i głębokiej wiedzy zawodowej, kontaktu z nowoczesną techniką oraz praktykami, którzy naprawdę znają wykonywaną profesję. Nie zawsze potrzebuje otoczenia złożonego głównie z naukowców rozliczanych z publikacji, dla których dydaktyka zawodowa pozostaje zajęciem ubocznym. W części kierunków dobry specjalista-praktyk może być dla studenta znacznie cenniejszy niż badacz z imponującym indeksem Hirscha, ale niewielkim pojęciem o realiach zawodu.
W dobie sztucznej inteligencji, rosnącej specjalizacji i coraz kosztowniejszych badań nie stać nas na udawanie, że każda uczelnia może być uniwersytetem badawczym. Koncentracja potencjału nie oznacza zmierzchu uniwersytetu. Może być ostatnią szansą na jego uratowanie. Ośli upór, aby zachować wszystko – każdą jednostkę, każde uprawnienie, każdy etat i każdy napompowany szyld – zapewne pozwoli jeszcze długo utrzymać na elewacjach uniwersyteckie tabliczki. Właśnie to może jednak oznaczać prawdziwy zmierzch uniwersytetu.
Byłoby dobrze, gdyby środowisko rozpoczęło tę rozmowę wcześniej. Nie po to, aby za wszelką cenę zachować każdą jednostkę i każdy etat, lecz aby przywrócić studiom realną wartość. Uczelnia nie istnieje przecież dlatego, że zatrudnia naukowców. Uczelnia akademicka istnieje po to, by dobrze kształcić, i dlatego zatrudnia uczonych, którzy dzięki badaniom pozostają na froncie naukowego poznawania świata. Jeżeli akademia przypomni sobie o tej kolejności dopiero wtedy, gdy zabraknie studentów, może się okazać, że obudziła się nie tylko za późno, ale również bez publiczności.
dr inż. Łukasz Wolański
Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego
Dlatego właśnie coraz powszechniejsze (przynajmniej na mojej uczelni) staje się zjawisko posiadania przez pracowników uczelni (szczególnie audiunktów i asystentów) drugiej pracy poza uczelnią (jak to się mówi ,,w przemyśle"). Z kim bym nie rozmawiał wszyscy mówią jasno: ,,jak tu mnie już zwolnią z powodu braku godzin to mam miękkie lądowanie w drugiej pracy". Czy to dobrze dla pracy naukowej i dydaktycznej - oceńcie sami.
Przecież to chyba właśnie o to chodzi rządzącym żeby zbyt wykształcony student nie kończył uczelni,a już na pewno żeby potrafił samodzielnie i logicznie konstruować myśli i wyrażać w jasny sposób własne zdanie,no jeszcze by tego brakowało ,te co w większości zasiadają w sejmie takie akuratne takie nie za mądre ,takie plastyczne i bezpłciowe ,szkoda gadać,nie ma sensu ,trzeba iść do roboty na popołudnie,fizycznej bo na studia się nie poszło bo trzeba było iść do roboty żeby móc mieć jakieś siano na własne potrzeby,studia w większości są dla elyt następnych namaszczonych przez urzędujących ,po studiach fakultetach i z takim w przeważającej części ogromem wiedzy,że człowiek na sam widok pokornieje kiedy uzmysłowi sobie własną niewiedzy na tle wszelakich wykształconych ,głównie z szeroko rozumianej koalicji lewicowej ,to musi być męczące być takimi wybitnymi tuzami elokwencji ?jak państwo myślą ?pozdrawiam uczciwy fizyczny,składnię czasem poprawnie liryczny ,przede wszystkim z własnym zdaniem,dla elit koalicji co najmniej śmieszny i komiczny,na każdym kroku pokazują własną wyzszosc względem zwykłych obywateli,ostatnio taki jeden pajac taksówkarza chciał licencji pozbawiać ,ja bym wydupcyl przez uchylone okno ,na miejscu tego chłopaka ,na pohybel powcom,pustym pysznym owcom
