Argument finansowy jako uzasadnienie parametryzacji w obecnym kształcie systemu finansowania jest w dużej mierze fałszywy. Nie dlatego, że kategoria naukowa nie ma żadnego znaczenia. Dlatego, że mechanizm, który miałby przekładać tę kategorię na pieniądze, został przez samego prawodawcę skutecznie unieszkodliwiony – pisze dr hab. Zbigniew Bukowski z Wydziału Prawa i Ekonomii Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, przewodniczący Uniwersyteckiej Komisji Finansowej Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich.
Gdy w środowisku akademickim dyskutuje się o sensowności i wynikach najnowszej parametryzacji, jednym z argumentów pojawiających się najczęściej – obok podnoszenia prestiżu, porządkowania dyscyplin czy dyscyplinowania aktywności publikacyjnej – jest argument finansowy. Skoro kategoria naukowa przekłada się na wysokość subwencji, to inwestycja czasu i pracy w przygotowanie do ewaluacji ma się opłacić w twardej walucie. Ten argument brzmi rozsądnie, jest intuicyjny i pojawia się w wypowiedziach przedstawicieli uczelni, wydziałów, głosach pracowników uczelnianych, a wreszcie w publicystyce okołoakademickiej. Problem w tym, że przynajmniej w obecnym kształcie systemu finansowania jest on w dużej mierze fałszywy. Nie dlatego, że kategoria naukowa nie ma żadnego znaczenia. Dlatego, że mechanizm, który miałby przekładać tę kategorię na pieniądze, został przez samego prawodawcę skutecznie unieszkodliwiony.
Gdzie kategoria naprawdę wchodzi do algorytmu
Zacznijmy od tego, co w algorytmie subwencji rzeczywiście się znajduje. Składnik badawczy oblicza się na podstawie liczby pracowników prowadzących działalność naukową w dyscyplinie, w której uczelnia legitymuje się kategorią wyższą niż C, a liczbę tę mnoży się przez współczynnik kosztochłonności dyscypliny oraz przez współczynnik przypisany samej kategorii. Ten ostatni wynosi 1,75 dla kategorii A+, 1,25 – dla A, 1,00 – dla B+, 0,75 – dla B, natomiast kategoria C w tym składniku w ogóle się nie liczy, dyscyplina z kategorią C jest z niego wyłączona. To rzeczywiście różnica: dla dyscypliny, która traci jeden stopień kategorii, udział w tym jednym składniku algorytmu może spaść o kilkanaście a nawet kilkadziesiąt procent, a spadek do C oznacza wypadnięcie z tego składnika w całości.
Brzmi to poważnie, dopóki nie zapytamy, jaki jest udział samego składnika badawczego w całości subwencji. Bo o ile w retoryce materiałów, o których wyżej wspomniałem, mówi się często ogólnie o wynikach ewaluacji jako czynniku decydującym o finansowaniu, o tyle w praktyce składnik badawczy jest jednym z kilku członów wzoru – obok składnika studenckiego, kadrowego i umiędzynarodowienia – i to niekoniecznie tym największym. A nawet gdyby był największy, to i tak nie ma znaczenia, dopóki nie sprawdzimy, co się dzieje z wynikiem całego algorytmu, zanim trafi on na konto uczelni.
Tunel, który zjada wszystko
To jest właściwe sedno problemu. Otóż wynik obliczony według algorytmu – z całą swoją precyzją, ważeniem dyscyplin, kosztochłonnością i kategoriami naukowymi – nie trafia do uczelni wprost. Jest korygowany przez tzw. tunel finansowy, czyli administracyjnie ustalane co roku widełki, poza które faktyczna subwencja nie może wykroczyć, niezależnie od tego, co wyszło z algorytmu.
W 2025 roku tunel dla uczelni publicznych wynosił 100–105 proc. subwencji z roku poprzedniego. W 2026 r. dolna granica wynosiła 100 proc. dla uczelni uczestniczących w programie Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza i 98 proc. dla pozostałych uczelni akademickich i zawodowych. I tu pojawia się fakt, który powinien zmienić ton całej debaty o finansowym sensie parametryzacji: w praktyce większość uczelni w 2026 roku otrzymała subwencję właśnie w dolnej granicy tego tunelu, a po uwzględnieniu dodatkowych zwiększeń wyniosła ona dokładnie tyle samo, co rok wcześniej. Realny wzrost subwencji algorytmicznej dla większości uczelni wyniósł zero.