Tak zawsze było. Aby ludzie nie zorientowali się jak są okradani przez polityków jak robią przekręty w sposób prawny formalny. A wszystko w Polsce zaczyna się od samorządów kończąc na rzadzie. Żeby spławić lub okłamać lub jakiś kit wcisnąć. I tak uważają społeczeństwo za idiotow bo robią sobie przekręty i wiedzą że nie ma żadnej odpowiedzialności prawnej bo wiedzą jak działa prawo i mają swoich prawników oraz jak działają kontrole.. Kto wybiera sędziów i prokuratorów oraz urzędników ten jest niewinny również za łapówki. Jak masz kasę to możesz w Polsce kupić każdego. Tutaj chodzi o to że są rosyjskie nawyki że urzędnik jest wazniejszy od petenta i ze ma władzę. Taki petenet jest traktowany jak zło konieczne i idiota.. Pójdź do jakiegokolwiek urzędu sprawdź jak są życzliwi i pomocni . Może podpowiedza jak załatwić sprawę formalnie a jak zaczniesz ich pytać formalnie prawnie więcej rzeczy nie mają o niczym pojęcia zwłaszcza na prowincji. Zrobią duże oczy, bardzo dobrze zorganizowane miejsce zbrodni. Potem tacy ludzie myślą że jak ktoś się wypowiada językiem patetycznym to jest mądry. Raczej ma pustkę w głowie. Te same sztuczki retoryczne wykorzystują prawnicy oraz księża i politycy. Pogladajcie Dodę na yt jak zaorala urzędników na pipidowie co robili przekręty z dzierżawą ziemi na schroniska dla zwierząt co nagrała z ukrytej kamery w samorządzie albo znajdziecie spotkanie księdza z ludźmi z osiedla mieszkaniowego w Poznaniu co uciszał ludzi po tym jak sprzedali ziemię za pół biliona deweloperowi. Na ustach Bóg w głowie pusto i liczy się kasa. Gdzie potem policja i ksiądz ich potraktowali jak karaluchów, dziki Wschód w Polsce w skansenie komuny i ciemnogrodzie katolickim. Takie są standardy etyczne i moralne w Polsce. Na ustach patetyczne slowa o wartościach a kradnie się równo lub robi przekręty oraz kłamie bezczelnie. Tak samo wykorzystuję się autorytety naukowe profesorów w telewizji do urabiania opinii publicznej. Stare ruskie numery. Nic nowego.
@Fghh
Dosyć pesymistyczna diagnoza.
Załóżmy, że wiernie oddaje sytuacje. Czy da się to zmienić? Poprawić?
Cyt."Nie brakuje naukowców, którzy na ten obowiązek pomstują. Chcieliby badać, a zajęcia traktują jak uciążliwą daninę składaną na rzecz studentów. Tymczasem powiązanie zatrudnienia badawczo-dydaktycznego z dydaktyką jest wbrew pozorom jednym z rozsądniejszych elementów systemu. "
Kiedyś w szkole podstawowej, w podręczniku do biologii natknąłem się na zadanie o takiej mniej więcej treści: "Krowa zjadła trawę, potem wydojono z niej mleko. Dziewczynka napiła się mleka, a potem tę dziewczynkę ugryzł komar. Czy można powiedzieć, że ten komar pożywił się dzięki krowie?".
Panie Autorze, powiązanie tego komara z tą krową jest NA PEWNO większe, niż powiązanie zatrudnienia badawczo-dydaktycznego z dydaktyką w moim przypadku.
Cyt."Uczelnia nie jest instytutem badawczym ani akademią nauk. Jest miejscem kształcenia, w którym prowadzi się badania między innymi po to, aby uczyć na możliwie wysokim poziomie, wprowadzać studentów do żywej nauki, a nie tylko przekazywać im treści z podręcznika."
Mhm... taaak, tak, tak, tak, baaardzo pięknie, très bien, sehr gut. Tyle, że kiedyś wprowadzałem studentów do żywej nauki, i owszem, patrzyli na to z zainteresowaniem, natomiast dzisiaj... hmmm... podejrzewam, że mógłbym zostać WYPROWADZONY z uczelni, no może nie w kajdankach, ale za to z wypowiedzeniem umowy o pracę.
Pan sobie ŻYJE MRZONKAMI, i wręcz ZDUMIEWAJĄCE jest to, że jakoś do tej pory Pan tego nie zauważył. Szkoda. Takimi samymi mrzonkami żyją moi znajomi, należący do tej części społeczeństwa, która składa się z przeciętnych Iksińskich tj. nie mających nic wspólnego z branżą akademicką. Oni mają JAKIEŚ tam sobie wyobrażenie, że na uczelni pracują wykładowcy, oni prowadzą wykłady inni prowadzą ćwiczenia i jest OK. Tam są jakieś laboratoria, ci naukowcy coś tam robią i.... TYLE.
Pan(i) X. jest fizykiem, czy matematykiem i prowadzi zajęcia z przedmiotów informatycznych? SUPER! No to przecież te komputery na pewno wszystko policzą - tak rozumuje Iksiński i nie tylko on. Nieważne, czy Pan(i) X. to lubi, czy nie, i nawet nieważne, że nie uczy programowania, co JESZCZE BYĆ MOŻE by mu pomogło w badaniach, ale prowadzi zajęcia z Inżynierii Oprogramowania lub Wzorców Projektowych, czy Testowania Oprogramowania itp. itp. - bo tego ani Iksiński, ani jakiś ważny prof. dr hab. zasiadający w jakimś gremium, czy Komisji, czy też minister, nawet nie jest ŚWIADOM.