Innymi słowy, niezależnie od tego, czy dana uczelnia poprawiła kategorię w jednej, dwóch, czy pięciu dyscyplinach, niezależnie od tego, ile pracy włożyła w przygotowanie ewaluacyjnych sprawozdań, jeżeli wynik algorytmu i tak zostanie przycięty w przyszłym roku do granicy tunelu, to premia za lepszą kategorię nie zostanie uczelni wypłacona. Zostanie policzona, pojawi się w arkuszu kalkulacyjnym ministerstwa, a potem zniknie w korekcie, która ma zapewnić stabilność finansową systemu.
Trzeba przy tym pamiętać, że sama subwencja i tak w przeważającej mierze – rzędu 95 proc. – idzie na wynagrodzenia. Nawet ta niewielka nadwyżka, która teoretycznie mogłaby wynikać z lepszej kategorii, w praktyce nie staje się więc żadnym realnym zastrzykiem środków na rozwój badań, tylko – w tych rzadkich przypadkach, gdy w ogóle się przebije przez tunel – częścią budżetu płacowego.
Efekt histerezy, czyli parametryzacja z opóźnionym zapłonem
Do tego dochodzi jeszcze jeden mechanizm, rzadziej dostrzegany w publicznej dyskusji. Skoro znacząca część subwencji to w istocie przeniesienie kwoty z roku poprzedniego, skorygowane wyłącznie w wąskich granicach tunelu, to wyniki poprzedniej ewaluacji wciąż tkwią w podstawie naliczenia obecnej subwencji i będą w niej tkwić jeszcze długo po ogłoszeniu wyników kolejnej parametryzacji. Efekty finansowe najnowszej ewaluacji, obejmującej lata 2022–2025, zaczną się pojawiać dopiero w naliczeniu subwencji na 2027 r. i to znowu w granicach kolejnego, świeżo ustalonego tunelu. System jest więc skonstruowany tak, że nawet gdyby ktoś chciał wynagrodzić uczelnie za poprawę kategorii, mechanizm korygujący i tak nie pozwoli tej nagrody odczuć w skali, która uzasadniałaby retorykę o finansowym wymiarze parametryzacji.
Ile realnie daje awans z B+ na A?
Sprawdźmy to na konkretnym przypadku, korzystając z rzeczywistej siatki współczynników (1,75 – dla A+; 1,25 – dla A; 1,00 – dla B+; 0,75 – dla B; 0,00 – dla C). Awans jednej dyscypliny z B+ na A oznacza wzrost tego współczynnika z 1,00 do 1,25, realny, policzalny wzrost o 25 proc. To nie jest wielkość symboliczna. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy prześledzimy, co się z tą zmianą dzieje dalej, zanim dotrze do budżetu uczelni.
Po pierwsze, składnik badawczy nie jest kwotą przyznawaną wprost, tylko udziałem w z góry ustalonej puli środków, liczonym relatywnie do sumy analogicznych wskaźników wszystkich publicznych uczelni akademickich w kraju. To gra o sumie zerowej: 25-procentowy wzrost współczynnika dla jednej dyscypliny w jednej uczelni nieznacznie zwiększa jej udział w puli kosztem wszystkich pozostałych uczelni, a przy kilkudziesięciu uczelniach akademickich w systemie i setkach ewaluowanych dyscyplin skala tego przesunięcia liczy się w ułamkach promila całości.
Po drugie, dla uczelni prowadzącej działalność w kilkunastu czy kilkudziesięciu dyscyplinach jedna zmiana to jeden z wielu sumowanych elementów w ramach samego składnika badawczego, który sam jest tylko jednym z kilku członów całego wzoru obok składnika studenckiego, kadrowego, doktoranckiego i umiędzynarodowienia. Nawet realny, 25-procentowy wzrost jednego mnożnika w jednym z wielu sumowanych elementów jednego z kilku składników przekłada się na ułamek procenta całej subwencji.
Po trzecie wreszcie, nawet gdyby te dwa poziomy rozcieńczenia skumulowały się w wynik zauważalny na poziomie całego algorytmu, musiałby on jeszcze przebić się przez opisany wyżej tunel, którego szerokość – rzędu 2–5 punktów procentowych – z reguły przekracza to, co jedna dyscyplina jest w stanie wygenerować.
Wniosek jest w gruncie rzeczy prosty, choć rzadko wypowiadany wprost: dla typowej, wielodyscyplinowej uczelni nawet realny, 25-procentowy awans współczynnika jednej dyscypliny z B+ na A nie ma żadnego dającego się wskazać w złotówkach skutku budżetowego. Mógłby mieć znaczenie wyłącznie dla uczelni wąsko sprofilowanej, w której ta jedna dyscyplina stanowi istotną część całej masy badawczej, a i wtedy efekt ujawniłby się dopiero za rok lub dwa, uśredniony z pozostałymi zmianami i przycięty tunelem.