NAJGORSZE, że takimi mrzonkami żyją też (przynajmniej takie wrażenie sprawiają) ci, którzy podejmują DECYZJE o tym, JAK ma funkcjonować ten system.
Profesura z chemii nie pomogła panu Handkemu, ani profesura z nauk technicznych nie pomogła jego następcy, panu Wittbrodtowi, ani też doktorat z matematyki nie pomógł pani Łybackiej, żeby zrozumieli, CZYM będzie skutkować zepchnięcie na margines, nauczania przedmiotów ścisłych w szkole. Nie, nic to nie dało.
Założę się z państwem o czapkę śliwek ,że ja osoba ficzyna po liceum(kiblowałem jeden rok z czterech przedmiotów) nie mająca żadnego wykształcenia ,aczkolwiek lubię kwiaty ,jestem w stanie założyć się z każdym profesorem doktorem nauk botanicznych ,że przed całym gremium szanownych studentów lub też owych doktorów czy naukowców którzy na waszej uczelni wykładają,potrafiłbym zagiąć jak to się fachowo mówi potocznym językiem młodzieżowym,Michał pracownik fizyczny za najniższą krajową dla ścisłości :)
Szanowny Panie,
Tak, z całą pewnością by tak się sie stało. Jednak zapewniam Pana, że jeśli w tym gronie profesorów siedzieli by realni fachowcy (a taxi też się zdarzają), to zajęło by Pana w wielu aspektach. Oczywiście wiem o czym Pan pisze- doświadczenie, wiedzą praktyczna. Widzi Pan, jestem lekarzem weterynarii, leczącym zwierzęta gospodarskie. Jestem też doktorem habilitowanym co oczywiście specjalnie Minnie pomaga w praktyce ale też i nie przeszkadza. I jednak praktycy hodowcy z wieloletnim doświadczeniem chętnie korzystają z mojej pomocy i liczą się z moim zdaniem. A czasem widzę jak popełniają podstawowe błędy, p których nosie od lat do swoich studentów. Myślę że w.sqiexe gruszek jest podobnie. Dodam.ze.zawsze.z uwaga wysłuchuje zdania doświadczonych hodowców. Tu nie chodzi o zaginanie tylko wzajemne wykorzystanie najnowszej wiedzy oraz doświadczenia praktyka. Z pozdrowieniami
Jak na razie nie napisałeś nawet w jakim temacie byś zaginał tych profesorów. Bo botanika to nie kilka kwiotków, tylko wielki dział nauki.
Niestety ja nie stanę, bo kwiotki mnie zupełnie nie interesują i nie zainteresują. Ale mimo to niech się botanika w kraju się rozwija, choć znając tutejsze warunki marne na to szanse.
Co zrobić z nadmiarem profesorów doktorów magistrów i iinnych aspirujących do pozycji bycia mistrzami ? Oczywiście w siniak kamasz ich wziąć. Przedzierając się przez krzaki z Bronią i zagryzajac grochówka czynili by przykład dla młodzieży jak spełniać obywatelski obowiązek obrony Ojczyzny lub jak z honorem na dnie leć w imię miłości do naszego Swiętego Kraju. Nie wszyscy jednak powinni doświadczyć tego zaszczytu. Politycy zasiadający na uczelniach we władzach mogliby stanowić nowy trzon policji politycznej dbającej o morale narodu i jego trzeźwość. Każdy rektor powinien zostać najwyższym oficerem tej nowoformowanej formacji. Jako że pokładamy wiarę w ideologiczne kompetencje rektorów czasami mogliby próbować tego co zakazane jest dla narodu i z czym mają walczyć. Dlatego wódka spirytus i ewentualnie denaturat powinny stanowić istotny wydatek budżetu nowych formacji.
„Co zrobić z nadmiarem profesorów, doktorów, magistrów i innych aspirujących do pozycji bycia mistrzami?”
Dostrzegam w tym problem, gdy na prestiżowej uczelni przedmioty wprowadzające prowadzą emeryci 70+, 80+. Czyżby kryzys kadry był tak głęboki, że nie ma doktorantów? Te przedmioty z powodzeniem mogą prowadzić studenci ostatnich lat.
Optymalnym rozwiązaniem jest postawienie w każdym miejscu zajmowanym przez emeryta-seniora „marmurowego pomnika”. Nie sprawi to żadnej różnicy pomiędzy stanem faktycznym teraz i w przyszłości za n-lat.
Zgadzam się z podanymi tezami autora. Dydaktyka na uczelniach , opracowywanie dobrych podręczników dla dydaktyki, dobre oceny dla ludzi którzy realizują dobra dydaktykę to chyba orzeszlosc dla oceny funkcjonowania uczelni. Szalejąca punktoza zatopiła dobra dydaktykę. A wielka szkoda. Odbudowanie poziomu dobrej dydaktykę potrwa latami. A może się już nie wydarzy. Pozdrawiam.