Więc po co w ogóle to robić?
Nie oznacza to, że kategoria naukowa jest bez znaczenia – jest, tylko nie tam, gdzie wskazuje na to potoczna narracja. Decyduje ona o uprawnieniach: o statusie uczelni akademickiej, o możliwości nadawania stopni naukowych, o prowadzeniu szkoły doktorskiej i studiów o profilu ogólnoakademickim bez zgody ministra, wreszcie o dostępie do odrębnie finansowanego programu Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza, który w odróżnieniu od zwykłego składnika badawczego rzeczywiście różnicuje strumienie pieniężne w sposób odczuwalny.
Kategoria naukowa działa więc dziś przede wszystkim jako instrument sankcyjny, a nie premiowy, i to sankcyjny w sensie ściśle uprawnieniowym, nie finansowym. Jej utrata odbiera prawo do prowadzenia studiów o profilu ogólnoakademickim w danej dyscyplinie, do nadawania stopni naukowych, do prowadzenia szkoły doktorskiej. Co znamienne, nawet ten ostatni skutek nie musi być dla budżetu uczelni niekorzystny: utrata prawa do prowadzenia szkoły doktorskiej oznacza wprawdzie zniknięcie składnika doktoranckiego z algorytmu, ale oznacza też koniec obowiązku wypłacania stypendiów doktoranckich, a te w wielu uczelniach kosztują więcej, niż składnik doktorancki w ogóle „zarabia” w samym wzorze. Poprawa kategorii naukowej, przeciwnie, nie daje niemal nic wymiernego finansowo, dopóki nie przełoży się na zmianę formalnego statusu uczelni.
Wniosek, którego brakuje w debacie
Skoro więc w licznych wypowiedziach i materiałach dotyczących przeprowadzonej ewaluacji podnoszono argument finansowy, że lepsza kategoria oznacza wyższą subwencję, to warto ten argument zweryfikować wobec konstrukcji samego mechanizmu podziału środków. Ustawodawca w art. 368 ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce nakazuje ustalać wysokość subwencji według algorytmu o deklarowanym charakterze projakościowym. Rozporządzenie wykonawcze do tego przepisu co roku wprowadza jednak widełki tak wąskie, że faktycznym mechanizmem podziału pozostaje w praktyce indeksacja subwencji sprzed roku, a nie wynik algorytmu odzwierciedlający jakość działalności naukowej. To rodzi pytanie, które wykracza poza publicystykę i dotyka już problemu zgodności praktyki regulacyjnej z upoważnieniem ustawowym: czy „sposób podziału środków”, o którym mowa w delegacji ustawowej, obejmuje kompetencję do corocznego neutralizowania tego podziału tunelem tak wąskim, że różnice jakościowe między uczelniami przestają się w nim mieścić?
Dopóki ta kwestia nie zostanie rozstrzygnięta – czy to przez zmianę praktyki regulacyjnej, czy dzięki pogłębionej refleksji doktrynalnej – środowisko akademickie powinno przestać posługiwać się argumentem finansowym jako uzasadnieniem jednego z sensów parametryzacji. W obecnym kształcie systemu ten argument jest fikcją. Rzeczywiste stawki parametryzacji leżą gdzie indziej: w uprawnieniach, w prestiżu, w dostępie do programów elitarnych. Nie w subwencji, którą i tak z góry przycina tunel.
Zbigniew Bukowski
wymogi coraz większe a pensja ta sama
Tunel sprawia, że skutki wzrostu/spadku kategorii są mniejsze, ale są i uczelnia, która spadła z kategoriami może przez kilka kolejnych lat być na dnie tunelu, a inna która poszła w górę może być na suficie tunelu przez kolejnych kilka lat.
Tunel jest ustawiany pod większe uczelnie. W algorytmie jest składnik B+R a większy wydaje więcej więc więcej wraca. Jakby ustawić szeroki tunel to okazało by się że większość rektorów to nieudacznicy i nie zepną budżetu i dwór nie dostałby lepszych wynagrodzeń. Tym samym co roku powiększa się przepaść pomiędzy uczelniami w wielkości subwencji.
Jakiś czas temu robiłem analizę wskaźnika subwencja na głowę studenta. Różnice są rzeczywiście ogromne, ale nie ma prawidłowości, że im mniejsza uczelnia tym niższy ten wskaźnik. A co do tego, że większość rektorów to marni menadżerowie to pełna zgoda.