Panu doktorowi Wolańskiemu gratuluję tekstu. Nie chodzi w nim o to, by się czepiać szczegółów, ale o jego istotę. Rolą Uczelni, zgodnie z nazwą, powinno być uczenie na jak najwyższym poziomie: rozumienia świata, umiejętności zadawania pytań i szukania odpowiedzi na te pytania, krytycznego myślenia, merytorycznej dyskusji i jeszcze paru innych rzeczy, które powinny cechować człowieka z wyższym wykształceniem. Prowadzona przez pracowników naukowo-dydaktycznych nauka powinna wspomagać ten proces uczenia, by było to uczenie oparte na najnowszych osiągnięciach - w tym osobistych, wtedy jest się bardziej wiarygodnym w tym czego się uczy. Ale nauka nie powinna przesłaniać nauczycielowi akademickiemu dydaktyki. Dlatego tę dyskusję uważam za ważną. Natomiast odrębne słowa kieruję do "Profesora Nie PAN" oraz osób podobnie myślących. Jeśli ktoś ocenia publikacje naukowe po wydawnictwie, a nie po ich treści, to nie powinien być profesorem. Czy w MDPI są gnioty? Są. Czy w innych tak zwanych renomowanych czasopismach są gnioty? Oczywiście, że też są. Ale nikt nie ma prawa z góry uznawać artykułu za gniot tylko dlatego, że jest w MDPI czy w innym wydawnictwie. Takie podejście jest szczególnie groźne dla wielu osób, które tego typu profesura ocenia. To, że proces wydawniczy w MDPI jest sprawniejszy niż w innych wydawnictwach nie oznacza gorszej jakości. Sam recenzowałem prace dla MDPI i były to prace zarówno takie, które uznałem za wartościowe i takie, które oceniłem negatywnie. Natomiast szybki proces wydawniczy wnika z zaawansowania technologicznego tego wydawnictwa i przejrzystości całej procedury wydawniczej. Dlatego oceniając jakąkolwiek pracę należy włączyć krytyczne myślenie, czego powinna uczyć nowoczesna uczelnia wyższa.
Jak to się ma do powszechnej praktyki/procederu stosowania w ocenie okresowej pracowników arbitralnej punktacji czasopism, zamiast kryterium merytorycznego?
A kto by sobie takimi sprawami, co będzie i kto i co, i tym głowę zawracał. Ważne co dziś i by była kasa, a co jutro, to niech się głupi martwią i głowę sobie zaśmiecają, co będzie. A co będzie, to wiadomo dziś, najważniejsze jest by było kogo uczyć o siamtym owamtym i o zaletach Maryni jak ona wywija i to jest najważniejsze. Filmik głupi, głupotę palnąć, dziś w cenie, a nie nauka, nowe technologie i poznawanie praw, no nie. Tylko nawiedzeni tym się zajmują. Inni mają to w nosie, byle micha i coś do przepicia. No i towarzystwo wzajemnej adoracji, parady rektorów, dziekanów, dyrektorów, kierowników by gawiedź widziała ich i klaskała, tak jak młodzi klaskali i dziękowali pryncypałowi, że im PIT z podatkiem zerowym zabiorą. Studenci jak donoszą media, to dziś są na poziomie 10-latka, a spada. „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”
"W 2026 i 2027 roku należało czasowo zwiększyć nabór na oblegane i potrzebne kierunki, wykorzystując te roczniki jako pomost przed nadchodzącym niżem" - koncepcja świetna, ale pod warunkiem sensownego finansowania. Obecnie zwiększenie obciążenia prowadzi jedynie do powstania nędznie płatnych godzin ponadwymiarowych, których nikt nie chce brać, bo stawki są kilka razy niższe niż za komercyjne korepetycje. Autor jest z CeNT UW, czyli jednostki mającej znikomy kontakt z dydaktyką i funkcjonującej właśnie jak dziwaczny czysto badawczy instytut w strukturach uczelni, stąd jak przypuszczam małe jego rozeznanie w faktycznych problemach jednostek prowadzących dydaktykę, szczególnie tych, gdzie dysproporcje pomiędzy ofertą płacową uczelni a ofertą płacową biznesu osiągnęły rozmiary monstrualne. W tych "chodliwych" kierunkach studiów już nie ma kim prowadzić kompetentnej dydaktyki. Zapaść kadrowa wystąpi szybciej niż zapaść demograficzna kandydatów na studentów, bo kwalifikowana kadra dochodzi do wieku emerytalnego.
Kwalifikowana kadra w znaczącej części wiek emerytalny już dawno temu przekroczyła ale jest jeszcze na uczelniach siłą rozpędu - bo dla uczelni lepszy dziadek do prowadzenia zajęć niż nikt a dla dziadka lepiej uczyć studentów niż hodować gołębie a dodatek do emerytury też się przyda. Do czasu, z biologią jeszcze nikt nie wygrał.
Czyli, dla starszych skałą tarpejska? A młody sobie poradzi? Nie ma dydaktyki bez mistrza , pycha adeptów tego nie zmieni
Przykro mi ale tak wymyślił Pan Bóg (natura dla ateistów). Max Planck zauważył, że przeciwnicy raczkującej fizyki kwantowej poumierali jako przeciwnicy fizyki kwantowej, kiedy była uznaną gałęzią nauki, i z tego wywnioskował, że postęp nauki istnieje tylko ze względu na ludzką śmiertelność.
Jeśli w Polsce wszyscy maturzyści mają skończyć studia i dostać dyplom, a taki jest niezmiennie plan Partii (każdej z tych co dotąd rządziły od 1990 - to są mentalnie klony PZPR) to mniej popularne kierunki siłą rzeczy muszą schodzić do poziomu szkoły zawodowej. Dlatego mamy subwencję pogłówną, żeby każdy wójt i sołtys mógł sobie na koszt państwa (podatników) założyć swój Uniwersytet ;-)
Piszący ten artykuł nie dodał (zapomniał?), jaka to "przyjemność" prowadzić zajęcia z dzieciątkami-studenciątkami, z których co piąty ma poziom 10-latka (wg "Przekroju" i "The Economist"), a które mają do dyspozycji "kij" w postaci możliwości "obsmarowania" wykładowcy, czy ćwiczeniowca, w tzw. ankietach. A wystarczy negatywna ocena z choćby tylko działalności dydaktycznej, żeby negatywnie ocenić CAŁOŚĆ działalności danego pracownika. Zaś dwie negatywne oceny całości działalności wystarczają do zwolnienia delikwenta z uczelni.
Tak to jest, szanowny Panie dr inżynierze, Autorze tego artykułu. Pisze Pan też m.in." Można odnieść wrażenie, że dydaktyka interesuje środowisko głównie wtedy, gdy trzeba rozdzielić pensum albo znaleźć godziny brakujące do utrzymania etatu."
I DALEJ
cyt."[...]Trudno przekonywać, że nauczanie jest równoprawną misją uczelni, jeżeli ścieżkę dydaktyczną traktuje się jak plan awaryjny po wykolejeniu kariery naukowej."
Powtórzę zatem to, co napisałem poprzednio, choć innymi słowami: trudno jest W OGÓLE mówić o sensowności nauczania, jako równoprawnej misji uczelni, jeśli nauczane przedmioty mają się NIJAK do działalności naukowo-badawczej. Połączenie wymogu pensum z OBECNYMI realiami, które dyktują kto prowadzi zajęcia z jakiego przedmiotu, jest wręcz TOKSYCZNE.
Każda negatywna opinia o człowieku mająca wpływ na jego zatrudnienie jest przestępstwem.
Jeśli uczelnia tylko na podstawie ankiet studenckich ocenia przydatność dydaktyczną pracownika, to mamy przy tym możliwe podżeganie do popełnienia przestępstwa przez uczelnie.
PaKA nie powinna mieć dostępu do ankiet studenckich, bo czemu by to miało służyć, wyciąganiu jakiś negatywnych wniosków o procesie dydaktycznym, czyli ewentualne pomówienia nabierałyby rzeczywiste konsekwencje pośrednie dla pracownika skoro mają wpływ na ocenę procesu dydaktycznego na uczelni/wydziale.
Pracownik ma tylko możliwość obrony na drodze sądowej, ale dostęp do świadków ma prawie niemożliwy ze względu na RODO.
Nie można oceniać niczyjej pracy na podstawie opinii, a tym bardziej anonimowej opinii (przypuszczam, ze chodzi o anonimowe ankiety, które nie gwarantują tego, że wypełniający je piszą prawdę), ponieważ anonimowość oskarżenia uniemożliwia ocenianemu obronę. Każdą uczelnię, która przyjmuje taką nienaukową i bezprawną zasadę działania należałoby zamknąć.
Anonimowe ankiety są pożywką wykorzystywaną przez patologie uczelniane, które stosują prostą manipulację, zasiewając w studentach wątpliwości pod adresem dobrego dydaktyka („czy tłumaczył np. to, co jest poza zakresem jego przedmiotu?” – zakres, z którym siejący dezinformację sobie nie radzi) po to, aby zakamuflować własne braki i marne kwalifikacje. Studenci, nie dostrzegając manipulacji, dezinformację traktują jak prawdę objawioną, piszą agresywne głupoty na temat dobrego dydaktyka, co wystarczy, aby go pogrążyć. Młodzi po doktoracie nie wytrzymują takiej presji i mobbingu; pozostają emeryci – starzy manipulatorzy, którzy gwiazdorzenie, mobbing i opowiadanie bajek doprowadzili do perfekcji.