Jeśli zarówno uczelnie, jak i instytuty naukowe są finansowane w stopniu minimalnym, ledwo zapewniającym możliwości funkcjonowania, to nikomu nie można dać więcej. Jeśli, któraś instytucja otrzyma więcej, to inną trzeba będzie zlikwidować. Zniknięcie uczelni jest realnym i namacalnym problemem dla kraju. Zwinięcie np. 30% instytutów naukowych też będzie zauważalne. To będzie polityczny i wizerunkowy problem. Dlatego cała ocena to tkanie iluzji, bo kraju zwyczajnie nie stać na naukę. To nie jest kraj wizji i odkryć, to jest kraj taniej siły roboczej i usług.
Mniej więcej 1/3 uczelni w Polsce powinna zniknąć - i to będzie korzystne dla ogółu społeczeństwa!!!
Po co w Warszawie 10 uniwersytetów?
Po co istnieje takie UKSW, które ma chyba 1x A? APS? Pedagogika jest w 5 innych miejscach. itp itd
Gdzie korzyść dla społeczeństwa ze szkoły wyższej w każdym powiecie?
Jeśli kołdrą jest krotka to trzeba podjąć decyzje - 500mln na 4ligowy uniwerek czy do NCNu...
@gdzie jakosc
Wydaje mi się, że jest to nieuniknione nie tylko z powodu braku odpowiednich funduszy, ale również z powodu zbliżających się szybko zmian demograficznych. Trzeba będzie połączyć lub zlikwidować znaczącą liczbę uczelni.
O ile jeszcze jest jeszcze jakieś praktyczne uzasadnienie utrzymywania oddzielnych szkół medycznych oraz technicznych (uniwersytety medyczne i politechniki), chociaż w systemie anglosaskim takich rzeczy raczej nie ma, to już uniwersytety ekonomiczne jako oddzielne uczelnie raczej nie mają sensu.
Niestety, zamykanie uczelni w mniejszych miastach będzie dla tych miejsc bardzo trudne ekonomicznie, ale nie widzę innego sposobu, bo zwyczajnie Polski nie stać na takie ekstrawagancje.
Coś w tym jest. Warszawa na pewno jest przewalona jeśli chodzi o uczelnie. Dla odmiany, jest wielu dobrych naukowców w małych miejscowościach i małych instytucjach, które ledwo przędą. Bo u nas nie liczy się jakość. W USA jest Cold Spring Harbour Laboratory, albo Janelia Research Campus (https://www.hhmi.org/research/janelia), gdzie jakość i problematyka są na pierwszym miejscu. U nas jest lista MNiSW i politycy w krawatach i żakietach pokazujący ciekły azot. Mnie chodziło właśnie o to, że politycznie jest lepiej żeby było jak jest, są uczelnie, są studenci, można sobie zdjęcia porobić i gra gitara. Żadną problematyką i merytoryczną częścią poprawy sytuacji nikt się nie zajmie, bo do tego trzeba mieć kompetencje i jakąś wizję. A tego nigdy nie było. U nas efekt musi być w 2 lata, więc dokłada się tym, którzy już mają, tak też działa ten tunel. Jak jesteś tą "dobrą instytucją" to zasadniczo nic złego Cię nie spotka. Gorzej mają biedaki, których kadra nawet jak coś osiągnie to to co najwyżej pozwoli przetrwać instytucji.
@Zapieniony Zgredźmin
Tylko odnośnie porównań :
Obydwie te instytucje są w 100% prywatne, więc porównywanie z publicznymi uczelniami polskimi lub nawet amerykańskim uniwersyterami stanowymi może nie mieć sensu, zależy co dokładnie się porównuje.
Nie strasz autora tego śmiesznego artykułu
Jeśli kraj stać na PP. Kacprzyka i Mróz-Gorgoń a nie stać na naukę, to istotnie mamy problem.
O dr Gorgon jest teraz głośno a sprawdził ktoś publikacje wiceministra odpowiedzialnego za NAUKĘ w tym kraju. Odniesienia do publikacji które są błędnie przypisane i na inny temat, dopisywanie córki do artykułów, słabe publikacje z wieloma autorami w słabych czasopismach itp. To jak ma być dobrze? Część opisów wygląda na AI ale większym problemem jest że te badania to poziom prac dyplomowych ale dyplomantów nie widać wśród autorów.
Może warto opisać te nieścisłości na PubPeer.
Oczywiście, że stać. Podobnie, jak stać W OGÓLE na etaty akademickie dla amatorów pisaniny o-siamtym-i-owamtym. I to się nie zmienia od lat.
Eeee tam. Amatorzy pisaniny o-siamtym-i-owamtym dostają akademickie orzeszki, kiedy pani Mróz-Gorgoń zasadzała się na 700 mln PLN: budżet wszystkich instytutów PAN.