I bardzo dobrze. Wiele lat temu na chamów i mobberów nie było żadnego kija, więc robili co chcieli odreagowując kompleksy na studentach. Teraz można ich wreszcie pogonić z uczelni. Tak samo jak osoby notorycznie odwolujące zajęcia lub bez jakiegokolwiek talentu dydaktycznego.
Nie każdy może i powinien być nauczycielem akademickim.
Słabe. Akurat nie mam problemów z negatywnymi ocenami od studentów. Jednak co do zasady pceny negatywne zwykle (nie zawsze) pochodzą od miernot. Ich anonimowość, powoduje poczucie bezkarności. Dokładnie tak jak z hejtem w sieci. Są lepsze metody na chamow i mobberow i ich weryfikację. Nich student, jako dorosły człowiek pisze swoje opinie pod nazwiskiem. Ono nie musi być znane nauczycielowi, którego dotyczy . Jedynie tym, którzy oceniają ankiety a ich powinna obowiązywać tajemnica. Niech mają jednak prawo przesłuchać zarówno wykładowcę jak o studenta. Jeśli ktoś jest idiota to ciężko mu zaakceptować ten fakt co naturalne. Więc nawet podświadomie będzie próbował zrzucić odpowiedzialność za niepowodzenia na innych. Obawiam się że w równym stopniu co wśród wykładowców mozna spotkać chamow i mobblerow wsrod studentów.
"Chamów i mobberów" oczywiście należy zastąpić dobrymi, wymagającymi nauczycielami, ale poprzez anonimowe ankiety wymienimy ich raczej na lizusów, konformistów i tchórzy, po drodze ośmieszając uczelnię znacznie bardziej, niż na pierwszy rzut oka widać. Cel zacny, ale metoda niewłaściwa i nieskuteczna.
Studenci mogliby wybierać najlepszych ich zdaniem nauczycieli w ankietach, ale wtedy ci wybrani przez nich nauczyciele nie mogliby ich egzaminować - egzaminatorzy musieliby być od takiej oceny niezależni: kto inny prowadzi wykład, kto inny egzaminuje.
Jeśli coś jest nie tak z nauczycielem, każdy student, a także samorząd studencki ma prawo poskarżyć się dziekanowi, a ten ma obowiązek odpowiednio zareagować i najlepiej przy tym pozostać i z tego korzystać.
Bez odrobiny odwagi niczego dobrego na tym świecie nie da się osiągnąć.
Owszem, zdarzają się, jak to Pan(i) napisał(a), "chamy i mobberzy". Tyle, że KAŻDA osoba wypowiadająca się w ankietach, powinna sobie zdawać sprawę, iż w razie podania przez nią danych nieprawdziwych, które są krzywdzące dla ocenianego prowadzącego zajęcia, może naruszyć jego dobra osobiste.
A gdyby tak kursanci oceniali egzaminatorów na prawo jazdy?
A gdyby tak oskarżeni oceniali sędziów i prokuratorów z możliwością ich odwołania?
Gdzie tu sens? Gdzie tu logika?
Z pewnością nie na zdaje się chorych już umysłowo uczelniach polskich.
Wtedy będą same laurki, zamiast rzetelnej oceny. Bez zapewnienia anonimowości, taka ankieta nie ma sensu, studenci się będą bali rewanżu że strony uczelni.
Ja bym się tych ocen nie obawiał. Jeśli nauczyciela obsmarują 1-2 osoby na roku- to one mają problem. Ale jeśli 90% roku daje ocenę negatywną, z konkretnymi zarzutami, albo wręcz wulgarnymi epitetami- to problem jest z tym nauczycielem.
"Jeśli nauczyciela obsmarują 1-2 osoby na roku- to one mają problem. "
No, wtedy to mogą mieć problem co najwyżej ZE SOBĄ. Natomiast, żadnych konsekwencji prawnych nie ponoszą.
Zwykle w grupie studentów mamy około 10% tych, którzy się faktycznie przykładają i dla których warto pracować, a reszta to zwykle ci, którzy chcą jedynie łatwo uzyskać zaliczenie i to na jak najlepszą ocenę.
Uczelnia dostaje subwencje od głowy studenta i łatwiej zrezygnuje z wymagającego nauczyciela niż z nieuka - studenta.
Ot, rachunek ekonomiczny.
Może zamknijmy uczelnie i niech się ludzie uczą z YouTube?
Obawiam się, że nikt rozsądny niedługo nie będzie chciał być nauczycielem w Polsce, co niewiele zmieni, pójdziemy pewnie na wojnę o nic i zginiemy, i nikt po nas płakać nie będzie ;-)
Zwykle w grupie dydaktyków mamy około 10% tych, którzy się faktycznie przykładają, coś reprezentują, reszta to zwykle gwiazdorzy, którzy opanowali sztukę opowiadania bajek, chcą jedynie łatwo wyrobić pensum, dostać niewspółmierne pieniądze najmniejszym wysiłkiem.
Uczelnia dostaje subwencje od głowy studenta i łatwiej zrezygnuje z wymagającego nauczyciela na rzecz ustawionego towarzysko gwiazdora emeryta.
Ot, rachunek ekonomiczny.
Może zamknijmy uczelnie i niech się ludzie uczą z YouTube?
Obawiam się, że nikt rozsądny niedługo nie będzie chciał być nauczycielem poza emerytami, którzy nic nie muszą, nie podlegają ocenie, wyciągają nieproporcjonalną kasę z budżetu uczelni, którego nie ma.
Tekstu wprowadzonego powyżej: "04.09.2026 08:49" nie napisałem!!!
Macie włamanie do systemu? Tekst podobny do mojego, ale nie w moim stylu.
Nie żartuj, dziadkowi trzeba zapłacić pensję profesorską za 180 godzin pracy. Za te pensje zatrudnia się dwóch "asystentów dydaktycznych" i już jest 2x360 godzin wyrobionych, a jakie oszczędności...
Jak się tych asystentów znajdzie. W archeologii pewnie to nie jest problem, bo alternatywną opcją jest śmierć głodowa, ale już w informatyce...
A kto powiedział, że informatyki muszą uczyć dyplomowani informatycy? Praktycznie nigdzie tak nie jest. Informatyki uczą fizycy, matematycy, cybernetycy itd. A ich zawsze jest pod dostatkiem. Tj. teoretyków, którzy poza uczelnią nie mają szans na jakąkolwiek pracę
Jest to pewien pomysł. Dotąd naiwnie myślałem, że informatyki powinni uczyć ci, którzy informatykę znają. Znowu wyszło, że myślę schematycznie.
Państwo rektorzy już szykują lub niebawem zaczną szykować swoje przemówienia na inaugurację kolejnego roku akademickiego. I popłyną słowa, że jak ważne jest kształcenie, ojej, jak ważna jest wiedza, jak ważna jest relacja "mistrz-uczeń" itp. Próbuję sobie wyobrazić tę relację "mistrz-uczeń" na przykładzie tych kierunków studiów, np. jaki jest uczeń, który studiuje na kierunku "hotelarstwo", a jaki jest mistrz, który go tam, uczy i w ogóle, jaka jest relacja pomiędzy nimi.
Ciekawe, czy Autor tego artykułu w ogóle wie, jak to jest, gdy jest się zmuszonym do prowadzenia zajęć z przedmiotów, które mają się do dziedziny naukowej prowadzącego je, jak przysłowiowy "piernik do wiatraka"...
To państwa rektorów nie obchodzi, podobnie jak państwa habilitowanych i prof. dr hab.-ów, członków senatu, czy Rad Wydziału. Oni sobie wejdą do auli, ucieszeni w tych swoich strojach, i będą mieli miny na twarzach, jakby chcieli powiedzieć, że te wszystkie cudaczne kierunki studiów są ok, i w ogóle ten (nie)porządek, który panuje, też jest ok.
Ograniczyłbym liczbę uczelni o połowę. W szczególności wyeliminować fabryki dyplomów. Część kierunków w szczególności wszystkie medyczne powinny być jakies ramy kształcenia standardy ( jak było przed reformą Gowina). Ograniczyć autonomię uczelni i możliwość tworzenia kierunków które de facto dają dyplom i bezrobocie absolwentom niedając żadnych kompetencji. Uczelnia dostaje kase za takie kierunki utrzymują pensum ludziom ale nic to nie daje ani studentom ani absolwentom
Jak ograniczyć? Odgórnie? Wg jakiego kryterium? A nawet jeśli, to wtedy polityk z małego miasteczka będzie mocno lobbował, żeby jego mini uni nie zostało filią większego uni. W jaki sposób ograniczyć możliwość tworzenia kierunków bez dawania kompetencji? Na jakiej podstawie? Kto to zdefiniuje? Jak PKA to zweryfikuje? To nie jest takie proste i niestety od trzydziestu lat nie widać dobrego pomysłu. Widocznie wybory kandydatów na studia muszą tym sterować i jest to widoczne.
Odpowiadam, notować: zrobic rzetelne, skalowanie i perspektywiczne badanie rynku pracy, stawiając pytanie: Kto i w jakiej ilości jest porządny przez rynek z jakim dyplomem i umiejętnościami. Zestawić zapotrzebowanie na chemików, inżynierów budownictwa, IT kontra filologowie, politolodzy, ekonomiści i historycy. Z otrzymanych wyników obwiescic, mimo wycia i tupania akademikó i katedr/instytutów d/s niepotrzebnych, że w roku X budżet państwa zapłaci za wykształcenie, strzelam: 2 archeologów. 15 po stosunkach międzynarodowych i 300 000 fizjoterapeutów czy 1200 specjalistów od IT. Odwiesić towarzystwu w wyciągniętych swetrach i wiedzy z własnej książki z przed 30 lat, że ich praca dydaktyczna nie wnosi wartości dodanej i pogonić. Brutalne? Owszem zapraszam do postawienia sie w roli absolwenta, który "przepalił" 5 lat życia zeby na koniec dojść do tego, ze jego praca nie miała wartości.
Ukasz, czyli kolejny mądry inaczej co myśli, że HS-y można zniszczyć, bo "rynek tak każe".
Bardzo prosto: największe subwencje dla tych, którzy uczą dobrze i najmniejsze dla tych, którzy powinni się w tym poprawić. Subwencja pogłówna to fatalny błąd, a to na co narzekamy, to oczywiste skutki tego błędu.
A po czym poznamy, że uczelnia uczy dobrze? Po absolwentach? Potem taki jeden z drugim z dyplomem świetnej uczelni prawnik czy historyk z doktoratem okazuje się, że nie zna podstaw swojej
Na początek, proponowałbym odejść od subwencji pogłównej, na rzecz projakościowej.
Dobrodziejstwo pensum to kwestia dyskusyjna i może jednak warto płacić za dydaktykę osobno? Lepiej przecież uczy, ktoś, kto może, niż ktoś, kto musi.
Projakościowej? Mierzonej w gniotach MDPI opłacanych w tysiącach CHF z naszych podatków?
Chodzi o subwencję na studenta i ta jest niestety pogłówna, a być nie powinna!
O dydaktyce dyskutujemy, a nie o IF czasopism rozmaitych.
W MDPI bardzo dużo prac publikowanych jest za 0 zł (nic nie kosztują podatnika) ... w odróżnieniu od innych wydawnictw...
A co Pan napisze na temat Szanowanego Wydawcy i Czasopisma pt.:
Science of the Total Environment ???
Zachęcam wszystkich wraz z Ministerstwem (w szczególności przed publikacją listy MNiSW) do poczytania losów tego czasopisma, co się z nim stało ! a jego WYDAWCA jest BARDZO SZANOWANY ?
Ile zapłacono z "kasy publicznej" za te artykuły w Science the Total Envirnoment ?
Jeszcze, pozwolę sobie dodać, Chemosphere i Environmental Science and Pollution Research.... Same "stare" czasopisma z tzw. renomowanych wydawnictw.
I can't wait tbh.
Studenci przyjeżdżający z innych krajów będę płacić za studia w Polsce?
Wszędzie na świecie tak jest, że jak się jedzie do innego kraju to się płaci za edukację i nie obciąża podatników kosztami kształcenia obcokrajowców.
Czy studenci z zagranicy będą płacić za studia na naszych uczelniach? czy zrekompensuje to koszty poniesione na ich edukację?
Kto umie przeczytać załączony wykres, to widzi że artykuł ten może i warto było napisać, ale za 10 lat.
Wreszcie ciekawy tekst. Oczywiście, że jest za dużo uczelni, szczególnie niepublicznych i takich o naprawdę kiepskiej jakości. Zdobywanie kategorii A czy A+ przy tak niskiej N to kolejny absurd. Tylko co teraz.. właśnie... nie gadać tylko robić! Likwidacja, konsolidacja, część pracowników na dydaktyków, a część na badaczy! Ograniczyć rozdawnictwo stopni i tytułów! I tu też zgoda, zwłaszcza w naukach społecznych.
Jakiekolwiek decyzyjne ciała zbiorowe w środowisku naukowym są bez sensu, bo jak naukowiec się odezwie, to już musi mówić przez 45 minut. Decyzje muszą być podejmowane jednoosobowo i najlepiej przez kogoś z zewnątrz.
Bardzo ważny problem dot. też w szczególności nauk społecznych i humanistycznych.
Niestety dyscyplin w tych dziedzinach na uczelniach publicznych jest zbyt dużo i utrzymywanie tylu pracowników∑ nie ma większego sensu.
Uczelnie powinny się obudzić, bo są pracownicy w ścieżce dydaktycznej - oni raczej stopni i tytułów już nie zrobią, są typowe lokomotywy naukowe ale to na wykresie "skrajności". co z całym środkiem, na bruk?